KSIĘGA
DZIEWIĄTA
BITWA
Treść:
O niebezpieczeństwach
wynikających z nieporządnego obozowania - Odsiecz niespodziana -
Smutne położenie szlachty - Odwiedziny kwestarskie są
wróżbą ratunku - Major Płut zbytnią
zalotnością ściąga na siebie burzę - Wystrzał z
krócicy, hasło boju - Czyny Kropiciela, czyny i
niebezpieczeństwa Maćka - Konewka zasadzką ocala Soplicowo -
Posiłki jezdne, atak na piechotę - Czyny Tadeusza - Pojedynek
dowódców przerwany zdradą - Wojski stanowczym manewrem
przechyla szalę boju - Czyny krwawe Gerwazego - Podkomorzy zwyciężca
wspaniałomyślny.
A chrapali tak twardym snem, że ich nie budzi
Blask latarek i wniście kilkudziesiąt ludzi,
Którzy wpadli na szlachtę, jak pająki
ścienne
Nazwane k o s a r z a m i na muchy wpółsenne:
Zaledwie która bzyknie, już długimi nogi
Obejmuje ją wkoło i dusi mistrz srogi.
Sen szlachecki był jeszcze twardszy niż sen
muszy:
Żaden nie bzyka, leżą wszyscy jak bez
duszy,
Chociaż byli chwytani silnymi rękoma
I przewracani jako na przewiąsłach słoma.
Tylko jeden Konewka, któremu w powiecie
Nie znajdziesz równie mocnej głowy przy
bankiecie,
Konewka, co mógł wypić lipcu dwa
antały,
Nim mu splątał się język i nogi
zachwiały,
Ten, choć długo ucztował i usnął
głęboko,
Dawał przecie znak życia; przemknął
jedno oko
I widzi! istne zmory! dwie okropne twarze
Tuż nad sobą, a każda ma wąsów
po parze;
Dyszą nad nim, ust jego tykają wąsami
I czworgiem rąk wokoło wiją jak
skrzydłami;
Zląkł się, chciał
przeżegnać się: darmo rękę chwyta,
Ręka prawa jak gdyby do boku przybita;
Ruszył lewą, niestety! czuje, że go duchy
Spowiły ciasno, jako niemowlę w pieluchy;
Zląkł się jeszcze okropniej, wnet oko
zawiera,
Leży nie dysząc, stygnie, ledwie nie umiera!
Lecz Kropiciel zerwał się bronić się
- po czasie!
Bo już był skrępowany we swym własnym
pasie;
Przecież zwinął się i tak
sprężyście podskoczył,
Że padł na piersi sennych, po głowach
się toczył,
Miotał się jako szczupak, gdy się w piasku
rzuca.
A ryczał jako niedźwiedź, bo miał
silne płuca.
Ryczał: "Zdrada!" Wnet cała zbudzona
gromada
Chorem odpowiedziała: "Zdrada! gwałtu!
zdrada!"
Krzyk dochodzi echami zwierciadlanej sali,
Kędy Hrabia, Gerwazy i dżokeje spali;
Przebudza się Gerwazy, darmo się wydziera,
Związany w kij do swego własnego rapiera;
Patrzy, widzi przy oknie ludzi uzbrojonych,
W czarnych, krótkich kaszkietach, w mundurach
zielonych;
Jeden z nich, opasany szarfą, trzymał
szpadę
I ostrzem jej kierował swych drabów
gromadę,
Szepcąc: "Wiąż! wiąż!"
Dokoła leżą jak barany
Dżokeje w pętach, Hrabia siedzi nie
związany,
Lecz bezbronny; przy nim dwaj z gołemi bagnety
Stoją drabi. - Poznał ich Gerwazy, niestety!
Moskale!!!
Nieraz Klucznik był w podobnych trwogach,
Nieraz miewał powrozy na ręku i nogach,
A przecież się uwalniał; wiedział o
sposobie
Rwania więzów, był silny bardzo,
ufał sobie.
Przemyślał ratować się milczkiem;
oczy zmrużył,
Niby śpi, z wolna ręce i nogi
przedłużył,
Dech wciągnął, brzuch i piersi
ścisnął co najwężej;
Aż jednym razem kurczy, wydyma się,
pręży,
Jak wąż, głowę i ogon gdy chowa w
przeguby,
Tak Gerwazy z długiego stał się
krótki, gruby;
Rozciągnęły się, nawet skrzypnęły
powrozy,
Ale nie pękły! Klucznik ze wstydu i zgrozy
Przewrócił się i w ziemię
schowawszy twarz gniewną,
Zamknąwszy oczy, leżał nieczuły jak
drewno.
Wtem ozwały się bębny, naprzód z
rzadka, potem
Coraz gęstszym i coraz głośniejszym
łoskotem;
Na ten apel rozkazał oficer Moskali
Dżokejów z Hrabią zamknąć pod
strażą na sali,
Szlachtę wieść na dwór, kędy
stała druga rota.
Nadaremnie Kropiciel dąsa się i miota.
Sztab stał we dworze, a z nim zbrojnej szlachty
wiele:
Podhajscy, Birbaszowie, Hreczechy, Biergele,
Wszyscy Sędziego krewni albo przyjaciele.
Na odsiecz mu przybiegli słysząc o napadzie,
Zwłaszcza że z Dobrzyńskimi byli z dawna w
zwadzie.
Kto z wiosek batalijon Moskalów sprowadził?
Kto tak prędko sąsiedztwo z
zaścianków zgromadził?
Asesor-li, czy Jankiel? Różnie
słychać o tem,
Lecz nikt pewnie nie wiedział ni wtenczas, ni potem.
Już też i słońce wschodzi, krwawo
się czerwieni,
Brzegiem tępym, jak gdyby odartym z promieni,
Na wpół widne, na poły w czerni chmur
się chowa
Jak rozżarzona w węglach kowalskich podkowa.
Wiatr wzmagał się i pędził
obłoki ze wschodu,
Gęste i poszarpane jako bryły lodu;
Każdy obłok w przelocie deszczem zimnym
prószy,
Z tyłu za nim wiatr leci i deszcz znowu suszy,
Za wiatrem znowu obłok nadbiega wilgotny:
I tak dzień na przemiany był chłodny i
słotny.
