KSIĘGA
ÓSMA
ZAJAZD
Treść:
Astronomia Wojskiego - Uwaga
Podkomorzego nad kometami - Tajemnicza scena w pokoju Sędziego - Tadeusz,
chcąc zręcznie wyplątać się, wpada w wielkie
kłopoty - Nowa Dydo- Zajazd - Ostatnia woźnieńska protestacja -
Hrabia zdobywa Soplicowo - Szturm i rzeź - Gerwazy piwnicznym - Uczta
zajazdowa.
Przed burzą bywa chwila cicha i ponura,
Kiedy nad głowy ludzi przyleciawszy chmura
Stanie i grożąc twarzą, dech
wiatrów zatrzyma,
Milczy, obiega ziemię błyskawic oczyma,
Znacząc te miejsca, gdzie wnet ciśnie grom po
gromie:
Tej ciszy chwila była w Soplicowskim domie.
Myśliłbyś, że przeczucie nadzwyczajnych
zdarzeń
Ścięło usta i wzniosło duchy w kraje
marzeń.
Po wieczerzy i Sędzia, i goście ze dworu
Wychodzą na dziedziniec używać wieczoru;
Zasiadają na przyzbach wysłanych murawą;
Całe grono z posępną i cichą
postawą
Pogląda w niebo, które zdawało się
zniżać,
Ścieśniać i coraz bardziej ku ziemi
przybliżać,
Aż oboje, skrywszy się pod zasłonę
ciemną
Jak kochankowie, wszczęli rozmowę tajemną,
Tłumacząc swe uczucia w westchnieniach
tłumionych,
Szeptach, szmerach i słowach na wpół
wymówionych,
Z których składa się dziwna muzyka
wieczoru.
Zaczął ją puszczyk, jęcząc na
poddaszu dworu;
Szepnęły wiotkiem skrzydłem niedoperze,
lecą
Pod dom, gdzie szyby okien, twarze ludzi
świecą;
Niżej zaś - niedoperzów siostrzyczki,
ćmy, rojem
Wiją się, przywabione białym kobiet
strojem.
Mianowicie przykrzą się Zosi, bijąc w lice
I w jasne oczki, które biorą za dwie
świéce.
Na powietrzu owadów wielki krąg się
zbiera,
Kręci się, grając jako harmoniki sfera;
Ucho Zosi rozróżnia wśród
tysiąca gwarów
Akord muszek i półton fałszywy
komarów.
W polu koncert wieczorny ledwie jest zaczęty;
Właśnie muzycy kończą stroić
instrumenty.
Już trzykroć wrzasnął derkacz,
pierwszy skrzypak łąki,
Już mu z dala wtórują z bagien basem
bąki,
Już bekasy do góry porwawszy się
wiją
I bekając raz po raz jak w bębenki biją.
Na finał szmerów muszych i ptaszęcej
wrzawy
Odezwały się chórem podwójnym dwa
stawy,
Jako zaklęte w górach kaukaskich jeziora,
Milczące przez dzień cały, grające z
wieczora.
Jeden staw, co toń jasną i brzeg miał
piaszczysty,
Modrą piersią jęk wydał cichy,
uroczysty;
Drugi staw, z dnem błotnistem i gardzielem
mętnym,
Odpowiedział mu krzykiem żałośnie
namiętnym;
W obu stawach piały żab niezliczone hordy,
Oba chory zgodzone w dwa wielkie akordy.
Ten fortissimo zabrzmiał, tamten nuci z cicha,
Ten zdaje się wyrzekać, tamten tylko wzdycha;
Tak dwa stawy gadały do siebie przez pola,
Jak grające na przemian dwie arfy Eola.
Mrok gęstniał; tylko w gaju i około
rzeczki,
W łozach, błyskały wilcze oczy jako
świeczki,
A dalej, u ścieśnionych widnokręgu
brzegów,
Tu i ówdzie ogniska pastuszych noclegów.
Nareszcie księżyc srebrną pochodnię
zaniecił,
Wyszedł z boru i niebo i ziemię
oświecił.
One teraz, z pomroku odkryte w połowie,
Drzemały obok siebie jako małżonkowie
Szczęśliwi: niebo w czyste objęło
ramiona
Ziemi pierś, co księżycem świeci
posrebrzona.
Już naprzeciw księżyca gwiazda jedna,
druga
Błysnęła; już ich tysiąc,
już milijon mruga.
Kastor z bratem Polluksem jaśnieli na czele,
Zwani niegdyś u Sławian: Lele i Polele;
Teraz ich w zodyjaku gminnym znów przechrzczono,
Jeden zowie się L i t w ą, a drugi K o r o n
ą.
Dalej niebieskiej W a g i dwie szale błyskają;
Na nich Bóg w dniu stworzenia (starzy
powiadają)
Ważył z kolei wszystkie planety i ziemie,
Nim w przepaściach powietrza osadził ich
brzemię;
Potem wagi złociste zawiesił na niebie:
Z nich to ludzie wag i szal wzór wzięli dla
siebie.
Na północ świeci okrąg
gwiaździstego S i t a,
Przez które Bóg (jak mówią)
przesiał ziarnka żyta,
Kiedy je z nieba zrucał dla Adama ojca,
Wygnanego za grzechy z rozkoszy ogrojca.
Nieco wyżej D a w i d a w ó z, gotów
do jazdy,
Długi dyszel kieruje do Polarnej Gwiazdy.
Starzy Litwini wiedzą o rydwanie owym,
Że niesłusznie pospólstwo zwie go
Dawidowym,
Gdyż to jest wóz Anielski. Na nim to przed
czasy
Jechał Lucyper, Boga gdy wyzwał w zapasy,
Mlecznym gościńcem pędząc w cwał
w niebieskie progi,
Aż go Michał zbił z wozu, a wóz
zrucił z drogi.
Teraz, popsuty, między gwiazdami się wala,
Naprawiać go archanioł Michał nie pozwala.
I to wiadomo także u starych Litwinów
(A wiadomość tę pono wzięli od
rabinów),
Że ów zodyjakowy S m o k, długi i gruby,
Który gwiaździste wije po niebie przeguby,
Którego mylnie W ę ż e m chrzczą
astronomowie,
Jest nie wężem, lecz rybą. Lewiatan
się zowie.
Przed czasy mieszkał w morzach, ale po potopie
Zdechł z niedostatku wody; więc na niebios
stropie,
Tak dla osobliwości, jako dla pamiątki,
Anieli zawiesili jego martwe szczątki.
