|
Gdy Pretor
z konia zsiadł, już przedtem nieco
Po obu
stronach perystylu stały
Gwardie w
lamparcich skórach i co świecą
Łuskami;
od tych wprost na polot strzały
Szeroko
widzisz schody, gdzie trybuna
I
złoty posąg cezarski, świecący,
Jak w
mroku rannym pożarowa łuna.
Tam -
poczet pieszy, po stopniach rosnący,
Wkraczał,
trzech wiodąc oskarżonych ludzi
O
zbrodnię, która lud do buntu budzi.
Po krzykach: "W prawo! w lewo!" - i
po owym
To tu, to
owdzie ciąganiu się tłumu,
Które
zdaje się ciałem tym zbiorowym
Miotać,
jak wielką rzeczą bez rozumu,
Stało
się wreszcie, iż masa ta cała,
Od
wierzchu schodów do schodów podnóża,
Usadowiła
się i wyglądała
Jak
zawieszona płachta jaka duża,
Z
rozlicznej barwy okrawek zszywana,
Do
wietrzonego podobna dywana.
Prócz osób
głównych, nikt z tych, co tam biegli,
Przy
towarzyszu drogi się nie wstrzymał,
Jedni się z dala zaledwo spostrzegli -
Drugi dojść nie mógł, gdzie
chciał, lecz się zżymał
Na
wyrywany mu z rąk rąbek togi,
Którym
się druha i rozmowy trzymał;
Inny
szedł z tłumem, zdawszy się na bogi.
Syn
Aleksandra poczuł tuż przy sobie
Kolumny ocios i wsparł ręce obie -
I blisko rdzeni będąc,
słuchał sprawy.
Barchob, Jazona uczeń, stał daleko,
Lecz rzucał okiem nie bez pewnej wprawy,
A okiem zimnym:
tak rzemieślnik wieko
Trumny
ogląda i dwie strony mierzy,
By trafnie
oddać, co której należy.
Tak czyni
jeszcze i posłannik, który
Ma zdać rachunek z liczby i natury,
I położenia rzeczy; ale przeto
Tyle jest wierny, ile oddalony,
I wie, co
to jest? o ile? i gdzie to?-
Lecz w tym
nie będąc, jednej tylko strony
Nie zna:
ta właśnie jest rzeczy zaletą!
Gramatyk nie sam
stał, po jednej strome
Kupca fig, z
drugiej mając gladiatora -
I coraz
zdawał się pokłaniać skronie
W prawo,
to w lewo - jak osoba chora,
Lub niemy,
kiedy mówić chce o zgonie.
Pisarz te
słowa jął czytać:
"Zaiste,
Ze
świąt jeżeli które uroczyste
W obliczu
prawa, to cezarskie święto;
Mąż,
co tu stoi tak, jak go ujęto,
Jak
świadczą starzy, znający go z bliska,
Nazwiskiem
Quidam, że nie miał nazwiska,
Potem
zaś przezwan Gwido - mąż zuchwały,
I
czeladnicy jego - gdy wieczorem
Wieńce
i lampy, naznaczonym wzorem,
W
każdym się oknie rzymskim kołysały,
Nie tylko
w tejże nie uszczknął radości1,
Lecz
wyznał głośno, iż gorszyć to może
Chrześcijan
słabszych, co w niewiadomości
Są,
jak Cezarskie rozdzielić i Boże?"
"Świadczcie!"
- odezwał się Pretor do grupy
Szpiegów i
świadków, stojących pod słupy,
Do
pół okrytych cieniem, w sposób taki,
W jaki
się nocne kryć umieją ptaki,
Skoro je
światło południa zaskoczy:
Że
głos ich słysząc, nie widzisz osoby,
Osobę
widząc, widzisz ją po oczy
I
mógłbyś deptać, nie wiedząc - jak groby! -
Jeden z tych -
gdy się wszyscy odezwali
Porządkiem,
jakim w cieniu owym stali:
"Świadczymy!"
- prawił:
"A ja oto
właśnie
U siebie -
biednym będąc - lampy cztery
Gdy
zapaliłem, patrzę - jedna gaśnie!
Zgroza! -
Gdyż cztery miały być litery,
Wyobrażone
lampami czterema -
Tandem, łzy w oczach
mając, szukam grosza,
By
nową kupić lampę - grosza nie ma!
