|
Jak przez czasowe
gdy kto wieczne słyszy
I
folgę daje obecności gwarnej,
Bacząc,
czy odgadł, gdzie jest? - bacząc w ciszy,
Której
treść wielka, lubo pozór marny -
I
próżen rzeczy znikomych kwapienia
Próbuje
tylko, ile mu jest dano
I wolno
swego uchylić sumienia
Za cyrk,
gdzie jeszcze walk nie dokonano:
Tak Jazon,
wieścią choroby okryty,
Samotnie
wschody liczył i zachody -
To przed
domostwem siadując jak wryty,
Niewiele
baczny na wieczorne chłody,
To od
przysionka przechodząc wzdłuż sali,
Gdzie drży fontanna i lampa się
pali.
Zamorskich mężów mniej już
zachodziło
Do drzwi Magowych pukać i przed domem
Czuwać - i jakby się coś
dokończyło
W teatrum,
pierwej co chwila ruchomem -
Znikli. - A jeśli poranił kto osoby
Do
tyła ciche, to gdy sam był w stanie
Uciszyć
niemniej własny zmysł i doby,
Która
się raczej miała na wezbranie -
I
obfitością trafów, mniemań, wieści
Radziła,
owszem, wybiegać poza nie
I
szukać, czego szuka się w boleści
Krzykiem,
lub czego myśl pożąda w czasie,
Lecz co
jedynie w duchu spotyka się - -
Więc,
co pierw było, skryte jest zasłoną
Pewniejszą,
niżby z głazów ją robiono,
Zdziwienia
nawet nie zostawującą,
Jak nie
zostawia zdziwienia na świecie,
Że
starzec umarł - zrodziło się dziecię.
Przechadzkę
swoją po izbie, niechcącą,
Prowadził
starzec krokami równemi,
Gdy w
drzwiach otwartych stanął mąż nieznany,
Bosy -
że Jazon podniósł wzrok od ziemi,
Spotkawszy
nogę obcą mu u ściany -
Tak
już był przywykł ufać, iż nie inny
Kto ? jeno
Barchob u niego gościnny.
Mąż
że z daleka szedł, że w Rzymie świeży,
Po samej
łyżce z cytymskiego drzewa1,
U pasa
jego wiszącej, z odzieży
Także
poznałbyś. - "Akiba się miewa
Dobrze - odgadłeś
Gwiazdę i jej syna -
Krew
już płynęła - ta jest ma nowina."
- Jazon
ramiona wzniósł - uścisnął potem
Przychodnia,
pierwej wysłuchawszy mowy,
Jakby
odległym jawiła się grzmotem -
I
zaczerwienił się w sposób niezdrowy,
I zbladł - i rękę otarł
jedne drugą -
I rzekł: "Spoczniemy - dziś -
potem na długo
Spoczniemy - może" - i siadał
wygodniej,
Niż
to zwykł czynić sam - a ręki gestem
Wskazywał,
by toż zrobił mąż przychodni.
I siedli -
Jazon rzekł: "Słuchaczem jestem,
Mów - a
spokojnie - bez zdawania rzeczy,
Co
już obyło się w poselskich słowach -
Jak
odpasanych brzęk coś mówi mieczy,
Kiedy
zatyka się je w łoża głowach.
Tak mów,
bym czasu, powietrza i ziemi
Używał
z ciebie oddechami memi."
To
mówiąc, rękę kładł na męża ramię,
Skrzydłami
nosa robiąc jak człek młody
I
poprawując nieuważnie brody:
"Mów
- Posłannika jak zgadnięto znamię? -
Wielu ma z
sobą?"
"Set
było niewiele
Konnych, co zwie
się Machabejska jazda,
Piechoty
tysiąc, lecz dziś, rzekłbym śmiele,
Dwa razy tyle
wiedzie za się Gwiazda
Po drogach
tkanych w gałązki zielone -
Bareochebas!- wątła
wprawdzie świeca,
Kiedy się
jawił - ta, rzekłbyś, dziewica -
Pacholę,
rzekłbyś, mało doświadczone -"
"Zmężniał"-
podpowie Jazon. 2
"Rudo-grzywy!
-
Przychodzień
rzecze -ku Jaboku stronie, 3
Ku Dekapolis,
gdy grano w cięciwy,
Zakłuto pod
nim numidzkie dwa konie.
Trzydziestu za
to wraz na placu kładzie
Z pancernej
jazdy rzymskiej co najlepszej -
I nie ma-ż w sobie dorównywać
szpadzie
I nie ma-ż od swej chorągwi
być krzepszy? -
Zwłaszcza, że nie swój, ale prawie owy
Pierwszy obyczaj Machabeuszowy
Trzyma - we skrzydła dwa robiąc
konnicą,
Łucznik! środkiem: a sam na
kształt głowy,
Z ogromną ręką prawą,
też z lewicą -
Z obiema zaraz po modlitwie wszczyna
Pieśń - a z trąb niźli
się odleje ślina,
To krew się pierwej na toż miejsce
rzuca,
Iż jest przeklęta krew - krew
poganina!"