Podobnie pleban mirski zawiesił w kościele
Wykopane olbrzymów żebra i piszczele.
Takie gwiazd historyje, które z książek
zbadał
Albo słyszał z podania, Wojski opowiadał;
Chociaż wieczorem słaby miał wzrok Wojski
stary
I nie mógł w niebie dojrzeć nic przez
okulary,
Lecz na pamięć znał imię i
kształt każdej gwiazdy;
Wskazywał palcem miejsca i drogę ich jazdy.
Dziś mało go słuchano, nie zważano
wcale
Na Sito ni na Smoka, ani też na Szale;
Dziś oczy i myśl wszystkich pociąga do
siebie
Nowy gość, dostrzeżony niedawno na niebie:
Był to k o m e t a pierwszej wielkości i mocy,
Zjawił się na zachodzie, leciał ku
północy;
Krwawym okiem z ukosa na rydwan spoziera,
Jakby chciał zająć puste miejsce Lucypera,
Warkocz długi w tył rzucił i
część nieba trzecią
Obwinął nim, gwiazd krocie zagarnął
jak siecią
I ciągnie je za sobą, a sam wyżej
głową
Mierzy, na północ, prosto w gwiazdę
biegunową.
Z niewymownym przeczuciem cały lud litewski
Poglądał każdej nocy na ten cud niebieski,
Biorąc złą wróżbę z niego
tudzież z innych znaków;
Bo zbyt często słyszano krzyk
złowieszczych ptaków,
Które na pustych polach gromadząc się w
kupy,
Ostrzyły dzioby, jakby czekając na trupy.
Zbyt często postrzegano, że psy ziemię
ryły
I jak gdyby śmierć wietrząc,
przeraźliwie wyły:
Co wróży głód lub wojnę; a
strażnicy boru
Widzieli, jak przez smętarz szła dziewica moru,
Która wznosi się czołem nad
najwyższe drzewa,
A w lewym ręku chustką skrwawioną powiewa.
Różne stąd wnioski tworzył
stojący przy płocie
Cywun, co przyszedł zdawać sprawę o
robocie,
I pisarz prowentowy w szeptach z ekonomem.
Lecz Podkomorzy siedział na przyźbie przed
domem.
Przerwał rozmowę gości, znać, że
głos zabiera;
Błysnęła przy księżycu wielka
tabakiera
(Cała z szczerego złota, z brylantów
oprawa,
We środku za szkłem portret króla
Stanisława);
Zadzwonił w nią palcami, zażył i
rzekł: "Panie
Tadeuszu, Waścine o gwiazdach gadanie
Jest tylko echem tego, co słyszałeś w
szkole.
Ja o cudzie - prostaków poradzić się
wolę.
I ja astronomiji słuchałem dwa lata
W Wilnie, gdzie Puzynina, mądra i bogata
Pani, oddała dochód z wioski dwiestu
chłopów
Na zakupienie różnych szkieł i
teleskopów;
Ksiądz Poczobut, człek sławny, był
obserwatorem
I całej Akademiji naonczas rektorem,
Przecież w końcu katedrę i teleskop
rzucił,
Do klasztoru, do cichej celi swej powrócił
I tam umarł przykładnie. Znam się też
z Śniadeckim,
Który jest mądrym bardzo człekiem,
chociaż świeckim.
Owoż astronomowie planetę, kometę,
Uważają tak jako mieszczanie karetę;
Wiedzą, czyli zajeżdża przed króla
stolicę,
Czyli z rogatek miejskich rusza za granicę;
Lecz kto w niej jechał? po co? co z królem rozmawiał?
Czy król posła z pokojem, czy z wojną
wyprawiał?
O to ani pytają.
Pomnę, za mych czasów,
Gdy Branecki karetą swą ruszył do
Jassów
I za tą niepoczciwą pociągnął
karetą
Ogon targowiczanów, jak za tą kometą -
Lud prosty, choć w publiczne nie mieszał
się rady,
Zgadnął zaraz, że ogon ów jest
wróżbą zdrady.
Słychać, że lud dał imię m i o t
ł y tej komecie,
I powiada, że ona milijon wymiecie".
A na to rzekł z ukłonem Wojski: "Prawda,
Jaśnie
Wielmożny Podkomorzy; przypominam właśnie,
Co mnie mówiono niegdyś, małemu
dziecięciu,
Pamiętam, choć nie miałem wówczas
lat dziesięciu,
Kiedy widziałem w domu naszym nieboszczyka
Sapiehę, pancernego znaku porucznika,
Co potem był nadwornym marszałkiem
królewskim,
Na koniec umarł wielkim kanclerzem litewskim,
Miawszy lat sto i dziesięć. Ten, za
króla Jana
Trzeciego był pod Wiedniem w chorągwi hetmana
Jabłonowskiego; owoż ów kanclerz
powiadał,
Że właśnie kiedy na koń król
Jan Trzeci siadał,
Gdy nuncjusz papieski żegnał go na drogę,
A poseł austryjacki całował mu nogę,
Podając strzemię (poseł zwał się
Wilczek hrabia),
Król krzyknął: <<Patrzcie, co
się na niebie wyrabia>>
Spójrzą, alić nad głowy suwał
się kometa
Drogą, jaką ciągnęły wojska
Mahometa:
Z wschodu na zachód; potem i ksiądz
Bartochowski,
Składając panegiryk na tryumf krakowski,
Pod godłem Orientis Fulmen, prawił wiele
O tym komecie; także czytam o nim w dziele
Pod tytułem Janina, gdzie jest opisana
Cała wyprawa króla nieboszczyka Jana
I wyryta chorągiew wielka Mahometa,
I ów taki, jak dziś go widzimy, kometa".
"Amen - rzekł na to Sędzia - ja
wróżbę Waszeci
Przyjmuję; oby z gwiazdą zjawił się
Jan Trzeci!
Jest na zachodzie wielki dziś bohater; może
Kometa go przywiedzie do nas; co daj Boże!"
Na to rzekł Wojski, głowę pochyliwszy
smutnie:
"Kometa czasem wojny, czasem wróży
kłótnie!
Niedobrze, iż się zjawił tuż nad
Soplicowem:
Może nam grozi jakiem nieszczęściem
domowem.
Mieliśmy wczora dosyć rozterku i zwady,
Tak w czasie polowania, jako i biesiady,
Rejent kłócił się z rana z panem
Asesorem,
A pan Tadeusz wyzwał Hrabiego wieczorem.
