|
Gdy w
jedną stronę błysnął rząd pancerzy,
A w
drugą - sądom wyższym odroczonych
Poprowadzono
trzech, by zamknąć w wieży,
Tłum
się ze schodów stoczył wywyższonych,
Od góry z
wolna próżniejących z ludu,
Co
zszedł się czekać krwi, buntu lub cudu.
Które z
tych zjawisk wysłannik Jazona
Przyszedł
tu znaleźć - rzecz nieodgadniona.
Barchob, z Judei
rodem, nie Chrześćjanin,
Ani polityk, a tym mniej poganin,
Wymowy także oratorskiej zwrotów
Unikający, jak wstrętnych
kłopotów;
Milczący szczelnie lub dwoistej
treści
Słówkiem słuchane cechujący
wieści;
Patrzący chwilę na postać
człowieka,
Gdy odpowiedzi
ten od niego czeka;
Niekiedy oczy,
dokoła czerwone,
Uchylający
w tę lub ową stronę;
Prońlem
piękny, postawą wątpliwy,
Zaklęty zda
się w mistrza swego ruchy;
Na cień zza
Styksu może zbyt lękliwy,
Na
męża nazbyt przejrzysty - jak duchy.
Pytania takie
szybko przechodziły
Przez Aleksandra
z Epiru ciekawość,
Gdy szedł z
Barchobem, który dwoił siły,
Przez towarzysza
pociągany żwawość,
I czuł
się z zwykłych gestów wyrywany
Powolnych - gestów może Mistrza-Maga.
"Nie znałeś Gwida? - "
"Gdyby mi był znany,
Byłbym z nim."
"Słuszna zdaje się uwaga,
I przeto rzekłem ci: "Nie
znałeś Gwida"-
A nie: "Czy znałeś Gwida
?" - zapytałem."
Syn Aleksandra wstrzymał się jak
dzida,
Kiedy osadzisz konia w pędzie
całym,
Wzdrygnięta naprzód i w tył -
"Czy nie będzie
Za późno Mistrza odwiedzić Jazona
?"
"Gotów jest, mniemam, i zawsze, i
wszędzie
Przyjąć " - co mówiąc,
otrząsnął ramiona
I wskazał ręką od Tytusa
Łuku
Na bok, acz droga dłuższa i bez
bruku1,
Dodawszy:
"Zwyczaj mam unikać huku."
"Służę!" - towarzysz
odparł mu i w cieniu
Drzew szli powolniej. Czas był
ku-zachodni,
Jasny, że czytać mógłbyś
najwygodniej;
Lecz czerwieniały już w
słońca promieniu
Rzeczy, które są ostro rysowane:
Amfiteatru szerokie profile,
Trzy piętra łuków z głazu
wyciosane,
Wnijścia do arkad zwęźlonych
zawile.
Rzadko kto śpieszył ku Kapitolowi,
Tam i sam raczej błądząc, jako
w porze,
W której cel ruchu odda się ruchowi,
A myśl i mowę, że
pięknie na dworze - -
Usposobienie to każdego ima,
Kto, w rytm idących tak wszedłszy,
takt trzyma.
Tak więc wiódł Barchob z Epiru
młodziana,
Gdy nagle spotkał kobietę
podżyłą,
Służebną - ile z tego, jak
odziana,
I z kosza w ręku wnosić można
było,
A
Egipcjankę - co wraz poznać z cery
I z ust,
lecz pierwej z ruchów bez maniery,
Uspokojonych
abnegacją pewną,
Dziwną
- że wziąwszy się, by kosz postawić
Lub
wznieść, mniemałbyś, iż ma błogosławić,
I że
- udając sługę - jest królewną.
Tę
piękność wszakże, co z przetartej szaty
Wyzierać
zwykła, mijał Rzym bogaty,
A retor, fałszerz daru i uczucia,
Kryl ją w misternie kwiecione zepsucia -
I ledwo dostrzegł jaki Grek - atoli
Grek, gdy postradał Grecję,
więc, co boli,
Nie mając ziemi, zna, że gdy brak kraju,
Ojczyzna dwakroć większa, sięga raju! -
Rzym w estetyce był już, jak za
wiele
Wieków Galowie w błotach swych być
mają,
Albo Anglowie - gdy przypuszczę
śmiele,
Że ci na przykład świata ster
trzymają,
I
tworzą sobie Rzymy jakie nowe,
I smak, i piękność wedle
siebie głoszą,
Nie dramatyczną - lecz bóstwo
jałowe,
W którym nie chodzą żywi - które
noszą
Jak.fasces - słowem coś, co
jest niezdrowe.
O barbarzyńcach tych młodzian tak
marzył,
Gdy Barchob mówił z niewiastą
znajomą,
Aż nagle, patrząc w kosz, jak kwiat
się zwarzyl
Owiany szronem, i tak nieruchomo
Patrzył, jak gdyby dno kosza niejasne
Czytał - zaiste, czytał: pisma-własne!
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
- - - - -
|