Tymczasem Major belki schnące pode dworem
Każe wlec, w każdej belce wysiekać toporem
Półokrągłe otwory, w te otwory
wtyka
Nogi więźniów i drugą belką je
zamyka.
Oba drewna goździami przebite po rogach
Ścisnęły się, jako psie
paszczęki, na nogach.
Zaś powrozami mocniej sznurowano ręce
Na plecach szlachty; Major, ku większej ich
męce,
Kazał pierwej pozdzierać z głów
konfederatki,
Z pleców płaszcze, kontusze, nawet taratatki.
Nawet żupany. I tak szlachta, skuta w kłodzie,
Siedziała rzędem, dzwoniąc zębami na
chłodzie
I na deszczu, bo coraz wzmagała się słota,
Nadaremnie Kropiciel dąsa się i miota.
Darmo Sędzia za szlachtą instancyję wnosi
I Telimena łączy prośby do łez Zosi,
Ażeby miano większy wzgląd na
niewolników.
Wprawdzie oficer rotny, pan Nikita Ryków,
Moskal, lecz dobry człowiek, dał się
udobruchać,
Cóż, kiedy sam majora Płuta musiał
słuchać!
Ten major, Polak rodem, z miasteczka Dzierowicz,
Nazywał się (jak słychać) po polsku
Płutowicz,
Lecz przechrzcił się; łotr wielki, jak
się zwykle dzieje
Z Polakiem, który w carskiej służbie
zmoskwicieje.
Płut stał z fajką przed frontem, w boki
się podpierał
I gdy mu kłaniano się, nos w górę
zadzierał,
A za odpowiedź, na znak gniewnego humoru,
Wypuścił z ust kłąb dymu i poszedł
do dworu.
A tymczasem Rykowa Sędzia ułagadza
I Asesora także na bok odprowadza;
Przemyślają, jak by rzecz zakończyć
bez sądu,
A co jeszcze ważniejsza, bez mieszań się
rządu.
Więc do majora Płuta rzekł kapitan
Ryków:
"Panie Major! co nam z tych wszystkich
niewolników?
Oddamy pod sąd? będzie szlachcie wielka bieda,
A Panu Majorowi nikt za to nic nie da.
Wiesz co, Major? ot, lepiej tę sprawę
zagodzić,
Pan Sędzia Majorowi musi trud nagrodzić,
My powiemy, że my tu przyszli dla wizyty,
A tak i kozy całe, i wilk będzie syty.
Przysłowie ruskie: Wszystko można, lecz
ostrożnie:
I to przysłowie: Sobie piecz na carskim rożnie;
I to przysłowie: Lepsza zgoda od niezgody;
Zaplątaj dobrze węzeł, końce
wsadź do wody.
Raportu nie podamy, tak się nikt nie dowie.
Bóg dał ręce, żeby brać, to
ruskie przysłowie".
Słysząc to Major wstaje i od gniewu parska:
"Czy ty oszalał, Ryków? to
służba cesarska,
A służba nie jest drużba, stary,
głupi Ryków!
Czy ty oszalał? ja mam puszczać
buntowników!
W takim wojennym czasie! Ha, pany Polaki,
Ja was nauczę buntu! Ha, szlachta łajdaki,
Dobrzyńscy, oj, ja znam was! Niech łajdaki
mokną!
(I zaśmiał się na całe gardło,
patrząc w okno).
Wszakże ten sam Dobrzyński, co siedzi w
surducie -
Hej, zdjąć mu surdut! - w roku przeszłym
na reducie
Zaczął ze mną tę
kłótnię. Kto zaczął? on, nie ja.
On, gdy tańczyłem, krzyknął:
<<Precz, za drzwi złodzieja>>
Że wtenczas za pułkowej okradzenie kasy
Byłem pod śledztwem, miałem wielkie
ambarasy,
A jemu co do tego? Ja tańczę mazura,
On krzyczy z tyłu: <<Złodziej!>> -
Szlachta za nim: <<Ura!>>
Skrzywdzili mnie - a co? wpadł w me szpony
szlachciura.
Mówiłem: Ej, Dobrzyński! ej, przyjdzie
do woza
Koza - a co? Dobrzyński, widzisz! będzie
łoza".
Potem Sędziemu szepnął, schyliwszy
się, w ucho:
"Jeśli chcesz, Sędzio, żeby to
uszło na sucho,
Za każdą głowę tysiąc
rubelków gotówką.
Tysiąc rubelków, Sędzio, to ostatnie
słówko".
Sędzia chciał targować się, lecz
Major nie słuchał,
Znowu biegał po izbie, dymem gęsto buchał,
Podobny do szmermelu albo do rakiety.
Chodziły za nim prosząc i płacząc
kobiety.
"Majorze - mówił Sędzia - choć
pozwiesz do prawa,
Cóż wygrasz? Tu nie zaszła żadna
bitwa krwawa,
Nie było ran; że zjedli kury i
półgąski,
Za to wedle Statutu zapłacą nawiązki.
Ja na pana Hrabiego nie zanoszę skargi,
To tylko były zwykłe sąsiedzkie
zatargi".
"A czy Sędzia - rzekł Major -
ż ó ł t ą k s i ę g ę
czytał?"
"Co to za żółta księga?"
pan Sędzia zapytał.
"Księga - rzekł Major - lepsza niż
wasze statuty,
A w niej pisze co słowo: stryczek, Sybir, knuty;
Księga ustaw wojennych, teraz w Litwie
całéj
Ogłoszonych; już pod stół wasze
trybunały.
Podług ustaw wojennych za takową psotę
Pójdziecie już to najmniej w sybirną
robotę".
"Apeluję - rzekł Sędzia - do
gubernatora".
"Apeluj - rzekł Płut - choćby do
Imperatora.
Wiesz, że gdy Imperator zatwierdza ukazy,
Z łaski swej często karę powiększa
dwa razy.
Apelujcie, ja może wynajdę w potrzebie,
Mospanie Sędzio, dobry kruczek i na ciebie.
Wszak Jankiel, szpieg, którego już rząd
dawno śledzi,
Jest twoim domownikiem, w karczmie twojej siedzi.
