|
Przez bramę miasta, przez winnic
kwadraty,
Furtki
owiane w roślin aromaty,
Którym
bluszcz służy jak zwiewna zasłona,
Strzegą
zaś ręką nie sadzone kwiaty -
Przechodzić trzeba do Mistrza Jazona.
Nareszcie, skutkiem tej rozmaitości,
Dziwniej niż prędzej, stoisz tuż przy murze,
W który się schody zanoszą
nieduże
I wisi młotek brązowy, w
kształt kości,
Zerdzony spodem, od wierzchu
świecący,
Że go gość każdy
oczyszcza niechcący.
Tym raz uderzasz, i wchodzisz w
ciemnicę,
Bo dalszy schodów ciąg od furty pnie
się
Nie już do domu, lecz znów na ulicę
Wyższą tarasu; ten jest, jako w
lesie,
Sosn włoskich rudą kępą
ocieniony -
I jak sznur prostą
ścieżką przekreślony.
Za tej zaś ścieżki
końcem, widnym oku,
Nie sterczą mury domu na obłoku,
Lecz tak się miesza wzrok wśród
drzewnych alej,
Że
iść tam musisz, by wiedzieć, co dalej -
Ścieżka
ta bowiem, od samej połowy,
Dwie
strony mając, jak leśne parowy,
Coraz
się głębiej wrzyna w gaj sosnowy,
I coraz gęściej starym świeci
brukiem,
Z fragmentów różnych złożonym
jak smętarz:
Ten, że był urną - owy
może łukiem,
Ten sarkofagiem,
biustem - ów, pamiętasz,
Że gdzieś w frontonie
świątyni ma brata,
A wszystkie dobrze zrównane i w skazie
Każdej otkane mchem - z dala - jak krata
Zielono-złota leżącym na
głazie.
To - już podwórzec; dalej - zwykłym
wzorem -
Domostwo, tylko że zawsze otworem.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
- - - - - - - - -
Barchob był może gdzie w drogi
połowie,
A Egipcjanka w domu swojej pani,
Kiedy Mistrz Jazon Zofii badał zdrowie,
Czy horoskopy składał jej lub dla
niej,
Artemidora zostawiwszy w sali
Niższej, gdzie mnogich rękopismów
wstęgi
Leżały w wazach, i kompasów kręgi
Ryte, i zodiak, i bogowie stali.
Fontanna w środku niska, z brązu
lana,
Z gipsu popiersie nad nią Adryjana.
Drzwi do tej sali, będąc otworzone,
Przysionku wnętrze odsłaniały
oku;
Drzwi od przysionka niemniej inną
stronę
Podwórza w ramy swe, na kształt
obłoku,
Obejmowały - a światło,
złamane
Po dwakroć, biło prosto na
fontannę.
Tam Artemidor siedząc, niewesoło
Poglądał, jako osoba znudzona,
Na ogół rzeczy leżących
wokoło
I słuchał wody kroplistego grona,
Rozperlanego wciąż w
brązową wannę
Przez łkania swoje i łzy
nieustanne.
Czy Mag na górze z Zofią był
podobnie,
Jak ten z
fontanny szmerem, zatrudniony?
Nie wiem. Czy
pani mówiąca ozdobnie
O drobnych
rzeczach z nie znanej mu strony,
O drobnych
czuciach niezmiernie żałobnie,
O głównych
prawdach często, lecz z ich strony
Kolorowanej
przez tychże opony -
Czy pani przy
tym dziwnie ujmująca
Wdziękiem,
co blado promienił jej z czoła,
Jako Dyjannie
grzebień pół-miesiąca,
Czy, mówię.
Maga obchodzi? lub zgoła? -
Nie wiem. -
Wszelako Mistrz Jazon miał drobne
Słabostki,
z dala patrząc, niepodobne
Do
solenności, w którą się obłóczył.
Baczył na
przykład, żeby wzgląd na stopnie
Ceremoniału
chować, i jak? - uczył,
Domawiać
lubiąc słowo to: "roztropnie".
Świat oficjalny nie był
mu przeciwnym;
Owszem, powoli
ocierając czoło,
Zwykł
był nazywać go "cale naiwnym".
- Gdy
mówił: "Cesarz", nie patrzył wokoło,
Jak augurowie i
filozofowie,
Lecz palcem
krymki dotykał na głowie
I
mówił głosem - co wielu baczyło -
Takim jak
Cesarz mawiał, z takąż siłą:
Acz w tym
najmniejszej przysady nie było.
Filolog
wielki! greckiego zażywał
Z
Rzymiany, nie dość wyznając się wprawnym
W
latyńską mowę; gdy ucznia przyzywał,
Z fenicka
mawiał doń lub innym dawnym
Językiem,
pełnym szeptań i przydechów.
Chrześćjan
- znał mało, lub gdy mawiał z niemi,
To o
lekarskiej sztuce, płodach ziemi,
Też
jak z niewiasty - nie stronił i śmiechów! -
Dziwny
mąż! - Cesarz, że był wiedzy chciwy,
Znał
go lub wiedział, kto jest ów sędziwy,
Ze
swoją laską włóczący się długą,
I
Charonowym nazywał go sługą.
- Mistrze
stopniami byli z nim w stosunku,
I mnóstwo
osób znało - tak - z trafunku.
Wędrowni
męże zza wielkiego-morza,
Biedni -
mówili, że jest: ręka Boża,
I nieraz
ciche widziałeś osoby
Przed
perystylem Magowego domu,
Na grobów
ziarnkach siedzące jak groby,
Obce w stolicy,
nie znane nikomu,
Łokciami
wrosłe do kolan od brody -
Gdzieś
spętanego narodu - rapsody.
