|
To
już dwa wieki od Grecji pogrzebu,
Gdy
biały duch jej podniósł się ku niebu
W szlaki
dokonań, dzielone na stacje
Gwiazdami
dziejów, między konstelacje:
I
stał tam z lirą w przestronnym lazurze,
Na
resztę dziatwy patrząc rozproszonej,
Co tu i
owdzie, przy pękłym marmurze
Stojąc,
liczyła tryumfy i zgony -
I
czekał, jako narody zabyte,
Aż
wszystko będzie do szczętu spożyte -
Aż
Grek ostatni przymiotem lub winą
Zginie, i myśli same się
rozwiną,
Wpisując w tejże porządek
litery,
Ile są wieczne - Greków drugiej sfery,
Zrodzonych może u krańców
Północy1,
Co, jak rodzeństwo, zbiegną ku
pomocy.
Rzym wtedy swym się Adryjanem
cieszył,
Mniej bacząc, co się między
gwiazdy działo,
Sto razy na dzień bok duchowi
przeszył
Greckiemu
rzymski, w swe go strojąc dało;
Lecz
najswobodniej mężniał sam w tej sile,
Co, wolna marzeń, sypia na mogile;
Sile wyższego coś mającej
może,
Lecz przez zakryte jej widoki Boże.
Więc rzymski szlachcic jeszcze rad
był Greka
W biblijotece chować, gwoli rzeczy
Piśmiennej, która wolnej chwili czeka,
Albo z ckliwości w dni deszczowe leczy.
I słuchał bajek spisanych w
Homerze,
Tak - jak komedii przeciw-sokratejskiej,
Dowcipnej, że aż śmiech
nieledwo bierze;
Lub stawiać łaźnię, czy
ratusz gdzie miejski,
Grekowi radził zmieniać kapitele
Kolumn - ten, środki że
znał - a ów cele.
Grek przeto młodzi prawił o
Sokracie,
Myśląc o rzymskich podatków
zapłacie,
Lub tryumfalny stawiąc łuk - -
kolumny
Przepraszał w sercu, i dłuta
czuł zgrzyty,
Gdy duch mu
Grecji szeptał: "Nie bądź dumny,
Lecz cierp -
ulecisz za mną na błękity.
Tyś
mistrzem ziemi tej - a Tybru glinę
Na posąg w
ręce wziąłeś - nie zaginę!"
- Inny -
syrenę tę, z pół-rybim ciałem,
Bez
wrzących pulsów, odepchnął daleko,
Idąc - za coraz nowym ideałem
Coraz nowego mistrza; co ci rzeką?
Posłyszeć - chwilę
rozgorzeć - "Skonałem -
Wstałem" - zanucić radośnie, lub w dobie
Trudnej z Zenonem2 pomyśleć o grobie –
Nie był to wszakże czas rzymskiej
potęgi,
Bo już Rzymianin znał się, że
realny,
I zapisował porządnie do
księgi
Edykt ten albo ów perpetualny,
Ciesząc się więcej edyktów
porządkiem
Niż rządem - najmniej ciesząc
się ich wątkiem.
Niewolnik chyba lżej posuwał kroku,
Czując, że ręką ktoś
go wiedzie w mroku;
Lecz zali Cesarz to był? lub
właściciel? -
Nie znał - i wietrzył - jak
spóźniony mściciel.
Żyd - milczał w izbach zawartych
jak trumny;
Chrześćjanin znikał, lecz
jawnie i w czynie,
Jako - przy świetle kagańca -
kolumny
Też same zawsze, czy je olśnisz,
czy nie - -
A jako bywa wśród ległych ogromów
Myśli lub ciała, że w proch
się trą nikły -
Tak już rozgłośnie systemy-atomów
Brzmiały: te zawsze jedno znaczyć
zwykły! -
Znaczyć - co znaczy na zimnej miednicy
Popiół, gdy mirry braknie w kadzielnicy.
*
Ci, co wchodzili do Mistrza Jazona,
Ujrzeli rękę jego
wyciągniętą
Na znak, by siedli. - Lampa zapalona
Przeciw fontannie płomień
niosła kreto,
A blaski
onej, rosą odkroplane,
Drżącymi
światły wbiegały na ścianę.