Mogę teraz was wszystkich wziąć w areszt
od razu".
"Mnie - rzekł Sędzia - brać w areszt?
jak śmiesz bez rozkazu?"
I przychodziło coraz do żywszego sporu,
Gdy nowy gość zajechał na dziedziniec
dworu.
Wjazd tłumny, dziwny. Przodem, niby laufer,
bieży
Ogromny, czarny baran, a łeb mu się jeży
Czterema rogami, z których dwa jako
kabłąki
Kręcą się koło uszu, ubrane we
dzwonki,
A dwa, od czoła na bok wysuwając końce,
Wstrząsają kulki krągłe,
mosiężne, brzęczące.
Za baranem szły woły, trzoda owiec, kozy,
Za bydłem cztery ciężko pakowane wozy.
Wszyscy odgadli, że to wjazd księdza Kwestarza.
Więc pan Sędzia, powinność
znając gospodarza,
Stał w progu witać gościa. Ksiądz na
pierwszej bryce
Jechał, kapturem na wpół zasłoniwszy
lice,
Ale go wnet poznano, bo gdy więźniów
minął,
Zwrócił się ku nim twarzą, palcem
na znak skinął.
I drugiej bryki furman równie był poznany:
Stary Maciek Rózeczka, za chłopa przebrany;
Szlachta zaczęła krzyczeć, skoro się
pokazał,
On rzekł: "Głupi!" - i ręką
milczenie nakazał.
Na trzecim wozie Prusak w kubraku wytartym,
A pan Zan z Mickiewiczem jechali na czwartym.
A tymczasem Podhajscy i Isajewicze,
Birbasze, Wilbikowie, Biergele, Kotwicze,
Widząc szlachtę Dobrzyńskich w tak
ciężkiej niewoli,
Zaczęli z dawnych gniewów ostygać
powoli.
Bo szlachta polska, chociaż niezmiernie
kłotliwa
I porywcza do bitew, przecież nie jest mściwa.
Biegą więc do Macieja starego po radę.
On koło wozów całą ustawia
gromadę,
Każe czekać.
Bernardyn wstąpił do pokoju.
Zaledwie go poznano, choć nie zmienił stroju,
Tak przybrał inną postać. Zwyczajnie
ponury,
Zamyślony, a teraz głowę
wzniósł do góry
I z miną rozjaśnioną, jak kwestarz
rubacha,
Nim zaczął gadać, długo
śmiał się:
"Cha, cha, cha, cha,
Kłaniam, kłaniam! cha, cha, cha,
wyśmienicie, przednie!
Panowie oficery, kto poluje we dnie,
Wy w nocy! dobry połów, widziałem
zwierzynę;
Oj, skubać, skubać szlachtę, oj,
drzeć z nich łupinę!
Oj, weźcież ich na munsztuk, bo też
szlachta bryka!
Winszuję ci, Majorze, żeś złowił
Hrabika!
To tłuścioszek, to bogacz, panicz z
antenatów,
Nie wypuszczaj go z klatki bez trzystu dukatów;
A jak weźmiesz, na klasztor daj jakie trzy grosze
I dla mnie, bo ja zawżdy za twą duszę
proszę.
Jakem bernardyn, bardzo myślę o twej duszy!
Śmierć i sztabsoficerów porywa za uszy!
Dobrze napisał Baka, że śmierć
dżga za katy
W szkarłaty i po suknie nieraz dobrze stuknie,
I po płótnie tak utnie, jak i po kapturze,
I po fryzurze równie, jak i po mundurze.
Śmierć matula, powiada Baka, jak cebula
Łzy wyciska, gdy ściska, a równie
przytula
I dziecko, co się lula, i zucha, co hula!
Ach! ach! Majorze, dzisiaj żyjem, jutro gnijem,
To tylko nasze, co dziś zjemy i wypijem!
Panie Sędzio, wszakże to czas podobno
śniadać?
Siadam za stół i proszę wszystkich ze mną
siadać;
Majorze, gdyby zrazów? Panie Poruczniku,
Co myślisz? gdyby wazę dobrego ponczyku?"
"To prawda, Ojcze - rzekli dwaj oficerowie -
Czas by już zjeść i wypić Pana
Sędzi zdrowie!"
Zdziwili się domowi, patrząc na Robaka,
Skąd mu się wzięła mina i
wesołość taka.
Sędzia wnet kucharzowi powtórzył
rozkazy;
Wniesiono wazę, cukier, butelki i zrazy.
Płut i Ryków tak czynnie zaczęli
się zwijać,
Tak łakomie połykać i gęsto
zapijać,
Że w pół godziny zjedli dwadzieścia
trzy zrazy
I wychylili ponczu ogromne pół wazy.
Więc Major syt i wesół w krześle
się rozwalił,
Dobył fajkę, biletem bankowym zapalił
I otarłszy śniadanie z ust końcem serwety,
Obrócił śmiejące się oczy na
kobiety
I rzekł: "Ja, piękne Panie, lubię was
jak wety!
Na me szlify majorskie, gdy człek zjadł
śniadanie,
Najlepszą jest po zrazach zakąską gadanie
Z paniami tak pięknemi jak wy, piękne Panie!
Wiecie co? grajmy w karty! w welba-cwelba? w wista?
Albo pójdźmy mazurka? he! do
diabłów trzysta!
Wszak ja w jegierskim pułku pierwszy mazurzysta!"
Za czym ku damom bliżej schylił się
wygięty
I puszczał na przemiany dym i komplementy.
"Tańczyć! - zawołał Robak - gdy
wychylę flaszę,
To i ja, choć ksiądz, habit czasami
podkaszę
I potańczę mazurka! Ale wiesz, Majorze,
My tu pijem, a jegry tam zmarzną na dworze?
Hulać, to hulać! Sędzio, daj beczkę
siwuchy!
Major pozwoli, niechaj piją jegry zuchy!"
"Prosiłbym - rzecze Major - lecz w tem nie ma
musu".
"Daj, Sędzio - szepnął Robak -
beczkę spirytusu".
I tak, kiedy we dworze sztab wesoły łyka,
Za domem zaczęła się w wojsku pijatyka.
