|
Noc
była - księżyc w przysionek otwarty
Szerokie
składał promienie, jak karty
Księgi,
z głęboką uwagą czytanej.
Cienie dwa wielkie, ucznia i rabbiego,
Z podłogi czołgać zdały
się na ściany,
Wśród takiej ciszy, w której i niczego
Zląkłby się człowiek
taką zdjęty ciszą,
Gdy - że już koniec brzmień -
myśli się słyszą;
Ta zaś, acz próżna, łamać
się zdawała
Sama, na pewne akordy i spadki
Rwąc się - i ducha ruch
wywoływała
Na słowo jakiejś sfinksowej
zagadki.
W przerwach tych uczeń Mistrza
śledził oko,
Poprawiał lampę, lub wzdychał
głęboko.
Mag po fenicku mówił do Barchoba,
Który, w podróżne zawity odzienie
U nóg mu siedział i, ramiona oba
Ku piersiom zgięte mając,
tkwił wejrzenie
W każdy ruch wargi starca, w oka
mgnienie.
"Przejezdną kartę i na statek
prawo
Wnijścia z cesarskiej woli się
otrzyma -
Jedziesz" - tu Barchob
błysnął okiem łzawo,
Co Mag zoczywszy dodał: "Tego
nie ma
Z postacią?" - "Nie ma!" - Barchob mu odpowie,
Stwierdzając krymkę
podróżną na głowie,
A potem lampy światełko czerwone
Krzepił strącaniem popiołu na
stronę -
Więc Mag znów rytmem, jaki się
używa,
By czas przeczekać natrętny
długością,
Mówił:
"Ten i ów rodzi się - a bywa:
Ci duchem - tamci zbliżeni są
kością,
A tamci głosu dźwiękiem - a ci
mieniem,
A owi jeszcze głębszą
wzajemnością
Bytów i onych spowinowaceniem.
- Zastępy z tego ciągle sprawowane
Że urastają w to, co Grek nazywa
Dramą, prawdziwe rzeczy
to i znane.
Lecz jest
szczęśliwa rzecz - jest nieszczęśliwa!"
Tu
westchnął - palcem poruszył siwiznę,
Tak ciągnąc dalej:
"Drama też, a drama -
Grek, a Rzymianin, a Żyd - nie taż
sama -
Zobaczysz jeszcze - będziesz miał
ojczyznę
W dłoni - ja, może,
skończyłem nad tobą -"
Tu Barchob czoło skłonił.
"Mnie zostanie,
Jak z wizerunkiem twym, zostać z
osobą,
Której odbyło się w
przyszłość skonanie -
Gdy ty siedm skrzydeł uniesiesz ode
mnie,
Bo
może jesteś ów - może - to chyba
Sprawdzi
mąż, który wszystkie odgadł ciemnie,
I - żem nie
zmylił się, powie Akiba.
1
Wtedy -"
Tu porwał
Barchoba za ramię,
Ale mu w
czoło wzierał tak głęboko,
Jakby pisane tam
dopatrzył znamię.
I spotkał
się mistrz z uczniem oko w oko,
Milcząc - -
- - - - - - - - - - - - -
Gdy nagle po
płaskich kamieniach
Podwórza szybkie
zabrzmiało stąpanie,
Rosnąc, a
dalej i w przysionku cieniach
Mąż
się pojawił nie nadspodziewanie.
Był to
bynajmniej posłannik ów z miasta,
Lecz - o dziw! -
był to Barchob - Barchob drugi,
Tak samo wiotki,
ni mąż, ni niewiasta,
Młodzian, a
z czołem pooranym w smugi!
Też same
oczy różowo-płomienne,
Znużone z
wierzchu i niby pół-senne
Wewnątrz,
orlemu podobne wzrokowi.
- Taż sama
młodość, sztucznie starta wiekiem
Skłamanym -
- obraz takowy widzowi
Zdawał
się dwoić tym samym człowiekiem
Tak - iż
domowy Barchob uczuł drżenie,
Gdy
postrzegł gościa tego, czy widzenie.
Jazon zaś -
zimno patrzył nań z tą siłą,
Z którą
ogląda rzeźbiarz dzieło swoje,
Tąż
samą formą odlewane w dwoje:
Co ? gdzie ?
udało się, lub odmieniło.
Uczniowi potem wskazawszy
przybysza:
"Oto -
rzekł - ten jest, który cię ucisza
I jako
płaszczem od ludzi zasłania.
- Za trzy
wigilie masz się ku Judei -
On tu czasowe
podejrzenia zgania -"
To rzekł -
tablicę wyjął z M.B.C.I.
Kościaną,
w głoski te bitą złocone,
Na piersi ucznia
zawieszając onę. 2
Wszystko to
szeptał Mag fenicką mową,
Gest równy
mając i twarz jednakową,
Tak iż z
daleka przybysz zatrzymany
Barchoba nawet
nie widział profilu,
Ile że
twarzą zwróceń był do ściany;
Przybysz w
oddali, jako innych tylu,
Czekał,
znak k'temu odebrawszy niemy,
Że gdy
ten wyjdzie, sami pomówiemy -
Mag uczył
dalej:
"Lista
tych, z którymi
Kiedybądźkolwiek
mówiłeś, zostanie -
Toć i on
Barchob! spotkawszy się z nimi,
Przez
stopniowane toż samo podanie
Utrzyma w
ciągu, a zerwie, to zerwie:
Tyś
może zorzy-synem3.