Mistrz
siedział, nogi mając wzdłuż podane,
Jak
się na niskim spoczywa siedzeniu,
Lecz nie
odmienił nic w swym zamyśleniu,
Tylko
niekiedy dłoń podnosił k'czołu,
Szerokim
łokciem przypartą do stołu,
Jak
człek na pierścień gdy patrzy - lub mniema,
Że czas
już powstać, ale woli nie ma.
Po chwili w
stronę gościa wzruszył głowę,
Lecz do Barchoba
wraz zatoczył lice,
Mówiąc:
"Co zaszło?"
"Zdarzenie
mniej nowe
Niż
smutne" - odrzekł, patrząc, jak na świecę,
Na wzrok Jazona,
który nań promieni!.
"Chrześćjanin
Gwido mówił - to i tyle" -
Tu zmilkł i blade lica zarumienił.
"Cóż oni mówią?" -
Jazon rzekł powoli,
Bez pytajnego
akcentu, ni soli.
"Cóż?"
- odrzekł Barchob, jak echo gasnące -
I była chwila ciszy, która boli
Jak głośne kłamstwo, lub
prawdy ginące
W czasie, gdy wszystko mają, oprócz woli
–
"Mówił - gość rzecze po
niejakiej chwili -
Że bogi więcej od Cesarza czczone,
Jako
Apollin i Bach, ludźmi byli -
Że
są prawdziwe rzeczy i zmyślone -"
Kiedy to
zdawał gość głosem nierównym,
Mistrz
Jazon, głowę uchyliwszy w stronę,
Słuchał,
lecz widno sens mu nie był głównym
Przedmiotem
treści tak wypowiedzianej -
Lecz
słuchał, jakby kto? mówi sens znany.
I znów fontanny tylko łzy perione
Brzękły - czy Barchob
cofnął się do ściany.
"Że są prawdziwe rzeczy i
zmyślone,
Jest
fałsz - i prawda" - Jazon zimno doda,
Patrząc,
jak kropli się w fontannę woda.
"Skąd
rodem jesteś?"
"Z
górnego Epiru."
"Szkoły?
-
"Różnego
zażywałem steru
I oto
pismo mam Artemidora."
Wziął je i, patrząc
dookoła sali,
Wyciągnął rękę ku
bazie Kastora
Z Polluksem - rzucił - i pojrzał,
azali
Legło? - jak człowiek lekarstwo
ważący,
Niby roztropnie i niby niechcący -
Potem rzekł:
"Cesarz! - jędrnym
głosem wcale -
Panuje mądrze nad szerokim krajem,
W którym są ludy jednym
zjęte losem,
Różne i różnym żywe obyczajem - -
Obyczaj jeden - trwa lat sześćset,
trzysta;
Inny znów ośmset lat - człowiek
nawzajem
Obyczajowi służy, jako może,
By przecie robił coś! acz jest chwilowy"
-
To zaś litośnie poparł ruchem
głowy -
"Więc trzeba cenić, gdy
dziecię, po wzorze
Pisząc, dokłada i swój trud jałowy!"
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
- - - - - - - -
Tu przetarł włosy i
sprysnął palcami,
I rzekł: "Innego dnia będziemy
sami -
Teraz już późno." -
Wstał. - Barchob na strome
Ku lampie miał się.
"Zrodzona w Sycjonie
Czy w Knidos? -
jest tu poetessa pewna:
Grecja do siebie
ma, że była śpiewna."
Mówiąc
to tonem żegnalnego słowa,
Mistrz
Jazon ginął w mroku wielkiej sali.
Syn
Aleksandra czekał, aż ta głowa
Siwa, od
lampy oświecona w dali,
Zmierzchnie i
jako meteor się schowa;
Potem -
stał jeszcze, jakby słuchał nieco,
Co zmówi
powieść wody różańcowa,
Skoro ją
blaski księżyca oświecą,
Już nie łamane od ognia
płomieni;
A potem
westchnął i wyszedł. - Noc była
Widna;
podwórzec usłany z kamieni
Bielał,
lecz w każdym pierwsza myśl odżyła,
Skąd
był? do czego złamkiem swym należał?
