|
W czas,
gdy firmament ciemnosafirowy
Wielością
jasnych gwiazd oczy zawraca,
A
cały urok nocy południowej
Łagodzi
zmysły - iż pamięć ukraca,
W
obecność jakąś przenosząc nieznaną
Myśl,
wrażeniami za dnia pomiataną,
Lub daje
wiary chwilę, przez znużenie,
Nawet
zbrodniarzom, w kajdanach wilgotnych,
Że -
jeśli nie kres - rytm ma ich cierpienie,
Samotność
że ma swoich współ-samotnych.
W czas
periodycznej ciszy, której mowa
Utula
trzeźwych, niepoczciwych zwodzi,
Zastaje w domu,
albo nie znachodzi,
Na drzwiach im
rosą pisząc zimne słowa,
I
dłoń, przed świtem klamki szukającą,
Omywa czasem z
krwi - lub krzepi drżącą.
W czas
tajemniczej bladości księżyca
Syn Aleksandra
wrócił do gospody -
Jak
światło, co mu olśniło jagody,
Takie wejrzenie
tęskne miał - i lica
Pełne
takiego bezmiaru pogody,
Co, przez
głębokość swą, że jest wątpliwy,
Mniemasz - lub
śmiało zwątpiłbyś, czy żywy? -
Zwątpienia
czczość mu serce rozłożyła,
I
ciężar siebie poczuł, nieprzytomny
Po świecie
idąc, co, choć ślepa bryła
I
bez-zmysłowa, i taki ogromny,
Nie traci
przecież ciężkości swej środka:
Równo się
toczy, choć kometę spotka.
A on - na onym
ogromie malutki -
Chromiał,
że mdłe go wy drożyły smutki!
Więc niby
mówiąc: "Czczo mi" - do gospody
Wszedł - - Woniejące
wraz mu na twarz chłody -
Jakoby
chustę pot ocierającą
Rzucając -
dziwnie bardzo otrzeźwiły -
I mimowolnie
wspomniał twarz cierpiącą
Gwida - gdy
tak go odchodziły siły
Przed twardym
sądem ludzi bez sumienia;
Lecz te,
uboczne, pierzchły wraz wspomnienia -
Ciekawszym
było, skąd kwiaty? dla kogo? -
Lub jaką
weszły do mieszkania drogą?
Ciekawość
wszakże skoro już zgadywa,
Przestaje
sobą być i, chociaż nie wie,
Że
zgadła, wszakże myśleń ciąg urywa,
Lub, dalej
idąc, siebie nadużywa -
I taki czyni
zamęt, jaki w śpiewie
Przez rytmu
zbytek, przez nadmiar periodu,
Czyni się -
pisząc spiesznie, lub za młodu.
Chwilę
więc myśląc: "od kogo są kwiaty?" -
Już
miał zapomnieć syn Aleksandrowy,
Od kogo ulga
przez ich aromaty
Do ociernionej
ludziom wnika głowy;
Tak - rzeczywistość
niewdzięczna jest treści,
Lubo z niej
żyje przez to, że ją mieści –
To zaś -
dopóki człek wywikłać może,
Niepodobieństwo,
by szczerze narzekał;
Chyba już
takiej niewoli doczekał,
Iż chwili
nie ma - by pomyśleć: "Boże!" -
I
zastanowić się: gdzie prawda szczera? -
Gdzie
zaś to, co ją jawi i zawiera,
Pozornie
sprzeczne, choć wierne - litera.
Balsam to
wszakże, wówczas tyle skryty,
Ile
pomijan dziś, lub nadużyty -
Ból
zaś młodzieńca - och! - mniej zrozumiały,
Niźli
dzisiejsza bywać może boleść:
Siły
go z progów rodzimych wyrwały,
Te, co
dziś o nich prawi ledwo powieść -
Sierota
wprawdzie - lecz któż swoich nie ma! -
W
świat poszedł szukać prawdy i mądrości.
Dziś
już nie chadza się tak za obiema
Razem - ni pragnie
się ich - ni zazdrości -
Jak to bywało
w onych czasach dawnych,
Dla
myśli jednej, od sławnych do sławnych,
Z Grecji
pod cienie piramid trójkątne
Idąc
- do Grecji z Chin1, w
głuchym milczeniu
Na
głośne lekcje, na szepty pokątne,
Na inicjacje i ciemne, i w cieniu.
Jakoż
te trudy a radości one
Nie znane
już są po dawnym imieniu,
Zaniewiedziane
albo przemienione.
- Że
jednak Władca, będąc doskonały,
W
zniszczeniu nawet ocala i tworzy,
Więc
wszystkie rzeczy są, które bywały,
Acz w tryb
ujęte coraz więcej Boży -
Jeśli
więc one sztuki czy boleści
Trwają
- to inna je sfera dziś mieści.
Energie bowiem wszystkie Pan
ocala -
Stworzeniem jego
będąc znakomitym;
Tylko usterka
ich sama się zwala
Najściślej
słusznym sądem, nieodbitym -
Ale też
same dzielności uczucie,
Co
Aleksander lub Annibal miewał,
Trwa - w
prostodiwszej, w doskonalszej nucie,
Iż je
ból z czasem wytworniej dośpiewał.
- Taż
sama prawdy radość Sokratowa
Gdzie
indziej dziś jest - ale jest - i nowa!
Pan bowiem jest i Mistrz
- a rzekłbym: prawie
I
uczeń - trud tu równy już zabawie -
I stąd
jest owa niespożyta dzielność
Łaski
- i stąd jest w śmierci - nieśmiertelność.