Ryków kapitan milczkiem kielichy wychylał,
Lecz Major pił i razem damom się
przymilał,
A wzmagał się w nim coraz tańcowania
zapał;
Rzucił fajkę i rękę Telimeny
złapał,
Chciał tańczyć, lecz uciekła;
więc podszedł do Zosi,
Kłaniając się, słaniając, do
mazurka prosi:
"Hej! ty Ryków, przestańże tam
trąbić na fajce,
Precz fajka, wszak ty dobrze grasz na bałabajce;
Widzisz no tam gitarę, pódź no, weź
gitarę,
I mazurka! ja, Major, idę w pierwszą
parę".
Kapitan wziął gitarę i struny
przykręcał,
Płut znowu Telimenę do tańca
zachęcał.
"Słowo majorskie, Panno, nie Rosyjaninem
Jestem, jeżeli kłamię! chcę być
sukinsynem,
Jeżeli kłamię; spytaj, a oficerowie
Wszyscy poświadczą, cała armija to powie,
Że w tej drugiej armiji, w korpusie dziewiątym,
W drugiej pieszej dywizji, w pułku
pięćdziesiątym
Jegierskim major Płut jest pierwszy mazurzysta.
Pódźże, Panienko! nie bądź
taka narowista!
Bo ja po oficersku ukarzę Panienkę..."
To mówiąc skoczył, chwycił Telimeny
rękę
I szerokim całusem w białe ramię
klasnął,
Gdy Tadeusz, przypadłszy z boku, w twarz mu
trzasnął.
I całus, i policzek ozwały się razem,
Jeden za drugim, jako wyraz za wyrazem.
Major osłupiał, oczy przetarł, z gniewu
blady
Zawołał: "Bunt! buntownik!" - i
dobywszy szpady,
Biegł przebić; wtem Ksiądz dostał z
rękawa krócicę:
"Pal, Tadeuszku! - krzyknął - pal jak w
jasną świécę!"
Tadeusz wnet pochwycił, wymierzył,
wypalił,
Chybił, ale Majora zgłuszył i
osmalił.
Porywa się z gitarą Ryków: "Bunt!
bunt!" - woła,
Wpada na Tadeusza; lecz Wojski zza stoła
Machnął ręką na odlew;
nóż w powietrzu świsnął
Między głowy i pierwej uderzył, niż
błysnął.
Uderza w dno gitary, na wylot ją wierci,
Schylił się na bok Ryków i tak
uszedł śmierci.
Lecz strwożył się; krzyknąwszy:
"Jegry! bunt! Jej Bogu!" -
Dobył szpady, broniąc się
zbliżał się do progu.
Wtem z drugiej strony izby wpada szlachty wiele
Przez okna, z rapierami, Rózeczka na czele.
Płut w sieni, Ryków za nim, wołają
żołnierzy,
Już trzech najbliższych domu na pomoc im
bieży;
Już przeze drzwi włażą trzy
błyszczące bagnety,
A za nimi trzy czarne schylone kaszkiety.
Maciek stał u drzwi z Rózgą
wzniesioną do góry,
Lgnąc do ściany, czatował jako kot na
szczury,
Aż ciął okropnie; może głowy by
trzy zwalił,
Lecz stary, czy nie dojrzał, czy zbyt się
zapalił,
Bo nim szyje wytknęli, rąbnął po
kaszkietach,
Zdarł je; Rózga spadając
brząkła po bagnetach.
Moskale cofają się, Maciek ich wygania
Na dziedziniec.
Tam jeszcze więcej zamieszania.
Tam stronnicy Sopliców pracują w zawody
Nad rozkuciem Dobrzyńskich, rozrywają
kłody;
Widząc to jegry za broń porywają,
biegą;
Sierżant, wpadłszy, bagnetem przebił
Podhajskiego,
Dwóch drugich szlachty zranił, do trzeciego
strzela,
Uciekają; było to przy kłodzie Chrzciciela.
Ten już miał ręce wolne, gotowe ku walce:
Wstał, podniósł dłoń i
zwinął w kłębek długie palce,
I z góry tak uderzył w grzbiet Rosyjanina,
Że twarz jego i skroń wbił w zamek
karabina.
Trzasł zamek, lecz zalany krwią proch już
nie spalił;
Sierżant u nóg Chrzciciela na swą
broń się zwalił.
Chrzciciel schyla się, chwyta karabin za rurę
I wijąc jak kropidłem, podnosi go w
górę,
Robi młynka, dwóch zaraz szeregowych zwala
Po ramionach i w głowę ugadza kaprala;
Reszta zlękła od kłody cofa się z
przestrachem:
Tak Kropiciel ruchomym nakrył szlachtę dachem.
Zaczem rozbito kłodę, rozcięto powrozy,
Szlachta już wolna wpada na kwestarskie wozy,
Z nich dobywa rapiery, pałasze, tasaki,
Kosy, strzelby; Konewka znalazł dwa szturmaki
I worek kul; wsypał je do swego szturmaka,
Drugi, równie nabiwszy, ustąpił dla
Saka.
Jegrów więcej przybywa, mieszają
się, tłuką;
Szlachta w zgiełku nie może ciąć
krzyżową sztuką,
Jegry nie mogą strzelać, już walczą
wręcz, z bliska -
Już stal, ząb za ząb o stal porwawszy
się, pryska,
Bagnet o szablę, kosa o gifes się łamie,
Pięść spotyka się z
pięścią i z ramieniem ramię.
Lecz Ryków z częścią jegrów
pobiegł, gdzie stodoła
Tyka płotów; tam staje, na
żołnierzy woła,
Ażeby zaprzestali bitwę tak bezładną,
Gdzie nie używszy broni, pod pięściami
padną.
Gniewny, że sam nie może dać ognia, bo w
tłumie
Moskalów od Polaków
rozróżnić nie umie,
Woła: "Stroj się!" (co znaczy: formuj
się do szyku),
Ale komendy jego nie słychać śród
krzyku.
Stary Maciek, do ręcznych zapasów niezdolny,
Rejterował się, czyniąc przed sobą
plac wolny
Na prawo i na lewo; tu końcem szablicy
Uciera bagnet z rury jako knot ze świécy;
Tam machnąwszy na odlew, ścina albo kole.