Pono spór ten ze skóry niedźwiedziej
pochodził;
I gdyby mnie Dobrodziej Sędzia nie
przeszkodził,
Ja bym u stołu obu przeciwników zgodził.
Bo chciałem opowiedzieć wypadek ciekawy,
Podobny do zdarzenia wczorajszej wyprawy,
Co trafił się najpierwszym strzelcom za mych
czasów,
Posłowi Rejtanowi i księciu Denassów.
Przypadek był takowy:
Jenerał Podolskich
Ziem przejeżdżał z Wołynia do swoich
dóbr polskich,
Czy też, gdy dobrze pomnę, na sejm do Warszawy.
Po drodze zwiedzał szlachtę, już to dla
zabawy,
Już dla popularności; wstąpił
więc do pana
Tadeusza, dziś świętej pamięci,
Rejtana,
Który był potem naszym nowogrodzkim
posłem
I w którego ja domu od dzieciństwa
wzrosłem.
Owoż Rejtan na przyjazd księcia Jenerała
Zaprosił gości - liczna szlachta się
zebrała,
Było teatrum (Książę kochał
się w teatrze);
Fajerwerk dawał Kaszyc, który mieszka w
Jatrze,
Pan Tyzenhauz tancerzy przysłał, a kapele
Ogiński i pan Sołtan, co mieszka w
Zdzięciele.
Słowem, dawano huczne nad spodziw zabawy
W domu, a w lasach wielkie robiono obławy.
Wiadomo zaś Waszmościom jest, że prawie
wszyscy,
Ile ich zapamiętać można, Czartoryscy,
Choć idą z Jagiellonów krwi, lecz do
myślistwa
Nie są bardzo pochopni, pewno nie z lenistwa,
Lecz z gustów cudzoziemskich; i
książę Jenerał
Częściej do książek niźli do
psiarni zazierał,
I do alkówek damskich częściej niż
do lasów.
W świcie Księcia był książę
niemiecki Denassów,
O którym powiadano, że w libijskiej ziemi
Goszcząc, polował niegdyś z królmi
murzyńskiemi
I tam tygrysa śpisą w ręcznym boju
zwalił,
Z czego się bardzo książę ów
Denassów chwalił.
U nas zaś polowano na dziki w tę porę;
Rejtan zabił ze sztucca ogromną maciorę,
Z wielkim niebezpieczeństwem, bo z bliska
wypalił.
Każdy z nas trafność strzału
wydziwiał i chwalił,
Tylko Niemiec Denassów obojętnie
słuchał
Pochwał takich i, chodząc, pod nos sobie
dmuchał:
Że trafny strzał dowodzi tylko śmiałe
oko,
Biała broń śmiałą
rękę; i zaczął szeroko
Znowu gadać o swojej Libiji i śpisie,
O swych królach murzyńskich i o swym
tygrysie.
Markotno to się stało panu Rejtanowi,
Był człek żywy, uderzył po szabli i
mówi:
<<Mości Książę! kto patrzy
śmiele, walczy śmiele;
Warte dziki tygrysów, a spis karabele>> -
I zaczynali z Niemcem dyskurs nazbyt żwawy.
Szczęściem, książę Jenerał
przerwał te rozprawy,
Godząc ich po francusku. Co tam gadał, nie
wiem,
Ale ta zgoda był to popioł nad żarzewiem,
Bo Rejtan wziął do serca, okazyi czekał
I dobrą sztukę spłatać Niemcowi
przyrzekał;
Tej sztuki ledwie własnym nie przypłacił
zdrowiem,
A spłatał ją nazajutrz, jak to wnet
opowiem".
Tu Wojski umilknąwszy prawą rękę
wznosił
I u Podkomorzego tabakiery prosił;
Długo zażywa, kończyć powieści
nie raczy,
Jak gdyby chciał zaostrzyć ciekawość
słuchaczy.
Zaczynał wreszcie, kiedy znowu mu przerwano
Powieść taką ciekawą, tak pilnie
słuchaną!
Bo do Sędziego nagle któś
przysłał człowieka,
Donosząc, że z niezwłocznym interesem
czeka.
Sędzia, dając dobranoc, żegnał
całe grono;
Natychmiast się po różnych stronach
rozpierzchniono:
Ci spać do domu, tamci w stodole na sianie;
Sędzia szedł podróżnemu dawać
posłuchanie.
Inni już śpią. Tadeusz po sieniach
się zwija,
Chodząc jako wartownik około drzwi stryja,
Bo musi w ważnych rzeczach rady jego szukać
Dziś jeszcze, nim spać pójdzie; nie
śmie do drzwi stukać.
Sędzia drzwi na klucz zamknął, z kimś
tajnie rozmawia;
Tadeusz końca czeka, a ucha nadstawia.
Słyszy wewnątrz szlochanie; nie
trącając klamek,
Ostróżnie dziurką klucza zagląda
przez zamek.
Widzi rzecz dziwną! Sędzia i Robak na ziemi
Klęczeli objąwszy się i łzami
rzewnemi
Płakali, Robak ręce Sędziego
całował,
Sędzia Księdza za szyję płacząc
obejmował;
Wreszcie po ćwierćgodzinnem przerwaniu rozmowy
Robak po cichu tymi odezwał się słowy:
"Bracie; Bóg wie, żem dotąd
tajemnic dochował,
Którem z żalu za grzechy w spowiedzi
ślubował;
Że Bogu i Ojczyźnie poświęcony
cały,
Nie służąc pysze, ziemskiej nie
szukając chwały,
Żyłem dotąd i chciałem umrzeć
bernardynem,
Nie wydając nazwiska nie tylko przed gminem,
Ale nawet przed tobą i przed własnym synem!
Wszakże ksiądz prowincyjał dał mi
pozwolenie
In articulo mortis zrobić objawienie.
Kto wie, czy wrócę żywy! Kto wie, co
się stanie
W Dobrzynie! Bracie! wielkie, wielkie zamieszanie!
Francuz jeszcze daleko; nim przeminie zima,
Trzeba czekać, a szlachta pono nie dotrzyma.
Możem zanadto czynnie z powstaniem się
krzątał!
Pono źle zrozumieli! Klucznik wszystko
splątał!
Ten wariat Hrabia! słyszę, pobiegł do
Dobrzyna!
Nie mogłem go uprzedzić, ważna w tym
przyczyna:
Stary Maciek mnie poznał, a jeśli odkryje,
Potrzeba będzie oddać pod Scyzoryk szyję.
Nic Klucznika nie wstrzyma! mniejsza o mą
głowę,
Lecz tym odkryciem spisku zerwałbym osnowę.
