ROZDZIAŁ DZIESIĄTY:
PAMIĘTNIK STAREGO SUBIEKTA
"...Mamy tedy nowy sklep: pięć
okien frontu, dwa magazyny, siedmiu subiektów i szwajcara we drzwiach.
Mamy jeszcze powóz błyszczący jak świeżo
wyglancowane buty, parę kasztanowatych koni, furmana i lokaja - w liberii.
I to wszystko spadło na nas w początkach maja, kiedy Anglia, Austria,
a nawet skołatana Turcja uzbrajały się na łeb na
szyję!
- Kochany Stasiu - mówiłem do
Wokulskiego - wszyscy kupcy śmieją się, że tak dużo
wydajemy w niepewnych czasach.
- Kochany Ignasiu - odpowiedział mi
Wokulski - a my śmiać się będziemy ze wszystkich
kupców, kiedy nadejdą czasy pewniejsze. Dziś właśnie
jest pora do robienia interesów.
- Ależ europejska wojna -
mówię - wisi na włosku. W takim razie na pewno czeka nas
bankructwo.
- Żartuj z wojny - odpowiada Staś.
- Cały ten hałas uspokoi się za parę miesięcy, a my tymczasem
zdystansujemy wszystkich współzawodników.
No - i wojny nie ma. W naszym sklepie ruch
jak na odpuście, do naszych składów zwożą i
wywożą towary jak do młyna, a pieniądze płyną do
kas nie gorzej od plew. Kto by Stasia nie znał, powiedziałby, że
to genialny kupiec; ale że ja go znam, więc coraz częściej
pytam się: na co to wszystko?... Warum bast du denn das getan?...
Prawda, że
i mnie się w podobny sposób pytano. Czyżbym już był
tak stary jak nieboszczka Grossmutter i nie rozumiał ani ducha
czasu, ani intencji ludzi młodszych ode mnie?... Ehe! tak źle nie
jest...
Pamiętam,
że kiedy Ludwik Napoleon (późniejszy cesarz Napoleon III)
uciekł z więzienia w roku 1846, zakotłowało się w
całej Europie. Nikt nie wiedział, co będzie. Ale wszyscy ludzie
rozsądni przygotowywali się do czegoś, a wuj Raczek (pan Raczek
ożenił się z moją ciotką) ciągle powtarzał:
-
Mówiłem, że Bonapart wypłynie i piwa im nawarzy!
Cała bieda w tym, że ja coś nie zdużam na nogi.
Rok 1846 i
1847 upłynęły w wielkim rozgardiaszu. Ukazywały się
coraz to jakieś pisemka, a znikali ludzie. Nieraz i ja myślałem:
czy już nie pora wytknąć głowę na szerszy świat?
A kiedy mnie ogarnęły wątpliwości i niepokoje, po
zamknięciu sklepu szedłem do wuja Raczka i opowiadałem, co mnie
trapi, prosząc, ażeby poradził mi jak ojciec.
- Wiesz co
- odpowiadał wuj uderzając się pięścią w chore
kolano - poradzę ci jak ojciec. Chcesz, mówię ci... to
idź, a nie chcesz, mówię ci... to zostań...
Dopiero w
lutym roku 1848, kiedy Ludwik Napoleon już był w Paryżu,
ukazał mi się jednej nocy nieboszczyk ojciec, tak, jak widziałem
go w trumnie. Surdut zapięty pod szyję, kolczyk w uchu, wąs
wyszwarcowany (zrobił mu to pan Domański, ażeby ojciec byle jako
nie wystąpił na boskim sądzie). Stanął we drzwiach
mojej izdebki we front i rzekł tylko te słowa:
-
Pamiętaj, wisusie, czegom cię uczył!...
"Sen
mara - Bóg wiara", myślałem przez kilka dni. Ale już sklep mi
obrzydł. Nawet do śp. Małgosi Pfeifer straciłem
skłonność i ciasno zrobiło mi się na Podwalu tak,
żem nie mógł wytrzymać. Poszedłem znowu do wuja
Raczka po radę.
Pamiętam,
leżał akurat w łóżku nakryty pierzyną mojej
ciotki i pił gorące ziółka na poty. Gdy mu zaś
opowiedziałem cały interes, rzekł:
- Wiesz co,
poradzę ci jak ojciec. Chcesz - idź, nie chcesz - zostań. Ale
ja, gdyby nie podłe moje nogi, dawno bym już był za
granicą. Bo i twoja ciotka, mówię ci - tu zniżył
głos - tak okrutnie miele jęzorem, że wolałbym,
mówię ci, słuchać baterii austriackich armat aniżeli
jej trajkotu. Co mi pomoże smarowaniem, to mi zepsuje gadaniem...A
maszże pieniądze? - spytał po chwili.
- Znajdę z
kilkaset złotych.
Wuj Raczek
kazał zamknąć drzwi mieszkania (ciotki w domu nie było) i
sięgnąwszy pod poduszkę wydobył stamtąd klucz.
- Naści -
rzekł - otwórz ten kufer skórą obity. Będzie tam
na prawo skrzyneczka, a w niej kieska. Podaj mi ją...
Wydobyłem
kieskę grubą i ciężką. Wuj Raczek wziął
ją do ręki i wzdychając odliczył piętnaście
półimperiałów.
- Weź te
pieniądze - mówił - na drogę i jeżeli masz
jechać, to jedź... Dałbym ci więcej, ale może i na
mnie przyjść pora... Zresztą trzeba zostawić coś
babie, żeby sobie w razie wypadku znalazła drugiego męża...
Pożegnaliśmy
się płacząc. Wuj aż dźwignął się na
łóżku i odwróciwszy mnie twarzą do świecy,
szepnął:
- Niech ci
się jeszcze przypatrzę... Bo to, mówię ci, z tego balu
nie każdy wraca... Wreszcie i ja sam jużem człek niedzisiejszy,
a humory, mówię ci, zabijają prawie tak jak kule...
Wróciwszy
do sklepu, mimo spóźnionej pory, rozmówiłem się z
Janem Minclem dziękując mu za obowiązek i opiekę.
Ponieważ od roku już gadaliśmy o tych rzeczach, a on zawsze
zachęcał mnie, ażebym szedł bić Niemców,
więc zdawało mi się, że mój zamiar zrobi mu
wielką przyjemność. Tymczasem Mincel jakoś posmutniał.
Na drugi dzień wypłacił mi pieniądze, które
miałem u niego, dał nawet gratyfikację, obiecał
opiekować się pościelą i kufrem, na wypadek gdybym kiedy
wrócił. Ale zwykła wojowniczość opuściła
go i ani razu nie powtórzył swego ulubionego wykrzyknika:
- Ehej!...
dałbym ja Szwabom, żebym tak nie miał sklepu...
Gdy zaś
około dziesiątej wieczór, ubrany w
półkożuszek i grube buty, uściskawszy go
wziąłem za klamkę, ażeby opuścić izbę, w
której tyle lat przemieszkaliśmy razem, coś dziwnego stało
się z Janem. Nagle zerwał się z krzesła i
rozkrzyżowawszy ręce krzyknął:
-
Świnia!... gdzie ty idziesz?...
A potem
rzucił się na moje łóżko szlochając jak
dzieciak.
Uciekłem. W
sieni słabo oświetlonej olejnym kagankiem ktoś
zastąpił mi drogę. Ażem drgnął. Był to
August Katz, odziany jak wypadało na marcową podróż.
- Co ty tu
robisz. Auguście? - spytałem.
- Czekam
na ciebie.
Myślałem,
że chce mnie odprowadzić; więc poszliśmy na plac Grzybowski
w milczeniu, bo Katz nigdy nic nie mówił. Fura żydowska,
którą miałem jechać, była już gotowa.
Ucałowałem Katza, on mnie także. Wsiadłem... on za
mną...
- Jedziemy
razem - rzekł.
A potem,
kiedy byliśmy już za Miłosną, dodał:
- Twardo i
trzęsie, spać nie można.
Wspólna
podróż trwała niespodziewanie długo, bo aż do
października 1849 roku, pamiętasz, Katz, niezapomniany przyjacielu?
Pamiętasz te długie marsze na spiekocie, kiedy nieraz piliśmy
wodę z kałuży; albo ten pochód przez bagno, w
którym zamoczyliśmy ładunki ; albo te noclegi w lasach i na
polach, kiedy jeden drugiemu spychał głowę z tornistra i
ukradkiem ściągał płaszcz służący za
wspólną kołdrę?... A pamiętasz tarte kartofle ze
słoniną, które ugotowaliśmy we czterech w sekrecie przed
całym oddziałem? Tylem razy jadał od tej pory kartofle, ale
żadne nie smakowały mi tak jak wówczas. Jeszcze dziś
czuję ich zapach, ciepło pary buchającej z garnka i widzę
ciebie, Katz, jak dla nietracenia czasu mówiłeś pacierz,
jadłeś kartofle i zapalałeś fajkę u ogniska.
Ej! Katz,
jeżeli w niebie nie ma węgierskiej piechoty i tartych kartofli,
niepotrzebnieś się tam pospieszył.
A
pamiętasz jeneralną bitwę, do której zawsze
wzdychaliśmy odpoczywając po partyzanckiej strzelaninie? Ja bo nawet
w grobie jej nie zapomnę, a jeżeli kiedyś zapyta mnie Pan
Bóg, po com żył na świecie?... po to - odpowiem -
ażeby trafić na jeden taki dzień. Ty tylko rozumiesz mnie, Katz,
bośmy to obaj widzieli. A niby na razie wydawało się - nic.
Na
półtorej doby przedtem skupiła się nasza brygada pod
jakąś wsią węgierską, której nazwy nie
pamiętam. Fetowali nas aż miło. W winie, co prawda nie
osobliwszym, można się było myć, a wieprzowina i papryka
już nam tak zbrzydły, że człowiek nie wziąłby do
ust tego paskudztwa, gdyby, rozumie się, miał co innego. A jaka
muzyka, a jakie dziewuchy!... Cyganie doskonale grają, a każda
Węgierka istny proch. Kręciło się ich, bestyjek,
wszystkiego ze dwadzieścia, a jednak zrobiło się tak gorąco
że nasi zakłuli i zarąbali trzech chłopów, a
chłopi zabili nam drągami huzara.
I
Bóg wie czym skończyłaby się tak pięknie
rozpoczęta zabawa, gdyby w chwili największego tumultu nie
zajechał do sztabu szlachcic czwórką koni okrytych pianą.
W kilka minut później rozeszła się po wojsku
wieść, że w pobliżu znajdują się wielkie masy
Austriaków. Zatrąbiono do porządku, tumult ucichł,
Węgierki znikły, a w szeregach zaczęto szeptać o jeneralnej
bitwie.
-
Nareszcie!... - powiedziałeś do mnie.
Tej samej
nocy posunęliśmy się o milę naprzód, w ciągu
następnego dnia znowu o milę. Co kilka godzin, a później
nawet co godzinę przylatywały sztafety. Było to dowodem, że
w pobliżu znajduje się nasz sztab korpuśny i że zanosi
się na coś grubego.
Tej nocy
spaliśmy na gołym polu nie stawiając nawet w kozły broni.
Zaś skoro świt ruszyliśmy naprzód: szwadron kawalerii z
dwoma lekkimi armatami, potem nasz batalion, a potem cała brygada z
artylerią i furgonami, mając silne patrole po bokach. Sztafety przylatywały
już co pół godziny.
Gdy
weszło słońce, zobaczyliśmy przy gościńcu
pierwsze ślady nieprzyjaciela ; resztki słomy, wytlone ogniska,
budynki rozebrane na opał. Następnie coraz częściej
zaczęliśmy spotykać uciekających: szlachtę z
rodzinami, duchownych rozmaitych wyznań, w końcu -
chłopów i Cyganów. Na wszystkich twarzach malowała
się trwoga; prawie każdy coś wykrzykiwał po węgiersku,
wskazując rękoma za siebie.
Była
blisko siódma, kiedy w stronie południowo-zachodniej
huknął strzał armatni. Po szeregach przeleciał szmer:
- Oho!
zaczyna się...
- Nie, to
sygnał...
Padły
znowu dwa strzały i znowu dwa. Jadący przed nami szwadron
zatrzymał się ; dwie armaty i dwa jaszczyki galopem
popędziły naprzód, kilku jezdnych pocwałowało na
najbliższe wzgórza. Stanęliśmy i przez chwilę
zaległa taka cisza, że słychać było tętent siwej
klaczy dopędzającego nas adiutanta. Przeleciała mimo, do
huzarów, dysząc i prawie dotykając brzuchem ziemi.
Tym razem
odezwało się bliżej i dalej kilkanaście armat; każdy
strzał można było odróżnić.
-
Macają dystans! - odezwał się stary nasz major.
- Jest z
piętnaście armat - mruknął Katz, który w podobnych
chwilach stawał się rozmowniejszy. - A że my ciągniemy
dwanaście, toż będzie bal!...
Major
odwrócił się do nas na koniu i uśmiechnął się
pod szpakowatym wąsem. zrozumiałem, co to znaczy, usłyszawszy
całą gamę strzałów, jakby kto zagrał na
organach.
- Jest
więcej niż dwadzieścia - rzekłem do Katza.
-
Osły!... - zaśmiał się kapitan i podciął swego
konia.
Staliśmy
na wzniesionym miejscu, skąd widać było idącą za nami
brygadę. Zaznaczał ją rudy obłok kurzu, ciągnący
się wzdłuż gościńca ze dwie albo i trzy wiorsty.
- Straszna
masa wojsk! - szepnąłem. - Gdzie się to pomieści!...
Odezwały
się trąbki i nasz batalion rozłamał się na cztery
kompanie uszykowane kolumnami obok siebie. Pierwsze plutony wysunęły
się naprzód, my zostaliśmy w tyle. Odwróciłem
głowę i zobaczyłem, że od głównego korpusu
oddzieliły się jeszcze dwa bataliony; zeszły z
gościńca i biegły pędem przez pola, jeden na prawo od nas, drugi
na lewo. W mały kwadrans zrównały się z nami, przez drugi
kwadrans wypoczęły i - ruszyliśmy trzema batalionami
naprzód, noga za nogą.