I
każdy z głazów tych, zdało się oku,
Że
przypominał się znajdować w tłoku
Wstrzymany,
ale nie ówdzie, gdzie bieżał -
Stąd
niemy lament między tymi bruki
Czułeś
i różnych wytężeń splątanie:
Co
Aleksandra syn baczył, jak wnuki,
Gdy legend
poczną skwapliwe czytanie,
Słysząc
chód znany, szelesty i stuki,
I
nieuważne mieczów potrącanie,
Takie,
że - rzekłbyś - dziady szli ku tobie
W
miarę twojego zaczytania w treści,
Lecz
wstrzymywali się, chowając w grobie,
Ilekroć
brałeś rzecz ich za powieści,
Lub
zmianą ruchu wypocząłeś sobie.
Szedł
więc ostrożnie, jak wśród rzeczy żywych,
Przez on
podwórzec ku parowu jamie,
Plamami cieniów
pstrej od sosen krzywych,
Wiodącej
ścieżką swą ku znanej bramie;
Tu - ówdzie -
bacząc leżącego w ciszy
Męża,
co w śnie się przewraca lub dyszy,
Albo
półsennej modlitwy domawia,
Płaszcz
strząsa, kamień pod skronią poprawia.
Ci wszakże goście senni - byli jemu
Bynajmniej dziwem; każdy ich
widywał
I mijał - myśleń aby nie
przerywał
Lub snu, lub mowa ich że cale inna
Od rzymskiej, albo że postawa gminna!
Syn Aleksandra, owszem, myślił
raczej:
"Oto tu Zofię spotkałem -
tą drogą
Szła - cóż pomyśli, skoro
mię zobaczy? -
Co mi odpowie i z jak wielką trwogą
-
O pamiętniku gdy wspomnę
zgubionym?"
Dalej - "Jak wspomnę?"
- myślał jeszcze dalej
Chwilę: "co było w
pamiętniku onym,
Że
rad by przejrzeć go, że potem spali -
Acz wiele
mógłby dopełnić miejscami."
I tu mu Gwido stanął przed
oczami
I Mag. - Postacie te mało
podobne,
Pamięci próbą nieco oddalone,
Rozjęły mu się w kształty
dwa, osobne:
Wspomnienie Gwida, ściśle
określone
Czynem, w jasności dokonanym dziennej,
Żywotny miało blask, bynajmniej
senny;
Szczegóły wszystkie
dośrodkując w czynie,
Po lada fraszce przypomnieć się
dało,
Jak chleb ten samy smak ma i w drobinie,
Co w bułce - albo jak toż samo dało
W ćwierciach na cyrku, gdy męka
już minie -
Wszakże, nie mając strony
tajemniczej,
Nikło jak zwykły fakt, bo niezwodniczy!
- Wspomnienie Maga było, jak tych rzeczy
Kosztownych, z miasta spalonego
wziętych,
Które dopełnia wzrok i patrząc
leczy:
Posągów takich gromami pociętych
Nie zapominasz, jak roboty własnej,
I jasny ci ich kształt, gdzie był
niejasny,
A ciemny ówdzie, gdzie w pełnej
trwał sile;
W sposób, że ileś
włożył w nie, znasz tyle.
Mistrz Artemidor w przeglądzie takowym
Wspomnień mniej więcej został
jednakowym;
A Zofia coraz w myśli się
wtrącała,
Jak rzecz zgubiona, ciekawa, choć
mała,
Którą odnaleźć gdy się
człek usadzi,
Nie idzie o nią, lecz traf ją
sprowadzi.
Tak marząc, nagle w pobocznym
rozstępie
Drzew ku księżycem olśnionej
płaszczyźnie,
Usłyszał łoskot - jak gdy
skrzydło sępie
Bije, jeżeli wąż się w
gniazdo wśliźnie -
Łoskot w przestanki porwany gniewliwe,
A dalej słowa zgryzione namiętnie,
I znowu łoskot - jak w ciało
nieżywe -
I echa, tętno liczące po
tętnie,
Tępe jak kropel rzucanych po
ścianie
Spadki, lub suchej gałęzi
trzaskanie.
Tam więc skwapiwszy się, gdy
patrzył chwilę,
Ujrzał naprzeciw biustu Apollona
Postać jakoby męża w wieku
sile,
Wzruszającego raz po raz ramiona,
Tam i na powrót kroczącego gniewnie,
Jak gdy kto swego fuka niewolnika
Lub klnie, tylko że sługą
był tu pewnie
Kamienny bożek bez sił i
języka.
Tego więc plwając, pokoić
się wracał
On mąż i siadał chwilę na
uboczy,
I znów przypadał doń,
pięściami macał,
I milkł - i siadał znów -
zakrywał oczy - -
Scena ta, zwłaszcza przy świetle
niepewnym,
Zatrzymywała wzrok na chwilę
długą,
Uczuciem widza me przejmując rzewnym.