I tak ostrożny Maciek ustępuje w pole.
Lecz z największym na niego naciera uporem
Stary Gifrejter, co był pułku instruktorem,
Wielki mistrz na bagnety; zebrał się sam w
sobie,
Skurczył się, a karabin porwał w ręce
obie,
Prawą u zamka, lewą, w pół rury
porywa,
Kręci się, podskakuje, czasem przysiadywa,
Lewą rękę opuszcza, a broń z prawej
ręki
Suwa naprzód, jak żądło z
wężowej paszczęki,
I znowu ją w tył cofa, na kolanie wspiera,
I tak kręcąc się, skacząc, na
Maćka naciera.
Ocenił przeciwnika zręczność Maciek
stary
I lewą ręką włożył na nos
okulary,
Prawą rękojeść Rózgi tuż
przy piersiach trzyma,
Cofa się, Gifrejtera ruch śledząc oczyma,
Sam słania się na nogach, jakby był
pijany;
Gifrejter bieży prędzej i, pewny wygranej,
Żeby uchodzącego tem łacniej
dosięgnął,
Powstał i całą prawą rękę
wzdłuż wyciągnął
Popychając karabin, a tak się wysilił
Pchnięciem i wagą broni, że się
aż pochylił;
Maciek tam, kędy bagnet wkłada się na
rurę,
Podstawia swą rękojeść, podbija
broń w górę,
I wnet spuszczając Rózgę, tnie Moskala w
rękę
Raz, i znowu na odlew przecina mu szczękę. -
Tak padł Gifrejter, fechmistrz najpierwszy z
Moskalów,
Kawaler trzech krzyżyków i czterech
medalów.
Tymczasem koło kłodek lewe szlachty
skrzydło
Już jest bliskie zwycięstwa; tam walczył
Kropidło,
Widny z dala, tam Brzytwa wił się
śród Moskali,
Ten ich w pół ciała rzeza, tamten w
głowy wali;
Jako machina, którą niemieccy majstrowie
Wymyślili i która młockarnią
się zowie,
A jest razem sieczkarnią, ma cepy i noże,
Razem i słomę kraje, i wybija zboże:
Tak pracują Kropiciel i Brzytwa pospołu,
Mordując nieprzyjaciół, ten z
góry, ten z dołu.
Lecz Kropiciel już pewne porzuca zwycięstwo,
Bieży na prawe skrzydło, gdzie
niebezpieczeństwo
Nowe grozi Maćkowi; śmierci Gifrejtera
Mszcząc się, Proporszczyk z długim
szpontonem naciera
(Szponton jest to zarazem dzida i siekiera,
Teraz już zaniedbany, i tylko na flocie
Używają go; wówczas
służył i piechocie).
Proporszczyk, człowiek młody, zręcznie
się uwijał;
Ilekroć mu przeciwnik broń na bok odbijał,
On cofał się; młodego nie mógł
Maciek zgonić,
I tak, nie raniąc, musiał tylko siebie
bronić.
Już mu Proporszczyk dzidą lekką ranę
zadał,
Już wznosząc w górę berdysz, do
cięcia się składał:
Chrzciciel nie zdoła dobiec, lecz staje w
pół drogi,
Okręca broń i ciska wrogowi pod nogi.
Skruszył kość; już Proporszczyk
szponton z rąk upuszcza,
Słania się; wpada Chrzciciel, za nim szlachty
tłuszcza,
A za szlachtą Moskale od lewego skrzydła
Biegą zmieszani; wszczął się
bój koło Kropidła.
Chrzciciel, który w obronie Maćka
oręż stracił,
Ledwie że tej przysługi życiem nie
przypłacił,
Bo przypadło nań z tyłu dwóch silnych
Moskali
I czworo rąk zarazem we włos mu wplątali;
Upiąwszy się nogami, ciągną jako liny
Sprężyste, uwiązane do masztu wiciny;
Daremnie w tył Kropiciel ciska ślepe razy,
Chwieje się - a wtem postrzegł, że blisko
Gerwazy
Walczy; zawołał: "Jezus Maria!
Scyzoryku!"
Klucznik, trwogę Chrzciciela poznawszy po krzyku,
Odwrócił się i spuścił ostrze
płytkiej stali
Między głowę Chrzciciela i ręce
Moskali.
Cofnęli się, wydawszy przeraźliwe
głosy,
Lecz jedna ręka, mocniej wplątana we
włosy,
Została się, wisząca i krwią
buchająca.
Tak orlik, jedną szponę gdy wbije w
zająca,
Drugą, by wstrzymać zwierza, o drzewo uczepi,
A zając, targnąwszy się, orła
wpół rozszczepi,
Prawa szpona u drzewa zostaje się w lesie,
A lewą, zakrwawioną, źwierz na pola
niesie.
Kropiciel, wolny, oczy obraca dokoła,
Ręce wyciąga, broni szuka, broni woła,
Tymczasem grzmi pięściami, stojąc mocno w
kroku
I pilnując się z bliska Gerwazego boku,
Aż Saka, syna swego, postrzega w natłoku.
Sak prawą ręką szturmak wymierza, a
lewą
Ciągnie za sobą długie,
sążniowate drzewo,
Uzbrojone w krzemienie i w guzy, i sęki
(Nikt by go nie podźwignął prócz
Chrzciciela ręki).
Chrzciciel, gdy miłą broń swą, swe
Kropidło zoczył,
Chwycił je, ucałował, z radości
podskoczył,
Zakręcił je nad głową i zaraz ubroczył.
Co potem dokazywał, jakie klęski szerzył,
Daremnie śpiewać, nikt by muzie nie
uwierzył,
Jak nie wierzono w Wilnie ubogiej kobiécie,
Która, stojąc na świętej Ostrej
Bramy szczycie,
Widziała, jako Dejów, moskiewski
jenerał,
Wchodząc z pułkiem Kozaków, już
bramę otwierał
I jak jeden mieszczanin, zwany Czarnobacki,
Zabił Dejowa i zniósł cały
pułk kozacki.
Dosyć, że się tak stało, jak
przewidział Ryków:
Jegry w tłumie ulegli mocy przeciwników.