Tymczasem
kanonada wzmogła się tak, że było słychać po dwa
i po trzy strzały wybuchające jednocześnie. Co gorsze, spoza
nich rozlegał się jakiś stłumiony odgłos, podobny do
ciągłego grzmotu.
- Ile
armat, kamracie? - spytałem po niemiecku idącego za mną
podoficera.
- Chyba ze
sto - odparł kręcąc głową. - Ale - dodał -
porządnie prowadzą interes, bo odezwały się wszystkie
razem.
Zepchnięto
nas z gościńca, którym w kilka minut później
przejechały wolnym kłusem dwa szwadrony huzarów i cztery
armaty z należącymi do nich jaszczykami. Idący ze mną w
szeregu poczęli żegnać się: " W imię Ojca i
Syna..." - Ten i ów popił z manierki.
Na lewo od
nas huk wzmagał się: pojedynczych strzałów już nie
można było odróżnić. Nagle krzyknięto w
przednich szeregach:
-
Piechota!... piechota!...
Machinalnie
schwyciłem karabin na tuj myśląc, że pokazali się
Austriacy. Ale przed nami oprócz wzgórza i rzadkich
krzaków nie było nic. Natomiast na tle grzmotu armat, który
prawie przestał nas interesować, usłyszałem jakiś
trzask podobny do rzęsistego deszczu, tylko o wiele
potężniejszy.
-
Bitwa!... - zawołał ktoś na froncie przeciągłym
głosem.
Uczułem,
że mi na chwilę serce bić przestało, nie ze strachu, ale
jakby w odpowiedzi na ten wyraz, który od dzieciństwa robił na
mnie dziwne wrażenie.
W
szeregach pomimo marszu zrobił się ruch. Częstowano się
winem, oglądano broń, mówiono, że najdalej za
pół godziny wejdziemy w ogień, a nade wszystko - w
grubiański sposób żartowano z Austriaków, którym
nie wiodło się w tych czasach. Ktoś zaczął
gwizdać, inny nucił półgłosem ; stopniała nawet
sztywna powaga oficerów zamieniając się w
koleżeńską zażyłość. Trzeba było dopiero
komendy: " Baczność i cisza!...", ażeby nas
uspokoić.
Umilkliśmy
i wyrównały się nieco pogięte szeregi. Niebo było
czyste, ledwie tu i ówdzie bielił się nieruchomy obłok;
na krzakach, które mijaliśmy, nie poruszał się żaden
listek; nad polem, zarośniętym młodą trawą, nie
odzywał się wystraszony skowronek. Słychać było tylko
ciężkie stąpanie batalionu, szybki oddech ludzi, czasem
szczęk uderzonych o siebie karabinów albo donośny głos
majora, który jadąc przodem, odzywał się do
oficerów. A tam, na lewo, wściekały się stada armat i
lał deszcz karabinowych strzałów. Kto takiej burzy przy jasnym
niebie nie słyszał, bracie Katz, ten nie zna się na muzyce!...
Pamiętasz, jak nam wówczas dziwnie było na sercu?... Nie
strach, ale tak coś jakby żal i ciekawość...
Skrzydłowe
bataliony oddalały się od nas coraz bardziej; wreszcie prawy
zniknął za wzgórzami, a lewy o paręset sążni od
nas dał nurka w szeroki parów i tylko kiedy niekiedy
błysnęła fala jego bagnetów. Podzieli się
gdzieś huzarzy i armaty, i ciągnąca z tyłu rezerwa, i
został sam nasz batalion, schodzący z jednego wzgórza,
ażeby wejść na drugie, jeszcze wyższe. Tylko od czasu do
czasu z frontu, od tyłu albo z boków przeleciał jakiś
jeździec z kartką albo z ustnym poleceniem od majora. Prawdziwy cud,
że od tylu poleceń nie zamąciło mu się we łbie!
Nareszcie,
już była blisko dziewiąta, weszliśmy na ostatnią
wyniosłość porosłą gęstymi krzakami. Nowa
komenda; plutony idące jeden za drugim poczęły stawać obok
siebie. Gdy zaś dosięgliśmy szczytu wzgórza, kazano nam
pochylić się i zniżyć broń, a w końcu
przyklęknąć.
Wtedy
(pamiętasz, Katz?) Kratochwil, który klęczał przed nami,
wetknął głowę między dwie młode sosenki i
szepnął:
-
Patrzajcie no!...
Od
stóp wzgórza, na południe, aż gdzieś do
krawędzi horyzontu ciągnęła się równina, a na
niej - jakby rzeka białego dymu, szeroka na kilkaset kroków,
długa - czy ja wiem - może na milę drogi.
-
Tyralierzy!... - rzekł stary podoficer.
Po obu
stronach tej dziwnej wody widać było kilka czarnych i
kilkanaście białych chmur, kotłujących się przy ziemi.
- To
baterie, a tam płoną wsie... - objaśniał podoficer.
Wpatrzywszy
się zaś lepiej, można było dojrzeć gdzieniegdzie,
również po obu stronach długiej smugi dymu, prostokątne
plamy: ciemne po lewej, białe po prawej. Wyglądały one jak
wielkie jeże z połyskującymi kolcami.
- To nasze
pułki, a to austriackie... - mówił podoficer. - No, no!... -
dodał - i sam sztab lepiej nie widzi...
Z tej
długiej rzeki dymu dolatywało nas nieustanne trzeszczenie
karabinowych strzałów, a w tamtych białych chmurach
szalała burza armat.
- Phy! -
odezwałeś się wtedy, Katz - i to ma być bitwa?...
Miałem się też czego bać...
- Zaczekaj
no - mruknął podoficer.
-
Przygotuj broń!... - rozległo się po szeregach.
Klęcząc
zaczęliśmy wydobywać i odgryzać patrony. Rozległo
się szczękanie stalowych stempli i trzask odciąganych
kurków... Podsypaliśmy proch na panewki i znowu cisza.
Naprzeciw
nas, może o wiorstę, były dwa pagórki, a między nimi
gościniec. Spostrzegłem, że na jego żółtym tle
ukazują się jakieś białe znaki, które wkrótce
utworzyły białą linię, a potem białą plamę.
Jednocześnie z parowu leżącego o kilkaset kroków na lewo
od nas wyszli granatowi żołnierze, którzy niebawem sformowali
się w granatową kolumnę. W tej chwili na prawo od nas
huknął strzał armatni i nad białym oddziałem
austriackim ukazał się siwy obłoczek dymu. Parę minut pauzy
i znowu strzał, i znowu nad Austriakami obłoczek. Pół
minuty - znowu strzał i znowu obłoczek...
- Her
Gott! -- zawołał stary podoficer - jak nasi strzelają... Bem
komenderuje czy diabeł...
Od tej
pory szedł z naszej strony strzał za strzałem, aż ziemia
drgała, ale biała plama tam, na gościńcu, rosła
wciąż. Jednocześnie na przeciwległym wzgórzu
błysnął dym i w stronę naszej baterii poleciał
warczący granat. Drugi dym... trzeci dym... czwarty...
-
Mądre bestie! - mruknął podoficer.
-
Batalion!... naprzód marsz!... - wrzasnął ogromnym głosem
nasz major.
-
Kompania!... naprzód marsz!... Pluton!.. naprzód marsz!... -
powtórzyli różnymi głosami oficerowie.
Znowu
uszykowano nas inaczej. Cztery środkowe plutony zostały na tyle,
cztery poszły naprzód, na prawo i na lewo.
Podciągnęliśmy tornistry i wzięliśmy broń, jak
się komu podobało.
- Z
górki na pazurki!... - zawołałeś wtedy, Katz.
A w tej
chwili granat przeleciał wysoko nad nami i pękł gdzieś w
tyle z wielkim łoskotem.
Wtedy
błysnęła mi szczególna myśl. Czy bitwy nie są
hałaśliwymi komediami, które wojska urządzają dla
narodów, nie robiąc sobie zresztą krzywdy?... To bowiem, na co
patrzyłem, wyglądało wspaniale, ale nie tak znowu strasznie.
Zeszliśmy
na równinę. Od naszej baterii przyleciał huzar donosząc,
że jedna z armat zdemontowana. Współcześnie na lewo od
nas padł granat ; zarył się w ziemię, ale nie wybuchnął.
-
Zaczynają nas lizać - rzekł stary podoficer.
Drugi
granat pękł nad naszymi głowami i jedna z jego skorup padła
Kratochwilowi pod nogi. Pobladł, ale śmiał się.
- Oho!...
ho!... - zawołano w szeregu.
W
plutonach, które szły przed nami o jakieś sto kroków na
lewo, zrobiło się zamieszanie; gdy zaś kolumna
posunęła się dalej, zobaczyliśmy dwu ludzi: jeden
leżał twarzą do ziemi, wyciągnięty jak struna, drugi
siedział trzymając się rękoma za brzuch. Poczułem
zapach prochowego dymu; Katz przemówił coś do mnie, alem go
nie słyszał ; natomiast zaszumiało mi w prawym uchu, jakby tam
wpadła kropla wody.
Podoficer
poszedł w prawo, my za nim. Kolumna nasza rozwinęła się we
dwie długie linie. Na paręset kroków przed nami
zakłębił się dym. Coś trąbiono, alem nie
zrozumiał sygnału ; natomiast, słyszałem ostre
poświsty nad głową i koło lewego ucha. O kilka
kroków przede mną coś uderzyło w ziemię
zasypując mi piaskiem twarz i piersi. Mój sąsiad
strzelił; dwaj stojący za mną prawie na moich ramionach oparli
karabiny i wypalili jeden po drugim. Ogłuszony do reszty, wypaliłem i
ja... Nabiłem i znowu strzeIiłem. Przed front spadł czyjś
kask i karabin, ale otoczyły nas takie kłęby dymu, żem nic
dalszego nie mógł dojrzeć. Widziałem tylko, że Katz,
który ciągle strzelał, wygląda jak obłąkany i
ma pianę w katach ust. Szum w uszach spotęgował mi się tak,
żem w końcu nic nie słyszał, ani huku karabinów, ani
armat.
Nareszcie
dym stał się tak gęsty i nieznośny, że za wszelką
cenę chciałem wydobyć się z niego. Cofnąłem
się z początku wolno, później biegiem, widząc ze
zdziwieniem, że i inni robią to samo. Zamiast dwu
wyciągniętych szeregów zobaczyłem kupę
uciekających ludzi.
-"
Czego oni, u diabła, uciekają?..." - myślałem
przyspieszając kroku. Nie był to już bieg, ale koński
galop. Zatrzymaliśmy się w połowie wzgórza i tu dopiero
spostrzegliśmy, że miejsce nasze na placu zajął jakiś
nowy batalion, a na szczycie wzgórza walą z armat.
- Rezerwy
w ogniu!... Naprzód, łajdaki!... Świnie wam paść,
psubraty!... - wołali czarni od dymu, rozbestwieni oficerowie,
ustawiając nas na powrót w szeregi i płazując
każdego, kto nawinął się im pod rękę
Majora
między nimi nie było.
Powoli zmieszani
w odwrocie żołnierze znaleźli się w swoich plutonach,
ściągnęli maruderowie i batalion wrócił do
porządku. Ubyło jednak ze czterdziestu ludzi.
- Gdzież
oni się rozbiegli? - spytałem podoficera.
- Aha, rozbiegli
się - odparł zachmurzony.
Nie
śmiałem pomyśleć, że zginęli.
Ze szczytu
wzgórza zjechało dwu furgonistów; każdy prowadził
konia objuczonego pakami. Naprzeciw nich wybiegli nasi podoficerowie i
wkrótce wrócili z pakietami nabojów. Wziąłem
osiem, bo tyle mi brakowało w ładownicy, i zdziwiłem się:
jakim sposobem mogłem je zgubić?
- Wiesz ty -
rzekł do mnie Katz - że już po jedynastej?...
- A wiesz ty,
że ja nic nie słyszę? - odparłem.
-
Głupiś. Przecież słyszysz, co mówię...
- Tak, ale armat
nie słyszę... Owszem, słyszę - dodałem skupiwszy
uwagę. Grzmot armat i łoskot karabinów zlały się w
jedno ogromne warczenie, już nie ogłuszające, ale wprost
ogłupiające. Ogarnęła mnie apatia.
Przed nami,
może na pół wiorsty, bałwaniła się szeroka
kolumna dymu, którą budzący się wiatr niekiedy
rozdzierał. Wówczas na chwilę można było
widzieć długi szereg nóg albo kasków, z
połyskującymi obok nich bagnetami. Nad tamtą kolumną i nad
naszą kolumną szumiały granaty, wymieniane pomiędzy
baterią węgierską, która strzelała spoza nas, i
austriacką, odzywającą się ze wzgórz
przeciwległych.
Rzeka dymu,
ciągnąca się przez równinę ku południowi,
kłębiła się jeszcze mocniej i była bardzo
pogięta. Gdzie Austriacy brali górę, zgięcie szło na
lewo, gdzie Węgrzy - na prawo. W ogóle pasmo dymu wyginało
się bardziej na prawo, jakby nasi już odepchnęli
Austriaków. Po całej równinie słała się
delikatna mgła niebieskawej barwy.
Dziwna rzecz:
huk, choć silniejszy teraz, aniżeli był z początku,
już nie robił na mnie wrażenia; ażeby go słyszeć,
musiałem się dopiero wsłuchiwać. Tymczasem bardzo
wyraźnie dochodził mnie szczęk nabijanych karabinów albo
trzask kurków.
Przyleciał
adiutant, zatrąbiono, oficerowie zaczęli przemawiać.
- Chłopcy!
- wrzeszczał na całe gardło nasz porucznik, który
niedawno uciekł z seminarium. - Zrejterowaliśmy, bo Szwabów
było więcej, ale teraz zaskoczymy z boku ot tę kolumnę,
widzicie?... Zaraz podeprze nas trzeci batalion i rezerwa... Niech
żyją Węgry!...
- I ja
chciałbym pożyć... - mruknął Kratochwil.