Tandem,
cóż,
mówić chciałem - ten jest Gwido
Ogrodnik,
który coś składał do kosza,
Przed
drzwiami domu stojąc - gdy ci sami
Dwaj
drudzy, ucznie jego, właśnie idą,
Idą i mówią sobie coś czasami.
- Tu ja, że widzę drzwi
nieozdobione
I ciemność: lampy że nie
zapalone -
Nuż wołać, dalej
przestrzegać, zaklinać -
I jak brzmi słowo, czytane wybornie,
Stało się - bowiem nie chcę
już wspominać -
Przed Bóstwem raczej padając
pokornie."
To rzekł i upadł, a za nim i owi,
Co mu świadczyli, świadkowie
świadkowi.
Upadek taki kapłan Jowiszowy
Widząc, garść mirry w
kadzielnicę rzucił;
Toż czynił Pretor - i inny, i owy,
A każdy ściągał twarz,
jakby się smucił,
Lub głową wstrząsał, lub
ręce zakładał,
Jakby się ludziom na migi
spowiadał,
I szukał ruchem coraz mniej
kłamanym,
Aż znajdzie w sobie głos
dość wiarogodny;
Bo głos mniej może niż gest
być udanym,
I
stąd mniej skory jest i mniej wygodny,
I musi w
kłamstwo pierw zagaić ruchem
Drugich,
aż tego się nazbiera wiele -
Wtedy
zaś zwie się już ogółu duchem,
Wyrazem
myśli w tym zbiorowym ciele,
I już
się nie zwie kłamstwem - lecz organem,
Albo koniecznym
ogniwem tradycji,
Albo
przyjętym trybem nieskłamanym,
Regulaminem mody
lub policji -
W sposób iż
człowiek kłamiący tam będzie
Przez porównanie
białym jak łabędzie;
Dlatego
właśnie, iż możność zachował
Zbłądzić
- i oną wszech-prawość zepsował.
Na tak niejasne
stąd patrząc budowy,
Zrozumiesz
łatwo, co w nich człek wywoła
Zacny,
cieniować gdy nie będzie mowy,
Przez
miłość Prawdy wiecznego Kościoła;
Albo do tegoż o ile się zbliży
Prostak, mów swoich nie ważący
zgoła,
Dla ludzi patrzeć nienawykłych
wyżej
Równy boleścią bólom apostoła
-
Acz ów zuchwalec przy wyznawcy
stanie,
Często toż samo cierpiąc
katowanie,
Dlatego
tylko, by widziane było,
Pokąd
człek może własną dotrwać siłą -
Lub aby
świadczył, gdy inni kląć poczną,
Aż
oba w raju wieczerzać odpoczną.
Ta to
różnica męczeństwa i wojny,
Że
pierwsze, dając krew, jeszcze ją daje
Zmnożoną
przez to, co dawca spokojny
Czyni,
okrzętne łącząc obyczaje
Do datku
swego - i kruszynę chleba
Tam,
tak i wtedy daje, jako trzeba.
Daje tym
samym krew swą - więcej sobą,
Do
szczętu siebie dotrwając osobą,
Więc
po-nad-śmiertną obłócząc już siłę,
Co zwija
topór jak kartę u księgi
Znanej -
na skrzypców smyk zamienia piłę,
A w
nierozwity róży pąk obcęgi.
I
jeśli dziwno, że w wrzącej oliwie
Jan
święty krzepciej niż przed męką żywie,
To w
mniejszym stopniu toż samo zjawisko
Jest ci
zwyczajnym i znajomym blisko,
Gdy obok
stawisz mściwego człowieka
I tego,
który przebacza, a czeka,
Aż
chwila przyjdzie, że przeciwność, w sobie
Zniósłszy
się sama, do stóp padnie tobie.
"Gwido
- rzekł Pretor - wstręt ofiarowania
Bóstwu,
tym więcej winę twą odsłania -
Mów!"
"Za
człowiekiem, szpiegiem, co przed chwilą
Padł
na kolana, widzę wasze głowy,
Sędziowie
moi! jak nie mniej się chylą;
Mąż ten
podchwycił was gestem, mnie - słowy.
Nikt z was nie
wierzy w Bóstwo Cezarowe,
Bo Cezar nie
jest też od Apollina,
Jowisza, Bacha,
roślejszym o głowę -
A ci że byli ludźmi, nie nowina!