Dwudziestu trzech na ziemi wala się zabitych,
Trzydziestu kilku jęczy ranami okrytych,
Wielu pierzchło, skryło się w sad, w
chmiele, nad rzekę,
Kilku wpadło do domu pod kobiet opiekę.
Zwycięska szlachta biega z okrzykiem wesela,
Ci do beczek, ci łupy rwą z nieprzyjaciela;
Jeden Robak tryumfów szlachty nie podziela.
On dotąd sam nie walczył (bo bronią kanony
Księdzu bić się), lecz jako człowiek
doświadczony
Dawał rady, plac boju z różnych stron
obchodził,
Wzrokiem, ręką, walczących
zachęcał, przywodził.
I teraz woła, aby do niego się
łączyć,
Uderzyć na Rykowa, zwycięstwo
dokończyć.
Tymczasem przez posłańca wskazał do
Rykowa,
Że jeżeli broń złoży, życie
swe zachowa;
Jeżeli zaś oddanie broni będzie
zwlekać,
Robak każe otoczyć resztę i wysiekać.
Kapitan Ryków wcale nie prosił pardonu;
Zebrawszy koło siebie z pół batalijonu,
Krzyknął: "Za broń!" - wnet
szereg karabiny chwyta,
Chrząsnęła broń, a była już
dawno nabita;
Krzyknął: "Cel!" - rury rzędem
zabłysnęły długim,
Krzyknął: "Ognia koleją!" -
grzmią jeden po drugim;
Ten strzela, ten nabija, ten chwyta do ręki,
Słychać świsty kul, zamków
chrzęsty, sztenflów dźwięki.
Cały szereg zdaje się być ruchawym
płazem,
Który tysiąc błyszczących
nóg wywija razem.
Prawda, że jegry byli mocnym trunkiem pjani,
Źle mierzą i chybiają, rzadko który
rani,
Ledwie który zabije; przecież dwóch
Maciejów
Już zraniono i poległ jeden z
Bartłomiejów.
Szlachta z niewiela rusznic z rzadka się odstrzela,
Chce szablami uderzyć na nieprzyjaciela,
Ale starsi wstrzymują; kule gęsto
świszczą,
Rażą, spędzają, wkrótce
dziedziniec oczyszczą.
Już aż po szybach dworu zaczynają
dzwonić.
Tadeusz, który został w domu kobiet
bronić
Z rozkazu stryja, słysząc, że coraz to
gorzéj
Wre bitwa, wybiegł; za nim wybiegł Podkomorzy,
Któremu Tomasz wreszcie przyniósł
karabelę;
Śpieszy, łączy się z szlachtą i
staje na czele.
Bieży, broń wzniosłszy, szlachta rusza
jego śladem,
Jegry, przypuściwszy ich, sypnęli kul gradem.
Legł Isajewicz, Wilbik, Brzytewka raniony;
Zaczem wstrzymują szlachtę, Robak z jednej
strony,
A z drugiej Maciej; szlachta ostyga w zapale,
Ogląda się, cofa; widzą to Moskale;
Kapitan Ryków myśli ostatni cios zadać,
Spędzić szlachtę z dziedzińca i
dworem owładać.
"Formuj się do ataku! - zawołał - na
sztyki!
Naprzód!" Wnet szereg, rury wytknąwszy
jak tyki,
Schyla głowy, zrusza się i przyśpiesza
kroku;
Darmo szlachta wstrzymuje z przodu, strzela z boku,
Szereg już pół dziedzińca
przeszedł bez oporu;
Kapitan, pokazując szpadą na drzwi dworu,
Krzyczy: "Sędzio! poddaj się, bo
dwór spalić każę!"
"Pal - woła Sędzia - ja cię w tym
ogniu usmażę".
O dworze Soplicowski! jeśli dotąd całe
Świecą się pod lipami twoje ściany
białe
Jeśli tam dotąd szlachty sąsiedzkiej
gromada
Za gościnnemi stoły Sędziego zasiada,
Pewnie tam piją często za Konewki zdrowie;
Bez niego już by było dziś po Soplicowie!
Konewka dotąd małe dał męstwa dowody;
Choć najpierwszy ze szlachty uwolniony z kłody,
Choć zaraz znalazł w wozie swą
miłą Konewkę,
Swój szturmak faworytny i z nim kul sakiewkę,
Nie chciał bić się; powiadał, że
sobie nie ufa
Na czczo; szedł więc, gdzie stała
spirytusu kufa,
Ręką jak łyżką strumień do
ust sobie chylił;
Dopiero gdy się dobrze rozgrzał i posilił,
Poprawił czapkę, z kolan wziął do
rąk Konewkę,
Zmacał sztenflem naboju, podsypał panewkę
I spojrzał na plac boju; widzi, że
błyszcząca
Fala bagnetów szlachtę bije i roztrąca;
Przeciw tej fali płynie, schyla się do ziemi
I nurkuje pomiędzy trawami gęstemi
Środkiem dziedzińca, aż tam, gdzie
rosła pokrzywa,
Zasadza się, a Saka gestami przyzywa.
Sak, broniąc dworu, stanął z szturmakiem u
proga,
Bo w tym dworze mieszkała jego Zosia droga,
Od której choć w zalotach został
pogardzony,
Kochał ją zawsze, zginąć rad dla jej
obrony.
Już szereg jegrów w marszu na pokrzywę
wkracza,
Gdy Konew ruszył cyngla i z paszczy garłacza
Tuzin kul rozsiekanych puszcza śród Moskali;
Sak puszcza drugi tuzin, jegry się zmięszali.
Przerażony zasadzką szereg w kłąb
się zwija,
Cofa się, rzuca rannych; Chrzciciel ich dobija.
Stodoła już daleko; bojąc się odwodu
Długiego, Ryków skoczył pod parkan
ogrodu,
Tam pierzchającą rotę zatrzymuje w biegu,
Szykuje, lecz szyk zmienia: z jednego szeregu
Robi trójkąt, klin ostry wystawując z
przodu,
A dwa boki opiera o parkan ogrodu.
Dobrze zrobił, bo jazda nań od zamku wali.