-
Pół obrotu w prawo, marsz!...
Szliśmy
tak kilka minut; potem pół obrotu w lewo i zaczęliśmy
spuszczać się na równinę, usiłując dostać
się na prawy bok kolumny walczącej przed nami. Okolica
wciąż falista ; z przodu widać przez mgłę pole
zarośnięte badylami, za nim lasek.
Nagle
między owymi badylami spostrzegłem kilka, a potem kilkanaście
dymków, jakby w rozmaitych punktach zapalono fajki; jednocześnie
zaczęły nad nami świstać kule. Pomyślałem,
że tak wychwalane przez poetów świstanie kul nie jest bynajmniej
poetyczne, ale raczej ordynaryjne. Czuć tam wściekłość
martwego przedmiotu.
Od naszej
kolumny oderwał się sznur tyralierów i pobiegł ku
badylom. My maszerowaliśmy wciąż, jakby kule przelatujące z
ukosa nie do nas adresowano.
W tej
chwili stary podoficer, który szedł na prawym skrzydle
gwiżdżąc Rakoczego, wypuścił karabin, rozstawił
ręce i zatoczył się jak pijany. Przez mgnienie oka
widziałem jego twarz: miał z lewej strony rozdarty daszek kaska i
czerwoną plamkę na czole. Szliśmy wciąż ; na prawym
skrzydle znalazł się inny podoficer, młody blondynek.
Już
zrównywaliśmy się z walczącą kolumną i
widzieliśmy pustą przestrzeń między dymem naszej i
austriackiej piechoty, kiedy spoza niej wynurzył się długi
szereg białych mundurów. Szereg podnosił się i
zniżał co sekundę, a jego nogi migały raz po razu, jak na
paradzie.
Stanął.
Nad nim błysnęła taśma stali, pochyliła się i -
zobaczyłem ze sto wycelowanych do nas karabinów,
lśniących jak igły w papierku. Potem zadymiło się,
zgrzytnęło jak łańcuch po żelaznej sztabie, a nad nami
i około nas przeleciał wicher pocisków.
-
Stój!... Pal!...
Wystrzeliłem
co rychlej, pragnąc zasłonić się chociaż dymem. Pomimo
huku usłyszałem za sobą niby uderzenie kijem w człowieka;
ktoś z tyłu padł zawadzając o mój tornister. Opanował
mnie gniew i desperacja ; czułem, że zginę, jeżeli nie
zabiję niewidzialnego wroga. Nabijałem broń i strzelałem
bez pamięci, trochę zniżając karabin i myśląc z
dziką satysfakcją, że moje kule nie pójdą
górą. Nie patrzyłem na bok ani pod nogi ; bałem się
zobaczyć leżącego człowieka.
Wtem
stało się coś nieoczekiwanego. W pobliżu nas
zatrzeszczały bębny i rozległy się przeraźliwe
piszczałki fajfrów. Toż samo za nami. Ktoś
krzyknął: " Naprzód!" i - nie wiem, z ilu piersi
wybuchnął krzyk podobny do jęku albo do wycia. Kolumna
poruszyła się z wolna, prędzej, biegiem... Strzały prawie
ucichły i odzywały się tylko pojedyńczo... Z impetem
uderzyłem o coś piersiami, pchano się na mnie ze wszystkich
stron, pchałem się i ja...
-
Kłuj Szwaba!... - krzyczał nieludzkim głosem Katz rwąc
się naprzód. A że nie mógł wydobyć się z
ciżby, więc podniósł karabin i walił kolbą w
tornistry stojących przed nami kolegów.
Nareszcie
zrobiło się tak ciasno, że zaczęła mi się
giąć klatka piersiowa i uczułem brak tchu. Uniesiono mnie do
góry, opuszczono, a wtedy poznałem, że nie stoję na
ziemi, ale na człowieku, który jeszcze pochwycił mnie za
nogę. W tej chwili wrzeszczący tłum posunął się
naprzód, a ja upadłem. Lewa ręka poślizgnęła mi
się we krwi.
Obok mnie
leżał przewrócony na bok oficer austriacki, człowiek
młody, o bardzo szlachetnych rysach. Spojrzał na mnie ciemnymi oczyma
z nieopisanym smutkiem i wyszeptał chrapliwym głosem:
- Nie
trzeba deptać... Niemcy są też ludźmi...
Wsunął
rękę pod bok i jęczał żałośnie.
Pobiegłem
za kolumną. Nasi byli już na wzgórzach, gdzie stały
austriackie baterie. Wdrapawszy się za innymi, zobaczyłem jedną
armatę przewróconą, drugą zaprzężoną i
otoczoną przez naszych.
Trafiłem
na szczególną scenę. Jedni z naszych chwycili za koła
armaty, drudzy ściągali woźnicę z siodła; Katz
przebił bagnetem konia z pierwszej pary, a kanonier austriacki chciał
zwalić go w łeb wyciorem. Schwyciłem kanoniera za kołnierz
i nagłym ruchem w tył przewróciłem go na ziemię.
Katz i jego chciał przebić.
- Co
robisz, wariacie?!... - zawołałem odbijając mu karabin.
Wtedy
rozwścieczony rzucił się na mnie, ale stojący obok oficer
pałaszem odtrącił mu bagnet.
- Czego
się tu mieszasz?... - krzyknął Katz na oficera i -
oprzytomniał.
Dwie
armaty były wzięte, za resztą pognali husarzy. Daleko przed nami
stali nasi pojedynczo i w gromadach, strzelając do cofających
się Austriaków. Kiedy niekiedy jakaś zbłąkana kula
nieprzyjacielska świsnęła nad nami albo zaryła się w
ziemię wydmuchując obłoczek kurzu. Trębacze zwoływali
do szeregów.
Około
czwartej po południu pułk nasz ściągnięto; było
po bitwie. Tylko na zachodniej krawędzi horyzontu jeszcze odzywały
się pojedyncze strzały lekkiej artylerii, jak odgłosy burzy,
która już przeszła.
W
godzinę później na rozległym placu boju w
różnych punktach zagrały pułkowe orkiestry.
Przyleciał do nas adiutant z powinszowaniem. Trębacze i dobosze
uderzyli sygnał: do modlitwy. Zdjęliśmy kaski,
chorążowie podnieśli sztandary i cała armia, z bronią
do nogi, dziękowała węgierskiemu Bogu za zwycięstwo.
Stopniowo
dym opadł. Gdzie oko sięgło, widzieliśmy w rozmaitych
miejscach jakby skrawki białego i granatowego papieru, bez ładu
porozrzucane na zdeptanej trawie. W polu kręciło się
kilkanaście furmanek, a jacyś ludzie składali na nich
niektóre z owych skrawków. Reszta została.
- Mieli
się też po co rodzić!... - westchnął oparty na
karabinie Katz, którego znowu opanowała melancholia.
Było
to bodaj czy nie ostatnie nasze zwycięstwo. Od tej chwili sztandary z
trzema rzekami częściej chodziły przed nieprzyjacielem
aniżeli za nieprzyjacielem, dopóki wreszcie pod Vilagos nie
opadły z drzewców jak liście na jesieni.
Dowiedziawszy
się o tym Katz rzucił szpadę na ziemię (byliśmy
już obaj oficerami) i powiedział, że teraz tylko sobie w
łeb strzelić. Ja jednak pamiętając, że we Francji już
siedzi Napoleon, dodałem mu otuchy i - przekradliśmy się do
Komorna.
Przez
miesiąc wyglądaliśmy odsieczy: z Węgier, z Francji, nawet z
nieba. Nareszcie twierdza kapitulowała.
Pamiętam,
że tego dnia Katz kręcił się około prochowni, a
miał taki wyraz na twarzy jak wówczas, kiedy to chciał
przebić leżącego kanoniera. Gwałtem wzięliśmy go
w kilku pod ręce i wyprowadziliśmy z fortecy, za naszymi.
-
Cóż to - szepnął mu jeden z kolegów - zamiast
iść z nami na tułactwo, chciałbyś zmykać do
nieba?... Ej! Katz, węgierska piechota nie tchórzy i nie łamie
słowa danego, nawet... Szwabom...
W
pięciu oddzieliliśmy się od reszty wojsk, połamaliśmy
szpady, przebraliśmy się za chłopów i ukrywszy pod
odzieżą pistolety wędrowaliśmy w stronę Turcji.
Tropiła nas też, bo tropiła sfora Haynaua!...
Podróż
nasza po bezdrożach i lasach trwała ze trzy tygodnie. Pod nogami
błoto, nad głowami deszcz jesienny, za plecami patrole, a przed nami
wieczne wygnanie - oto byli nasi towarzysze. Mimo to mieliśmy dobry humor.
Szapary
ciągle gadał, że Kossuth jeszcze coś wymyśli, Stein
był pewny, że odezwie się za nami Turcja, Liptak wzdychał
do noclegu i gorącej strawy, a ja mówiłem, że kto jak
kto, ale Napoleon nas nie opuści. Deszcz rozmiękczył nam
odzienie jak masło, brnęliśmy w błocie wyżej kostek,
poodłaziły nam podeszwy, a w butach grało jak na trąbce;
mieszkańcy bali się sprzedać nam dzbanka mleka, a chłopi w
jednej wsi gonili nas z widłami i kosami. Mimo to humor był, a Liptak
pędząc obok mnie tak, aż błoto bryzgało, rzekł
zadyszany:
- Eljen
Magyar!... Oto będziemy spali... Żeby tak jeszcze z kielich
śliwowicy do poduszki!...
W tym
wesołym towarzystwie obdartusów, przed którymi nawet wrony
uciekały, tylko Katz był pochmurny. On najczęściej
odpoczywał i jakoś prędzej mizerniał; miał spieczone
usta, a w oczach blade iskry.
-
Boję się, żeby nie dostał zgniłej gorączki -
rzekł raz do mnie Szapary.
Niedaleko
rzeki Sawy, nie wiem którego dnia naszej wędrówki,
znaIeźliśmy w pustej okolicy kilka chat, gdzie nas bardzo
gościnnie przyjęto. Mrok już zapadł, wściekle
byliśmy znużeni, ale dobry ogień i butelka śliwowicy
napędziły nam wesołych myśli.
-
Przysięgam - wołał Szapary - że najdalej w marcu Kossuth
powoła nas do szeregów. Głupstwo zrobiliśmy
łamiąc szpady...
-
Może jeszcze w grudniu Turek wojska posunie - dodał Stein. -
Ażeby się choć wygoić do tego czasu...
- Moi
kochani!... - jęczał Liptak zawijając się w grochowiny -
kładźcie się, do diabła, spać, bo inaczej ani Kossuth,
ani Turek nas nie rozbudzi.
- Pewno, że
nie rozbudzi! - mruknął Katz.
Siedział na
ławie naprzeciw komina i smutno patrzył w ogień.
- Ty, Katz,
niedługo w sprawiedliwość boską przestaniesz wierzyć -
odezwał się Szapary marszcząc brwi.
- Nie ma
sprawiedliwości dla tych, którzy nie umieli zginąć z
bronią w ręku! - krzyknął Katz. - Głupi wy i ja z
wami... Turek albo Francuz nadstawi za was karku?... Czemu, żeście wy
sami nie umieli go nadstawić?...
- Ma
gorączkę - szepnął Stein. - Będzie z nim kłopot w
drodze...
- Węgry!...
już nie ma Węgier! - mruczał Katz. - Równość...
nigdy nie było równości!... Sprawiedliwość... nigdy
jej nie będzie... Świnia wykąpie się nawet w bagnie; ale
człowiek z sercem!... Darmo, panie Mincel, już ja u ciebie nie
będę krajać mydła...
Zmiarkowałem,
że Katz jest bardzo chory. Zbliżyłem się do niego i
ciągnąc go na grochowiny, rzekłem:
-
Chodź, Auguście, chodź...
-
Gdzież pójdę?... - odparł, na chwilę
wytrzeźwiony.
A potem
dodał:
- Z
Węgier wypędzili, do Szwabów się nie
zaciągnę...
Mimo to
legł na barłogu. Ogień na kominie wygasał. Dopiliśmy
wódkę i położyliśmy się rzędem z
pistoletami w garści. W szczelinach chaty wiatr jęczał, jakby
całe Węgry płakały, a nas zmorzył sen. Śniło
mi się, że jestem małym chłopcem i że jest Boże
Narodzenie. Na stole płonie choinka, przybrana tak ubogo, jak my
byliśmy ubodzy, a dokoła mój ojciec, ciotka, pan Raczek i pan
Domański śpiewają fałszywymi głosami kolędę:
Bóg
się rodzi - moc truchleje.
Obudziłem
się, łkając z żalu za moim dzieciństwem. Ktoś
szarpał mię za ramię.
Był
to chłop, właściciel chaty. Podniósł mnie z
grochowin i wskazując w stronę Katza, mówił
przerażony:
- Patrzcie
no, panie wojak... Z nim się coś złego stało...
Porwał
z komina łuczywo i zaświecił. Spojrzałem. Katz
leżał na barłogu skurczony, z wystrzelonym pistoletem w
ręku. Ogniste płatki przeleciały mi przed oczyma i zdaje mi
się, żem zemdlał.
Ocknąłem
się na furze, którą właśnie
dojeżdżaliśmy do Sawy. Już dniało, zapowiadał
się dzień pogodny ; od rzeki ciągnęła surowa
wilgoć. Przetarłem oczy, porachowałem... Było na wozie nas
czterech i piąty furman. Przecież powinno być pięciu. Nie,
powinno być sześciu!... Szukałem Katza, nie mogłem się
dopatrzeć Nie pytałem o niego ; płacz ścisnął
mnie za gardło i myślałem, że mnie udusi. Liptak
drzemał, Stein ocierał oczy, a Szapary patrzył na bok i tylko
pogwizdywał Rakoczego, chociaż ciągle się
mylił.
