|
Syn
Aleksandra, słysząc z mów Barchoba,
Kto
była ona służebna osoba,
Także,
skąd niosła drobiazgi kobiece
W koszu -
skąd przez tę wracała ulicę -
Milczał,
lecz w sobie pamięcią przezierał,
Co ów
zwój, trafem zgubiony, zawierał?
- I,
choć z Barchobem rozmawiał potocznie,
Wciąż
miał zwój pisma własnego zaocznie,
Które
że było raczej pamiętnikiem
Rzeczy i
wrażeń nie dzielonych z nikim,
Do
swobodniejszych odroczonym czasów,
Pełnym
doraźnych skróceń i nawiasów -
Dośledzić
nie mógł lub nie czuł się w stanie
Zgadnąć,
co pism tych wywoła czytanie? -
W sposób,
iż przedmiot, jednym odniechceniem
Zrzucony z
stołu w drobiazgi doręczne,
Jednym
usłużnej ręki poruszeniem
Podjęty
z koszem tam i sam noszonym,
Mógł
się stać dwakroć większym zagadnieniem
Niż
najciekawsze z zapisanych w onym.
Tak
więc szli k'sobie, tym samym sposobem,
Z
Artemidorem Zofia od Jazona -
I
Aleksandra syn tamże z Barchobem:
Ci raźniej - tamta opieszalej strona.
Zofia, swobodniej czując się na
sile,
Przez ciemną sosen włoskich kolumnadę
Idąc, mówiła: "Wszelką
Maga radę
Zebrać by można w o tyle, o ile,
W preceptę z liczby i z czasów
wysnutą;
Lecz słów misterstwo i
określeń dłuto,
I ta powagi całość skąd
pochodzi? -
Nie wiem! - z tym człowiek, mniemam,
że się rodzi."
To mówiąc, kwiaty zrywała, lecz
owe,
Które się w parów schylając
podłużny,
Do rąk jej - czoła swe chyliły
płowe,
Jak smutne dzieci żebrzące
jałmużny -
I szła, co czyni, nie bacząc, lecz
raźniej -
Gdy Artemidor wreszcie jej odpowie:
"Jazon - tu przestał -
jesteśmy w przyjaźni -
Tu znowu przestał - wielu wraca zdrowiej
Od Mistrza tego do siebie, lecz mało
Z krystaliczniejszą myślą
powracało -
Tak - iż dwie z jednej idą
stąd choroby:
Choroba myśli gościa lub osoby -
I dwóch Jazonów w mieście by się
zdało
Na dwóch kończynach wielkiej czasów
strugi,
Co jest
jak Tyber -"
"Tyś
jest Jazon drugi" -
Odrzekła Zofia - -
"Pani - Mistrz jej zada -
Jeśli zgadujesz rzeczy za-styksowe,
Któż sama jesteś?"
"Wyobrażam sowę,
Zwłaszcza iż słońce
właśnie że zapada;
I będę mówić ci o każdym
z ludzi.
Którego spotkam: czym lub kim się
zbudzi." 1
Tu się ku furtce tarasu zbliżali,
Lecz ta skrzypnęła prędszym
ruchem od nich.
I w ramie onej, na łunie z opali,
Wśród błąkających
się blasków zachodnich,
Dwa kształty rosły mężów
dwóch przychodnich.
"Któż
jest ten pierwszy Quidam?" - rzekł do Pani
Towarzysz,
dalej prowadząc rozmowę,
Gdy wraz
zbliżyli się wzajem poznani,
A Aleksandra syn rzekł: "Poniósł
głowę
Pod
topór może." - "Co to znaczy? -
Kto?"
- i przez chwilę trudno zgadnąć było,
Co pozdrowienie
takie zagaiło,
Co ten a
owy w słowie quidam baczy,
Co Zofia
słyszy, co Barchob rozumie,
Co
Artemidor - czworo - lecz jak w tłumie.
Jeden
więc płochy żart myśli niewieściej,
Niedosłyszenie
jedno, i nazwisko
Męża
- co świeżo oddan jest boleści,
Zrobiły
zamęt, który stał już blisko
Sprzeczki,
albowiem pomięszał powagi,
O ile
prawdy nie znosiły nagiej.
Mistrz
Artemidor czuł się może nieco
Wypartym z
blasków, co jak Febu świecą,
Czyniąc
go zawsze stojącym wspaniale,
Utwierdzonego
na słonecznym wozie
W nieodpoczliwej
swej apoteozie.
Zofia
też, którą, jak Safo na skale,
Gmin
przywykł mniemać wiszącą u liry
Dłońmi,
a rąbkiem ledwo szaty nikłej
W
nieodgarnięte zaplątaną żwiry -
Czuła
się w roli swej zachwianą zwykłej.
Barchob
pojmować nie mógł, że wypadek
Może
mieć miejsce - a jego towarzysz
Stał
jako powód sprawy i jak świadek -
Co,
jeśli dobrze, jak zaszło tu, zważysz
I
zwiększysz w postać takiego ogromu
Jak Rzym -
odpomnisz niejasne powieści
O
Chrześcijanach, iż są plagą domu,
Który ich
ciche osoby pomieści;
Tudzież
o znaku linii dwóch przeciętych,
Co tych
przeklętych strzeże czy tych świętych;
O cieniach zmarłych i nazwisk ich sile
Takiej, że wzmianka sama zrobi tyle -
Tyle niesmaku i roz-społecznienia,
Dla jednej nazwy - mniej: dla nazwy
cienia!
- - - - - - - - - - - - - - - -
Tak się i stało - przy onym
spotkaniu,
Gdzie wyraz: quidam, ład
pomięszał cały,
Aż po stopniowym myłki sprostowaniu
Postacie w formy dawne powracały,
Tylko zbliżone lekkim przypomnieniem,
Że jednym błąd je raz
ogarnął cieniem.
Więc - zapewniwszy, że się
od-zobaczą,
Do miasta jedni szli, drudzy do Maga,
Lecz Zofia odtąd zgadywać się
wzdraga,
Kto są przechodni ludzie i co
znaczą
Tam, gdzie wszech-duchów zawisnęła
waga.
|