- Jakoż, bez Boga będąc,
szukacie go
W
wyższości męża tego, to owego;
I stąd
zaiste mam ja dla was litość.
Wszakże bez
granic mieć jej nie mam prawa,
Bom nie jest pierwszy
i znam przyzwoitość;
Mam wzgląd
na wszystkich, których jest ma sprawa
Na tych, co byli
przede mną sądzeni,
I tych, co
będą, i tych, co są może
Tu
gdzieś wśród ciżby ludu utuleni,
Jeśli
zrządzenie ich powoła Boże."
To
mówiąc, pojrzał z tym skąpstwem anioła,
Z jakim
chleb łamiąc w ubogiej rodzime,
Ogląda ojciec, żali co nie ginie,
Im chętniej dając, uważniej
dokoła - -
"Jakoż czci Boskiej nie dam
posągowi,
Przez który kłamstwo wasze się
stanowi,
I strząsam szaty, nie iżbym Cesarza
Klął albo zniżał, jak
indziej się zdarza,
Lecz
że go cenię. Wy, co wart, nie wiecie:
Wy
uwielbiacie, cenić nie umiecie,
A że
sprzed serca Boga wam zakryto,
Zowiecie
Bogiem wszelkie incognito."
"Na
klęczki!" - Pretor głosem wrzasł takowym,
Jakim
się sprawia szyk w polu bojowym -
Aż
poszła cisza po rzeszy szeroko,
Jak po jeziorze nagła wiatru zmiana;
Aż w poczcie gwardii jękło
coś głęboko,
Szablica jakaś spadła odpasana,
Czy trąby dwie się przypadkiem
gdzie zbodły,
Czy
głos tak dzielny był, a tłum tak podły.
"Czekaj!
bom w ustach nie miał nic trzy doby -
Ja i te zacne
dwie ze mną osoby,
A głos masz
silny przez sytość i wprawę
W komendę -
czekaj, niech zakończę sprawę."
To mówiąc,
Gwido chwiał się i był blady,
Jak gdyby
mówił: "czczo-mi" - lecz pozierał
Na dwóch,
co za nim stali, jak na ślady.
- Gdy
ktoś, co dotąd o głaz się opierał
Przy
jednej z kolumn, rzucił trzos i skinął,
Wołając:
"Chleba! - hej - po trzykroć płacę!" -
Co rzekłszy,
tak się w togi zwój owinął,
Że wraz skoczyli ludzie i, na tacę
Włożywszy chleby, ponieśli mu
w górę,
Bacząc szlachetną postać i
naturę.
Syn Aleksandra rzekł: "Ci ludzie,
trzy dni
Nie jadłszy, omdleć mogą w
osłabieniu,
Widzę to. " - "Ktoś
jest?" - szpieg zawoła z cieniu.
"Doktor!" - krzyknęło
trzech, a byli zgodni,
Że posądziłbyś o
wczesną umowę -
I - tu dwa kłamstwa stały w
przesileniu:
Oskarżające
i to, co w natchnieniu
Współ-miłosierdzia tchnęło
trzech - ludowe.
Tamto
formalne, to nieobmyślone,
Jak grom,
co, nie wiesz, w którą wytnie stronę.
Gwido:
"Bóg zapłać" - rzekł, gdy współ-skarżeni
Poczęli
chleb jeść, a tak cicho było,
Że i
najwięcej środka oddaleni
Słyszeli
dziękę, jakby się im śniło,
Że
tuż przy Quidam stali w onej dobie,
Bo ciszej
było tam, niż bywa w grobie.
"Teraz
- tak kończył Gwido - już się stało.
- Teraz,
jakkolwiek broniłbym tej sprawy,
Nie uwolnicie
nas - znam, bez obawy;
Więc
posilone, jak jest, weźcie ciało;
Bo nie
zniżyłem prawd przez ich oprawy,
Ni przez
zuchwalstwo na szwank naraziłem;
Ni
wywołałem nawet urągania,
Ni znikłem,
marnym uznawszy się pyłem!
A to
są sprawy nie do wybaczania!"
- - - - -
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
"Dosyć!"
- zawołał z krzesła wstając Pretor
I,
dwakroć spluwszy, rzekł: "Ja tam nie retor."
|