Ej! bracie
Katz, cóżeś ty zrobił najlepszego?... Czasem zdaje mi
się, żeś znalazł tam w niebie i węgierską
piechotę, i swój wystrzelany pluton... Niekiedy słyszę
łoskot bębnów, ostry rytm marszu i komendę: " Na
ramię broń!..." A wtedy myślę, że to ty, Katz,
idziesz na zmianę warty przed bożym tronem... Bo kiepskim byłby
Pan Bóg węgierski, gdyby się nie poznał na tobie!
...Alem
się też rozgadał, Boże odpuść!...
Myślałem o Wokulskim, a piszę o sobie i o Katzu. Wracam
więc do przedmiotu. W parę dni po śmierci Katza weszliśmy
do Turcji, a przez dwa lata następne ja, już sam, tułałem
się po całej Europie. Byłem we Włoszech, Francji,
Niemczech, nawet w Anglii, a wszędzie nękała mnie bieda i
żarła tęsknota za krajem. Nieraz zdawało mi się,
że stracę rozum słuchając potoków obcej mowy i
widząc nie nasze twarze, nie nasze ubiory, nie naszą ziemię.
Nieraz oddałbym życie, ażeby choć spojrzeć na las
sosnowy i chałupy poszyte słomą. Nieraz jak dziecko
wołałem przez sen: " ja chcę do kraju!..." A gdym
się obudził zalany łzami, ubierałem się i pędem
biegłem na ulicę, bo mi się przywidziało, że ta ulica
koniecznie musi być Starym Miastem albo Podwalem.
Może
bym się zabił z desperacji, gdyby nie ciągłe
wiadomości o Ludwiku Napoleonie, który już został
prezydentem, a myślał o cesarstwie. Było mi lżej
dźwigać nędzę i tłumić wybuchy żalu, kiedym
słuchał o triumfach człowieka, który miał
wykonać testament Napoleona I i zrobić porządek w świecie.
Nie
udało mu się wprawdzie, aleć - zostawił syna. Nie od razu Kraków
zbudowano!...
Nareszcie nie
mogłem wytrzymać i - w grudniu 1851 roku przejechawszy
wzdłuż Galicję stanąłem na komorze w Tomaszowie. Jedna
mnie tylko myśl trapiła:
"A nuż
mnie i stąd wypędzą?..."
Nigdy zaś
nie zapomnę radości, jakiej doznałem usłyszawszy, że
mam jechać do Zamościa. Właściwie, tom nawet nie bardzo
jechał ; raczej szedłem, ale z jakąż uciechą!
W Zamościu
bawiłem rok z czymś. A żem dobrze drwa rąbał,
więc byłem co dzień na świeżym powietrzu.
Napisałem stamtąd list do Mincla i podobno otrzymałem od niego
odpowiedź, nawet pieniądze; ale wyjąwszy pokwitowania z odbioru,
bliższych szczegółów tego wypadku nie pamiętam.
Zdaje się
jednak, że Jaś Mincel zrobił inną rzecz, choć nie
wspomniał o niej do śmierci i nawet nie lubił o tym
rozmawiać. Oto chodził on do różnych
jenerałów, którzy odbyli węgierską kampanię,
i tłumaczył im, że przecież powinni ratować
kolegę w nieszczęściu. No i uratowali mnie, tak że już w
lutym 1853 roku mogłem jechać do Warszawy. Zwrócono mi nawet
patent oficerski, jedyną pamiątkę, jaką wyniosłem z
Węgier nie licząc dwu ran: w piersi i w nogę. Było nawet
lepiej, bo oficerowie wyprawili mi obiad, na którym gęsto
piliśmy zdrowie węgierskiej piechoty. Od tej też pory
mówię, że najtrwalsze stosunki zawiązują się na
placu bitwy.
Ledwiem
opuścił mój dotychczasowy apartament będąc
gołym jak pieprz turecki, zaraz zastąpił mi drogę nieznany
Żydek i oddał list z pieniędzmi. Otworzyłem go i
przeczytałem:
"Mój
kochany Ignacy! Posyłam ci dwieście złotych na drogę, to
się później obrachujemy. Zajedź wprost do mego sklepu na
Krakowskim Przedmieściu, a nie na Podwal, broń Boże! bo tam
mieszka ten złodziej Franc ; niby mój brat, któremu nawet
pies porządny nie powinien
podawać
ręki. Całuję cię, Jan Mincel. Warszawa, d. 16 lutego r.
1853.
Ale,
ale!... Stary Raczek, co się z twoją ciotką ożenił, to
wiesz - umarł, a i ona także, ale pierwej. Zostawili ci trochę
gratów i parę tysięcy złotych. Wszystko jest u mnie w
porządku, tylko salopę ciotki mole trochę sponiewierały, bo
bestia Kaśka zapomniała włożyć bakuniu. Franc
kazał cię ucałować. Warszawa, d. 18 lutego r. 1853."
Ten sam
Żydek wziął mnie do swego domu, gdzie doręczył mi
tłumoczek z bielizną, odzieniem i obuwiem. Nakarmił mnie
rosołem z gęsiny, potem gotowaną, a potem pieczoną
gęsiną, której do Lublina nie mogłem strawić.
Nareszcie dał mi butelkę wybornego miodu, zaprowadził do gotowej
już furmanki, lecz - ani chciał słuchać o żadnym
wynagrodzeniu.
- Ja bym
się wstydził brać od takie osobe, co z migracje wraca -
odpowiadał na wszystkie moje zaklęcia.
Dopiero
gdym już miał wsiąść do fury, odprowadził mnie na
bok i rozejrzawszy się, czy kto nie podsłuchuje, szepnął:
- Jak pan
dobrodziej ma węgierskie dukaty, to ja kupię. Ja rzetelnie
zapłacę, bo mnie potrzeba dla córki, co po pańskim Nowym
Roku wychodzi za mąż...
- Nie mam
dukatów - odparłem.
- Pan
dobrodziej był na węgierskie wojne i pan nie ma dukatów... -
rzekł zdziwiony.
Już
postawiłem nogę na stopniu fury, kiedy ten sam Żydek
odciągnął mnie drugi raz na stronę.
- Może pan
dobrodziej ma jakie kosztowności?... Pierścionków,
zygarków, branzeletów?... Jak zdrowia pragnę, ja rzetelnie
zapłacę, bo to dla mojej córki...
- Nie mam,
bracie, daję ci słowo...
- Nie ma
pan? - powtórzył, szeroko otwierając oczy. - To po co pan
chodził na Węgry?...
Ruszyliśmy,
a on jeszcze stał i trzymał się ręką za brodę, z
politowaniem kiwając głową.
Fura
była wynajęta tylko dla mnie. Zaraz jednak na następnej uliczce
furman spotkał swego brata, który miał bardzo pilny interes do
Krasnegostawu.
- Niech
wielmożny pan pozwoli jego zabrać - prosił zdjąwszy
czapkę. - Na złe droge to on będzie szedł piechotą.
Pasażer
wsiadł. Nim dojechaliśmy do bramy fortecznej, zastąpiła nam
drogę jakaś Żydówka z tłumokiem i poczęła
krzykliwie rozmawiać z furmanem. Okazało się, że jest to jego
ciotka, która ma w Fajsławicach chore dziecko.
-
Może wielmożny pan pozwoli się jej przysiąść...
To jest bardzo letka osoba... - prosił furman.
Za
bramą wreszcie, w rozmaitych punktach szosy, znalazło się
jeszcze trzech kuzynów mego furmana, który zabrał ich pod
pozorem, że będzie mi w drodze weselej. Jakoż zepchnęli
mnie na tylną oś wozu, deptali po nogach, palili szkaradny
tytoń, a przede wszystkim wrzeszczeli jak opętani. Pomimo to nie
pomieniałbym mego ciasnego kąta na najwygodniejsze miejsce we francuskich
dyliżansach albo angielskich wagonach. Byłem już w kraju.
Przez
cztery dni zdawało mi się, że siedzę w przenośnej
bożnicy. Na każdym popasie jakiś pasażer ubywał, inny
zajmował jego miejsce. Pod Lublinem zsunęła mi się na plecy
ciężka paka; istny cud, żem nie stracił życia. Pod
Kurowem staliśmy parę godzin na szosie, gdyż zginął
czyjś kufer, po który furman jeździł konno do karczmy.
Przez całą wreszcie drogę czułem, że leżąca
na moich nogach pierzyna jest gęściej zaludniona od Belgii.
Piątego
dnia, przed wschodem słońca, stanęliśmy na Pradze. Ale
że fur było mnóstwo, a łyżwowy most ciasny,
więc ledwie około dziesiątej zajechaliśmy do Warszawy.
Muszę dodać, że wszyscy moi współpasażerowie
znikli na Bednarskiej ulicy, jak eter octowy, zostawiając po sobie mocny
zapach. Gdy zaś przy ostatecznym rachunku wspomniałem o nich
furmanowi, wytrzeszczył na mnie oczy.
- Jakie
pasażery?... - zawołał zdziwiony. - Wielmożny pan to jest
pasażer, ale tamto - same parchy. Jak my stanęli na rogatce, to nawet
strażnik dwa takie gałgany rachował za złotówkę
na jeden paszport. A wielmożny pan myśli, co oni byli
pasażery!...
-
Więc nie było nikogo?... - odparłem. - A skądże, u
licha, pchły, które mnie oblazły?
-
Może z wilgoci. Czy ja wiem! - odpowiedział furman.
Przekonany
w ten sposób, że na bryce nie było nikogo oprócz mnie,
sam jeden, rozumie się, zapłaciłem za całą
podróż, co tak rozczuliło furmana, że wypytawszy
się, gdzie będę mieszkał, obiecał mi przywozić co
dwa tygodnie tytoń przemycany.
- Nawet
teraz - rzekł cicho - mam na furze centnar. Może przynieść
wielmożnego pana z parę funty?...
-
Żeby cię diabli wzięli!- mruknąłem chwytając
mój tłumoczek. - Tego jeszcze brakowało, ażeby
aresztowali mnie za defraudację.
Szybko
biegnąc przez ulice, przypatrywałem się miastu, które po
Paryżu wydawało mi się brudne i ciasne, a ludzie posępni.
Sklep J. Mincla na Krakowskim Przedmieściu łatwo znalazłem; ale
na widok znanych miejsc i szyldów serce zaczęło mi się
tak trząść, żem chwilę musiał odpocząć.
Spojrzałem
na sklep - prawie taki jak na Podwalu ; na drzwiach blaszany pałasz i
bęben (może ten sam, który widziałem w
dzieciństwie!) - w oknie talerze, koń i skaczący kozak...
Ktoś uchylił drzwi i zobaczyłem w głębi zawieszone u
sufitu: farby w pęcherzach, korki w siatce, nawet wypchanego krokodyla.
Za
kontuarem, blisko okna, siedział na starym fotelu Jan Mincel i
ciągnął za sznurek kozaka...
Wszedłem
drżąc jak galareta i stanąłem naprzeciw Jasia. Zobaczywszy
mnie (już zaczął tyć chłopak) ciężko
uniósł się z fotelu i przymrużył oczy. Nagle
krzyknął do jednego z chłopców sklepowych:
-
Wicek!... gnaj do panny Małgorzaty i powiedz, że wesele zaraz po
Wielkiejnocy...
Potem
wyciągnął do mnie obie ręce ponad kontuarem i długo
ściskaliśmy się milcząc.
-
Aleś też walił Szwabów! Wiem, wiem - szepnął mi
do ucha. - Siadaj - dodał wskazując krzesło. - Kaziek! rwij do Grossmutter...
Pan Rzecki przyjechał!...
Siadłem
i znowu nie mówiliśmy nic do siebie. On żałośnie
trząsł głową, ja spuściłem oczy. Obaj
myśleliśmy o biednym Katzu i o naszych zawiedzionych nadziejach.
Wreszcie Mincel utarł nos z wielkim hałasem i odwróciwszy
się do okna, mruknął:
- No, co
tam...
Wrócił
zadyszany Wicek. Uważałem, że surdut tego młodzieńca
połyskuje od tłustych plam.
-
Byłeś? - spytał go Mincel.
-
Byłem. Panna Małgorzata powiedziała, że dobrze.
-
Żenisz się? - rzekłem do Jasia.
- Phi!...
cóż mam robić - odparł.
- A Grossmutter
jak się ma?
- Zawsze
jednakowo. Choruje tylko wtedy, kiedy stłuką jej dzbanek do kawy.
- A Franc?
- Nie gadaj mi o
tym łajdaku - wstrząsnął się Jan Mincel. - Wczoraj
przysiągłem sobie, że noga moja u niego nie postanie...
-
Cóż ci zrobił? - spytałem.
- To podłe
Szwabisko ciągle drwi z Napoleona!... Mówi, że
złamał przysięgę rzeczypospolitej, że jest kuglarzem,
któremu oswojony orzeł napluł w kapelusz... Nie -
mówił Jan Mincel - z tym człowiekiem żyć nie
mogę...
Przez cały
czas naszej rozmowy dwaj chłopcy i subiekt załatwiali
interesantów, na których nawet nie zwracałem uwagi. Wtem .
skrzypnęły tylne drzwi sklepu i spoza szaf wysunęła
się staruszka w żółtej sukni, z dzbanuszkiem w ręku.
- Gut Morgen,
meine Kinder!... Der Kaffee ist schon...
Pobiegłem i
ucałowałem jej suche rączyny nie mogąc słowa
przemówić.
- Ignaz!...
Herr Jesäs... Ignaz! - zawołała ściskając mnie. - Wo
bist du so lange gewesen, lieber Ignaz?...
No,
przecie Grossrnutter wie, że był na wojnie. Co się tu
pytać, gdzie był? - wtrącił Jan.
- Herr
Jesäs!... Aber du hast noch keinen Kaffee getrunken?...
- Naturalnie,
że nie pił - odparł Jan w moim imieniu.
- Du lieber
Gott! Es ist ja schon zehn Uhr...
Nalała mi
kubek kawy, wręczyła trzy świeże bułki i znikła
jak zwykle.
Teraz
główne drzwi otworzyły się z łoskotem i wbiegł
Franc Mincel, tłuściejszy i czerwieńszy od brata.
- Jak się
masz, Ignacy!... - zawołał padając mi w objęcia.
