|
"Obyczaj
- wolny jest od obrażenia
W czasie,
gdy wszystkie równe mają prawo -
Mówiła
Zofia - ja dziś do jedzenia
Siadam1, a tobie, gdy chcesz,
służę ławą
I,
jeśli zwyczaj masz, wieńcem bluszczowym." 2
Co
Aleksandra syn słysząc: "Gotowy-m -
Odrzekł
- czymkolwiek darzy, przyjąć od niej,
Mimo iż bluszcz mi skroni nie
ochładza -"
"A róże?"
"Może bez wieńca swobodniej;
Może stosowniej - kwiat albowiem zdradza
Upadkiem
-"
"To
jest stary przesąd wschodni" -
Odrzekła
Zofia, gdy głowy golone
Dwóch
niewolników, ku niej pochylone,
Słuchały
ciszej rzeczonych rozkazów,
Jak
wyciosane kariatydy z głazów.
"Więc
przyjmę lauru wieniec lub dębowy.
Pierwszy,
ażebym z odkrytą był głową,
Jako ty
jesteś - drugi, iżem głowy
Nie
oddał treści słów twych piorunowej."
"Młodzieńcze!
- Zofia na to mu odpowie -
Jesteś
przyjemnym bardzo biesiadnikiem!
Rzecz
coraz rzadsza, tak iż wkrótce, kto wie?
Może
nie będziem jadać, albo z nikiem."
"Zaiste,
coraz mniej umieją gościć -
Syn
Aleksandra prawi, biorąc jadło -
Aż
to, co zowią Chrześcijanie: "pościć",
Znacznie
się w biedny lud w Imperium wkradło.
"Znasz
więc misteria onych?"
"Podróż
moja,
Że filozofię wszelką ma na
celu,
Czyni, żem dotknął niejednego
zwoja
Pism, i moralnych precept mistrzów wielu
-"
"I - ?" - rzekła Zofia z
pół-uśmiechem, który
Coś nie-żeńskiego miał.
"I stąd powziąłem
Wiedzę o
różnej praktykach natury.
O onych -
mówił dalej - co, popiołem
Chleb
posypując, zstępują aż na dno
Całości
człeka-zbiorowego w czasie,
I tam
tykają prawd - tykając, władną.
O onych -
mówił jeszcze - którzy zasię
Przenoszą
mądrość czerpać z żądzy sławy,
I są
współczesnych zwierciadłem promieni.
O onych, którzy
z natchnienia, jak z lawy
Wulkanu, cacka
robią dla zabawy,
Albo są
skrzydły orlemi noszeni - -
O onych jeszcze,
którzy ważą pyły
Na szalach
myśli i są jak mogiły
Etruskie,
dzbanów pełni rysowanych,
Brązowych
złamków, tudzież łzawic3 szklannych,
Wyschłych,
zielonych po kroplach, co zgniły -"
"I
-" - Zofia jeszcze dodała z uśmiechem.
"I - oto twoje, pani, piję zdrowie,
A pijąc, będę
przypuszczeń jej echem,
Że jak z ucztami, tak z
mądrością; kto wie?
Czy ta się w oczach naszych nie
pogrzebie,
Lub każdy mądrym będzie sam
dla siebie."
"Tego mniej dzisiaj niż kiedy bym
chciała" -
Odrzekła Zofia tonem bez znaczenia.
"Pani
- to wszystko same przypuszczenia,
Które jak
płonne są, to pewna mała
Okolicznostka
mogłaby okazać.
- I tak:
elegiak pewny zapomina
Na
przykład notat z tabliczek wymazać
I gubi one
-"
"Więc
wraz nową wszczyna
Elegię,
zgubę opłakując -"
"Przeto,
I
mądrość niemniej, gdy się zapomina,
Może
jej służyć to za szczeble nowe,
Jak te
elegie i tabliczki owe -
Lecz
-" - Aleksandra syn głosem odmiennym
Dodał,
wpatrując się w Zofii wejrzenie:
"Czy
o zdarzeniu jakim bądź codziennym
Mowa?
-"4
Gdy
mówił to, zasłony drżenie
I kroków
echa zwiastowały gości;
Co
bacząc, Zofia obróciła lica,
A Lucius
z gestem dobrej znajomości
Weszedł,
i Florus, znany z swej długości.