To rzekłszy, ziemię bosą
zatarł nogą -
Gdy Jazon pojrzał naokoło - potem
Wstał - wyszedł - Barchob że
nadchodził drogą,
K'niemu mistrz płaszcza połą
jak namiotem
Wionął i gestem rzucił
polecenie,
I jako pierwej siadł - było
milczenie.
Po chwili weszło pacholę
służebne,
Miednicę stawiać z płóciennym
ręcznikiem,
Toż sprzęty obce, do uczty
potrzebne:
Drewnianą konew z winem, konew z
mlekiem,
Stół, jakich w Rzymie nie ma, arfę
złotą,
Schowaną w kaptur z sydońskiej
purpury -
I piasek, którym sypało z ochotą
Na różnobarwne posadzki marmury,
Gałązki przy tym mając
oliwnemi
Tak odmienioną powierzchowność
ziemi.
Wyszło - szeroki słońca
promień z góry
W fontannę upadł, prysnął
o marmury
I tęczę wywiódł sztuczną,
co na ścianie
Szukała przyleć jako malowanie,
Gdy Jazon, włosy zarzuciwszy białe,
Do nóg przychodnia miał się. -
"Być nie może! -
Zawoła pielgrzym - a - broń-że
mię. Boże!" -
I począł nogi swe
okrzemieniałe
Cofać i ramię odsuwał Magowe -
Czego Mistrz prawdę nareszcie poznawszy,
Usunął ręce, siwą
otrząsł głowę
I prawie rozśmiał się jak
dziecko - żwawszy - -
A potem, z dziwnym na twarzy wyrazem,
Ku arfie poszedł czerwono okrytej,
Mówiąc: "Gdyby się serce
stało głazem,
Miałoby taki kształt!" - i
pojrzał w szczyty
Domostwa, rękę wyciągając
prawą,
Jak gdy kto burzy nadchodzącej
słucha.
Usta mu barwą zabiegły
bladawą,
Cichość się więcej
uczyniła głucha -
Przychodzień nie śmiał kropli
zwiać w miednicę
I, zamiast nogi swe, ocierał lice,
Tając, że tai łzę,
płacz tającemu:
Tak wzajem bali się pytania: "Czemu?"
- Ciszę tę świętą
przerwał głos od dworu
Zabiegający, wyraźny głos
sporu
Między Barchobem a gośćmi -
głos, który
Cichł i podnosił się, i
milkł w parowie,
Dwojakiej, zda się, płci albo
natury,
Głos, jaki w serio tragediach faunowie
Mogliby jedni wywtórzyć na fletni,
Lub w czasie smutnym ludzie nieszlachetni.
- Jakoż Pomponius był to z swą
przebraną
Elektrą - - Barchob ostatnie rzekł
słowo,
I słychać było, że
się drzwi ze ścianą
Zwarły, aż młotek uderzył
na nowo - -
- - - - - - - - - - - - - - - -- - - - - - -
- - - - -
"Oto - Mistrz rzecze - masz ich - to -
Rzymianie!
Pompejuszowi wnukowie - któremu
Macicę winną ze złota4 na ścianie
Zawiesił Judzki król lat nieco temu
-"
I dodał: "Z chwili samego wyboru
Czy nie odgadłbyś fasces i
topom?
- O! ty, co, zamiast głupiej krwi
bydlęcej,
Antyjochowych zbiłeś pięć
tysięcy,
A powracając do Jeruzalemy,
Zastałeś kościół
chwastami zarosły,
Niemy - i ołtarz mchem zarosły,
niemy,
I drzwi spalone w żużel - gdzie
się osły
Tarzały podłe - ty5
jesteś tu blisko -
Czuję cię przez łzę i
urągowisko!"
"Uszczknijmyż nieco i w jego
radości -
Przychodzień rzecze - a jako dni
osiem
Postanowił-był, osiem dni
światłości, 6
Tak osiem godzin
niech wesele znosim -
Znosim! - bo rzecz jest
niecała - i krwawa - "
K'czemu
siadając Mag rzekł: "Owo strawa,
Na jaką
stać mię" - i chleb począł łamać,
Ale
solenność odeń odchodziła,
Jak gdy
natchnieniu kto dozwolił skłamać,
Niemocen
doprząść tymże samym tonem
Treści, co
albo zupełnie wątpliwa,
Albo
wątpliwość stracić ma za zgonem -
I chociaż
szczera jest, kłamie, bo żywa.
