|
I szli. - Rok minął dni i godzin
tokiem.
Artemidora ogród oświecony:
Fastigium domu nad skrawym obłokiem
Czerni się w trójkąt; niżej
biust złocony,
Z framugi ciężkie wychyliwszy
czoło,
Rzekłbyś, iż chyłkiem
pogląda wokoło.
Zofiję z Knidos mędrzec miał u siebie.
- Uczniowie w laurów ciennikach siedzieli,
Czekając: gwiazdy aż
błysną na niebie,
Czekając: pomoc aż ich rozweseli
Tym ogniem tylko pomocy właściwym,
Ni to widzialnym, ni światłym, lecz
żywym,
Ogniem wewnętrznej gorączki i
drgania
Powiek, gdy ciężeć poczną
od czuwania,
A słów mierzonym śpiewanych
akcentem
Skoro się przy tym wyrzuci niemało,
I subtelności niejednej, zakrętem
Wstecznym, skoro się dobrze
naszukało - -
I człowiek, w całej myślenia
machinie,
Poczyna czuć się zostawionym sobie,
Lubując giętkość jak
skoczek na linie,
Starego ojca niosący w osobie.
- Tej to gorączki z nałogu czekano,
A coraz nową rzecz dyskutowano.
Zofija z Knidos pośród tej drużyny
Mądrej podobną była do opalu,
Co zda się mieścić wszystkie
tęczy płyny -
Lecz nie rozlewa
ich z skąpstwa czy żalu?
Żalu - bo
opal z łzawym błyska mętem;
Skąpstwa -
bo blask swój wycedza ze wstrętem.
Zrodzona w
Knidos, w Rzymie wychowana,
Gdyby to
było nie za Adryjana,
Kiedy
już Sybill błękitne jaskinie
Proroczych
w sobie nie kryły trójnogów -
Może
by głos jej był jako naczynie
Brzmiące
- dla ludzi śmiertelnych i bogów.
Lecz inny
wzywał smak, rządziło nie to:
Była
więc więcej od Sybill - kobietą!
Była
tym samym - bo czasów własnością,
Natchnieniem
smaków ich - z bezświadomością!
Pod tymi
laury, których liść szeroki
Lamp
różnofarbnych złamały promienie,
Szaty
ją wiewne tulą jak obłoki
I układają na ciche kamienie -
Z rzeźbą ich łącząc
tak żywą naturę,
Jak rzeźba wpaja się w
architekturę.
Zaiste,
odłam to jakiejś świątyni,
Gdzieś
barbarzyńskim roztartej obuchem -
Nikt
zeń całości nowej nie uczyni,
Ni ją
spokrewni z cudzoziemskim duchem:
Zawsze to
będzie pamiątka bez-łzawa
Czegoś,
co nie ma istoty ni prawa.
Ty,
coś ją widział, zakryj sobie oczy
I powiedz,
co z niej pamiętasz szczególnie?
Nie
gładkość czoła, ni wieniec warkoczy,
Pamiętasz
jakieś wzięcie się - ogólnie -
I
głos: ten słodkie miewać zwykł poczęcie
Potem
się kroplił jako płyn - a potem
Jakobyś
srebrnym wydzwaniał go młotem -
Potem - i
rylca było w nim zgrzytnięcie!
Ruch
też głosowi wtórował, a zawsze
Prędzej,
w obejście przechodząc łaskawsze.
Taką
to panią mędrzec gościł w chwili,
Kiedy
przez salve mozaiką wybite,
Na progach sieni stopami zużyte,
Męże dwaj cichym koturnem
wchodzili.
Starszy był w szarym płaszczu i
tunice,
A laskę przed się stawiał jako
świecę
Prostą, o wiele dłuższą
nad użytek.
Każdy zwój płaszcza jego,
założony
Jak pargaminu pisanego zwitek,
Łamał się ostro lub
obsuwał w strony,
W sposób, iż z tyłu widząc go
o zmroku,
Jak sprzęt nieżywy wydałby
się oku -
Sprzęt świeżo zdjętą
szatą obrzucony.
"Mistrzu
Jazonie Magu! - rzekł mu drugi
Czy nie raczycie prosto do ogrodu?" -
A w glosie jego było coś i
sługi,
I przyjaciela, i bliskiego z rodu.
- Starzec krok zwrócił za odpowiedź
całą
I weszli oba boczną furtką
małą.
Weszli - ostatni goście spodziewam.
Perystyl odtąd pustą już
przestrzenią - -
W alabastrowej lampa stojąc bani,
Mdlała - kolumny blado się
czerwienią
Od strony światła, ciemniejąc
od drugiej -
Czasem słów kilka posłyszysz za
sienią,
Czasem leniwy krok sennego sługi.
Lampa
przedzgonnym co tryśnie promieniem,
To się mozaiki na ziemi poruszą,
To arabeski zatrzęsą sklepieniem,
Jakby gmach - ciałem, ona była
duszą.
|