|
Minął
rok całym dni i godzin tokiem -
Za
Awentynem słońce czerwieniało.
Przez plac
dwóch ludzi szło swobodnym krokiem,
Zbliżonych
k'sobie jak dwugłowne ciało.
Wieczór
był cichy, cichością jedyną,
Samemu
tylko właściwą Rzymowi.
Ni
wieś, ni miasto - tu cię woły miną,
A tam wykwintna biga zastanowi;
Tłumy z jakiegoś wracają
igrzyska,
Po wzgórzach warty obchodzą wigilie
-
Chłopięta śmietnik
zmieniają w ogniska,
Cyprysy milczą - woń roznoszą
lilie –
Syn Aleksandra, wstrzymawszy się nieco,
Do gramatyka rzymskiego te słowa
Mówił: "Te światła, co u
wnijścia świecą,
Gdzie właśnie nocna przelatuje
sowa,
Rok temu, skoro zapalano, pomnę:
Wjeżdżałem
obcy w to miasto ogromne."
"Któż
by zgadł? - na to Gramatyk odrzecze -
Że
oto w czasie tak krótkim, zaiste,
Nieokrzesane
straciwszy narzecze,
Latyńskie
słowo wypowiadasz czyste!
Co
więcej! mądrość mający na celu,
Kto by
zgadł, mówię, że w wjazdu rocznicę
Zwiedzić
już myślisz, młody przyjacielu,
Artemidora
mądrości świątnicę?" -
"W
czasie tak krótkim, powiadasz - pociecha!"
Epirczyk
odrzekł z westchnieniem głębokiem.
|