|
Poza murami, poza czerwonemi,
Wokoło wzgórza sypanego z ziemi,
Jako gdy ogień wzniecają pastuchy,
Ludzie się jacyś krzątali -
czy duchy? –
Gdy wiatr jesienny, idąc po Kampanii,
Skrzydłami swymi stos poddymał
suchy
I słowa imał śpiewanej
litanii,
Smutki swe
do nich mieszając stepowe -
Dym
zwijał w kłęby, albo zażegnięte
Porywał
z stosu wieńce cyprysowe,
Okrągłe
- ciskał dalej, rozwinięte -
Bursztynowymi
polewan aromy,
Palił
się stos ów czworobocznie stromy,
A grupy
ludzi odeń aż ku bramie
W
zbliżeniach różnych stały. Było rano,
Chłodno
- -
Mąż
jakiś, obrzucając ramię
Gęstymi
płaszcza fałdami, za ścianą
Appijskiej
bramy, w którą właśnie bigi
Wchodziły,
szepnął ku towarzyszowi:
"Niedługo
konne zaczną się wyścigi -
Jezdnych."
1 - Co ledwo skończył, ludzie nowi
Od miasta
cwałem ku bramie zdążali.
Jeden z
nich łowczym był cesarskiej świty;
Drugi,
jakkolwiek wpół twarzy zakryty
Od strony,
gdzie się stos na wzgórzu pali,
Dawał
się po swej poznać wykwintności,
Że
był Pomponius - "Fatum nam zazdrości
W wyścigach - oto stos i trup na
stosie" -
Łowczy rzekł. - "Fatum,
wstrętne filozofii,
Hippice za cóż ma uwłaczać w
losie?" -
"Przysiągłbym bowiem, że
to resztki Zofii!"
- K'czemu Pomponius, chyląc się na
grzywę,
Przeto iż cugle legły, a koń
skrami
Rażony, szyję podejmował
krzywe:
"Nie mięszaj że mnie -
odparł - z wygnańcami."
I ręką chroniąc wzrok od
wschodu słońca,
Trzeciego zdał się upatrywać
gońca - -
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
- - - - -
Poza murami, poza szerokiemi,
Droga się w wąwóz zakrzywiała
czarny
Z kamienia, miękkość
mającego ziemi
Zmarzłej - lub jako żużel jest
pożarny,
A kamień taki tuffo2
się nazywa,
Topora
cięciu echem nie odzywa.
Tam w
czeluść groty mimo bliskiej drogi
Wnosili
męże trzej rzecz płaszczem krytą;
Gdy
jeźdźcy nasi, w kształt konnej załogi,
Wąwozu
czarne mijali koryto,
Niesionej rzeczy
błysły w cieniu nogi -
Że je, z
pośpiechem uchodząc, odkryto -
Białość
i zmarszczki mające sędziwe,
A jako
zmarły kwiatu pąk, nieżywe.
Mąż,
co je spuszczał w grotę3 ręką lewą,
Podrzucił
prawą ku jeźdźcom, jak drzewo,
Kiedy je
skręci wiatr, i za rumakiem
Pulchra
coś wołać wszczął tej ręki znakiem,
Jakoby
mówić chciała ta osoba:
"Pomóż
grześć starca, odpoznaj Barchoba!"
- Gdy
grzywy poświst i szelest klamidy
Zdawał
się odrzec: "Nie znałem was - Źydy!"
|