|
Mają poczucie misji,
nierzadko wodzostwa, które osobiście akceptuje sam Pan Bóg.
Oczekują więc zupełnego posłuszeństwa, którego
uciążliwości rekompensowane są zdjęciem
ciężaru odpowiedzialności. Zawsze są tacy, którzy
bardzo tego potrzebują i garną się pod skrzydła tych,
którzy posiadłszy proste recepty na skomplikowaną
rzeczywistość, myślą za nich, decydują
i wytyczają. Słabą bowiem osobowość, także
osobowość religijną, charakteryzuje chwiejne poczucie bezpieczeństwa.
Ludzie tacy odbierają odmienność poglądów jako
własne zagrożenie. Pokonują swój organiczny lęk jak spłoszone
stworzenia potrzebujące kryjówki. Pociągają ich jasno
sformułowane prawdy i normy, a nie ciągłe poszukiwania
i udręka ważenia miar i ocen w samotności
sumienia. Wolą pewność ciasnego schronienia niż
niepokojącą przestrzeń wolności, w której doznają
zawrotu głowy. Odpowiedzialność składają
najchętniej na barki innych.
Taka postawa nie musi
przecież pomniejszać czy ograniczać ani prowadzić w objęcia
fundamentalizmu, jeśli stanowi etap na drodze rozwoju, a nie jego
kres czy cel. Mowa bowiem nie o normalnej fazie rozwojowej, gdy młody
wiek nie pozwala jeszcze na pełną samodzielność ocen
i wyborów, lecz o przedłużaniu dzieciństwa
w dorosłym życiu chrześcijańskim. Nie chodzi
także o chwilowe kryzysy dojrzałych ludzi, którzy po
zagubieniu się pośród wartości i w gradacji prawd
potrzebują ćwiczeń rehabilitacyjnych, by wydostać się
ze swej wtórnej niedojrzałości. Bywa przecież, że
ciągnie się ona nieprzerwanie od wczesnych po zgoła całkiem
późne lata.
W Kościele katolickim
sprzyja temu niezwykle mocne wyakcentowanie strony instytucjonalnej. Czyni
się tu o wiele więcej, by owieczki trzody Pańskiej
pasły się w możliwie najbardziej zwartej gromadzie pod
czujnym okiem pasterzy, zaś mniej, żeby wierni przypominali raczej
bogactwo różnorodności ryb, które, choć pływają
w różnych kierunkach, to przecież w jednym oceanie,
i nie opuszczając tej samej życiodajnej wody trafiają
w końcu do sieci Boskiego Rybaka. Obawa przed indywidualizmem jest
w Kościele bez porównania większa niż lęk przed
religijnym kolektywizmem. Troska o wychowanie do wspólnoty
góruje wyraźnie nad dbałością o wychowanie
tejże wspólnoty religijnej tak, by pamiętała
o granicach własnych uprawnień wobec sumienia jednostki i
o zaufaniu do niej jako warunku duchowego jej rozwoju.
Gdy poczucie odpowiedzialności
za innych obraca się głównie w strach przed nadużywaniem
przez nich wolności, łatwo skłania do takich wypowiedzi
i działań, których szlachetne intencje tracą na
czytelności i są postrzegane jako aktywność mentorsko-kontrolerska.
Niewiele tu pomoże zarzekanie się pasterzy, że oni wszak z misją,
posłannictwem i w poczuciu odpowiedzialności. Ich szczere
o tym przekonanie to nie to samo co partnerskie budowanie swej
wiarygodności. Nazbyt intensywnie ponaglani i nadzorowani
w każdym szczególe, zatykają uszy lub czują się
co najmniej zwolnieni z podstawowej samoobsługi w dziedzinie odpowiedzialności.
Nadmiar moralizowania też może demoralizować.
Zostawiając jednak
niesfornych, wracajmy do subordynowanych, włączających się w religijne
ruchy i ugrupowania, stanowiące w przypadku młodzieży
kwiat i nadzieję Kościoła. Rzeczywiste walory formacyjne
tych wspólnot sprawdzi przyszłość, weryfikując
dojrzałość chrześcijańskiej osobowości. Kiedy
cech takich nie widać u byłej młodzieży, można
się zastanawiać, czy aby źródłem przedłużonej
aż po siwiznę niesamodzielności sumienia nie był fundamentalistyczny
właśnie profil niegdysiejszej formacji. Taka jej postać miewa
bowiem wzięcie u młodych, którzy szukając w tym
wieku prostych odpowiedzi na złożone kwestie, mimo zachłyśnięcia
wolnością chętnie oddają jej część
w ręce przewodnika, by pozbyć się odpowiedzialności.
Miła dla kierującego grupą subordynacja miewa i takie
właśnie sprężyny, popychające obie strony do fundamentalistycznych
układów.
|