- Nie całuj
się z tym durniem, który jest zakałą rodu
Minclów!... rzekł do mnie Jan.
- Oj! oj! co mi
to za ród!... - odparł ze śmiechem Franc. - Nasz ojciec
przyjechał taczkami we dwa psy...
- Nie gadam z
panem! - wrzasnął Jan.
- Ja też
nie do pana mówię, tylko do Ignacego - odparł Franc: - A nasz
stryj - ciągnął dalej - było przecie takie zakute
Szwabisko, że wylazł z trumny po swoją szlafmycę,
której mu tam zapomnieli włożyć...
- Robisz mi pan
afront w moim domu!... - krzyknął Jan.
- Nie
przyszedłem do pańskiego domu, tylko do sklepu za sprawunkiem...
Wicek! - zwrócił się Franc do chłopca - daj mi korek za
grosz... Tylko zawiń go w bibułę... Do widzenia, kochany Ignacy,
wpadnij do mnie dziś wieczorem, to przy dobrej butelce pogadamy. A
może i ten pan z tobą przyjdzie - dodał już z ulicy-,
wskazując ręką na sinego z gniewu Jana.
- Noga moja nie
postanie u podłego Szwaba! - krzyknął Jan.
To jednak nie
przeszkodziło, że wieczorem byliśmy obaj u Franca.
Mimochodem
wspomnę, że nie było tygodnia, w ciągu którego
bracia Minclowie nie pokłóciliby się i nie pogodzili
przynajmniej ze dwa razy. Co zaś jest najosobliwszym, że przyczyny
swarów nigdy nie wypływały z interesu natury materialnej.
Owszem, pomimo największych nieporozumień bracia zawsze
poręczali swoje kwity, pożyczali sobie pieniędzy i nawzajem
płacili długi: Powody tkwiły w ich charakterach.
Jan Mincel
był romantyk i entuzjasta, Franc spokojny i zgryźliwy; Jan był
gorącym bonapartystą, Franc republikaninem i specjalnym wrogiem
Napoleona III. Nareszcie Franc Mincel przyznawał się do niemieckiego
pochodzenia, podczas gdy Jan uroczyście twierdził, że Minclowie
pochodzą ze starożytnej polskiej rodziny Miętusów,
którzy kiedyś, może za Jagiellonów, a może za królów
wybieralnych osiedli między Niemcami.
Dość
było jednego kieliszka wina, ażeby Jan Mincel zaczął
bić pięściami w stół albo w plecy swoich
sąsiadów i wrzeszczeć:
- Czuję w
sobie starożytną polską krew!... Niemka nie mogłaby mnie
urodzić!... Mam zresztą dokumenta...
I bardzo
zaufanym osobom pokazywał dwa stare dyplomy, z których jeden
odnosił się do jakiegoś Modzelewskiego, kupca w Warszawie za
czasów szwedzkich, a drugi do Milera, kościuszkowskiego porucznika.
Jaki by przecież istniał związek między tymi osobami a
rodziną Minclów - nie wiem po dziś dzień, choć
objaśnienia niejednokrotnie słyszałem.
Nawet z powodu
wesela Jana wybuchnął skandal między braćmi: Jan bowiem
zaopatrzył się na tę uroczystość w amarantowy kontusz,
żółte buty i szablę, podczas gdy Franc
oświadczył, że nie pozwoli na taką maskaradę przy
ślubie, choćby miał podać skargę do policji.
Usłyszawszy to Jan przysiągł, że zabije denuncjanta,
jeżeli go zobaczy, i do weselnej kolacji ubrał się w szaty
swoich przodków Miętusów. Franc zaś był i na
ślubie, i na weselu, lecz choć nie gadał z bratem, na
śmierć zatańcowywał mu żonę i prawie do
samobójstwa upił się jego winem.
Nawet zgon
Franca, który w roku 1856 zmarł na karbunkuł, nie obszedł
się bez awantury. W ciągu trzech ostatnich dni obaj bracia po dwa
razy wyklęli się i wydziedziczyli w sposób bardzo uroczysty.
Mimo to Franc cały majątek zapisał Janowi, a Jan przez kilka
tygodni chorował z żalu po bracie i - połowę odziedziczonej
fortuny (około dwudziestu tysięcy złotych) przekazał
jakimś trzem sierotkom, którymi nadto opiekował się do
końca życia.
Dziwna była
to rodzina!
I
otóż znowu zboczyłem od przedmiotu: miałem pisać o
Wokulskim,a piszę o Minclach. Gdybym nie czuł się tak
rześkim, jak jestem, mógłbym posądzić się o
gadulstwo zapowiadające bliską starość.
Powiedziałem,
że w postępowaniu Stasia Wokulskiego wielu rzeczy nie rozumiem i za
każdym razem mam ochotę zapytać: -na co to wszystko?...
Otóż
kiedym wrócił do sklepu, prawie co wieczór zbieraliśmy
się u Grossmutter na górze: Jan i Franc Minclowie, a czasem
i Małgosia Pfeifer. Małgosia z Janem siadywali w okiennej framudze i
trzymając się za ręce patrzyli w niebo; Franc pił piwo z
dużego kufla (który miał cynową klapę), staruszka
robiła pończochę, a ja - opowiadałem dzieje kilku lat
spędzonych za granicą.
Najczęściej,
rozumie się, była mowa o tęsknotach tułaczki, niewygodach
żołnierskiego życia albo o bitwach. W takiej chwili Franc
wypijał podwójne porcje piwa, Małgosia przytulała
się do Jana (do mnie nikt się tak nie przytulał), a Grossmutter
gubiła oczka w pończosze. Gdym już skończył, Franc
wzdychał, szeroko rozsiadając się na kanapie, Małgosia
całowała Jana, a Jan Małgosię, staruszka zaś
trzęsąc głową mówiła :
- Jesäs!
Jesäs!... wie is das schrecklich... Aber sag mir, lieber Ignaz, wozu also
bist du denn nach Ungarn gegnngen?
- No, przecie
Grossmutter rozumie, że chodził do Węgier na wojnę -
wtrącił niecierpliwie Jan.
Lecz staruszka
ciągle kręcąc głową ze zdziwienia mruczała do
siebie:
- Der Kaffe
war ja immer gut und zu Mittag hat er sich doch immer vollgegessen... Warum bat
er denn das getan?...
- O! bo
Grossmutter myśli tylko o kawie i o obiedzie - oburzył się
Jan.
Nawet kiedy
opowiedziałem ostatnie chwile i straszną śmierć Katza,
starowina wprawdzie rozpłakała się, pierwszy raz od czasu, jak
ją znałem; niemniej jednak otarłszy łzy i wziąwszy
się znowu do swej pończochy, szeptała:
- Merkwürdig!
Der Kaffee war ja immer gut und zu Mittag hat er sich doch immer
vollgegessen... Warum hat er denn das getan?
Toż samo ja
dziś nieomal co godzinę mówię o Stasiu Wokulskim.
Miał po śmierci żony spokojny kawałek chleba, więc po
co pojechał do Bułgarii? Zdobył tam taki majątek, że
mógłby sklep zwinąć: po co zaś rozszerzył . go?
Ma przy nowym sklepie pyszne dochody, więc po co tworzy jeszcze
jakąś spółkę?...
Po co
wynajął dla siebie ogromne mieszkanie? Po co kupił powóz
i konie? Po co pnie się do arystokracji, a unika kupców,
którzy mu tego darować nie mogą?
A w jakim
celu zajmuje się furmanem Wysockim albo jego bratem,
dróżnikiem z kolei żelaznej? Po co kilku biednym czeladnikom
założył warsztaty? Po co opiekuje się nawet nierządnicą,
która choć mieszka u magdalenek, mocno szkodzi jego reputacji?...
A jaki on
sprytny... Kiedy dowiedziałem się na giełdzie o zamachu
Hödla, wracam do sklepu i patrząc mu bystro w oczy mówię:
- Wiesz,
Stasiu, jakiś Hödel strzelił do cesarza Wilhelma...
A on,
jakby nigdy nic, odpowiada:
- Wariat.
- Ale temu
wariatowi - ja mówię - zetną głowę.
- I
słusznie - on odpowiada - nie będzie się mnożył
ród wariacki.
Żeby
mu przy tym drgnął choć jeden muskuł, nic.
Skamieniałem wobec jego zimnej krwi.
Kochany Stasiu,
tyś sprytny, alem i ja nie w ciemię bity: wiem więcej,
aniżeli przypuszczasz, i to mi tylko bolesne, że nie masz do mnie
zaufania. Bo rada przyjaciela i starego żołnierza mogłaby
cię uchronić od niejednego głupstwa, jeżeli nie od plamy...
Ale co ja
tu będę wypowiadać własne opinie; niech mówi za mnie
bieg wypadków.
W
początkach maja wprowadziliśmy się do nowego sklepu,
który obejmuje pięć ogromnych salonów. W pierwszym
pokoju, na lewo, mieszczą się same ruskie tkaniny: perkale, kretony,
jedwabie i aksamity. Drugi pokój zajęty jest w połowie na te
same tkaniny, a w połowie na drobiazgi do ubrania służące:
kapelusze, kołnierzyki, krawaty, parasolki. W salonie frontowym
najwykwintniejsza galanteria: brązy, majoliki, kryształy,
kość słoniowa. Następny pokój na prawo lokuje
zabawki tudzież wyroby z drzewa i metalów, a w ostatnim pokoju na
prawo są towary z gumy i skóry.
Tak sobie
to uporządkowałem; nie wiem, czy właściwie, ale Bóg
mi świadkiem, żem chciał jak najlepiej. Wreszcie pytałem o
zdanie Stasia Wokulskiego; ale on, zamiast coś poradzić, tylko
wzruszał ramionami i uśmiechał się, jakby
mówił:
"A
cóż mnie to obchodzi..."
Dziwny
człowiek! Przyjdzie mu do głowy genialny plan, wykona go w
ogólnych zarysach, ale - ani dba o szczegóły. On kazał
przenieść sklep, on zrobił go ogniskiem handlu ruskich tkanin i
galanterii zagranicznej, on zorganizował całą
administrację. Ale zrobiwszy to, dziś ani miesza się do sklepu:
składa wizyty wielkim panom albo jeździ swoim powozem do
Łazienek, albo gdzieś znika bez śladu; a w sklepie ukazuje
się ledwie przez parę godzin na dzień. Przy tym roztargniony,
rozdrażniony, jakby na coś czekał albo czegoś się
obawiał.
Ale
cóż to za złote serce!
Ze wstydem
wyznaję, że było mi trochę przykro wynosić się na
nowy lokal. Jeszcze ze sklepem pół biedy; nawet wolę
służyć w ogromnym magazynie, na wzór paryskich,
aniżeli w takim kramie, jakim był nasz poprzedni. Żal mi jednak
było mego pokoju, w którym dwadzieścia pięć lat
przemieszkałem. Ponieważ do lipca obowiązuje nas stary kontrakt,
więc do połowy maja siedziałem w moim pokoiku, przypatrując
się jego ścianom, kracie, która przypominała mi najmilsze
chwile w Zamościu, i starym sprzętom.
"Jak
ja to wszystko ruszę, jak ja to przeniosę, Boże
miłosierny!..."- myślałem.
Aż
jednego dnia, około połowy maja (rozeszły się
wówczas wieści mocno pokojowe), Staś przed samym
zamknięciem sklepu przychodzi do mnie i mówi:
-
Cóż, stary, czas by się przeprowadzić na nowe mieszkanie.
Doznałem
takiego uczucia, jakby ze mnie krew wyciekła. A on prawi dalej :
- Chodźże
ze mną, pokażę ci nowy lokal, który wziąłem dla
ciebie w tym samym domu.
- Jak to
wziąłeś? - pytam. - Przecież muszę umówić
się o cenę z gospodarzem.
- Już
zapłacone! - on odpowiada.
Wziął
mnie pod rękę i prowadzi przez tylne drzwi sklepu do sieni.
-
Ależ - mówię - tu lokal zajęty...
Zamiast
odpowiedzi otworzył drzwi po drugiej stronie sieni... Wchodzę...
słowo honoru - salon!... Meble kryte utrechtem, na stołach albumy, w
oknie majoliki... Pod ścianą biblioteka...
- Masz tu -
mówi Staś pokazując bogato oprawne książki - trzy
historie Napoleona I, życie Garibaldiego i Kossutha, historię
Węgier...
Z
książek byłem bardzo kontent, ale ten salon, muszę
wyznać, zrobił na mnie przykre wrażenie. Staś
spostrzegł to i uśmiechnąwszy się, nagle otworzył
drugie drzwi.
Boże
miłosierny!... ależ ten drugi pokój to mój
pokój, w którym mieszkałem od lat dwudziestu pięciu.
Okna zakratowane, zielona firanka, mój czarny stół... A pod
ścianą naprzeciw moje żelazne łóżko,
dubeltówka i pudło z gitarą...
- Jak to - pytam
- więc mnie już przenieśli?...
- Tak -
odpowiada Staś - przenieśli ci każdy ćwieczek, nawet
płachtę dla Ira.
Może to
się wyda komu śmiesznym, ale ja miałem łzy w oczach...
Patrzyłem
na jego surową twarz, smutne oczy i prawie nie mogłem wyobrazić
sobie, że ten człowiek jest tak domyślny i posiada taką
delikatność uczuć. Bo żebym mu choć wspomniał o
tym... On sam odgadł, że mogę tęsknić za dawną
siedzibą, i sam czuwał nad przeprowadzeniem moich gratów.
Szczęśliwa
byłaby kobieta, z którą by on się ożenił (mam
nawet dla niego partię...); ale on się chyba nie ożeni.
Jakieś dzikie myśli snują mu się po głowie, ale nie o
małżeństwie, niestety!... Ile to już poważnych
osób przychodziło do naszego sklepu niby za sprawunkami, a
naprawdę w swaty do Stasia i - wszystko na nic.
Taka pani
Szperlingowa ma ze sto tysięcy rubli gotowizną i dystylarnię.
Czego ona już nie kupiła u nas, a wszystko dlatego, ażeby mnie
zapytać :
-
Cóż, nie żeni się pan Wokulski?