Niejeden
leżał tak w blasku księżyca,
Na nocne
mało uważając chłody,
Pod murem,
inny w kuczkę, jak kotwica,
Zwił
się, i słońca przeliczał zachody.
Mistrz
Artemidor - kto znał go już bliżej -
Szersze od Maga
wykładał pomysły.
Natchniony
nawet bywał, lecz nie ścisły,
I
niewątpliwie, że wszystko brał niżej;
Acz,
potrącony Jazona milczeniem
Lub
wątpliwością dziwnie wyrażoną,
Wzbierał
- i takim porywał natchnieniem
Orlim,
że słuchacz z żadną nie stał stroną
I, gdzie
przechylić się, nie wiedział wcale,
Co Jazon
zwykł był zwać: "nie-nowe ale - -"
Mędrców
tych bliżej badając dwoistość:
Wzniosłość
- Koryntczyk znal. Mag - uroczystość,
I była jedna między nimi strona
Nieprzełomliwa, jak czasów wyroki,
Wyczerpniętymi słowy naznaczona -
Po czym w dwie strony obracali kroki,
Milcząc - a znali tak ową
granicę
Czuciem, jak mało wiedzieli, czym ona?
- Gmin w tym dwóch mędrców widział
tajemnicę,
Która ich łączy w jednego olbrzyma,
Głów mającego dwie, cztery ramiona;
I myśląc, że to w
jedności ich trzyma,
Co rozpychało ich lub rozdzielało,
Zbliżoną napaść za jedno
brał ciało.
Schodząc Mag z Zofią, te jej
mówił słowa:
"Niewiasto zacna - to tak - w tej
już chwili,
Mniemam, że lepiej czujesz się -
żeś zdrowa;
Nie iżbym odjąć mógł -
jak to robili
Dla innych inni - niemoc wyższą
mocą;
Bo nie ten przedmiot
spotykam przed sobą."
"Zaiste -
przyszłam, jakby czując, po co" -
Odrzekła
Zofia -
"Inną
może dobą -
Mistrz Jazon
mówił - o księżyca nowiu
Dano mi będzie znać o pełnym
zdrowiu -
Dasz mi znać."
"Jako? - przyjdęż? - czy
Barchoba,
Czy ciebie. Mistrzu, w progach mych
zobaczę?"
"Rzecz jest, rzecz będzie, nie ma
być osoba?"
- A potem dodał zimno: "I ja
raczę
O kiju przywlec się, gdy przyjdzie
pora."
Tu zaś obrócił się do
Artemidora,
Dla dwojga razem grzeczność
dając jedną,
I
wspomniał: "Wiele niech nie czyta chora -
Szkoda, że
stare rękopisma rzedną.
Dobrze jest
miewać wzgląd na autora,
Kiedy się
czyta - cóż za rzecz przedziwna
Czytanie! - jako
gałązka oliwna
Lub
migdałowy kwiat."
Koryntczyk
rzecze;
"W tym
względzie panią, ile mogę, leczę."
A Jazon
dalej: "Kiedyś, wchodzi do mnie
Osoba,
oczów prawie pozbawiona,
Ból swój i
żałość wyrażając skromnie;
Za
nią tuż - lektor, głos mający równy,
Czysty jak
woda dobrze przecedzona,
Nie wiem,
czy taki, czy inny jak ona.
- Ten,
choć niósł pisma w torbie, nie był główny,
Bo dalej
jeszcze szedł autor tych rzeczy.
Dnia tego,
tyle mając do przyjęcia
Osób, nie
mogłem dosyć mieć na pieczy,
Ile
dać kropel - jakie owinięcia? -
Nie wiem, co z
tego będzie ? - czasem doba
Przeszkodzi,
czasem przeszkodzi osoba,
Czasem - "
Koryncki mistrz
poprawił togi,
A Zofia w
czoło patrzyła Magowi.
"Czasem -
do siebie mają to i progi -
Czasem
wszystkiego człowiek i nie powić,
Co miał
powiedzieć, i zgadywać trzeba,
Jakiego komu dać o ile chleba -"
To mówiąc z wolna, przerywanym
głosem,
Poglądał w ziemię, i
gładząc siwiznę,
Coraz to rzucił wyplątanym
włosem,
A usta, jako gojącą się
bliznę,
Pogodnie zwijał i od brwi falami
Do góry zmarszczki mnogie podejmował,
I zamilkł. Strząsnął
potem raz palcami,
Jakby zapomniał coś albo
żałował -
Akcent, co
długo nie dał do myślenia,
Czy
się już wątek nowy nie wysnował?
Tak -
iż koryncki Mistrz, bez omówienia
Ku drzwiom
pojrzawszy, najprzód wstał z siedzenia.
Skąd
Jazon wiedział, że Zofia doń niosła
Rękopism
owy, dziwnie znaleziony?
Skąd?
- że i autor nie był oddalony -
Bo
szedł z Barchobem - ciekawość choć rosła
Nieraz w
słuchaczu takich Maga gadek,
Nikt tego
jednak wybadać nie umiał,
Lub
szukał w sobie - czyli je zrozumiał? -
Czy nie
trafiło się to przez przypadek? -
Wszelako
słowa te: "Osoba ciemna,
Za
nią jej lektor z rękopismem - dalej
I autor
tegoż" - jako nieprzyjemna
Wieść
brzmiały Zofii, gdy przez gaj wracali.
|