Pierwszy,
zwyczajem rzymskiego szlachcica,
Zimno, acz
grzecznie, wstęp uczynił mały,
Ku Pani domu zwrócon i gościowi;
Drugi przyświadczał, jak
człowiek mniej dbały,
Do kogo? o czym? mowa, lecz kto mówi.
Obydwa siedli - Pulcher był odziany
W przejrzystą szatę, a Florus w
płaszcz tkany
Sposobem zwykłym: te szaty przejrzyste
W Cos wyrabiane są, a rzecz ta droga,
Dlatego że jest lekka jak mgły
dżdżyste,
Zazwyczaj zowie się vitrea-toga. 5
Jakoż mąż w szacie takiej jest
podobny
Do rzeczy w szklanną pochowanej
skrzynię
Ogółem-kształtu, bowiem
szczegół drobny
Fałdami bywa zamglony, i ginie,
Zwłaszcza iż muchy złote albo
gwiazdy
Porozrzucane są po tej tkaninie.
Krótka to
była szata, jak do jazdy,
Więc
i na ręku płaszcz on miał - niechcący
Zwojem o pedum
zaplątan kościane -
Czerwone
ciżmy, w księżyc zamykane
Złoty
- literą C z dala świecący. 6
Tak
strojny usiadł, folgę dając ciału,
Jak duch,
co swego dobiegł ideału,
A w
palcach pedum obracając giętko,
Coś
do Florusa poszepnął przez ramię;
Potem na
ciżmy pojrzał, strząsnął piętką
I umilkł.
- Florus, jak dąb, gdy go złamie
Burza i
czołem ku ziemi zawróci,
Rękoma
z krzesła ciężył żylastemi.
"Mieliśmy
kwestię z filozofem gościem" -
Zapowie
Zofia. - Pulcher przerwał:
"Zgadnę!"
"Mów -"
"O
czas, przestrzeń, nudę - miłość -"
"Żadne
Z
zadań tych, których wyboru zazdrościm."
Więc
Aleksandra syn rzecze: "Pytanie
Było,
azali wkrótce umiejętność
Dawania
uczty całkiem nie ustanie
Przez
suchość serca, skąpstwo i namiętność -"
Tu
Pulcher, jako gdy kto własne zdanie
Usłyszy,
znacznie spoważnił oblicze
I
rzekł: "Na kwestii takiej rozwiązanie
Więcej,
niż mniemać by kto mógł, dziś liczę,
Z dawna albowiem miałem w Pomponianie
Ugościć kilku przyjaciół i
panię -
Tak iż, by zamiar ten objawić,
właśnie
Przychodzę - " - mówiąc to,
Zofii wejrzenia
Szukał, jak kiedy z drgającego
cienia
Wnosisz, że lampa d przedwcześnie
zgaśnie,
A jesteś w ciągu twego
zatrudnienia.
"Czynem więc ma być kwestia
rozwiązana?"
"To
jest w naturze mojej" - Pulcher rzecze -
"Tak
się rozstrzyga wszystko w Pomponiana."
Florus
rzekł: "Węzły gordyjskie a miecze
Spotykać
winny się - to jest logika,
Przed
którą bodaj wszech-sylogizm znika,
Co tak
dalece w filozofii mojej,
Jako
warunek sine qua non stoi,
Iż z
czasem portyk7
stworzę k'temu nowy,
Widząc,
do ila czcze są szkoły wszystkie,
Kierunek
każdej krzywy i niezdrowy:
Tylko -
mam jeszcze pierw do zbycia z głowy -"
Tu
zamilkł - potem rzekł: "Nową artystkę
Witał
Rzym wczoraj na Flory wyścigach.
Diwa
Elektra!"
K'czemu
Longin doda:
"Gra
w cymbał, przy tym na dwóch tańczy bigach."
"Musi być bardzo młoda?"
"Bardzo młoda" -
Odpowie Pulcher
Zofii, a ta znowu:
"Więc,
do pańskiego wróciwszy systemu -
By przerwy
tymi nie być wstrętną jemu -"
Tu Pulcher
przemilkł nieco, gdy gość dawny
Podpowie:
"Portyk jeszcze nie jest jawny?"
"Zaiste, dotąd, o tyle, o ile
Swobodne
na to pozwoliły chwile,
Mniemam,
iż wszystkie próżno nudzą tory,
Jakimi
mądrość jest poszukiwana.
