|
Fundamentalistycznie
usposobione autorytety dobierają sobie pomocników i następców
spośród najwierniejszych, choćby miernych. Kwalifikacje
fachowe czy osobowe liczą się najmniej. Temat
chrześcijańskiej dojrzałości w praktyce znika po -
szybującym ponad kościelnymi realiami w obłokach
ogólników - kazaniu do bierzmowanych. Oczekuje się
dziecięcego, nie zaś dojrzałego, oddania papieżowi. Z tym
jednak, że deklarowanej lojalności towarzyszy wybiórcze
traktowanie papieskiego (soborowego również) nauczania:
z przemilczaniem wątków o ekumenizmie, wolności
sumienia, szacunku dla innych religii i poglądów. Dlatego
wśród wyrazów oddania Ojcu Świętemu nie przytacza
się choćby takich jego słów:
Kościół nie
zamyka bynajmniej oczu na niebezpieczeństwo fanatyzmu czy fundamentalizmu
tych ludzi, którzy w imię ideologii uważającej
się za naukową albo religijną czują się uprawnieni do
narzucania innym własnej koncepcji prawdy i dobra. Prawda
chrześcijańska do tej kategorii nie należy. Nie będąc
ideologią, wiara chrześcijańska nie sądzi, by mogła
ująć w sztywny schemat tak bardzo różnorodną
rzeczywistość społeczno-polityczną, i uznaje, że
życie ludzkie w historii realizuje się na różne
sposoby, które bynajmniej nie są doskonałe. Tak więc
metodą Kościoła jest poszanowanie wolności przy niezmiennym
uznawaniu transcendentnej godności osoby ludzkiej (Centesimus annus,
46).
Fundamentalista jest
daltonistą z wyboru. Uznając tylko biel i czerń, zapewnia
sobie proste widzenie świata. Jest zawsze w posiadaniu prawdy. Nie potrzebuje
jej szukać, zgłębiać, rozróżniać stopni
jej pewności. Na żadnym z tych stopni nie doznaje więc
rozterki czy wahania, nie nachodzą go wątpliwości. I wtedy
nic nie stoi już na przeszkodzie, by po jasełkowym uproszczeniu
złożoności ludzkich spraw i sprowadzeniu ich do diabelstwa
lub anielstwa wziąć własne uproszczenia i bezmyślenie
za wyraz mocnej wiary, a katastroficzne prognozy i ponurą
zawziętość za przejaw żarliwości. Wykorzystywanie
religii nie jest tożsame z jej obroną.
Fundamentalizm jest
postawą podzielną i podlegającą stopniowaniu. Bywa
ostrym stanem zapalnym lub tylko lekką gorączką ducha. Może
przybierać postać kuriozalną, która kompromituje
głównie siebie samą, może być przejściowy jak kampania
wyborcza, ale też i taki, który długo nie ustępuje,
otępiając umysły jak miejski smog. Że zaś
fundamentalizm ma taką opinię, iż nikt się do niego nie przyznaje,
a diagnoza objawowa do łatwych nie należy, nietrudno tu
o pochopne etykietowanie, dyskredytujące konkretną osobę
czy grupę (w niniejszym tekście nie ma żadnych
adresów). Trafnie zaś określeni usiłują ową
etykietę przykleić innym. W ten sposób każdy
z dumnie podniesioną głową mówi: "dzięki
Ci, Panie, że nie jestem jako ten fundamentalista". Można bowiem
popaść w rodzaj kontrkrucjaty, alias antyfundamentalizmu
fundamentalistycznego, co świadczyłoby skądinąd
o zaraźliwości samegoż fundamentalizmu.
Cóż jednak
czynić wobec owego wcielenia strachu przemieszanego z wolą mocy,
jakim zawsze był i jest fundamentalizm? Z jego sposobem
konstruowania pewności, redukcjonizmem, autorytaryzmem, czcią dla
przywódców? Z manichejskim widzeniem świata,
rozpołowionego na zły i dobry? Skoro energie swe zużywa
głównie na walkę z tworami własnej spętanej
strachem wyobraźni i prowadzi w tym celu taką politykę
poczucia bezpieczeństwa, która produkuje nowe lęki? Co
robić ze sprowadzaniem polifonicznej rzeczywistości do paru
dźwięków i kilku strun, nieustannie szarpanych? I z
uzurpacją prerogatyw Sądu Boskiego?
Fundamentalizm bowiem nie
wyprowadza ludzi z domu niewoli do wolnej ziemi Bożych obietnic, lecz
zawraca go w przeszłość, obiecując bezpieczeństwo
i nasycenie jednoznacznością. Już nie historia z jej
wymaganiami trudnego rozwoju w marszu przez pustynię
doświadczeń jest miejscem Boskiego działania - jak
w judeochrześcijańskim Objawieniu - lecz jednakowo ponadczasowa
prawdziwość widziana poza społeczeństwem
i historią.
Wyznaczanie linii między
postawami fundamentalistycznymi a niefundamentalistycznymi jest trudne
także dlatego, że korzenie fundamentalizmu są
głównie natury psychologicznej. Z tego też powodu tak
słabo trafiają do fundamentalistów racjonalne argumenty.
Człowiek bowiem w poczuciu zagrożenia socjalnego, religijnego
czy politycznego podatny jest nie na racje, lecz na populistyczne hasła, jako
że niepewność woła o uciszenie gwarancjami.
Czy zatem nie da się
nawiązać kontaktu z fundamentalistycznie usposobionym bliźnim?
Szansę taką stanowi własny fundamentalizm potencjalny,
drzemiący w każdym. Bo oto na przykład przekonany zwolennik
tolerancji gotów ją czasem proklamować i zaprowadzać
w sposób zgoła nietolerancyjny. Albo świadom jest przynajmniej
możliwości takiej lub podobnej fundamentalistycznej reakcji własnej.
Pamięć o własnych pokusach i skłonności do
"antyfundamentalistycznego fundamentalizmu" pomaga nam zrozumieć
fundamentalistę i podjąć z nim rozmowę.
Skoro zaś fundamentalizm
jest irracjonalny, iluzją byłoby oczekiwać, że ustąpi
przed rozumnymi argumentami. A że kurczowo trzyma się
formuł i zewnętrznych kształtów jako
fundamentów, nie można mu tych podpórek zakazać czy
zabrać. Jak chromemu laski. Lepiej mu pomóc
w rekonwalescencji, by, doszedłszy do głębszych
źródeł egzystencjalnej pewności, mógł
odrzucić kule z własnego przekonania. Źródła te
Karl Rahner widzi nie w moralności, a w mistyce,
uważając, że obowiązek wprowadzania w nią musi
być ciągle przypominany, zwłaszcza w Kościele
rzymskokatolickim. Powraca tu bowiem ciągle - jak pisze wiedeński
pastoralista Paul Zulehner - pokusa takiego zaniedbania mistyki Ewangelii,
że Ewangelia zostaje potraktowana jak bezpiecznik mieszczańskiej
moralności.
Skoro korzenie fundamentalizmu
tkwią w lęku, należy skupić się na nim właśnie,
nie zaś na samych jego przejawach, tym bardziej że sami fundamentaliści,
w przeciwieństwie do wielu współczesnych, owych
lęków nie tłumią w sobie i gotowi są
o nich rozmawiać. Granicę dialogu określą sami fundamentaliści,
jako że to wynika z ich logiki rozgraniczeń i z potrzeby
obrazu wroga. Inna granica dialogu
to nietolerowanie przez nich tolerancji, co trudno oczywiście
tolerować.
|