- Nie, pani
dobrodziejko...
- Szkoda! -
mówi pani Szperlingowa wzdychając. - Piękny sklep, duży
majątek, ale - wszystko to rozejdzie się... bez gospodyni. Gdyby
zaś pan Wokulski wybrał sobie jaką poważną i
majętną kobietę, wzmocniłby się nawet jego kredyt.
-
Święte słowa pani dobrodziejki... - ja odpowiadam.
- Adieu! panie
Rzecki - ona mówi (kładąc na kasie dwadzieścia albo i
pięćdziesiąt rubli). - Ale niechże pan czasem nie wspomni
panu Wokulskiemu o tym, że ja mówiłam coś o
małżeństwie. Bo gotów pomyśleć, że stara
baba poluje na niego... Adieu, panie Rzecki...
-"Owszem,
nie zaniedbam wspomnieć mu o tym..."
I zaraz
myślę, że gdybym ja był Wokulskim, w jednej chwili
ożeniłbym się z tą bogatą wdową. Jak ona
zbudowana, Herr Jesäs!...
Albo taki
Szmeterling, rymarz. Ile razy załatwiamy rachunek, mówi:
- Nie
mógłby się, panie tego, taki, panie tego, Wokulski
żenić?...
Chłop,
panie, ognisty; kark jak u byka... Żeby mnie piorun, panie tego,
trzasł, sam oddałbym mu córkę, a w posagu dałbym im
rocznie za dziesięć tysięcy, panie tego, rubli towaru... No?
Albo taki radca
Wroński. Niebogaty, cichutki, ale kupuje u nas co tydzień choćby
parę rękawiczek i za każdym razem mówi:
- Ma tu Polska
nie ginąć, mój Boże, kiedy tacy jak Wokulski nie
żenią się. Bo to nawet, mój Boże, nie potrzebuje
człowiek posagu, więc mógłby znaleźć
panienkę, która, mój Boże! i do fortepianu, i domem
zarządzi, i zna języki...
Takich
swatów dziesiątki przewijają się przez nasz sklep.
Niektóre matki, ciotki albo ojcowie po prostu przyprowadzają do nas
panny na wydaniu. Matka, ciotka albo ojciec kupuje coś za rubla, a tymczasem
panna chodzi po sklepie, siada, bierze się pod boki, ażeby
zwrócić uwagę na swoją figurę, wysuwa naprzód
prawą nóżkę, potem lewą nóżkę,
potem wystawia rączki... Wszystko w tym celu, ażeby złapać
Stacha, a jego albo nie ma w sklepie, albo jeżeli jest, to nawet nie
patrzy na towar, jakby mówił:
- Taksacją
zajmuje się pan Rzecki...
Wyjąwszy
rodzin mających dorosłe córki tudzież wdów i
panien na wydaniu, które zdają się być
odważniejszymi od węgierskiej piechoty, biedny mój Stach nie
cieszy się sympatią. Nic dziwnego - oburzył przeciw sobie
wszystkich fabrykantów jedwabnych i bawełnianych, a także
kupców, którzy sprzedają ich towary.
Raz, przy
niedzieli (rzadko mi się to zdarza), zaszedłem do handelku na
śniadanie. Kieliszek anyżówki i kawałek śledzia przy
bufecie, a do stołu porcyjka flaków i ćwiartka porteru - oto
bal! Zapłaciłem niecałego rubla, ale moc się
nałykał dymu, a moc się nasłuchał!... Wystarczy mi
tego na parę lat.
W dusznym i
ciemnym jak wędzarnia pokoju, gdzie mi flaki podano, siedziało ze sześciu
jegomościów przy jednym stole. Byli to ludzie spasieni i dobrze
odziani; zapewne kupcy, obywatele miejscy, a może i fabrykanci. Każdy
wyglądał tak na trzy do pięciu tysięcy rubli rocznego
dochodu.
Ponieważ
nie znałem tych panów, a zapewne i oni mnie, nie mogę
więc posądzić ich o umyślną szykanę. Proszę
jednak wyobrazić sobie, co za traf, że właśnie gdym
wszedł do pokoju, rozmawiali o Wokulskim.
Kto
mówił, z przyczyny dymu nie widziałem; wreszcie nie
śmiałem podnieść oczu od talerza.
- Karierę
zrobił! - mówił gruby głos. - Za młodu
wysługiwał się takim jak my, a ku starości chce mu się
fagasować wielkim panom.
- Ci dzisiejsi
panowie - wtrącił jegomość dychawiczny - tyle warci co i
on. Gdzie by to dawniej w hrabskim domu przyjmowali eks-kupczyka, który
przez ożenek dorobił się majątku... Śmiech
powiedzieć!...
- Fraszka
ożenek - odparł gruby głos zakrztusiwszy się nieco - bogaty
ożenek nie hańbi. Ale te miliony, zarobione na dostawach w czasie
wojny, z daleka pachną kryminałem.
- Podobno nie
kradł - odezwał się półgłosem ktoś trzeci.
- W takim razie
nie ma milionów - huknął bas. - A w takim znowu wypadku po co
zadziera nosa!... czego pnie się do arystokracji?
-
Mówią - dorzucił inny głos - że chce
założyć spółkę z samych szlachciców...
- Aha!... I
oskubać ich, a potem zemknąć - wtrącił dychawiczny.
- Nie -
mówił bas - on z tych dostaw nie obmyje się nawet szarym
mydłem. Kupiec galanteryjny robi dostawy! Warszawiak jedzie do
Bułgarii!...
- Pański
brat, inżynier, jeździł za zarobkiem jeszcze dalej -
odezwał się półgłos.
- Zapewne! -
przerwał bas. - Czy może i sprowadzał perkaliki z Moskwy? Tu
jest drugi sęk: zabija przemysł krajowy!...
- Ehe! He!... -
zaśmiał się ktoś dotąd milczący - to już do
kupca nie należy. Kupiec jest od tego, ażeby sprowadzał
tańszy towar i z lepszym zyskiem dla siebie. Nieprawda?... Ehe! He!...
- W każdym
razie nie dałbym trzech groszy za jego patriotyzm odparł bas.
- Podobno jednak
- wtrącił półgłos - ten Wokulski dowiódł
swego patriotyzmu nie tylko językiem...
- Tym gorzej -
przerwał bas. - Dowodził będąc gołym!
Ochłonął poczuwszy ruble w kieszeni.
- O!... że
też my zawsze kogoś musimy posądzać albo o zdradę
kraju, albo o złodziejstwo! Nieładnie!... - oburzał się
półgłos.
- Coś go
pan mocno bronisz?... - spytał bas posuwając krzesłem.
- Bronię,
bom trochę o nim słyszał - odpowiedział
półgłos.- Furmani u mnie niejaki Wysocki, który
umierał z głodu, nim Wokulski postawił go na nogi...
- Za
pieniądze z dostaw w Bułgarii!... Dobroczyńca!...
- Inni, panie,
zbogacili się na funduszach narodowych i - nic. Ehe! He!...
- W każdym
razie ciemna to figura - zakonkludował dychawiczny. - Rzuca się w
prawo i w lewo, sklepu nie pilnuje, perkaliki sprowadza, szlachtę jakby
chciał naciągnąć...
Ponieważ
chłopiec sklepowy w tej chwili przyniósł im nowe butelki,
więc wymknąłem się po cichu. Nie wmieszałem się
do tej rozmowy, gdyż znając Stacha od dziecka, mógłbym im
powiedzieć tylko dwa wyrazy: "Jesteście podli..."
I to wszystko
gadają wówczas, kiedy ja drżę z obawy o jego
przyszłość, kiedy wstając i kładąc się
spać pytam: "Co on robi? po co robi? i co z tego wyniknie?..." I
to wszystko gadają o nim dziś, przy mnie, który wczoraj
patrzyłem, jak dróżnik Wysocki upadł mu do nóg
dziękując za przeniesienie do, Skierniewic i udzielenie zapomogi...
Prosty
człowiek, a jaki uczciwy! Przywiózł ze sobą
dziesięcioletniego syna i wskazując na Wokulskiego mówił:
-
Przypatrzże się, Pietrek, panu, bo to nasz największy
dobrodziej...Jakby kiedy zechciał, żebyś. sobie uciął
rękę dla niego, utnij, a jeszcze mu się nie wywdzięczysz...
Albo ta
dziewczyna, która pisała do niego od magdalenek:
"Przypomniałam sobie jedną modlitwę z dziecinnych
czasów, ażeby modlić się za pana:.."
Oto ludzie
prości, oto dziewczyny występne; czyliż oni i one nie mają
więcej szlachetnych uczuć aniżeli my, surdutowcy, po całym
mieście chwalący się cnotami, w które zresztą
żaden z nas nie wierzy. Ma Staś rację, że zajął
się losem tych biedaków, chociaż... mógłby się
nimi zajmować w sposób trochę spokojniejszy...
Ach! bo
trwożą mnie jego nowe znajomości...
Pamiętam,
w początkach maja wchodzi do sklepu jakiś bardzo niewyraźny
jegomość (rude faworyty, oczy paskudne) i położywszy na
kantorku swój bilet wizytowy, mówi dosyć połamanym
językiem:
-
Proszę powiedzieć pan Wokulski, ja będę dziś
siódma...
I tyle.
Spojrzałem na bilet, czytam: "Wiliam Colins, nauczyciel języka
angielskiego..." Cóż to za farsa?... Przecie chyba Wokulski
nie będzie uczył się po angielsku?...
Wszystko
jednak zrozumiałem, gdy na drugi dzień przyszły telegramy o...
zamachu Hödla...
Albo inna
znajomość, jakaś pani Meliton, która zaszczyca nas
wizytami od chwili powrotu Stasia z Bułgarii. Chuda baba, mała,
trajkocze jak młyn, a czujesz, że mówi tylko to, co chce
powiedzieć. Wpada. raz, w końcu maja:
- Jest pan
Wokulski? Pewno nie ma, spodziewam się... Wszak mówię z panem
Rzeckim? Zaraz to zgadłam... Co za piękna neseserka!... drzewo
oliwkowe, znam się na tym. Niech pan powie panu Wokulskiemu, ażeby mi
to przysłał, on wie mój adres, i - ażeby jutro,
około pierwszej, był w Łazienkach...
- W
których, przepraszam? - spytałem, oburzony jej zuchwalstwem.
- Jesteś
pan błazen... W królewskich! - odpowiada mi ta dama.
No i
cóż!... Wokulski posłał jej neseserkę i
pojechał do Łazienek. Wróciwszy zaś stamtąd,
powiedział mi, że... w Berlinie zbierze się kongres dla
zakończenia wojny wschodniej... I kongres jest!...
Taż sama
jejmość wpada drugi raz, zdaje mi się, pierwszego czerwca.
- Ach! -
woła - cóż to za piękny wazon!... z pewnością
francuska majolika, znam się na tym... Powiedz pan panu Wokulskiemu,
ażeby mi go przysłał, i... (tu dodała szeptem) i... powiedz
mu pan jeszcze, że pojutrze około pierwszej...
Gdy
wyszła, rzekłem do Lisieckiego:
-
Załóż się pan, że pojutrze będziemy mieli
ważną polityczną wiadomość.
- Niby
trzeciego czerwca?... - odparł śmiejąc się.
Proszę
sobie jednak wyobrazić nasze miny, kiedy przyszedł telegram
donoszący... o zamachu Nobilinga w Berlinie!... Ja myślałem,
że padnę trupem, Lisiecki od tej pory zaprzestał już
nieprzyzwoitych żartów na mój rachunek i co gorsze, zawsze
wypytuje mnie o wiadomości polityczne...
Zaprawdę!
strasznym nieszczęściem jest wielka reputacja. Ja bowiem od chwili,
kiedy Lisiecki zwraca się do mnie jako do "poinformowanego",
straciłem sen i resztę apetytu...
Cóż
dopiero musi się dziać z moim biednym Stachem, który utrzymuje
ciągłe stosunki z tym panem Colinsem i z tą panią
Melitonową...
Boże
miłosierny, czuwaj nad nami!...
Już
kiedym się tak rozgadał (dalibóg, robię się
plotkarzem), więc muszę dodać, że i w naszym sklepie panuje
jakiś niezdrowy ferment. Oprócz mnie jest siedmiu subiektów
(czy kiedy marzył o czymś podobnym stary Mincel!), ale - nie ma
jedności. Klejn i Lisiecki, jako dawniejsi, trzymają tylko z
sobą, resztę zaś kolegów traktują w sposób
nie powiem pogardliwy, ale trochę z góry. Trzej zaś nowi
subiekci: galanteryjny, metalowy i gumowy, znowu tylko z sobą się
wdają, są sztywni i pochmurni. Wprawdzie poczciwy Zięba
chcąc ich zbliżyć biega od starych do nowych i ciągle im
coś perswaduje; ale nieborak ma tak nieszczęśliwą
rękę, że antagoniści po każdej próbie godzenia
krzywią się na siebie jeszcze szkaradniej.
Może
gdyby nasz magazyn (z pewnością jest to magazyn, a w dodatku
pierwszorzędny magazyn!), otóż gdyby on rozwijał się
stopniowo, gdybyśmy co rok przybierali po jednym subiekcie - nowy
człowiek wsiąknąłby między starych i istniałaby
harmonia. Ale jak od razu przybyło pięciu ludzi świeżych,
jak jeden drugiemu często gęsto wchodzi w drogę (bo w tak
krótkim czasie nie można ani towarów należycie
uporządkować, ani każdemu określić sfery jego
obowiązków), jest naturalnym, że muszą wyradzać
się niesnaski. No, ale co ja mam się wdawać w krytykę
czynności pryncypała i jeszcze człowieka, .który ma
więcej rozumu aniżeli my wszyscy...