Hrabia, który był w zamku pod
strażą Moskali,
Gdy pierzchła straż zlękniona, dworzan na
koń wsadził
I słysząc strzały, w ogień jazdę
swą prowadził,
Sam na czele, z żelazem nad głowę
wzniesionem.
Wtem Ryków krzyknął: "Ognia
pół batalijonem!"
Przeleciała po zamkach wzdłuż nitka
ognista
I z czarnych rur wytkniętych świsnęło
kul trzysta.
Trzech jezdnych padło rannych, jeden trupem
leży.
Padł koń Hrabi, spadł Hrabia; Klucznik
krzycząc bieży
Na ratunek, bo widzi: jegry na cel wzięli
Ostatniego z Horeszków, chociaż po
kądzieli.
Robak był bliższy, Hrabię ciałem swym
zakrywa,
Dostał za niego postrzał, spod konia dobywa,
Uprowadza; a szlachcie każe się
rozstąpić,
Lepiej mierzyć, postrzałów nadaremnych
skąpić,
Kryć się za płoty, studnię, za
ściany obory;
Hrabia z jazdą ma czekać sposobniejszej pory.
Plany Robaka pojął i wykonał cudnie
Tadeusz; stał ukryty za drewnianą studnię;
A że trzeźwy i dobrze strzelał z
dubeltówki
(Mógł trafić do rzuconej w powietrze
złotówki),
Okropnie razi Moskwę, starszyznę wybiera:
Za pierwszym zaraz strzałem ubił feldfebera.
Potem z dwóch rur raz po raz dwóch
sierżantów sprząta,
Mierzy to po galonach, to w środek
trójkąta,
Gdzie stał sztab; zaczem Ryków gniewa
się i dąsa.
Tupa nogami, szpady swej rękojeść
kąsa:
"Majorze Płucie - woła - co to z tego
będzie?
Wkrótce tu nie zostanie nikt z nas przy komendzie!"
Więc Płut na Tadeusza krzyknął z
wielkim gniewem:
"Panie Polak, wstydź się Pan chować
się za drzewem,
Nie bądź tchórz, wyjdź na
środek, bij się honorowie,
Po żołniersku". - A na to Tadeusz odpowie:
"Majorze! Jeśli jesteś tak
śmiałym rycerzem,
A czegoż ty się chowasz za jegrów
kołnierzem?
Nie tchórzę ja przed tobą, wynidź
no zza płotów,
Dostałeś w twarz, jam przecie bić się
z tobą gotów!
Po co krwi rozlew! Między nami była zwada,
Niechajże ją rozstrzygnie pistolet lub szpada.
Daję ci broń na wybor, od działa do
szpilki;
A nie, to was wystrzelam jako w jamie wilki".
I to mówiąc wystrzelił, a tak dobrze
mierzył,
Że porucznika obok Rykowa uderzył.
"Majorze - szepnął Ryków -
wyjdź na pojedynek
I pomścij się za jego raniejszy uczynek.
Jeśli tego szlachcica kto inny zabije,
To, Major widzi, Major hańby swej nie zmyje.
Trzeba tego szlachcica na pole wywabić,
Nie można z karabina, to choć szpadą
zabić.
Co puka, to nie sztuka; to wolę, co kole -
Mówił stary Suworow; wyjdź, Majorze, w
pole,
Bo on nas powystrzela; patrz, bierze do celu".
Na to rzekł Major: "Ryków! miły
przyjacielu!
Ty jesteś zuch na szpady, wyjdź ty, bracie
Ryków,
Lub wiesz co? wyszlem kogo z naszych poruczników.
Ja major, ja nie mogę odstąpić
żołnierzy,
Do mnie batalijonu komenda należy".
Słysząc to Ryków szpadę
podniósł, wyszedł śmiało,
Kazał ognia zaprzestać, machnął
chustką białą.
Pyta się Tadeusza, jaką broń podoba;
Po układach - na szpady zgodzili się oba.
Tadeusz broni nie miał; gdy szukano szpady,
Wyskoczył Hrabia zbrojny i zerwał układy.
"Panie Soplico! - wołał - z przeproszeniem
Pana,
Pan wyzwałeś Majora! ja do Kapitana
Mam dawniejszą urazę: on do zamku mego
("Mów Pan - przerwał Protazy - do zamku
naszego")
On wpadł - rzekł kończąc Hrabia - na
czele złodziejów,
On, poznałem Rykowa, wiązal mych
dżokejów.
Skarzę go, jakom zbójców skarał
pod opoką,
Którą Sycylijanie zwą
Birbante-rokko".
Uciszyli się wszyscy, ustało strzelanie,
Wojska ciekawe patrzą na wodzów spotkanie:
Hrabia i Ryków idą, obróceni bokiem,
Prawą ręką i prawym grożąc sobie
okiem;
Wtem lewymi rękami odkrywają głowy
I kłaniają się grzecznie (zwyczaj
honorowy:
Nim przyjdzie do zabójstwa, naprzód
się przywitać).
Już spotkały się szpady i
zaczęły zgrzytać;
Rycerze, wznosząc nogi, prawemi kolany
Przyklękają, w przód i w tył skacząc
na przemiany.
Ale Płut, Tadeusza widząc przed swym frontem,
Naradzał się po cichu z gifrejterem Gontem,
Który w rocie uchodził za pierwszego
strzelca.
"Gonto - rzekł Major - widzisz ty tego
wisielca?
Jeśli mu wsadzisz kulę, tam pod piątym
żebrem,
To dostaniesz ode mnie cztery ruble srebrem".
Gont odwodzi karabin, do zamka się chyli,
Wierni go towarzysze płaszczami okryli;
Mierzy nie w żebro, ale w głowę Tadeusza,
Strzelił i trafił - blisko, w środek
kapelusza.
Okręcił się Tadeusz, aż Kropiciel
wpada
Na Rykowa, a za nim szlachta, krzycząc:
"Zdrada!"
Tadeusz go zasłania, ledwie zdołał
Ryków
Zrejterować się i wpaść we
środek swych szyków.
Znowu Dobrzyńscy z Litwą natarli w zawody
I pomimo dawniejsze dwóch stronnictw niezgody
Walczą jak bracia, jeden drugiego zachęca.
