|
W
podróżnym płaszczu, z ogoloną głową1,
Jako
niewolnik lub człowiek ubogi,
Mistrz
Artemidor wchodził w Zofii progi,
Postawę
nie swą mając, raczej ową,
W
którą się rzeźbiarz stroi, kiedy bogi
Przedstawiać
każą mu śmiertelni ludzie,
Hojni
dość, nie dość rozmyślni o cudzie.
Zofia
kończyła właśnie swą rozmowę
Z
posłańcem, który miał doń list, a leki
I kwiaty z
willi przyniósł niedalekiej,
- Od
Pomponiusa list, rzeczy nienowe
Powiadający,
tym szczególny w sobie,
Że
zdał się innej należeć osobie -
I nic o lekach
nie mówił od Maga.
Rzuciła go
więc, rzekłszy: "Nieuwaga!" -
Skinieniem
słudze dając pożegnanie,
Gdy Artemidor
siadł i, jak w koronie
Król, za
majestat swój mając wygnanie,
Mierzonym
głosem, te jej mówił słowa:
"Bądź
zdrowa! - więcej niż kiedy, bądź zdrowa!
Wybrzeża
Galii2 dzikiej niezadługo
Przyjdzie mi oczy oglądać
tęsknemi,
"Rzymie! –wołając - sławo
i zasługo!
Zniknijcie - ziemio, wracaj się do
ziemi!
Laury! suchymi rozmiećcie się
pyły" -
Brak środków dwakroć uolbrzymia
siły."
To rzekł - lecz, jakby mówił to
już pierwej,
Nie dawał uczuć, aby krócił
żale,
Lub poruszone uspokajał nerwy -
Swobodny, owszem, i przytomny wcale,
Nim Zofia z swym się współczuciem
ozwała,
Kwiatami począł bawić się
niedbale,
Każąc, by leków swych nie
przerywała,
Solennie
nagląc, by nie był natrętny,
By napój
wzięła zbawienny, acz mętny -
Co
też doraźne dało porównanie,
Iż
nie mniej gorzkie, a przyjął - wygnanie! –
Więc
Zofia, leżąc, rękę mu podawszy,
Chyliła
do ust maleńką amforę,
Rumieniec
mając coraz to jaskrawszy,
Jak gdy
weselą się osoby chore.
I obraz to
był zaprawdę ciekawy:
Wygnańca,
gdy się z ręką tej kobiety
Leżącej
bawił, wzrok mając bez-łzawy,
Lecz
nieobecny, poza miejsce wryty –
I tej, z
rumieńcem swoim chorobliwym,
Nadobnej,
co mu rękę swą podała -
Leżąc
pomiędzy człekiem nieszczęśliwym
A
lirą, która z drugiej strony stała -
Pijąc
coś, wzrokiem iskrząc, piersi drganiem
Coraz to
silniej odrzucając szaty - -
Obraz, nie
wiedzieć czyim pożegnaniem
Napiętnowany,
zwłaszcza że tuż kwiaty
I list
rzucony najniedbalej leżał;
Jakby tam
przeszedł jeden z onych smutków,
Co do
nikogo z ludzi nie należał -
Ani
należał komu - owoc skutków! –
Po chwili, puste rzucając naczynie,
Ścisnęła ręką
dłoń Artemidora
I przechyliła k'niemu blade skronie,
Mówiąc coś, jakby osoba nie chora,
Lecz jak się dzieci bawią w swej
pościeli -
Rękoma włosy zgarniając na
oczy
Z kwileniem płaczu, to znowu weselej
Do rozpierzchniętych gadając
warkoczy,
Jak gdy kto z żywym bawi się
stworzeniem - .
"Bądź zdrów!" -
wołając, i znowu: "Bądź zdrowa!"
"Liry mi z sobą nie unieś, bo
jęknie -
Podsłyszą szpiegi, co się w
lirze chowa,
Rozbiją na krzyż, że każda
z strun pęknie,
Spadkami pękań tych wyrzekłszy
słowa
Wszystkiego - co jest na świecie
coś warte -
A ludzie patrzeć będą, jak ta
mowa
Odleci w lazur, pierś mając
rozdarte,
I jeszcze o drachm założą
się parę,
Czy też do Grecji szczątki jej
dolecą?-
- - - - - - - -- - - - - - -
Och! tak jest - mówię ci - kolosy stare,
Z gajów swych cicho wyzierając,
lecą -
Orfeusz, Homer! - Patrz - "
I wskazywała
Palcem w zasłony cienie purpurowe:
"Sokrat - z motylem czy liściem na
czole -
Pokazuje mi coś3 - amforka
mała -
A taki
wielki świat! - tak wielkie bolę! -
I
śmierć - sen - sen - śmierć - - "
I
skonała -
"Och!
niźli pójdę precz - wygnaniec rzecze -
Trzebaż
mi było ostatnią z Hellady
Pożegnać
pierwej? - Eheu! - nie miecze,
Lecz
poniewierka już a skryte jady
Narodu
resztom następują w ślady!"
- Co
że zawołał głosem rozpaczliwym,
Służebne
wbiegły, Egipcjanka z niemi,
I
rozpoczęły nad ciałem nieżywym
Szlochać
- list, flaszkę, kwiaty brały z ziemi -
Noc
nadchodziła: sąsiednie osoby
Wchadzały,
mimo niegościnnej doby.
Pochodni kilka, tam i owdzie - długo
Noszono - szepcząc, gdy Mistrz, w swej
opończy
Wytartej, stał się pogrzebowym
sługą:
Przyjaźnią, prawdą i bólem
okryty,
Nie myśląc, jak z nim pocznie
wieść i skończy -
Wygnania nawet zapomniał - łez
syty.
|