Przecież dziś tam być muszę!
widzieć, co się dzieje,
Choćbym zginął; beze mnie szlachta
oszaleje!
Bądź zdrów, najmilszy bracie,
bądź zdrów, śpieszyć muszę.
Jeśli zginę, ty jeden westchniesz za mą
duszę;
W przypadku wojny tobie cała tajemnica
Wiadoma; kończ, com zaczął, pomnij,
żeś Soplica!"
Tu Ksiądz łzy otarł, habit
zapiął, kaptur włożył
I okienicę tylną po cichu otworzył,
Widać było, że oknem do ogrodu
skakał;
Sędzia, zostawszy jeden, siadł w krześle i
płakał.
Chwilę czekał Tadeusz, nim w klamkę
zadzwonił;
Otworzono mu; cicho wszedł, nisko się
skłonił:
"Stryjaszku Dobrodzieju - rzekł - ledwie dni
kilka
Przebawiłem tu, dni te minęły jak chwilka;
Nie miałem czasu z twoim domem się
nacieszyć
I z tobą, a odjeżdżać muszę,
muszę śpieszyć
Zaraz, dzisiaj, Stryjaszku, a jutro najdaléj:
Wszak pamiętacie, żeśmy Hrabiego wyzwali.
Bić się z nim to rzecz moja, posłałem
wyzwanie,
W Litwie jest zakazane pojedynkowanie,
Jadę więc na granicę Warszawskiego
Księstwa;
Hrabia, prawda, fanfaron, lecz mu nie brak męstwa,
Na miejsce naznaczone zapewne się stawi,
Rozprawim się; a jeśli Bóg
pobłogosławi,
Ukarzę go, a potem za Łososny brzegi
Przepłynę, gdzie mnie bratnie czekają
szeregi.
Słyszałem, że mi ojciec testamentem
kazał
Służyć w wojsku, a nie wiem, kto testament
zmazał".
"Mój Tadeuszku - rzekł stryj - czy
Waszeć kąpany
W gorącej wodzie, czy też kręcisz jak lis
szczwany,
Co indziej kitą wije, a sam indziej bieży?
Wyzwaliśmy, zapewne, i bić się
należy.
Ale jechać dziś, skądżeś
Waszeć tak się zaciął?
Przed pojedynkiem zwyczaj jest posłać
przyjacioł,
Układać się, wszak Hrabia może nas
przeprosić,
Deprekować; czekaj Waść, czasu jeszcze
dosyć.
Chyba inny giez jaki Waści stąd wygania,
To gadaj szczerze, po co takie omawiania?
Jestem twój stryj; choć stary, znam, co serce
młode;
Byłem ci ojcem (mówiąc gładził
go pod brodę).
Już w ucho szepnął o tem mnie mój
palec mały,
Że Waszeć masz tu jakieś z damami
kabały.
Za katy, prędko teraz młodź do dam
się bierze!
No, Tadeuszku, przyznaj mi się Waść, a
szczerze".
"Jużci - bąknął Tadeusz -
prawda, są przyczyny
Inne, kochany Stryju! może z mojej winy!
Omyłka! cóż? nieszczęście!
już trudno naprawić!
Nie, drogi Stryju, dłużej nie mogę tu
bawić!
Błąd młodości! Stryjaszku, nie pytaj
o więcej,
Ja muszę z Soplicowa wyjeżdżać co
prędzej".
"Ho - rzekł stryj - pewnie jakieś
miłośne zatargi!
Uważałem, że Waszeć wczora
gryzłeś wargi
Poglądając spode łba na pewną
dziewczynkę,
Widziałem, że i ona miała kwaśną
minkę.
Znam ja te wszystkie głupstwa; kiedy dzieci para
Kocha się; to tam u nich nieszczęść
co niemiara;
To cieszą się, to znowu trapią się i
smucą;
To znowu Bóg wie o co do zębów
się skłócą;
To stojąc w kątkach jakby mruki, nie
gadają
Do siebie, czasem nawet w pole uciekają.
Jeżeli na was raptus podobny napada,
Bądźcie tylko cierpliwi, już jest na to
rada;
Biorę na siebie wkrótce przywieść
was do zgody.
Znam ja te wszystkie głupstwa, wszakże
byłem młody.
Powiedz mi Wasze wszystko; ja może nawzajem
Coś odkryję i tak się oba
poprzyznajem".
"Stryjaszku - rzekł Tadeusz (całując
mu rękę
I rumieniąc się) - powiem prawdę; tę
panienkę,
Zosię, wychowanicę Stryja, podobałem
Bardzo, choć tylko parę razy ją
widziałem;
A mówią, że Stryj dla mnie za
żonę przeznacza
Podkomorzankę, piękną i córkę
bogacza.
Teraz nie mógłbym z panną
Różą się ożenić,
Kiedy kocham tę Zosię; trudno serce
zmienić!
Nieuczciwie, żeniąc się z jedną,
kochać drugą,
Czas może mnie uleczy; wyjadę - na
długo".
"Tadeuszku! - stryj przerwał - to mi dziwny
sposób
Kochania się: uciekać od kochanych osób!
Dobrze, żeś szczery; widzisz, głupstwo
byś wypłatał
Odjeżdżając: a co Waść powiesz,
gdybym swatał
Sam Waci Zosię! He! cóż, nie skoczysz z
radości?"
Tadeusz rzekł po chwili: "Dobroć
Jegomości
Dziwi mnie! Lecz cóż? łaska Stryja
Dobrodzieja
Nie przyda się już na nic! Ach!
próżna nadzieja!
Bo pani Telimena nie odda mi Zosi!"
"Będziem prosić" - rzekł
Sędzia.
"Nikt jej nie uprosi -
Przerwał prędko Tadeusz - nie, czekać nie
mogę,
Stryjaszku, muszę prędko, jutro jechać w
drogę.
Daj mi, 5tryjaszku, tylko twe
błogosławieństwo,
Wszystko przygotowałem, jadę zaraz w
Księstwo".
Sędzia wąs kręcąc, z gniewem na
chłopca spozierał:
"To Waść tak szczery? takeś mi serce
otwierał?
Naprzód ów pojedynek! Potem znowu
miłość
I ten wyjazd, oj! jest tu w tem jakaś
zawiłość.
Już mnie gadano, jużem kroki Waści
badał!
Asan bałamut i trzpiot, Asan kłamstwa
gadał.
A gdzież to Asan chodził onegdaj wieczorem?
Czego Asan jak wyżeł tropił pode dworem?