- Koniec z tobą;
Nie mojej
odtąd, jak mówią, Minerwie
Służysz
- z twą drugą zostać mi osobą;
Coć powie
wielki Akiba na górze,
To i ja
wyznam, usłucham, powtórzę -
Jam
cię nauczył tylko abecadła
I wiesz,
jak która wzrosła treść lub padła."
Tu -
już po rzymsku - mówić począł głośniej:
"Rzym
śni - jak wielki mąż - śni - i dośni
Potężny
geniusz! –
Romulus,
na wszczęciu
Praw,
rzuca zaraz ojczyste puklerze4
I już
wybiera jak mąż, acz w dziecięciu;
Argijskie woli
tarcze i te bierze,
Które też
szersze są ku zasłonięciu.
Łuczniki
rzymskie zazwyczaj są z Krety,
Okręty - z
Rodu, do pchnięcia sztylety
Na miecze Galów
praktycznie się mieni;
Z Etrurii teatr,
z Grecji bogów lica -
Bogów - których
się ratuje z płomieni,
By nie zginęła
sztuka - ta - dziewica!" 5
- Tu Mag,
splunąwszy głośno, dalej rzecze:
"No -
filozofia także, także nieco
Kwitnie! -
Greccy to stoicy jej świecą,
Ku piersiom
uczniów zawracając miecze.
6
Prawo? -
przypomnij, proszę, samo prawo:
To nie w
dziesięciu wierszykach spisane
Krótkich,
że mógłbyś ręką je wziąść prawą
I w torbę
schować lub przybić na ścianę. 7
To
ksiąg folianty, to biblijoteki
Takie,
że gdyby barbarzyniec który
Tybrowi
oddał je licznymi wory,
Skąpałby
miasto przez sam wylew rzeki!
Zaiste
szczęsny, komu się udało
Widzieć
wszechświata i państwa stolicę -
Lecz - gdzież
jesteśmy? - -"
Domówił
to z siłą
I
wielką rzucił okiem błyskawicę,
Wstając,
a potem z powszednim spokojem
Rzekł:
"Oto jeszcze chwilę razem stojem" -
I
rękę kładąc uczniowi na czoło,
Które do
kolan biegło jakby wagą;
"Idźże"
- domówił i, patrząc wokoło
Ze
zwykłą ciszą, ze zwykłą powagą,
Wyszedł
- przez ramię dorzucając słowo:
"Posłańca
spotkasz z kartą przejazdową -
Twoje
zaś, gościu, jutro się rozpocznie,
Zowiesz się
Barchob - wiem - niech Barchob spocznie."
- - - - - - - -
- - -- - - - - - - -
Ten raźno
wyszedł, owy, toż do siebie
Wziąwszy, z
podróżnym wychodził tłomokiem.
A po północy było już na
niebie,
Przez księżyc obłok
sunął za obłokiem.
Coraz to wietrzniej i mniej uroczyście,
Mdławo i piersiom duszno jak na
burzę -
Ze ścieżek suche podfruwały
liście,
Lub szeleściły, kładąc
się przy murze.
Wiatr, bez kierunku, tu, tam nagle
rwący,
Suchymi w parów pryskał
gałęziami,
I znowu
ciszy moment, acz niknący,
Wracał,
i znowu wiatr miótł obłokami,
Wierzchami
sosen obracał leniwo,
Księżyca
promień chmurą łamał krzywą -
Widnokrąg
cały zaciemniał się nieraz,
Błyskawicami
migocąc od spodu,
Tak
że wciąż myśleć mógłbyś: "Oto teraz
Uderzy
piorun."
Barchob
nasz z ogrodu
Wyszedł,
do miasta kwapiąc się ulicą.
Co
czuł? - wysłowić tego niepodobna:
Ogromna
przyszłość, rzeczywistość drobna -
Żar - bo nie zapał
- żaglem, trud - kotwicą;
Powrót po
latach trzech nauk Jazona,
Judei w
dali miasteczka błękitne,
I mrok - i
znowu otchłań rozwidniona.
Myśli,
niepewne kształtem, treścią szczytne -
Rzym pod
nogami, ile razy jeszcze
Magowe
słowa o nim pomnił wieszcze,
Co
całą państwa sił architekturę
Porozsnuwały
mu w myśli, jak górę
W teatrom
z płótna rozsuniesz klejoną,
Szczyt
jedną wiodąc, a spód drugą stroną.
To
zwłaszcza śmiech mu do warg przyzywało,
Jak
zakazany owoc - albo w mocy
Stawiło
takiej, że miotałby skałą -
Gdy -
nagle strażnik, bram strzegący w nocy,
Krzyknąwszy
właśnie, przeraził go nieco.
- - - - -
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Tak to nie
wszędzie równie gwiazdy świecą! -
|