Bierzmy z
Wielkiego Aleksandra wzory:
Ten, gdy mu
była jedna z prawd nie znana,
Tycząca
bogów - tak zburczał kapłana,
Że
odkrył mu ją na drugi dzień rano" -
To
rzekłszy, Pulcher Pomponius dwa razy
Dotknął
się palcem najdłuższym wielkiego8,
Jakby miał
chłopca wołać i rozkazy
Dawać -
lecz w geście tym było coś złego.
Syn Aleksandra słuchał
przez oblicze
Zofii - ciemne to może
wyrażenie,
Ale jedyne i
najmniej zwodnicze.
Zofia
słuchała jak przez uprzedzenie,
To jest,
przed końcem każdego periodu,
Co ma
nastąpić, wiedząc bez zachodu.
Florus,
nie widząc, by płynność się rwała
W
przemowie Pulchra, czekał z zaufaniem,
Aż
piękność treści wysłoni się cała
I nikt już
z nowym nie wstanie pytaniem.
Więc tylko
szeptał czasem: "Pulcher! chwała!"
- Mistrz
Artemidor w ciągu tej perory
Wszedł,
cichym ogół skinieniem powitał
I siadł,
tabliczek dobył i coś czytał -
Potem
rzekł:
"Inna,
mniemam, jest brać wzory,
A inna: wzór brać" - i
zamilkł.
Te słowa,
Dwulicej treści, ogół
zaniemiły
I stron przeciwnych uwagę zwróciły,
Jakby tam postać weszła Janusowa.
Co gdy Mistrz spostrzegł, zwracał
się ku pani,
Niby rozmowę chcąc przetworzyć
dla niej -
Gdy ta nie
słowem, lecz gestem zapyta,
Jako sentencja
niejasna się czyta? –
I było
cicho. - Mistrz rzekł: "Tenże samy,
Za przykład
wzięty, Aleksander jadał
Wieczerzę
leżąc - do obiadu siadał.
My, co na
różny sposób dziś jadamy,
Jakoż
powiemy? - ja siadłem, gość leży -
Ten i ów sposób
do wzoru należy -
I tak:
gdzie indziej żydowscy kapłani
Czynią,
iż najmniej mąż ów ich nie gani,
Przyjmują
nawet hołd od bohatera
Dla rzeczy,
którą prawda ich zawiera.
9
Jakkolwiek
powieść - powyżej wspomniana
Przez dorodnego mówcę a młodziana -
Prawdą jest - wzór więc siebie sam
zaciera?
Nie - Aleksander
rozliczne miał doby,
Acz tenże
samy w treści swej osoby.
Wzór przeto biorąc,
przedmiot się wykłada,
Gdy wzory
z siebie na przedmiot się składa.
- Wzór jest to
ogół przedmiotu, gdy wzory
Są to
usterki, przymioty lub pory,
Wzięte
tak czasem, iż cel się zaciera,
Bo wzór
się bierze, gdy wzory dobiera -
Jakoż
- młodzieniec, w wyrażeniu skory,
Słusznie
wniósł: "Bierzmy z Aleksandra wzory!"
- - - - -
-- - - - - -- - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
To
Artemidor gdy rzekł, cisza trwała,
Tylko
niekiedy Florus szepnął: "Chwała!"
Syn
Aleksandra zrozumiał sól rzeczy
I ile,
chwaląc. Mistrz tym bardziej przeczy,
Gdy Zofia
lekkim ku słudze skinieniem
Napełnić
czary kazała. - Po chwili
Chłopcy
dwaj z lirą weszli i z siedzeniem
Osobnym,
które cicho ustawili
I wyszli,
krokiem Kamillów10
mierzonym.
Zofia
powstała na pół z odniechceniem,
Na
poły z gestem dobrze obmyślonym,
I amiculę11 z ramion
odrzuciła
Idąc
- osobne zajęła siedzenie,
A
lirę do rąk wziąwszy, coś marzyła,
Na
nieumyślne strun patrzając drżenie.
- - - - -
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Po chwili
czoło wzniosła okazale,
Struny tym
silniej drasnąwszy iglicą,
I
jęła mówić: z początku niedbale,
Jak iskier
rzuty - dalej błyskawicą
Te tak
ciskane słów iskry wstawały,
Twarz
oświecały i nad czołem drżały.