O Tadeuszku! jeśli może Asan Zosię
Zbałamucił i teraz uciekasz? młokosie,
To się Waci nie uda; lubisz czy nie lubisz,
Zapowiadam Asanu, że Zosię poślubisz,
A nie, to bizun - jutro staniesz na kobiercu!
I gada mnie o czuciach! o niezmiennym sercu!
Łgarz jesteś! pfe! ja z Waści, Panie
Tadeuszu,
Zrobię śledztwo, ja Waści jeszcze
natrę uszu!
Dziś dość miałem
kłopotów! Aż mi głowa boli!
Ten mi jeszcze spokojnie zasnąć nie dozwoli!
Idź mi Waść spać!"
To mówiąc, drzwi na wściąż
otwierał
I zawołał Woźnego, żeby go
rozbierał.
Tadeusz cicho wyszedł, opuściwszy
głowę;
Rozbierał w myśli przykrą ze stryjem
rozmowę,
Pierwszy raz połajany tak ostro!... ocenił
Słuszność wyrzutów, sam się
przed sobą rumienił.
Co począć? jeśli Zosia o wszystkiem
się dowie?
Prosić o rękę? a cóż Telimena
powie?
Nie - czuł, że nie mógł
dłużej zostać w Soplicowie.
Tak zadumany, ledwie zrobił kroków parę,
Gdy mu coś drogę zaszło;
spójrzał, widzi marę,
Całą w bieliźnie, długą,
wysmukłą i cienką.
Suwała się ku niemu z
wyciągniętą ręką,
Od której odbijał się drżący
blask miesięczny,
I przystąpiwszy, cicho jęknęła:
"Niewdzięczny!
Szukałeś wzroku mego, teraz go unikasz,
Szukałeś rozmów ze mną, dziś
uszy zamykasz,
Jakby w słowach, we wzroku mym była trucizna!
Dobrze mi tak, wiedziałam, kto jesteś! -
mężczyzna!
Nie znając kokieterii, nie chciałam cię
dręczyć,
Uszczęśliwiłam; takżeś
umiał mnie zawdzięczyć!
Tryumf nad miękkim sercem serce twe zatwardził;
Żeś je zdobył zbyt łacno, zbyt
prędkoś niem wzgardził!
Dobrze mi tak! lecz straszną nauczona probą,
Wierz mi, iż więcej niż ty - gardzę
sama sobą!"
"Telimeno - Tadeusz rzekł - dalbóg,
nietwarde
Mam serce ani ciebie unikam przez wzgardę,
Ale uważ no sama, wszak nas widzą,
śledzą,
Czyż można tak otwarcie? cóż ludzie
powiedzą?
Wszak to nieprzyzwoicie, to, dalbóg, jest
grzechem".
"Grzechem! - odpowiedziała mu z gorzkim
uśmiechem -
Niewiniątko! baranek! Ja, będąc
kobiétą,
Jeśli z miłości nie dbam, choćby mnie
odkryto,
Choćby mnie osławiono; a ty, ty
mężczyzna?
Cóż szkodzi z was któremu,
chociaż się i przyzna,
Że ma romans z dziesięciu razem kochankami?
Mów prawdę: chcesz mnie rzucić?" -
Zalała się łzami.
"Telimeno, cóż by świat
mówił o człowieku -
Rzekł Tadeusz - który by teraz, w moim wieku,
Zdrów, żył na wsi, kochał się
- kiedy tyle młodzi,
Tylu żonatych od żon, od dzieci uchodzi
Za granicę, pod znaki narodowe bieży?
Choćbym chciał zostać, czy to ode mnie
zależy?
Ojciec mnie testamentem kazał, abym
służył
W wojsku polskiem, teraz stryj ten rozkaz
powtórzył.
Jutro jadę, zrobiłem już postanowienie,
I dalbóg, Telimeno, już go nie
odmienię".
"Ja - rzekła Telimena - nie chcę ci
zagradzać
Drogi do sławy, szczęściu twojemu
przeszkadzać!
Jesteś mężczyzną, znajdziesz
kochankę godniejszą
Serca twojego, znajdziesz bogatszą, piękniejszą!
Tylko dla mej pociechy niech wiem przed rozstaniem,
Że twoja skłonność była
prawdziwem kochaniem,
Że to nie był żart tylko, nie rozpusta
płocha,
Lecz miłość; niech wiem, że mnie
mój Tadeusz kocha!
Niech słowo <<kocham>> jeszcze raz z ust
twych usłyszę,
Niech je w sercu wyryję i w myśli zapiszę;
Przebaczę łacniej, chociaż przestaniesz
mnie kochać,
Pomnąc, jakeś mnie kochał..." - I
zaczęła szlochać.
Tadeusz, widząc, że tak płacze i tak
błaga
Czule, i tylko takiej drobnostki wymaga,
Wzruszył się, przejęły go szczery
żal i litość,
I jeżeliby badał serca swego
skrytość,
Może by się w tej chwili i sam nie
dowiedział,
Czyli ją kochał, czy nie. - Więc żywo
powiedział:
"Telimeno, bogdaj mnie jasny piorun ubił,
Jeśli nieprawda, żem cię, dalbóg,
bardzo lubił
Czy kochał; krótkie z sobą
spędziliśmy chwile,
Ale one mnie przeszły tak słodko, tak mile,
Że będą długo, zawsze myśli mej
przytomne,
I dalibógże, nigdy ciebie nie
zapomnę".
Telimena skoczywszy padła mu na szyję:
"Tegom się spodziewała, kochasz mnie,
więc żyję!
Bo dzisiaj miałam dni me własną
ręką skrócić!
Gdy mnie kochasz, mój drogi, czyż możesz
mnie rzucić?
Tobie oddałam serce, oddam ci majątek,
Pójdę za tobą wszędzie; każdy
świata kątek
Będzie mnie z tobą miły! Z najdzikszej
pustyni
Miłość, wierzaj mi, ogród rozkoszy
uczyni".
Tadeusz, wydarłszy się z objęcia
przemocą:
"Jak to? - rzekł - czyś z rozumu obrana?
gdzie? po co?
Jechać ze mną? Ja, będąc sam prostym
żołnierzem,
Włóczyć, czy markietankę?"
"To my się pobierzem" -
Rzekła mu Telimena. "Nie, nigdy! - zawoła
Tadeusz. Ja żenić się nie mam teraz
zgoła
Zamiaru ni kochać się - fraszki! dajmy
pokój!
Proszę cię, moja droga, rozmyśl się!
uspokój!