Tak bowiem swego
Mag Barchoebasa
Za czekanego
uważał Mesjasa,
I wielbił prawdę
- lecz przez opóźnione
Złudzenie,
jako przy zachodzie słońca
Podziwiasz
nieraz za dnia pominione
Okolic
wdzięki - iż bliskie są końca! –
- - - - - - - -
- - - - - - - - - - - - - - - - - -
Skoro baranka
napoczynać mieli,
Barchob z
podrzędnym usiadł pacholęciem
I jedli
służąc, słuchając z zajęciem
Rozmów, jakoby
onych treść wiedzieli.
Skąd chwile
były tego zapomnienia,
W których "gdzie"
znika, a myśl ze wspomnienia
Obecność
tworzy - chwile przywołania
Przeszłości
w jawność, lub czasu przyszłego,
Który się
jeszcze oku nie odsłania:
Coś
przynoszące upajającego
Przez oderwanie
się od współczesności,
Boskości nieco mające i
czczości.
Chwile, co dają
nieśmiertelność tchnieniem,
Uobecniając treści niedotkliwe,
A niepokoją wewnętrznie sumieniem,
Szepcąc: że nikłe są -
że nad-prawdziwe - -
Więc, takie
wina popiwszy kielichem,
Godzisz się
wreszcie z myślą, żeś jest lichym -
Nie,
iżbyś szukał zniżenia się w zwierzę,
Lecz że,
nie będąc duchem, twierdzisz: "Wierzę!" -
A
twierdząc, konasz rozumem doczesnym,
Stając
się wiecznym, ileś nad-spółczesnym.
Tak ludziom na
śmierć idącym się daje
Puchar7
- i w innych też chwilach solennych
Stwierdzają
prawdę oną obyczaje
Ludów
bynajmniej sobie nieościennych.
Właśnie
tak Jazon kielich wzniósł - gdy z dworu
Stuk młotka
zabrzmiał, a potem ten samy -
Lecz już
jak cięcie obuchem toporu.
A dalej
poświst zawias, co od bramy
Wypartej
darły się wstęgą brązową,
I tupot
skorych nóg zmieszany z mową - -
Mistrz
wstał, lecz w chwili, gdy miał się ku sieni,
Liktorów
weszło dwóch i znaczna rota -
Co
widząc: "Bądźcie albo pozdrowieni -
Rzekł
- albo niecnie zmyliliście wrota.
Cesarz-że
pisze do mnie?" - Liktor na to
Pierwszy:
"Litera, którą trzymam, złota,
Mówi,
że skazan jesteś na wygnanie,
Ty -
filozofy - tudzież chrześcijanie." 8
Co
rzekłszy, zaciąg czynił straży zbrojnej,
W
przysionku stawiać szepczących żołnierzy,
Jak
człowiek, swoje gdy pełni, spokojny
I zimny -
pełni to, co się należy -
A łatwość w tym ma utrzymania
rzeczy,
Iż sam nie
wątpi i nic mu nie przeczy.
"Kończmy!"
- rzekł Jazon i puchar wychyli!,
Ale ust nieco kielichem
omylił
I - do setnika
palec niosąc - rzecze:
"Kajus9
- posłuchaj, służebny człowiecze -
Cezar,
czterykroć zwań Imperatorem -
Pierwszy raz
Konsul - także Dyktatorem
Nazwany
wiecznym, księciu Hirkanowi
W umowie
głównej głosi i stanowi:
Iż, skoro
posły żydowskie przybędą,
Z senatorami
na igrzyskach siędą
Patrzeć,
jak rzymski chłop się w cyrku bije.
A gdy
zaniosą skargę do senatu,
Tedy - jeżeli Rzym
trwa, Cezar żyje
I, jak panować ma, panuje światu -
Dnia dziesiątego po listów
złożeniu
Dyktator, albo pułkownik konnicy,
U Żydów onych stanąwszy w
przedsieniu,
Zapyta, czyli chcą z nim
iść lennicy -
Rzym-że trwa jeszcze ? Cezar jak
się miewa?" -
To mówiąc, kaszlać począł
nieprzytomnie,
I chwytał łyżkę z
cytymskiego drzewa,
I obracał ją w ręku - -
"Ile do mnie
Rzecz ta należy? - zawoła
przychodzień -
Jam nieznajomy gość tu - wam
zaś - zbrodzień!
Jam jest z powstańców mąż -
obcy Magowi.
Czyńcież, co czynić macie -
czyńcie zdrowi."
Mistrz Jazon, słowa te
słysząc, wzniósł rękę
I popychany żołnierstwa poskokiem,
Wołał: "Coś w wietrze
czuję - jakby mękę
Człowieka - krzyże - pod
ciężkim obłokiem,
Przy Jeruzalem - na Trupich-Głów
Górze" -
I padł, po piaskiem zasłanym
marmurze
Skroniami miecąc gałązki
oliwne,
Co zdały mu się uwieńczać
siwiznę.
|