|
Pomiędzy
świtem a nocy zniknięciem
Płomienne
blaski różowe z mrokami
Walczą,
jak Cnota z świata-tego Księciem -
Mdławe,
lecz ufne, choć wciąż je mrok mami.
- Pod
taką dobę u Artemidora
Do
głównej sali wracano z ogrodu:
Śniadać
zbliżyła się konieczna pora
Dla
gości, skrzydłem poruszonych chłodu,
Chłodu, co, lubo letni, ostro
godził
Na bezsennością gorące powieki
I trzeźwił róże mdłe, a
oczom szkodził,
Po-rozparzanym od wewnętrznej spieki.
Szli więc do sali, gdy niewolnik
zasię,
Do laurowego wbiegnąwszy ciennika,
Zdjął lirę Zofii
wiszącą na pasie,
Pargaminowe zwitki spod stolika,
Pudełko z kości słoniowej z
woniami,
I oddał służbie stojącej
za drzwiami.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Niedługo uczta u Artemidora
Zwykłymi kończyć się
będzie toasty;
Wszelkiej tam rzeczy osobna jest pora,
I o wigilii najdalej dwunastej
Ktokolwiek salve wybite mozaiką
Koturnem swoim niebacznie zawadzi,
Przyjętą będzie pocieszał
się bajką:
Że Mistrz dyktuje właśnie,
albo radzi.
- Z Koryntu rodem, Artemidor w Rzymie
Sławy urokiem otoczył swe
imię;
Był
nawet wzywan i do Adryjana,
Na
posłuchania treści niewiadomej -
Bliżsi
wszelako - tych przyjmował z rana -
Twierdzili,
że był wolnym jak atomy,
Że w
Adryjanie cesarz dlań jest człekiem,
Że
Amaltei napawa go mlekiem,
Że w
jednym ledwo folguje mu snadnie:
W
archeologii - którą zna dokładnie.
Pewna jest
wszakże, iż ci bliżsi, właśnie
Im
więcej bliżsi, widzieli mniej jaśnie.
To
miał do siebie Mędrzec, tak iż w domu
Stawał
się prawie nie znanym nikomu.
Nie był to
wszakże fałszerz, ni jakowy
Pochlebca
płaski, ni umysł jałowy,
Ni
tajemnicą owiany mąż czynu,
Arystokracji
szpieg, albo szpieg gminu.
- Wcale. -
Filozof był to szkoły własnej -
Ta, że
posady nie mając zbyt jasnej,
Utrzymywała
się w całości ścisłej
Przez solidarnie
ukrywaną próżnię,
Im bardziej
uczeń w duchu był zawisły,
Zobowiązywał
więcej - lecz ostrożnie -
Wylania przy tym
skąpy? czy lękliwy?
Kończył,
iż jak się skłamał, tak był żywy!
Chcesz
poznać wartość szkoły lub podania,
Na ich ostatnie
spojrzyj egzemplarze:
Tych jeśli
błędem są pocałowania,
Jakaż
być musi miłość pierwo-wzoru! -
Tych jeśli
cechą jest siła-uporu,
Jakaż
być musi na czele skalistość? -
Tych jeśli
brudem całym szata z woru,
Jakaż
być musi na górze przeczystość?
Artemidora
uliczni czciciele
Podobni byli do
zbiegłych klijentów,
Gdy
ogłuszali, rozprawiali wiele;
Skoro kto
przeczyć śmiał - szukali mętów,
A często
naprzód, czując się niepewni,
Kończyli
śmiechem lub milknęli rzewni.
Dla mniej
ćwiczonych mieli pobłażanie,
Zwłaszcza w
publicznych miejscach oczywiste;
Lecz jakby
mówiąc: "Cóż mi dajesz za nie?
Uderz choć
czołem i wpisz się na listę."
Koryncki
mędrzec mawiać zwykł: "Gdzie ruszę,
Oblegają
mię te Epimeusze " -
I nieraz w szczerym
widziałeś go gniewie,
Gdy który z
owych wieszał się na drzewie,
Lub patrzył
w ogród Artemidorowy,
Co robi
mędrzec? gdy nie miewa mowy -
|