Ja jestem tobie wdzięczen, ale niepodobna
Żenić się, kochajmy się, ale tak - z
osobna.
Zostać dłużej nie mogę; nie, nie,
jechać muszę,
Bądź zdrowa, Telimeno moja, jutro
ruszę".
Rzekł, nasuwał kapelusz, odwracał się
bokiem,
Chcąc iść; lecz go wstrzymała
Telimena okiem
I twarzą, jak Meduzy głową; musiał
zostać
Mimowolnie; poglądał z trwogą na jej
postać,
Stała blada, bez ruchu, bez tchu i bez życia!
Aż wyciągając rękę jak miecz do
przebicia,
Z palcem zmierzonym prosto w Tadeusza oczy:
"Tego chciałam - krzyknęła - ha,
języku smoczy!
Serce jaszczurcze! To nic, żem tobą zajęta
Wzgardziła Asesora, Hrabię i Rejenta,
Żeś mnie uwiódł i teraz porzucasz
sierotę,
To nic! Jesteś mężczyzną, znam
waszą niecnotę,
Wiem, że jak inni, tak ty mógłbyś
wiarę złamać,
Lecz nie wiedziałam, że tak podle umiesz
kłamać!
Słuchałam pode drzwiami stryja! więc to
dziecko?
Zosia? wpadła ci w oko? i na nią zdradziecko
Dybiesz! Zaledwieś jedną nieszczęsną
oszukał,
A jużeś pod jej bokiem nowych ofiar
szukał!
Uciekaj, lecz cię moje dościgną
przeklęctwa -
Lub zostań, wydam światu twoje
bezeceństwa;
Twe sztuki już nie zwiodą innych, jak mnie
zwiodły!
Precz! gardzę tobą! jesteś kłamca,
człowiek podły!"
Na obelgę śmiertelną dla uszu szlachcica,
I której żaden nigdy nie słyszał
Soplica,
Zadrżał Tadeusz, twarz mu pobladła jak
trupia,
Tupnąwszy nogą, usta przyciąwszy,
rzekł: "Głupia!"
Odszedł; lecz wyraz
"podłość" echem się powtórzył
W sercu, wzdrygnął się młodzian,
czuł, że nań zasłużył;
Czuł, że wyrządził wielką
krzywdę Telimenie,
Że go słusznie skarżyła,
mówiło sumnienie;
Lecz czuł, że po tych skargach tem mocniej
ją zbrzydził;
O Zosi, ach! pomyślić nie ważył
się, wstydził.
Przecież ta Zosia, taka piękna, taka miła!
Stryj swatał ją! może by jego
żoną była,
Gdyby nie szatan, co go plącząc w grzech za
grzechem,
W kłamstwo za kłamstwem, wreszcie
odstąpił z uśmiechem.
Złajany, pogardzony od wszystkich! w dni parę
Zmarnował przyszłość! Uczuł
słuszną zbrodni karę.
W tej burzy uczuć, jakby kotwica spoczynku,
Zabłysnęła mu nagle myśl o pojedynku:
"Zamordować Hrabiego! łotra! -
krzyknął w gniewie. -
Zginąć albo zemścić się!" A
za co? Sam nie wie!
I ten gniew wielki, jak się zajął w
mgnieniu oka,
Tak wywietrzał; znow zdjęła go
żałość głęboka.
Myślił: "Jeśli prawdziwe było
postrzeżenie,
Że Hrabia z Zosią jakieś ma porozumienie,
I cóż stąd? Może Hrabia kocha
Zosię szczerze,
Może go ona kocha? za męża wybierze!
Jakimże prawem chciałbym zerwać to
zamęście
I, sam nieszczęśnik, wszystkich mam
zaburzać szczęście?"
Wpadł w rozpacz i nie widział innego sposobu,
Chyba ucieczkę prędką; gdzie? chyba do
grobu!
Więc kułak przycisnąwszy na schylonem
czole,
Biegł ku łąkom, gdzie stawy
błyszczały się w dole,
I stanął nad błotnistym; w zielonawe tonie
Łakomy wzrok utopił i błotniste wonie
Z rozkoszą ciągnął piersią, i
otworzył usta
Ku nim: bo samobójstwo jak każda rozpusta
Jest wymyślną; on w głowy szalonym
zawrocie
Czuł niewymowny pociąg utopić się w
błocie.
Lecz Telimena, z dzikiej młodzieńca postawy
Zgadując rozpacz, widząc, że pobiegł
nad stawy,
Chociaż ku niemu takim słusznym gniewem
pała,
Przelękła się; w istocie dobre serce
miała.
Żal jej było, że inną śmiał
Tadeusz lubić,
Chciała go skarać, ale nie myśliła
zgubić;
Więc puściła się za nim,
wznosząc ręce obie,
Krzycząc: "Stój! głupstwo! kochaj
czy nie! żeń się sobie
Czy jedź! tylko stój!" - Ale on już
szybkim biegiem
Wyprzedził ją daleko; już -
stanął nad brzegiem.
Dziwnym zrządzeniem losów, po tym samym
brzegu
Jechał Hrabia na czele dżokejów szeregu,
A zachwycony wdziękiem nocy tak pogodnej
I harmoniją cudną orkiestry podwodnej,
Owych chorów, co brzmiały jak arfy eolskie
(Żadne żaby nie grają tak pięknie jak
polskie),
Wstrzymał konia i o swej zapomniał wyprawie,
Zwrócił ucho do stawu i słuchał
ciekawie.
Oczy wodził po polach, po niebios obszarze:
Pewnie układał w myśli nocne peizaże.
Zaiste, okolica była malownicza!
Dwa stawy pochyliły ku sobie oblicza
Jako para kochanków: prawy staw miał wody
Gładkie i czyste jako dziewicze jagody;
Lewy, ciemniejszy nieco, jako twarz młodziana
Smagława i już męskim puchem osypana.
Prawy złocistym piaskiem połyskał się
wkoło
Jak gdyby włosem jasnym; a lewego czoło
Najeżone łozami, wierzbami czubate;
Oba stawy ubrane w zieloności szatę.
Z nich dwa strugi, jak ręce związane
pospołu,
Ściskają się; strug dalej upada do
dołu;
Upada, lecz nie ginie, bo w rowu ciemnotę
Unosi na swych falach księżyca
pozłotę;
Woda warstami spada, a na każdej warście
Połyskają się blasku miesięcznego
garście,
Światło w rowie na drobne drzazgi się
roztrąca,
Chwyta je i w głąb niesie toń
uciekająca,
A z góry znów garściami spada blask
miesiąca.