Czasu, gdy nieraz krwi gorącej
strugą
Cucono rzesze na cyrku znudzone,
A rzadki wierzył - i trza było
może
Wierzyć, by kopać wizerunki boże! -
Syn Aleksandra patrzył w stronę
ową
Długo, nie wiedząc równie, co to
znaczy,
Jak, co ma począć? - aż sam
sobie mową
Przerwie: "Co to jest?!" -
i głośno zahaczy
O tuż leżące suche drzewa
łomy,
Jakby ostrzegał: "jest ktoś
niewidomy."
Czego gdy echo zabrzmiało dokoła,
Znikał on smagacz, nie rzekłszy:
"kto woła?"
A Aleksandra syn, z śmiechem czy bolem,
Szepnął: "Jestżem mu
Gwidem czy Apollem!" 3
- Z śmiechem czy bolem? -
ciekawość albowiem
W sumienia względzie bolesną jest
rzeczą,
Której najczerstwszym nie poradzisz zdrowiem
Ciała - ni środkiem, którym
ciało leczą,
I fraszka nieraz mała - gdy zapyta
Sfinksowym głosem - na długo myśl chwyta.
-
"Któż jest on gniewny smagacz Apollona?
I czemu w
nocy - w ogrójcu Jazona -
Jeden z
tych cichych mężów, co przy domu
Siadywać
zwykli w wędrownej gościnie?
Czy i sam Jazon,
nie znany nikomu
Z wiary swej -
jest w tej ceremonii, czy nie?! -
Czy to
hebrajskich mędrców jest robotą,
Chrześćjan
czy także nie winują o to?
- Lecz
Artemidor tak bliski z Jazonem,
Wtajemniczony
w Maga wszystkie sprawy.
Cesarz go
ceni; Gwido zaś - ten zgonem
Własnym
na jawie walczyć umie z tronem.
Nie! to
szalony ktoś, lub dla zabawy,
Lub który
z chorych doktora Jazona
Wybiegł,
księżyca opętan promieniem;
Lub
nieszczęśliwy czciciel Apollona
Za liche wiersze
mści się nad kamieniem."
To
myśląc i tej gdy doszedł swobody,
Która
mniemania daje wyjaśnienie,
Syn
Aleksandra szedł jak człowiek młody,
W
powietrzu, które nagaba sumienie,
W
powietrzu zwianym z przedświtem Epoki
Nowej, z
mętami starej - z siarką, z solą,
Z
szeptaniem kształtów nikłych jak obłoki,
Z bitw
gwarem, które mają być, a bolą;
Powietrzu,
które, czujesz, że się może
Zapalić
wkoło, jak pomiotło Boże,
I kometami
rozstrzelić - miast wiele
Zmazać,
i ludzi porównać w popiele.
"Spocząć!
ach, spocząć!" - serce wtedy woła,
Szukając
wkoło, gdzie by się oparło:
Na
piersiach czyich - lub progach kościoła
Jakiego? -
wątpiąc, czy jedne umarło,
Czy
wszystkie zmarły, a jedne nie zdoła! -
Noc to, w
czas której ten i ów powstawa,
Nucąc
lub klątwy rzucając niewczesne,
A prawda
ludziom zda się jak zabawa,
Zabawa -
jako strapienie bolesne:
Słowo
jest ogień - milczenie jest lawa -
Jakoż
szczęśliwy, kto wstawszy, gdy ciemno,
Nie
dotknął liry swojej nadaremno,
Przedświtu
blasków doczekał, a potem
Wytrwał
i, dniowy jaw jakkolwiek szarpie,
Wytrzymał
burzę, co przemija grzmotem,
I skubie tęczę - dla serca - na
szarpie.
Jakoż szczęśliwszy, kto nie
posiał solą,
Mimo że słonych łez
niemało strawił.
- Lecz nie tu koniec z uprawą i
rolą.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Kto siał gorczyczne ziarno, zgorzknił,
zbawił:
Gorczyczne ziarno liche i pieprzowe,
Prochowi równe, który noga zwiewa,
Lecz wyżej serca urasta, nad
głowę,
I tak się staje podobieństwem
drzewa,
Że ptak niebieski gniazdo na nim miewa.
|