IMPROWIZACJA
ZOFII
1
Czy z
Olimpu to ? - gdzie są abrysy świata -
Rzeczą
harmonijnej kłótni bogów,
Czyjś
upuszczony styl na ziemię z brzękiem zlata,
Śmiertelnych
dziwowisko progów? -
2
Nie styl,
nie - choćby Dedalów dzieło,
Nie
narzędzie kruche, pism iglica,
Lecz twój, o
Mistrzu, głos i co się zeń przejęło
W
myśl - i co krwią błysło na lica.
3
Bo inna pojąć
wzór i, cało-dźwięków tworu
W
poza-jawie słuchając, nad światy,
Samemu
kwiatem wzrość, ku prawdzie pierwowzoru,
A inna -
wieniec wić - lub rwać kwiaty - -
- - - - -
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
"Jak
ja -"
-
dodała wieszczka, kładąc lirę,
Głosem,
co echa nie miał, lub nieszczere,
Gdy strun
ostatnie dźwięki, coraz letsze,
Strofę
tę jeszcze powtarzały w wietrze:
"Bo
inna pojąć wzór - i cało-dźwięków-tworu
W
po-za-jawie słuchając, nad światy,
Samemu
kwiatem rość, ku prawdzie pierwowzoru,
A inna -
wieniec wić - lub rwać kwiaty - -"
-- - - - -
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Syn
Aleksandra, bardzo zadziwiony,
Patrzył
na Zofii postać, niepodobną
Do siebie
samej, gdy za nią te tony
Rzuconej
liry na ławę osobną
Odbrzękiwały
jeszcze w cztery strony,
A
postać wieszczki z nich rosnąć się zdała,
Jakoby z
kręgu fali poruszonej,
I
szła ku gościom, blednąc - przy tym drżała,
Lecz nie
przez dziewcząt obawę gołębią:
Raczej jak
drzewa, gdy wiatry je ziębią,
Jesieni
skrzydłem odmiatając w stronę
Liście
ich, co już żółte i czerwone.
Drżenie
zaś takie, że jest z wysilenia,
By drugim
swego udzielić natchnienia
I
podnieść masę słuchaczy ku sobie,
Szybko
się innym udziela, lecz czyni,
Że
podnieść mogła ich, o ile w grobie
Umiała
własnym pierw być jak mistrzyni.
Więc
spiesznie k'wieszczce nawrócili lica
Goście
- na sposób każdemu właściwy:
Pomponius
z gestem rzymskiego szlachcica;
Florus jak
człowiek, gdy chce pytać: "Czemu?" -
Lecz na
obecnych pierw pogląda lica;
Syn
Aleksandra, wieniec zdjąwszy z czoła,
Powoli
liście obrywał zielone,
Gdy
Artemidor-mistrz, w pośrodku koła
Stanąwszy,
pojrzał w tę i ową stronę,
Na
ramię potem rzucił płaszcza koniec
I już miał usta na wpół
otworzone,
By mówić, skoro zawołano:
"Goniec!"
Był to posłannik Maga - postać
chora,
Wchodząca krokiem wstępu i odwrotu,
A
włos mająca zlepiony od potu;
Ten
ręką z listem do Artemidora
Skinął
i pismo oddał - i znikł w sieni -
Gdy Mistrz
to czytał zwitek, to szedł w stronę -
A goście byli nieco zadziwieni,
Sięgając myślą w list i
za zasłonę.
Po chwili wszakże dawny spokój
wrócił -
Z nim przedmiot dawny czuć się
dał w rozmowie,
Więc Mistrz, ująwszy prawy
płaszcza koniec,
Na ramię lewe układnie
zarzucił,
Jak człowiek ufny, że dotrzyma w
słowie,
Gdy nagle głośniej obwołano:
"Goniec!"
- Gońcem tym liktor był z
cesarskiej świty,
Dzierżący kartę pisaną
czerwono12,
Stając, jak dobrze z marmuru wyryty
Mars lub gladiator z zwycięską
koroną -
Tak iż pomiędzy goście cisza
wiała,
Gdy
Artemidor brał list, chyląc czoło -
Florus sam
jeden poszepnąć chciał: "Chwała" -
Lecz usta
przyciął, patrząc naokoło;
A Aleksandra syn te rzeczy ważył
Jawnie - zaś jawniej o odejściu
marzył.
|