Myślałbyś, że u stawu siedzi
Świtezianka,
Jedną ręką zdrój leje z bezdennego
dzbanka,
A drugą ręką w wodę dla zabawki miota
Brane z fartuszka garście zaklętego złota.
Dalej, z rowu wybiegłszy, strumień na
równinie
Rozkręca się, ucisza, lecz widać, że
płynie,
Bo na jego ruchomej, drgającej powłoce
Wzdłuż miesięczne światełko
drgające migoce.
Jako piękny wąż żmudzki, zwany g i w
o j t o s e m,
Chociaż zdaje się drzemać, leżąc
między wrzosem,
Pełźnie, bo na przemiany srebrzy się i
złoci,
Aż nagle zniknie z oczu we mchu lub paproci:
Tak strumień kręcący się chował
się w olszynach,
Które na widnokręgu czerniały
kończynach,
Wznosząc swe kształty lekkie, niewyraźne
oku,
Jak duchy na wpół widne, na poły w
obłoku.
Między stawami w rowie młyn ukryty siedzi;
Jako stary opiekun, co kochanków śledzi,
Podsłuchał ich rozmowę, gniewa się,
szamoce,
Trzęsie głową, rękami, i groźby
bełkoce:
Tak ów młyn nagle zatrząsł mchem
obrosłe czoło
I palczastą swą pięścią
wykręcając wkoło,
Ledwo kleknął i szczęki zębowate
ruszył,
Zaraz miłośną stawów rozmowę
zagłuszył
I zbudził Hrabię.
Hrabia, widząc, że tak blisko
Tadeusz naszedł jego zbrojne stanowisko,
Krzyczy: "Do broni! łapaj!" Skoczyli
dżokeje;
Nim Tadeusz rozeznać mógł, co się z
nim dzieje,
Już go chwycili; biegą do dworu, w
podwórze
Wpadają; dwór budzi się, psy w
hałas, w krzyk stróże.
Wyskoczył wpół ubrany Sędzia; widzi
zgraję
Zbrojną, myśli, że zbójcy, aż
Hrabię poznaje.
"Co to jest?" - pyta. Hrabia szpadą nad
nim mignął,
Lecz widząc bezbronnego w zapale ostygnął.
"Soplico! - rzekł - odwieczny wrogu mej
rodziny.
Dziś skarzę cię za dawne i za
świeże winy,
Dziś zdasz mi sprawę z mojej fortuny zaboru,
Nim pomszczę się obelgi mojego honoru!"
Lecz Sędzia żegnając się
krzyknął: "W imię Ojca
I Syna! tfu! Mospanie Hrabia, czy waść zbojca?
Przebóg! czy to się zgadza z Pana urodzeniem,
Wychowaniem i z Pana na świecie znaczeniem?
Nie pozwolę skrzywdzić się!" - Wtem
Sędziego słudzy
Biegli, jedni z kijami, ze strzelbami drudzy;
Wojski, stojąc z daleka, poglądał ciekawie
W oczy panu Hrabiemu, a nóż miał w
rękawie.
Już mieli zacząć bitwę, lecz
Sędzia przeszkodził;
Próżno było bronić się, nowy
wróg nadchodził:
Postrzeżono w olszynie blask, wystrzał
rusznicy!
Most na rzece zahuczał tętentem konnicy
I "Hajże na Soplicę!" tysiąc
głosów wrzasło.
Wzdrygnął się Sędzia, poznał
Gerwazego hasło.
"Nic to - zawołał Hrabia - będzie tu
nas więcéj,
Poddaj się, Sędzio, to są moi
sprzymierzeńcy".
Wtem Asesor nadbiegał krzycząc: "Areszt
kładę
W imię Imperatorskiej Mości; oddaj szpadę,
Panie Hrabio, bo wezwę wojskowej pomocy!
A wiesz Pan, że kto zbrojnie śmie napadać
w nocy,
Zastrzeżono tysiącznym dwóchsetnym
ukazem,
Że jak zło..." Wtem go Hrabia w twarz
uderzył płazem.
Padł zgłuszony Asesor i skrył się w
pokrzywy;
Wszyscy myśleli, że był ranny lub
nieżywy.
"Widzę - rzekł Sędzia - że
się na rozbój zanosi".
Jęknęli wszyscy; wszystkich zagłuszył
wrzask Zosi,
Która krzyczała, Sędzię
objąwszy rękami,
Jako dziecko od Żydów kłute
igiełkami.
Tymczasem Telimena wpadła między konie,
Wyciągnęła ku Hrabi załamane
dłonie:
"Na twój honor! - krzyknęła
przeraźliwym głosem,
Z głową w tył wychyloną, z
rozpuszczonym włosem -
Przez wszystko, co jest świętem, na
klęczkach błagamy!
Hrabio, śmieszże odmówić?
proszą ciebie damy;
Okrutniku, nas pierwej musisz zamordować!"
Padła zemdlona - Hrabia skoczył ją
ratować,
Zadziwiony i nieco zmieszany tą sceną.
"Panno Zofijo - rzecze - Pani Telimeno!
Nigdy się krwią bezbronnych ta szpada nie
splami;
Soplicowie, jesteście mojemi więźniami.
Tak zrobiłem we Włoszech, kiedy pod opoką,
Którą Sycylijanie zwą
Birbante-rokką,
Zdobyłem tabor zbójców; zbrojnych
mordowałem,
Rozbrojonych zabrałem i związać
kazałem:
Szli za końmi i tryumf mój zdobili
świetny,
Potem ich powieszono u podnoża Etny".
Było to osobliwe szczęście dla
Sopliców,
Że Hrabia, mając lepsze konie od
szlachciców
I chcąc spotkać się pierwszy,
zostawił ich w tyle
I biegł przed resztą jazdy, przynajmniej o
milę
Ze swym dżokejstwem, które, posłuszne i
karne,
Stanowiło niejako wojsko regularne,
Gdy inna szlachta była, zwyczajem powstania,
Burzliwa i nieźmiernie skora do wieszania.
Hrabia miał czas ostygnąć z zapału i
gniewu,
Przemyślał, jak by skończyć
bój bez krwi rozlewu;
Więc rodzinę Sopliców w domu
zamknąć każe
Jako więźniów wojennych; u drzwi stawi
straże.
Wtem "Hajże na Sopliców!" wpada
szlachta hurmem,
Obstępuje dwór wkoło i bierze go
szturmem,
Tym łacniej, że wódz wzięty i
pierzchła załoga;
Lecz zdobywcy chcą bić się, wyszukują
wroga.
