|
Teraca
była mozaiką wysłana,
Przedstawiającą
modre pawi stado.
Wchodnią
tej ścianą jest domostwa ściana,
Z trzech
innych każda przejrzystą arkadą,
A
każda z arkad tych poopierana
Na
faunach, którzy wieńce na się kładą,
W sposób
iż, stojąc w takowej teracy,
Podobny
jesteś do biustu pod łukiem,
Gdy nogi
twoje suną jak po tacy,
Z
gładkim klejnotów bawiące się brukiem.
Dodać
tu jeszcze należy popstrzenie
Cieniami
liści i różne zielenie
Rozlicznych
krzewów, co mają stosowny
Ton zieloności
do kwiatów swych blasku,
Często
i zapach, jak przekład dosłowny -
A poznasz Zofii dom po tym obrazku.
Tam Artemidor gdy wchodził swobodnie,
Zofia ruszyła iglicą
kościaną:
Wraz z stołu, który ma półkosze
spodnie,
Spadł w nie zwój pisma,
ścierając się z ścianą,
I
spoczął w mroku, jak owi, co leżą
W
cieniach, czekając, póki nie zostaną
Oddani
rzeczom, do których należą,
A wtedy będą rozwici i staną.
"Szczęśliwież
wchodzę albo nieszczęśliwie?" -
Mówił, bynajmniej nie troszcząc
się o to,
Jak ten, co palec kładzie na ogniwie
Brązowym u drzwi, z nałogu
ochotą,
I tejże treści odbiera skinienie,
Jak nieczekaną odpowiedź lub echo,
Pewny, że nie jest troską ni
pociechą -
Podobnie mówią poza Styksem cienie!
Wszelako Zofia gdy podniosła oczy,
Spadała jeszcze z nich czytania krepa,
Co po
mozolnej pracy chwilę mroczy,
Gdy, duch
że czuwał, natura jest ślepa,
Póki się w
nowy akord z nim nie stoczy -
Więc
rzekła niemniej mało trafnym słowem:
"Cóż
jest szczęśliwość?"
"Dowieść
to gotow-em,
Acz w sprzeczny
sposób, bo wchodząc nie w porę -"
"To
ledwo dowód, że różne są doby,
Organizacje
też zdrowe i chore -
Lub
że nie tykać tych rzeczy - byłoby
Lepiej -
"
"Tych
rzeczy ?"
"Lub
w inne sposoby."
Zofia, to
wszystko do Artemidora
Mówiąc,
kończyła jakoby czytanie;
Po chwili
wszakże rzekła: "Jestem chora!
Mów mi - czy
Jazon Mag nie będzie w stanie,
Jak to niejednej
uczynił osobie,
Przez ziół
potęgę, lub przez zaklinanie,
Wzmóc mię?
i o tej czy nas przyjmie dobie?"
"Nas? w tym
wątpliwość, acz sam doń dziś idę •
Nie mawia bowiem
naraz z dwojgiem osób,
Do elokwencji
mając dar i sposób,
Jakby kto
brał się przenieść piramidę! -"
"Idź-że"
- mówiła, podnosząc się z wolna,
A potem w
dłonie klasnęła swywolna,
I Egipcjance, po cichu wchodzącej,
Wskazała znakiem, co ma
ponieść za nią -
Gdy Mędrzec czekał, aż
wreszcie niechcący
Dała mu rękę i wyszedł z
swą panią.
Poszli - za nimi wonie olejkowe
I szat szelesty, i cienie się
wlekły,
Jak gdy wiatr wionie w pustki ogrodowe,
Gdzie skwary pierwej paliły i
siekły -
Lecz, miecąc liście, nie odziewa w nowe.
|