Dobrzyńscy, widząc jak się Podhajski
wykręca
Tuż przed szeregiem jegrów i kosą ich
kraje,
Zawołali z radością: "Niech
żyją Podhaje!
Naprzód, bracia Litwini! Górą,
górą Litwa!"
Skołubowie zaś, widząc, jak waleczny
Brzytwa,
Choć ranny, leci z szablą wzniesioną do
góry,
Krzyknęli: "Górą Maćki, niech
żyją Mazury!"
Dodawszy wzajem serca, biegą na Moskali;
Nadaremnie ich Robak z Maćkiem wstrzymywali.
Gdy tak na rotę jegrów uderzano z przodu,
Wojski rzuca plac boju, idzie do ogrodu;
Przy boku jego stąpał ostrożny Protazy,
A Wojski mu po cichu wydawał rozkazy.
Stała w ogrodzie, prawie pod samym parkanem,
O który się opierał Ryków swym
trójgranem,
Wielka, stara sernica, budowana w kratki
Z belek na krzyż wiązanych, podobna do klatki.
W niej świeciły się białych
serów mnogie kopy;
Wkoło zaś wahały się suszące
się snopy
Szałwiji, benedykty kardy, macierzanki:
Cała zielna domowa apteka Wojszczanki.
Sernica w górze miała wszerz sążni
półczwarta.
A u dołu na jednym wielkim słupie wsparta,
Niby gniazdo bocianie. Stary słup dębowy
Pochylił się, bo już był wygnił
do połowy,
Groził upadkiem. Nieraz Sędziemu radzono,
Aby zrucił budowę wiekiem nadwątloną;
Ale Sędzia powiadał, że woli
poprawiać
Aniżeli rozrucać, albo też
przestawiać.
Odkładał budowanie do sposobnej pory,
Tymczasem pod słup kazał wetknąć dwie
podpory.
Tak pokrzepiona, ale nietrwała budowa
Wyglądała za parkan nad trójkąt
Rykowa.
Ku tej sernicy Wojski z Woźnym milczkiem idą,
Każdy zbrojny ogromnym drągiem jakby
dzidą;
Za nimi ochmistrzyni dąży przez konopie
I kuchcik, małe, ale bardzo silne chłopię.
Przyszedłszy, drągi wparli w wierzch słupa
nadgniły,
Sami, u końców wisząc, pchają z
całej siły,
Jako flisy uwięzłą na rapach wicinę
Długimi drągi z brzegu pędzą na
głębinę.
Trzasnął słup: już sernica chwieje
się i wali
Z brzemieniem drzew i serów na trójkąt
Moskali,
Gniecie, rani, zabija; gdzie stały szeregi,
Leżą drwa, trupy, sery białe jako
śniegi,
Krwią i mozgiem splamione. Trójkąt w
sztuki pryska,
A już w środku Kropidło grzmi, już
Brzytwa błyska,
Siecze Rózga, od dworu wpada szlachty
tłuszcza,
A Hrabia od bram jazdę na rozpierzchłych
puszcza.
Już tylko ośmiu jegrów z sierżantem
na czele
Bronią się; bieży Klucznik; oni stoją
śmiele,
Dziewięć rur wymierzyli prosto w łeb
Klucznika;
On leci na strzał, kręcąc ostrze
Scyzoryka.
Widzi to Ksiądz, zabiega Klucznikowi drogę.
Sam pada i podbija Gerwazemu nogę.
Upadli, właśnie kiedy pluton ognia dawał;
Ledwie ołów prześwisnął,
już Gerwazy wstawał,
Już wskoczył w dym; dwom jegrom zaraz
głowy zmiata.
Uciekają strwożeni, Klucznik goni, płata;
Oni biegną dziedzińcem, Gerwazy ich torem;
Wpadają we drzwi gumna stojące otworem,
I Gerwazy do gumna na ich karkach wjechał,
Zniknął w ciemności, ale bitwy nie
zaniechał,
Bo przeze drzwi jęk słychać, wrzask i
gęste razy.
Wkrótce ucichło wszystko; wyszedł sam
Gerwazy
Z mieczem krwawym.
Już szlachta odzierżyła pole,
Porozpędzanych jegrów ściga, rąbie,
kole;
Ryków sam został, krzyczy, że broni nie
złoży,
Bije się, gdy ku niemu podszedł Podkomorzy
I wznosząc karabelę, rzekł poważnym
tonem:
"Kapitanie! nie splamisz czci twojej pardonem,
Dałeś proby, rycerzu nieszczęsny, lecz
mężny,
Twojej odwagi; porzuć opór
niedołężny,
Złóż broń, nim cię naszymi szablami
rozbroim;
Zachowasz życie i cześć, jesteś
więźniem moim!"
Ryków, Podkomorzego zwalczony powagą,
Skłonił się i oddał mu swoję
szpadę nagą,
Skrwawioną po rękojeść, i rzekł:
"Lachy braty!
Oj, biada mnie, żem nie miał choć jednej
armaty!
Dobrze mówił Suworow: <<Pomnij,
Ryków kamrat,
Żebyś nigdy na Lachów nie chodził
bez armat!>>
Cóż! jegry byli pjani, Major pić
pozwolił!
Och, major Płut, on dzisiaj bardzo poswawolił!
On odpowie przed carem, bo on miał komendę,
Ja, Panie Podkomorzy, wasz przyjaciel będę.
Ruskie przysłowie mówi: Kto się mocno
lubi,
Ten, Panie Podkomorzy, i mocno się czubi.
Wy dobrzy do wypitki, dobrzy do wybitki,
Ale przestańcie robić nad jegrami zbytki".
Podkomorzy, słysząc to, karabelę wznasza
I przez Woźnego pardon powszechny ogłasza,
Każe rannych opatrzyć, z trupów
czyścić pole,
A jegrów rozbrojonych prowadzić w
niewolę.
Długo szukano Płuta; on, w krzaku pokrzywy
Zarywszy się głęboko, leżał jak
nieżywy;
Wyszedł wreszcie, ujrzawszy, że było po
bitwie.
Taki miał koniec zajazd ostatni na Litwie.
|