Do domu nie wpuszczeni, biegą do folwarku,
Do kuchni.
Gdy do kuchni weszli, widok garków,
Ogień ledwie zagasły, potraw zapach
świeży,
Chrupanie psów, gryzących ostatki wieczerzy,
Chwyta wszystkich za serca, myśl wszystkich
odmienia,
Studzi gniewy, zapala potrzebę jedzenia.
Marszem i całodziennym znużeni sejmikiem,
"Jeść! jeść!" - po
trzykroć zgodnym wezwali okrzykiem,
Odpowiedziano: "Pić! pić!"
Między szlachty zgrają
Stają dwa chory: ci pić, a ci jeść
wołają;
Odgłos leci echami; gdzie tylko dochodzi,
Wzbudza oskomę w ustach, głód w
żołądkach rodzi.
I tak na dane z kuchni hasło, niespodzianie
Rozeszła się armija na furażowanie.
Gerwazy, od pokojów Sędziego odparty,
Ustąpić musiał przez wzgląd dla
hrabiowskiej warty.
Więc nie mogąc zemścić się na
nieprzyjacielu,
Myślił o drugim wielkim tej wyprawy celu.
Jako człek doświadczony i biegły w
prawnictwie,
Chce Hrabiego osadzić na nowym dziedzictwie
Legalnie i formalnie; więc za Woźnym biega,
Aż go po długich śledztwach za piecem
dostrzega.
Wnet porywa za kołnierz, na dziedziniec wlecze
I zmierzywszy mu w piersi Scyzoryk, tak rzecze:
"Panie Woźny, pan Hrabia śmie Waćpana
prosić,
Abyś raczył przed szlachtą bracią
wnet ogłosić
Intromisyją Hrabi do zamku, do dworu
Sopliców, do wsi, gruntów zasianych, ugoru,
Słowem, cum gais, boris et graniciebus,
Kmetonibus, scultetis et omnibus rebus
Et quibusdam alijis. Jak tam wiesz, tak szczekaj,
Nic nie opuszczaj!"
"Panie Kluczniku, zaczekaj! -
Rzekł śmiało, ręce za pas
włożywszy Protazy -
Gotów jestem wypełniać wszelkie stron
rozkazy,
Ale ostrzegam, że akt nie będzie miał
mocy,
Wymuszony przez gwałty, ogłoszony w nocy".
"Co za gwałty? - rzekł Klucznik - tu nie
ma napaści,
Wszak proszę Pana grzecznie; jeśli ciemno
Waści,
To Scyzorykiem skrzesam ognia, że Waszeci
Zaraz w ślepiach jak w siedmiu kościołach
zaświeci".
"Gerwazeńku - rzekł Woźny - po co
się tak dąsać?
Jestem woźny, nie moja rzecz sprawę
roztrząsać;
Wszak wiadomo, że strona woźnego zaprasza
I dyktuje mu, co chce, a woźny ogłasza.
Woźny jest posłem prawa, a posłów
nie karzą,
Nie wiem tedy, za co mnie trzymacie pod strażą;
Wnet akt spiszę, niech mi kto latarkę
przyniesie,
A tymczasem ogłaszam: Bracia, uciszcie
się!"
I by donośniej mówić, wstąpił
na stos wielki
Belek (pod płotem sadu suszyły się belki),
Wlazł na nie i zarazem, jakby go wiatr
zdmuchnął,
Zniknął z oczu; słyszano, jak w
kapustę buchnął;
Widziano, po konopiach ciemnych jego biała
Konfederatka niby gołąb przeleciała.
Konewka strzelił w czapkę, ale chybił
celu;
Wtem zatrzeszczały tyki, już Protazy w chmielu
-
"Protestuję!" - zawołał; pewny
był ucieczki,
Bo za sobą miał łozę i bagniska
rzeczki.
Po tej protestacyi, która się ozwała
Jak na zdobytych wałach ostatni strzał
działa,
Ustał już wszelki opor w Soplicowskim dworze;
Szlachta głodna plądruje, zabiera, co
może.
Kropiciel, stanowisko zająwszy w oborze,
Jednego wołu i dwa cielce w łby zakropił,
A Brzytewka im szablę w gardzielach utopił.
Szydełko równie czynnie używał swej
szpadki,
Kabany i prosięta koląc pod łopatki.
Już rzeź zagraża ptastwu. Czujne gęsi
stado,
Co niegdyś ocaliło Rzym przed Gallów
zdradą,
Darmo gęga o pomoc; zamiast Manlijusza
Wpada w kotuch Konewka, jedne ptaki zdusza,
A drugie żywcem wiąże do pasa kontusza.
Próżno gęsi, szyjami wywijając,
chrypią,
Próżno gęsiory sycząc napastnika
szczypią.
On bieży; osypany iskrzącym się puchem,
Unoszony jak kółmi gęsich skrzydeł
ruchem,
Zdaje się być chochlikiem, skrzydlatym
złym duchem.
Ale rzeź najstraszniejsza, chociaż najmniej
krzyku,
Między kurami. Młody Sak wpadł do kurniku
I z drabinek, stryczkami łowiąc, ciągnie z
góry
Kogutki i szurpate i czubate kury;
Jedne po drugich dusi i składa do kupy,
Ptastwo piękne, karmione perłowemi krupy.
Niebaczny Saku, jakiż zapał cię unosi!
Nigdy już odtąd gniewnej nie przebłagasz
Zosi.
Gerwazy przypomina starodawne czasy.
Każe sobie podawać od kontuszów pasy
I nimi z Soplicowskiej piwnicy dobywa
Beczki starej siwuchy, dębniaku i piwa.
Jedne wnet odgwożdżono, a drugie ochoczo
Szlachta, gęsta jak mrówie, porywają,
toczą
Do zamku; tam na nocleg cały tłum się
zbiera,
Tam założona główna Hrabiego
kwatera.
Nakładają sto ognisk, warzą, skwarzą,
pieką,
Gną się stoły pod mięsem, trunek
płynie rzeką;
Chce szlachta noc tę przepić,
przejeść i prześpiewać.
Lecz powoli zaczęli drzemać i poziewać;
Oko gaśnie za okiem, i cała gromada
Kiwa głowami, każdy, gdzie siedział, tam
pada:
Ten z misą, ten nad kuflem, ten przy wołu
ćwierci.
Tak zwyciężców zwyciężył
w końcu sen, brat śmierci.
|