W jednym
tylko punkcie godzą się starzy i nowi panowie, a nawet pomaga im
Zięba, oto: jeżeli chodzi o dokuczenie siódmemu naszemu
subiektowi - Szlangbaumowi. Ten Szlangbaum (znam go od dawna) jest
mojżeszowego wyznania, ale człowiek porządny. Mały, czarny,
zgarbiony, zarośnięty, słowem - trzech groszy nie
dałbyś za niego, kiedy siedzi za kantorkiem. Ale niech no
gość wejdzie (Szlangbaum pracuje w wydziale ruskich tkanin), Chryste
elejson... Kręci się jak fryga; dopiero co był na
najwyższej półce na prawo, już jest przy najniższej
szufladzie na środku i w tej samej chwili znowu gdzieś pod sufitem na
lewo. Kiedy zacznie rzucać sztuki, zdaje się, że to nie
człowiek, ale machina parowa; kiedy zacznie rozwijać i mierzyć,
myślę, że bestia ma ze trzy pary rąk. Przy tym rachmistrz
zawołany, a jak zacznie rekomendować towary, podsuwać
kupującemu projekta, odgadywać gusta, wszystko niezmiernie
poważnym tonem, to słowo honoru daję, że Mraczewski w
kąt!... Szkoda tylko, że jest taki mały i brzydki; musimy mu
dodać jakiegoś głupiego a przystojnego chłopaka za
pomocnika dla dam. Bo wprawdzie z ładnym subiektem damy dłużej
siedzą, ale za to mniej grymaszą i mniej się targują.
(Swoją
drogą, niechaj nas Bóg zachowa od damskiej klienteli. Ja może
dlatego nie mam odwagi do małżeństwa, że ciągle
widuję damy w sklepie. Stwórca świata formując cud
natury, zwany kobietą, z pewnością nie zastanowił się,
jakiej klęski narobi kupcom.)
Otóż
Szlangbaum jest w całym znaczeniu porządnym obywatelem, a mimo to
wszyscy go nie lubią, gdyż - ma nieszczęście być
starozakonnym...
W
ogóle, może od roku, uważam, że do starozakonnych
rośnie niechęć; nawet ci, którzy przed kilkoma laty
nazywali ich Polakami mojżeszowego wyznania, dziś zwą ich
Żydami. Zaś ci, którzy niedawno podziwiali ich pracę,
wytrwałość i zdolności, dziś widzą tylko wyzysk i
szachrajstwo.
Słuchając
tego, czasem myślę, że na ludzkość spada jakiś
mrok duchowy, podobny do nocy. W dzień wszystko było ładne,
wesołe i dobre; w nocy wszystko brudne i niebezpieczne. Tak sobie
myślę, ale milczę; bo cóż może znaczyć
sąd starego subiekta wobec głosu znakomitych publicystów, którzy
dowodzą, że Żydzi krwi chrześcijańskiej
używają na mace i że powinni być w prawach swoich
ograniczeni. Nam kule nad głowami inne wyświstywały hasła,
pamiętasz, Katz?...
Taki stan
rzeczy w osobliwy sposób oddziaływa na Szlangbauma. Jeszcze w roku
zeszłym człowiek ten nazywał się Szlangowskim,
obchodził Wielkanoc i Boże Narodzenie, i z pewnością
najwierniejszy katolik nie zjadał tyle kiełbasy co on. Pamiętam,
że gdy raz w cukierni zapytano go:
- Nie
lubisz pan lodów, panie Szlangowski?
Odpowiedział
:
-
Lubię tylko kiełbasę, ale bez czosnku. Czosnku znieść
nie mogę.
Wrócił
z Syberii razem ze Stachem i doktorem Szumanem i zaraz wstąpił do
chrześcijańskiego sklepu, choć Żydzi dawali mu lepsze
warunki. Od tej też pory ciągle pracował u chrześcijan i
dopiero w roku bieżącym wymówili mu posadę.
W
początkach maja pierwszy raz przyszedł do Stacha z prośbą.
Był bardziej skurczony i miał czerwieńsze oczy niż zwykle.
- Stachu -
rzekł pokornym głosem - utonę na Nalewkach, jeżeli mnie nie
przygarniesz.
- Dlaczego
żeś od razu do mnie nie przyszedł? - spytał Stach.
- Nie
śmiałem... Bałem się, żeby nie mówili o mnie,
że Żyd musi się wszędzie wkręcić. I dziś nie
przyszedłbym, gdyby nie troska o dzieci.
Stach
wzruszył ramionami i natychmiast przyjął Szlangbauma z
pensją półtora tysiąca rubli rocznie.
Nowy
subiekt od razu wziął się do roboty, a w pół godziny
później mruknął Lisiecki do Klejna:
- Co tu, u
diabła, tak czosnek zalatuje, panie Klejn?..
Zaś w
kwadrans później, nie wiem już z jakiej racji, dodał:
- Jak te
kanalie Żydy cisną się na Krakowskie Przedmieście! Nie
mógłby to parch, jeden z drugim, pilnować się Nalewek
albo Świętojerskiej?
Szlangbaum
milczał, tylko drgały mu czerwone powieki.
Szczęściem,
obie te zaczepki słyszał Wokulski. Wstał od biurka i rzekł
tonem, którego, co prawda, nie lubię:
- Panie...
panie Lisiecki! Pan Henryk Szlangbaum był moim kolegą wówczas,
kiedy działo mi się bardzo źle. Czybyś więc pan nie
pozwolił mu kolegować ze mną dziś, kiedy mam się
trochę lepiej?...
Lisiecki
zmieszał się czując, że jego posada wisi na włosku.
Ukłonił się, coś mruknął, a wtedy Wokulski
zbliżył się do Szlangbauma i uściskawszy go
powiedział:
- Kochany
Henryku, nie bierz do serca drobnych przycinków, bo my tu sobie po
koleżeńsku wszyscy docinamy. Oświadczam ci także, że jeżeli
opuścisz kiedy ten sklep; to chyba razem ze mną.
Stanowisko
Szlangbauma wyjaśniło się od razu; dziś mnie prędzej
coś powiedzą (ba! nawet zwymyślają) aniżeli jemu. Ale
czy wynalazł kto sposób przeciw półsłówkom,
minom i spojrzeniom?... A to wszystko truje biedaka, który mi nieraz
mówi wzdychając:
- Ach,
gdybym się nie bał, że mi dzieci zżydzieją, jednej
chwili uciekłbym stąd na Nalewki...
- Bo
dlaczego, panie Henryku - spytałem go - raz się, do licha, nie
ochrzcisz?..
-
Zrobiłbym to przed laty, ale nie dziś. Dziś zrozumiałem,
że jako Żyd jestem tylko nienawistny dla chrześcijan, a jako
meches byłbym wstrętny i dla chrześcijan, i dla
Żydów. Trzeba przecie z kimś żyć. Zresztą -
dodał ciszej - mam pięcioro dzieci i bogatego ojca, po którym
będę dziedziczyć...
Rzecz
ciekawa. Ojciec Szlangbauma jest lichwiarzem, a syn, ażeby od niego grosza
nie wziąć, bieduje po sklepach jako subiekt.
Nieraz we
cztery oczy rozmawiałem o nim z Lisieckim.
- Za co -
pytam - prześladujecie go? Wszakże on prowadzi dom na sposób chrześcijański,
a nawet dzieciom urządza choinkę...
- Bo
uważa - mówi Lisiecki - że korzystniej jadać macę z
kiełbasą aniżeli samą.
- Był
na Syberii, narażał się...
- Dla
geszeftu... Dla geszeftu nazywał się też Szlangowskim, a teraz
znowu Szlangbaumem, kiedy jego stary ma astmę.
-
Kpiliście - mówię - że stroi się w cudze
pióra, więc wrócił do dawnego nazwiska.
- Za
które dostanie ze sto tysięcy rubli po ojcu - odparł Lisiecki.
Teraz i ja
wzruszyłem ramionami i umilkłem. Źle nazywać się
Szlangbaumem, źle Szlangowskim; źle być Żydem, źle
mechesem... Noc zapada, noc, podczas której wszystko jest szare i
podejrzane!
A
swoją drogą Stach na tym cierpi. Nie tylko bowiem przyjął
do sklepu Szlangbauma, ale jeszcze daje towary żydowskim kupcom i paru
Żydków przypuścił do współki. Nasi
krzyczą i grożą, ale nie jego straszyć; zaciął
się i nie ustąpi, choćby go piekli w ogniu.
Czym
się to wszystko skończy, Boże miłosierny...
Ale,
ale!... Ciągle odbiegając od przedmiotu zapomniałem kilku bardzo
ważnych szczegółów. Mam na myśli Mraczewskiego,
który od pewnego czasu albo krzyżuje mi plany, albo wprowadza w
błąd świadomie.
Chłopak
ten otrzymał u nas dymisję za to, że w obecności
Wokulskiego trochę zwymyślał socjalistów.
Później jednakże Stach dał się ubłagać i
zaraz po Wielkiejnocy wysłał Mraczewskiego do Moskwy
podwyższając mu nawet pensję.
Nie przez
jeden wieczór zastanawiałem się nad znaczeniem owej
podróży czy zsyłki.
Lecz gdy
po trzech tygodniach Mraczewski przyjechał stamtąd do nas
wybierać towary, natychmiast zrozumiałem plan Stacha.
Pod
fizycznym względem młodzieniec ten niewiele się zmienił:
zawsze wygadany i ładny, może cokolwiek bledszy. Mówi, że
Moskwa mu się podobała, a nade wszystko tamtejsze kobiety,
które mają mieć więcej wiadomości i ognia, ale za to
mniej przesądów aniżeli nasze. Ja także, póki
byłem młody, uważałem, że kobiety miały mniej
przesądów aniżeli dziś.
Wszystko
to jest dopiero wstępem. Mraczewski bowiem przywiózł ze
sobą trzy bardzo podejrzane indywidua, nazywając ich
"prykaszczykami", i - całą pakę jakichś broszur.
Owi "prykaszczykowie" mieli niby coś oglądać w naszym
sklepie, ale robili to w taki sposób, że nikt ich u nas nie
widział: Włóczyli się po całych dniach i
przysiągłbym, że przygotowywali u nas grunt do jakiejś
rewolucji. Spostrzegłszy jednak, że mam na nich zwrócone oko,
ile razy przyszli do sklepu, zawsze udawali pijanych, a ze mną rozmawiali
wyłącznie o kobietach, twierdząc wbrew Mraczewskiemu, że
Polki to "sama prelest" - tylko bardzo podobne do
Żydówek.
Udawałem,
że wierzę wszystkiemu, co mówią, i za pomocą
zręcznych pytań przekonałem się, iż - najlepiej znane
im są okolice bliższe Cytadeli. Tam więc mają interesa:
Że zaś domysły moje nie były bezpodstawnymi,
dowiódł fakt, iż owi "prykaszczykowie"
zwrócili nawet na siebie uwagę policji. W ciągu
dziesięciu dni, nic więcej, tylko trzy razy odprowadzano ich do
cyrkułów. Widocznie jednak muszą mieć wielkie stosunki,
ponieważ ich uwolniono.
Kiedym
zakomunikował Wokulskiemu moje podejrzenia co do
"prykaszczyków" - Stach tylko uśmiechnął
się i odparł:
- To
jeszcze nic...
Z czego
wnoszę, że Stach musi być grubo zaawansowany w stosunkach z
nihilistami.
Proszę
sobie jednak wyobrazić moje zdziwienie, kiedy zaprosiwszy raz Klejna i
Mraczewskiego do siebie na herbatę przekonałem się, że
Mraczewski jest gorszym socjalistą od Klejna... Ten Mraczewski,
który za wymyślanie na socjalistów stracił u nas
posadę!... Ze zdumienia przez cały wieczór nie mogłem ust
otworzyć; tylko Klejn cieszył się po cichu, a Mraczewski
rozprawiał.
Jak
żyję, nie słyszałem nic równego. Młodzieniec
ten dowodził mi przytaczając nazwiska ludzi, podobno bardzo
mądrych, że wszyscy kapitaliści to złodzieje, że
ziemia powinna należeć do tych, którzy ją uprawiają,
że fabryki, kopalnie i maszyny powinny być własnością
ogółu, że nie ma wcale Boga ani duszy, którą
wymyślili księża, aby wyłudzać od ludzi
dziesięcinę. Mówił dalej, że jak zrobią
rewolucję (on z trzema "prykaszczykami"), to od tej pory wszyscy
będziemy pracowali tylko po ośm godzin, a przez resztę czasu
będziemy się bawili, mimo to zaś każdy będzie
miał emeryturę na starość i darmo pogrzeb. Wreszcie
zakończył, że dopiero wówczas nastanie raj na ziemi,
kiedy wszystko będzie wspólne: ziemia, budynki, maszyny, a nawet
żony.
Ponieważ
jestem kawalerem (nazywają mnie nawet starym) i piszę ten
pamiętnik bez obłudy, przyznam więc, że mi się ta
wspólność żon trochę podobała. Powiem nawet,
że nabrałem niejakiej życzliwości dla socjalizmu i
socjalistów. Po co oni jednak koniecznie chcą robić
rewolucję, kiedy i bez niej ludzie miewali wspólne żony?
Tak
myślałem, ale tenże sam Mraczewski uleczył mnie ze swoich
teorii, a zarazem bardzo pokrzyżował moje plany.
Nawiasowo
powiem, że serdecznie chcę, ażeby się Stach
ożenił. Gdyby miał żonę, nie mógłby tak
często naradzać się z Colinsem i panią Meliton, a gdyby
jeszcze przyszły dzieci, może zerwałby wszystkie podejrzane
stosunki. Bo co to, żeby taki człowiek jak on, taka
żołnierska natura, żeby kojarzył się z ludźmi,
którzy bądź jak bądź nie występują na plac
z bronią przeciw broni. Węgierska piechota i wreszcie żadna
piechota nie będzie strzelać do rozbrojonego przeciwnika. Ale czasy
zmieniają się.