Z Epiru
młodzian, wśród czasowych mętów
Zawiei,
mroku pełnej i łyskania,
Nie
znał był jeszcze onych dyjamentów,
Co do
kolebek dżdżą dziś przez podania -
Nad
piersią matki paciorkami wiszą,
U nianiek
nawet uszów się kołyszą -
I pod
dziecięcia ochrzczonego stopy
Że
położyły się raz jako snopy,
Urasta z
czasem człek do tyła dziki,
Iż
nogą depcze zbłoconą te skarby,
Co
mędrce w pocie, we krwi męczenniki
Powykreślali i ubrali w farby –
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
- - -
Acz - może w zamian - może,
mówię, nie ma
Dziś onych zbójców podłych i
leniwych,
Co nieraz mędrca rękoma obiema
Rwali - co skrycie pytajników krzywych
Jakoby haków wręcz tak używali -
By wiedzy dostać bez własnego
trudu -
Aż się i kości nieraz
doszukali,
Aż domacali się pod
kością - cudu.
- Wśród sępów takich z dziobami
krzywemi,
Na urągowisk szczudła podniesiony,
Niejeden stawał, nie tykając ziemi,
Wszech-skrytykowan
i wszech-opuszczony:
Konając w sobie z pragnienia i
głodu,
Współcześnie plwany i
współcześnie czczony,
Jak na pal wbity na dumę narodu. 2
- Ci zaś, co prawd mu z serca dobywali,
By wiedzy dostać, nie spociwszy
czoła,
Nie znali,
biedni - ach! - że kryształ soli
Każdy ma
prawa swe - i Archanioła,
Co mu
pogwałcić tych praw nie pozwoli. 3
Tych zbójców
ducha, tych sępów próżności
Była to
właśnie jedna z pór - skąd jedni
Nie dopuszczali
do poufałości,
Drudzy się
w cieniu kryli, będąc biedni,
Innych raz po raz na plac wyciągano,
Wieńczono, plwano i zapominano.
- Lecz nikt całości tej tak cichej
sprawy,
Krwią coraz więcej pijanej, nie
baczył:
Księżyc ją tylko
oświecał bladawy,
Czas tylko zgony na klepsydrze znaczył -
Cichoście4 tylko po zgonów odstępach
Raz wraz jak nieme czaty przechodziły;
Krwi tylko czasem plameczka na sępach
Lśniła - gdzieniegdzie lampy
się paliły
Gliniane, biedne - oświecając karty
Pism, lica zwiędłe, przy nich
płaszcz wytarty.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
- - - - - - - -
Takie bez-barwne, bez-plastyczne tyle
Pobojowiska! - takie Termopile! -
Któż mógł odgadnąć? czyj
wzrok mógł dośledzić
I jakie serce przeniknąć te bole?
Których nie dotknąć, ani
wypowiedzieć,
Ani okrzyczeć i wywieść na
pole
Teatru - w trąby pozłacane
trąbiąc -
Wskazując gestem, w cymbał
laską rąbiąc?!
5
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
- - - - - - - - -
Zwłaszcza iż żywot, tak ze
wszech miar party,
Stawał ci nieraz jako księga
spsuta,
Rozwietrzająca przed oczyma karty,
Tak że cień ledwo zostawał i nuta,
I nuty
echo. - I bywał jakoby
Powietrza
upust z płuc, pod nogą groby -
Czczość,
jakby tchnienie ci wpierw rozebrano,
Niż
mogłeś westchnąć podnosząc się rano.
A
któż podzielić i dostrzec mógł bolę
Nie widne
jako półmisek na stole? 6
- -
- - - - -
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Chybaby
pierwej wszystkimi żywoty
Najboleśniejszej
treści i istoty
Jako
ostatni wygnaniec na świecie
Żył
- a miał pierwsze prawo na planecie! -
A był
zniweczon tyle, ile w sobie
Wszech-pacierz
całej tej tragedii skupił;
I
nad-człowiekiem był w człeka osobie,
I tak
zmordować dał się -
I
odkupił -
Kobiety
może serce by to zgadło,
Ta jednak
wówczas była jeszcze niczem:
Dla
wielożeństwa nie istniało stadło,
A która
żyła sama - była biczem
Przelatującym
od ręki do ręki,
By ogniem
chłostać, pociągając wdzięki -
Ubogi nie miał i takiej - bo droga!
Najpowabniejsze - z góry zapłacone.
Mędrzec niewiastę, co go jak raroga
Nie pojmowała, odsuwając w
stronę,
Pozostawały, jak ulga a rada:
Traf wyjątkowy - stoicyzm - i szpada!
Syn Aleksandra przezierał to w sobie,
Gdy wonie
kwiatów skronie mu oblały,
Jak
posągowi na samotnym grobie -
Więc bardzo
czuł się osobny i - cały.
- I
począł Zofii odnawiać wspomnienie,
Pieśń
za śpiewaczki przyjmując sumienie,
Lirę za postać - i z tej dwoistości
Silił się jedność
utworzyć - na próżno!
Rozdwajała się w ręku, bez
litości,
Na pieśń i postać, jak z dniem
ciemność różną!
I czuł - że kłamać
począł, acz niewinnie.
I czuł - że działać
począł dobroczynnie -
I umęczył się bardzo tą
robotą
Bez-narzędziową –
I wstał - kosz wziął w
ręce,
Na łoże sypnął nim, z
ową pustotą
Niezgrabną, którą gesta
niemowlęce
Psują rzecz, cale nie troszcząc
się o to –
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
- - - -
Lampa u schyłku promień niosła
drżący -
On legł na kwiatów stos, jak
człowiek śpiący.
|