|
Lucius Pomponius Pulcher, pod tę
porę,
Najzawołańszym
młodzieńcem był w Rzymie:
U niewiast, które szaty różnowzore
Noszą, czarownic zwykło
brzmieć to imię;
U niewiast, które zaniechały pallę1,
A włosy w rąbek ku górze od skroni
Zgarniając, cztery naraz mówią: "Vale!"
-
Imię Pomponius
brzmiało jak: "Do broni!"
W legiach
- lub jako - o! publiczny wstydzie -
W zebraniu
tłumnym poszept: "Konsul idzie."
Pomponius
ród swój szlachetny wywodził
Przez
senatorskie krzesła. - Za Trajana
Z Pliniuszem
Młodszym jeden z nich gdzieś chodził
W Egipcie,
drugi jadł u Domicjana -
Inny
posłany był w panońskie szlaki
Jako generał, skąd koni i siana
Sprowadził naraz tyle, że
żołdaki
Z prowincji i lud, sprawy tej spektator,
Już, już wykrzyknąć
chcieli: "Imperator!" –
Lucius Pomponius
Pulcher nie był wiele
Ćwiczony w
rzeczach mądrości i prawa,
Lecz miał
do siebie to, że mawiał śmiele,
I to,
że rzymska kochała go Sława.
-
Urzędem żadnym jeszcze się nie bawił,
Lecz znane było, iż w Villi-Pomponii
Ogrodowemu bogowi postawił
Świątynię; wszakże nie
uczęszczał do niej,
Filozoficzne swe mając mniemania,
O których z czasem miał napisać
nieco,
Co wszakże słuszne zwlekły
odkładania,
Aż się te rzeczy
utrą i rozświecą -
Tymczasem Cynrie słały mu
spojrzenia,
Gdy do teatrum wchadzał w swej
chlamidzie
Zębionej złotem - i coś na
kształt drżenia
Zausznic, kolii, brzmiało: "Pulcher
idzie -"
Bywało
nawet, że senator siwy,
Za
Pulchrem widząc rzesze i pochodnie,
Śmiał
się i palec podnosił leniwy
W
kształt V, co znaczy: "witaj" - i jest modnie.
Mistrz
Artemidor, starych idąc śladem,
Zwał
go niekiedy "małym Alcybiadem",
Pomponius
zasię, słysząc te wyrazy,
Zwykł
był pokłaniać pedum kilka razy -
Pedum bynajmniej gminne,
z jakiej śliwy
Suchej lub
krzywej wycięte oliwy2,
Lecz
wyrzezane z zęba słoniowego,
Złotymi
ćwieki misternie upstrzone,
Z napisem L.P.P.
- wreszcie do tego,
Jak
włócznia, laska, tyrs lub styl noszone.
Nigdy sam,
zawsze chadzał on ze swymi,
Którzy
mniej więcej byli mu podobni:
Ten z
szat, a owy gesty udanymi,
Ci swoi
wszakże mniej byli ozdobni
I mniej bogaci, i rodem nie tyle
Świetni, i wziętość mieli
mniej motylę
Pomiędzy Cyntie, Lidie i Kamille –
Pierwszy z nich, Florus, Longinem nazwany,
Za Pomponiusem jak den uwiązany
Chadzał - a głowa jego nad ramieniem
Przywódcy była jakby dopełnieniem,
Którego oko nawykłe szukało,
Bacząc, czy całe jest dwugłowe
ciało.
Lucius Pomponius zamierzył od dawna
Ugościć Zofię w Villa-Pomponiana,
Lecz nie z powodu, że ta była
sławna -
Raczej, że, sławną
będąc, była znana.
Nie iżby liczył w sposób
małogodny,
Iż stąd dwa razy tyle będzie
modny,
Do tyla
cale nie będąc fałszywym,
By
się wyręczał środkiem niewłaściwym -
Lecz
że to wszystko mimo woli jego
W
powietrzu miejskim znajdowało spadki
Takie -
iż, najmniej nie dodając ego,
Czyniłeś,
raz się w te wpisawszy kratki,
I
byłeś takim nie przez swą osobę,
Lecz
że nijakim byłeś w taką dobę,
I
gdybyś widział, że to drugi czyni,
Tylko
byś winił go, że się nie wini.
Już
wiele razy na przechadzce dumnej
Przez Via Appia, gdzie w chłody
wieczorne
Przejeżdżał senat i patrycjat
dumny,
Matrony, dziewki i rzesze pokorne,
Pomponius Lucius, rydwanem czerwonym
Tocząc jak Neron, Zofii szukać
lubił,
Nie iżby kochał albo chciał
być czczonym,
Lub jak Chrześćjanin wzrokiem
ją poślubił,
Lecz że nic k'temu nie ma ani przeczy,
Że to się dzieje tak - z natury
rzeczy.
Ta zaś natura rzeczy jest
następstwem
Rytmu wypadków nie ujętych niczem
Gwoli celowi - i nie jest przestępstwem
W bezprawnej sferze, z Janusa obliczem -
Bo tam przestępstwa nie ma ani zdrady,
Ani przykładów nie ma - tylko ślady!
–
Hołdy te Zofii nie były
natrętne,
Lecz kto ją widział je
odbierającą,
Dostrzegł, że lica jej byłyby
smętne,
Stalszymi będąc - tak kwiat gdy
potrącą
Przechodnie w sposób niezbyt pogardliwy,
Odprostowywać się zwykł
harmoniami
Słodkimi trzciny swej, choć
niecierpliwej.
Któż bowiem kochał, jak to
później zwie się,
Jeśli to stałe ma gdziekolwiek
imię!
- Któż bo - lub raczej: któryż?-
kochał w Rzymie,
Co pierwsze dziewki gwałtem sobie niesie
Z teatrum do dom - lub jak koturn zmienia
Bez obrażenia i bez przeproszenia:
Pomny, że inne czucia są olbrzymie,
A inne karle, i dumą tam sięga,
Gdzie się krew w ducha rozprzęga
czy sprzęga. 3
Zofia inaczej - ona z Rzymu brała
Moc niemyślenia, że gdzie indziej
wzrosła,
Resztę zaś kratą liry
zamykała,
I wtedy była - czy straszna? czy
wzniosła? -
Nie wiem; tak
klatkę lwa, gdy z nim zadrżała,
Wydążasz
furty zatrzasnąć podrywem,
A
choćbyś sam był lwem, wiesz jedno: "Żyw-em!" 4
|