Otóż
bardzo pragnę, ażeby się Stach ożenił, i nawet
myślę, że upatrzyłem mu partię. Bywa czasem w naszym
magazynie (i bywała w tamtym sklepie) osoba dziwnej urody. Szatynka, szare
oczy, rysy cudownie piękne, wzrost okazały, a rączki i
nóżki - sam smak!... Patrzyłem, jak raz wysiadała z
dorożki, i powiem, że mi się gorąco zrobiło wobec
tego, com ujrzał... Ach, miałby poczciwy Stasiek wielki z niej
pożytek, bo to i ciałka w miarę, i usteczka jak
jagódki... A co za biust!... Kiedy wchodzi ubrana do figury, to
myślę, że wszedł anioł, który zleciawszy z
nieba, na piersiach złożył sobie skrzydełka!...
Zdaje mi
się, że jest wdową, gdyż nigdy nie widuję jej z
mężem, tylko z małą córeczką Helunią,
miluchną jak cukiereczek. Stach, gdyby się z nią
ożenił, od razu musiałby zerwać z nihilistami, bo co by mu
zostało czasu od posług przy żonie, to pieściłby jej
dziecinę. Ale i taka żoneczka niewiele zostawiłaby mu chwil
wolnych.
Już
ułożyłem cały plan i rozmyślałem: w jaki by
sposób zapoznać się z tą damą, a później
przedstawić jej Stacha, gdy nagle - diabli przynieśli z Moskwy
Mraczewskiego. Proszę zaś sobie wyobrazić mój gniew,
kiedy zaraz na drugi dzień po swoim przyjeździe frant ten wchodzi do
naszego sklepu z moją wdową!... A jak skakał przy niej, jak
wywracał oczyma, jak starał się odgadywać jej myśli...
Szczęście, że nie jestem otyły, bo wobec tych bezczelnych zalotów
dostałbym chyba apopleksji.
Kiedy w
parę godzin wrócił do nas, pytałem go z
najobojętniejszą miną, kto jest owa dama.
-
Podobała się panu - on mówi - co?... Szampan, nie kobieta
dodał, bezwstydnie mrugając okiem. - Ale na nic pański apetyt,
bo ona szaleje za mną... Ach, panie, co to za temperament, co za
ciało... A gdybyś pan widział, jak wygląda w kaftaniku!...
-
Spodziewam się, panie Mraczewski... - odparłem surowo.
- Ja
przecież nic nie mówię! - odpowiada zacierając ręce
w sposób, który wydał mi się lubieżnym. - Ja nic
nie mówię!... Największą cnotą mężczyzny,
panie Rzecki, jest dyskrecja, panie Rzecki, szczególniej w bardziej
poufałych stosunkach...
Przerwałem
mu czując, że gdyby tak mówił dalej, musiałbym
pogardzić tym młodzieńcem. Co za czasy, co za ludzie!... Bo ja,
gdybym miał szczęście zwrócić na siebie uwagę
jakiej damy, nie śmiałbym nawet myśleć o tym, a nie dopiero
wrzeszczeć na cały głos, jeszcze w tak wielkim, jakim jest nasz,
magazynie.
Gdy
zaś w dodatku wyłożył mi Mraczewski swoją teorię
o wspólności żon, zaraz przyszło mi do głowy:
- Stach
nihilista i Mraczewski nihilista... Niechże się więc pierwszy
ożeni, to drugi zaraz mu zaprowadzi wspólność... A
przecie szkoda byłoby takiej kobiety dla takiego Mraczewskiego.
W
końcu maja Wokulski postanowił zrobić poświęcenie
naszego magazynu. Przy tej sposobności zauważyłem, jak się
czasy zmieniają... Za moich młodych lat kupcy także
poświęcali sklepy troszcząc się o to, ażeby ceremonii
dopełnił ksiądz sędziwy a pobożny, ażeby na
miejscu była autentyczna woda święcona, nowe kropidło i
organista biegły w łacinie. Po skończonym zaś
obrządku, przy którym pokropiono i obmodlono prawie każdą
szafę i sztukę towaru, przybijało się na progu sklepu
podkowę, ażeby zwabiała gości, a dopiero potem -
myślano o przekąsce, zwykle złożonej z kieliszka
wódki, kiełbasy i piwa.
Dziś
zaś (co by powiedzieli na to rówieśnicy starego Mincla!)
pytano przede wszystkim : ilu potrzeba kucharzy i lokajów, a potem : ile
butelek szampana, ile węgrzyna i - jaki obiad? Obiad bowiem stanowił
główną wagę uroczystości, gdyż i zaproszeni nie
o to troszczyli się: kto będzie święcił, ale co
podadzą do stołu?...
W
wigilię ceremonii wpadł do naszego magazynu jakiś
jegomość przysadkowaty, spocony, o którym nie
mógłbym powiedzieć, czy kołnierzyki walały mu
szyję, czy też działo się na odwrót. Z wytartej
surduciny wydobył gruby notes, włożył na nos
zatłuszczone binokle i - począł chodzić po pokojach z
taką miną, że mnie po prostu wzięła trwoga.
"Co,
u diabła - myślę - czyby kto z policji, czy może jaki
sekretarz komornika spisuje nam ruchomości?..."
Dwa razy
zastępowałem mu drogę, chcąc jak najgrzeczniej spytać:
czego by sobie życzył? Ale on za pierwszym razem mruknął:
"Proszę mi nie przeszkadzać!" - a za drugim bez ceremonii
odsunął mnie na bok.
Zdumienie
moje było tym większe, że niektórzy z naszych panów
kłaniali mu się bardzo uprzejmie i zacierając ręce, jakby
co najmniej przed dyrektorem banku, dawali wszelkie objaśnienia.
"No -
mówię w duchu - jużci chyba ten biedaczysko nie jest z
towarzystwa ubezpieczeń. Ludzi tak obdartych tam nie
trzymają..."
Dopiero
Lisiecki szepnął mi, że ten pan jest bardzo znakomitym
reporterem i że będzie nas opisywał w gazetach. Ciepło mi
się zrobiło około serca na myśl, że mogę
ujrzeć w druku moje nazwisko, które raz tylko figurowało w
"Gazecie Policyjnej", gdym zgubił książeczkę.
Jednej chwili spostrzegłem, że w tym człowieku jest wszystko
wielkie: wielka głowa, wielki notes, a nawet - bardzo wielka przyszczypka
u lewego buta.
A on
wciąż chodził po pokojach nadęty jak indyk i pisał,
wciąż pisał... Nareszcie odezwał się:
- Czy w
tych czasach nie było u panów jakiego wypadku?... Małego
pożaru, kradzieży, nadużycia zaufania, awantury?...
-
Boże uchowaj!- ośmieliłem się wtrącić.
- Szkoda -
odparł. - Najlepszą reklamą dla sklepu byłoby, gdyby
się tak kto w nim powiesił...
Struchlałem
usłyszawszy to życzenie.
-
Może pan dobrodziej - odważyłem się wtrącić z
ukłonem - raczy wybrać sobie jaki przedmiocik, który
odeślemy bez pretensji...
-
Łapówka?... - zapytał spoglądając na mnie jak figura
Kopernika. - Mamy zwyczaj - dodał - to, co nam się podoba,
kupować; prezentów nie przyjmujemy od nikogo.
Włożył
poplamiony kapelusz na głowę na środku magazynu i z rękami
w kieszeniach wyszedł jak minister. Jeszcze po drugiej stronie ulicy
widziałem jego przyszczypkę.
Wracam do
ceremonii poświęcenia. Główna uroczystość,
czyli obiad, odbyła się w wielkiej sali Hotelu Europejskiego.
Salę ubrano w kwiaty, ustawiono ogromne stoły w podkowę,
sprowadzono muzykę i o szóstej wieczór zebrało się
przeszło sto pięćdziesiąt osób. Kogo bo tam nie
było!... Głównie kupcy i fabrykanci z Warszawy, z prowincji, z
Moskwy, ba, nawet z Wiednia i z Paryża. Znalazło się też
dwu hrabiów, jeden książę i sporo szlachty. O trunkach
nie wspominam, gdyż naprawdę nie wiem, czego było więcej :
listków na roślinach zdobiących salę czy butelek.
Kosztowała
nas ta zabawa przeszło trzy tysiące rubli, ale widok tylu
jedzących osób był zaiste okazały. Kiedy zaś
wśród ogólnej ciszy powstał książę i
wypił zdrowie Stacha, kiedy zagrała muzyka, nie wiem już jaki
kawałek, ale bardzo ładny, i stu pięćdziesięciu ludzi
huknęło: "Niech żyje"" - miałem łzy w
oczach. Pobiegłem do Wokulskiego i ściskając go
szepnąłem:
- Widzisz,
jak cię kochają...
-
Lubią szampana - odpowiedział.
Zauważyłem,
że wiwaty nic go nie obchodzą. Nie rozchmurzył się nawet,
choć jeden z mówców (musiał być literat, bo
gadał dużo i bez sensu) powiedział, nie wiem, w swoim czy w
Wokulskiego imieniu, że... jest to najpiękniejszy dzień jego
życia.
Uważałem,
że Stach najwięcej kręci się koło pana
Łęckiego, który przed swym bankructwem ocierał się
podobno o europejskie dwory... Zawsze ta nieszczęśliwa polityka!...
Z
początku uczty wszystko odbywało się bardzo poważnie; coraz
któryś z biesiadników zabierał głos i gadał
tak, jakby chciał odgadać wypite wino i zjedzone potrawy. Lecz im
więcej wynoszono pustych butelek, tym dalej uciekała z tego
zgromadzenia powaga, a w końcu- zrobił się przecie taki
hałas, że wobec niego prawie oniemiała muzyka.
Byłem
zły jak diabeł i chciałem zwymyślać przynajmniej
Mraczewskiego. Odciągnąwszy go jednak od stołu zdobyłem
się ledwie na te słowa :
- No, i po
co to wszystko?...
- Po
co?... - odparł patrząc na mnie błędnymi oczyma. - To tak
dla panny Łęckiej...
-Zwariowałeś
pan!... Co dla panny Łęckiej?..
- No... te
spółki..: ten sklep... ten obiad... Wszystko dla niej... I ja przez
nią wyleciałem ze sklepu... - mówił Mraczewski
opierając się na moim ramieniu, gdyż nie mógł
ustać.
- Co?... -
mówię widząc, że jest zupełnie pijany. -
Wyleciałeś przez nią ze sklepu, więc może i przez
nią dostałeś się do Moskwy?..
- Rozu...
rozumie się... Szepnęła słówko, takie...
nieduże słóweczko i... dostałem trzysta rubli więcej
na rok... Żabcia ze starym wszystko zrobi, co jej się podoba...
- No,
idź pan spać - rzekłem.
-
Właśnie, że nie pójdę spać... Pójdę
do moich przyjaciół... Gdzie oni są?... Oni by sobie z
Żabcią prędzej poradzili... Nie grałaby im po nosie jak
staremu... Gdzie moi przyjaciele? - zaczął wrzeszczeć.
Naturalnie,
że kazałem go odprowadzić do numeru na górę.
Domyślam się jednak, że udawał pijanego, ażeby mnie
otumanić.
Około
północy sala była podobna do trupiarni albo do szpitala; coraz
kogoś trzeba było wyciągać do numeru albo do dorożki.
Wreszcie odnalazłszy doktora Szumana, który był prawie
trzeźwy, zabrałem go do siebie na herbatę.
Doktór
Szuman jest także starozakonny, ale niezwykły to człowiek.
Miał nawet ochrzcić się, gdyż zakochał się w
chrześcijance; ale że umarła, więc dał spokój.
Mówią nawet, że truł się z żalu, ale go
odratowano. Dziś całkiem porzucił praktykę lekarską,
ma spory majątek i tylko zajmuje się badaniem ludzi czy też ich
włosów. Mały, żółty, ma przejmujące
spojrzenie, przed którym trudno by coś ukryć. A że zna
się ze Stachem od dawna, więc musi wiedzieć wszystkie jego
tajemnice.
Po hucznym
obiedzie byłem dziwnie zafrasowany i chciałem Szumana
pociągnąć trochę za język. Jeżeli ten dzisiaj nie
powie mi czego o Stachu, to już chyba nigdy nic nie będę
wiedział.
Kiedy
przyszliśmy do mego mieszkania i podano samowar, odezwałem się :
- Powiedz mi,
doktorze, ale szczerze, co myślisz o Stachu?... Bo on mnie niepokoi.
Widzę, że od roku rzuca się na jakieś po prostu awantury...
Ten wyjazd do Bułgarii, a dziś ten magazyn... spółka...
powóz... Jest dziwna zmiana w jego charakterze...
- Nie widzę
zmiany - odparł Szuman. - Był to zawsze człowiek czynu,
który, co mu przyszło do głowy czy do serca, wykonywał
natychmiast. Postanowił wejść do uniwersytetu i wszedł,
postanowił zrobić majątek i zrobił. Więc jeżeli
wymyślił jakieś głupstwo, to także się nie cofnie
i zrobi głupstwo kapitalne. Taki już charakter.
- Z tym
wszystkim - wtrąciłem - widzę w jego postępowaniu wiele
sprzeczności...
- Nic dziwnego -
przerwał doktór. - Stopiło się w nim dwu ludzi: romantyk
sprzed roku sześćdziesiątego i pozytywista z
siedemdziesiątego. To, co dla patrzących jest sprzeczne, w nim samym
jest najzupełniej konsekwentne.
- A czy nie wplątał się w
jakie nowe historie?.. - spytałem.
- Nic nie wiem - odparł sucho Szuman.
Umilkłem i dopiero po chwili
spytałem znowu:
- Cóż z nim jednak w rezultacie
będzie?...
Szuman podniósł brwi i
splótł ręce.
- Będzie źle - odparł. - Tacy
ludzie jak on albo wszystko naginają do siebie, albo trafiwszy na
wielką przeszkodę rozbijają sobie łeb o nią.
Dotychczas wiodło mu się, ale... nie ma przecie człowieka,
który by w życiu wygrywał same dobre losy...
- Więc?.. - spytałem.
- Więc możemy zobaczyć
tragedię - zakończył Szuman. Wypił szklankę herbaty z
cytryną i poszedł do siebie.
Całą noc spać nie mogłem.
Takie
straszne zapowiedzi w dzień triumfu...
Eh! stary
Pan Bóg więcej wie od Szumana ; a On chyba nie pozwoli
zmarnować się Stachowi..."
|