|
Spod pagórka nie
większego od chaty wypływa źródło rzeki Białki. W
opoczystym gruncie wyżłobiło ono kotlinę, gdzie woda huczy
jak rój pszczół gotujących się do odlotu.
Na przestrzeni
mili Białka płynie równiną. Lasy, wsie, drzewa w polu,
krzyże na drogach widać jak na dłoni, zmniejszające
się w miarę odległości. Okolica wygląda jak
okrągły stół, w środku którego stoi człowiek niby
mucha przykryta niebieskim kloszem. Wolno mu jeść, co znajdzie i
czego inni nie zabiorą, byle nie chodził za daleko i zbyt wysoko nie
latał.
Ale po
przejściu mili w stronę południa znajdujemy inny kraj.
Płaskie brzegi Białki wznoszą się i oddalają od
siebie, gładkie pole nabrzmiewa pagórkami, ścieżka idzie do
góry, to spada na dół, znowu idzie w górę i znowu spada coraz
gwałtowniej i częściej.
Równina
znikła, jesteś w wąwozie i zamiast rozległego horyzontu
spotykasz na prawo i na lewo, przed sobą i za sobą wzgórza wysokie na
kilka piętr, łagodne lub spadziste, nagie lub zarośnięte
krzakami. Z tego wąwozu przechodzisz w drugi wąwóz, jeszcze dzikszy i
ciaśniejszy, potem w trzeci, czwarty... dziesiąty... Ogarnia cię
chłód i wilgoć; wdrapujesz się na pagórek i widzisz, że
jest to ogromna sieć wąwozów, rozwidlających się i
poplątanych.
Jeszcze
paręset kroków z biegiem rzeki i znowu zmienia się krajobraz. Pagórki
są coraz niższe i stoją oddzielnie, podobne do wielkich mrowisk.
Blask południowego słońca uderza cię prosto w oczy; z kraju
wąwozów dostałeś się w obszerną dolinę Białki.
Jeżeli
cała ziemia jest stołem, na którym Opatrzność dla
stworzeń przygotowała ucztę, to dolina Białki jest
olbrzymim półmiskiem, mającym wydłużoną formę i
mocno zadarte brzegi. Tylko w zimie półmisek ten jest biały; w
każdej zaś innej porze wygląda jak majolika, ozdobiona mnóstwem
barw i kształtów surowych i nieregularnych, lecz pięknych.
Na dnie owego
naczynia boski garncarz umieścił łąkę i zpółnocy
na południe przeciął ją wstęgą Białki, na
której tle szafirowym fale z rana i wieczór połyskują
czerwienią, złotem w dzień a srebrem podczas jasnych nocy.
Tak urobiwszy
dno zabrał się arcymistrz do lepienia brzegów bacząc, aby
każdy posiadał odrębną fizjonomię.
Brzeg zachodni
wygląda dziko. Łąka dotyka wzgórz spadzistych, zasypanych
wapiennym żwirem. Gdzieniegdzie rośnie krzak głogu,
karłowata brzoza albo trześnia chora. Często widać
płaty ziemi jakby obdartej ze skóry. Najwytrzymalsza roślina ucieka
stąd, a miejsce zieloności zajmują gliny, siwe pokłady
piasku albo opoka, co wyszczerza na łąkę trupie zęby.
Wschodni brzeg
jest inny; tworzy jakby amfiteatr o trzech kondygnacjach, wznoszących
się jedna nad drugą. Pierwsze piętro, tuż nad
łąką, zbudowano z czarnoziemu; w jednym miejscu widać na
nim szereg chałup otoczonych drzewami, jest to wieś. Drugie
piętro ukształtowało się z ziemi gliniastej; tu stoi dwór,
prawie nade wsią, z którą łączy go stara aleja lipowa. Na
prawo i na lewo ciągną się dworskie łany w postaci wielkich
prostokątów, zasianych pszenicą, żytem, grochem albo pod ugór
zajętych. Nareszcie trzecią kondygnację tworzą grunta
piaszczyste, obsiewane owsem lub żytem, a jeszcze wyżej - czerni
się las sosnowy podpierający niebo.
W pomocnym
krańcu doliny widać gromadkę pagórków stojących pojedynczo
jak kopce. Trzy z nich (między nimi jeden najwyższy w okolicy, z
sosną na szczycie) należą do gospodarza Józefa Ślimaka.
Jest to
posiadłość jak pustelnia; do wsi z niej daleko, a jeszcze dalej
do dworu.
Obejmuje
dziesięć morgów gruntu, od wschodu przytyka do rzeki Białki, od
zachodu do gościńca, który z tego miejsca przecina dolinę i
biegnie do wsi.
Przy drodze
mieszczą się budynki Ślimaka. Jest tam chata, zwrócona jednymi
drzwiami do gościńca, drugimi do podwórka, -jest stajnia z oborą
i chlewkiem, nakryte jednym dachem, jest
stodoła i
wreszcie szopa na wozy. Wszystko ustawione wzdłuż boków kwadratowego
dziedzińca.
Chłopi
dolińscy żartowali ze Ślimaka, że mieszka na wygnaniu jak
Sybirak. - Prawda, że do kościoła - mówili - bliżej mu
niż nam; ale za to nie ma do kogo gęby otworzyć, pustka wszelako
nie była tak bezludną. W jesieni, przy ciepłym dniu, można
było widzieć na wzgórzu białą figurę parobka, jak w
parę koni orał ziemię - albo żonę Ślimaka i
dziewczynę najmitkę, obie w czerwonych spódnicach, jak kopały,
kartofle. Między wzgórzami trzynastoletni Jędrek Ślimak zwykle
pasł krowy wyprawiając przy tym dziwne łamańce. Lepiej
zaś poszukawszy znalazłbyś jeszcze ośmioletniego
Staśka, z białymi jak len włosami, który wtoczył się
po wąwozach albo siedząc na pagórku pod sosną zamyślony
patrzył w dolinę.
Zagroda ta,
kropla w morzu ludzkich interesów, była odrębnym światem, który
przechodził różne fazy i posiadał własną
historię.
Był na
przykład czas, że Józef Ślimak miał ledwie siedem morgów
gruntu, a w chacie tylko żonę. Wkrótce jednak spotkały go dwie
niespodzianki: żona powiła syna Jędrka, a gospodarstwo skutkiem
układu o serwituty powiększyło się o trzy morgi gruntu.
Wypadki te
wywołały dużą zmianę w życiu chłopa:
dokupił krowę i wieprza i począł wynajmować komorników
do robót około swej ziemi.
W kilka lat
później przyszedł na świat drugi syn. Wówczas Ślimakowa
zgodziła sobie do pomocy starą wyrobnicę Sobieską sposobem
próby na pół roku. Próba przeciągnęła się do trzech
kwartałów; po czym stęskniona za karczmą Sobieską
uciekła w nocy na wieś, jej zaś miejsce zajęła
"głupia Zośka", znowu na pół roku. Ślimakowej
wciąż zdawało się, że po ukończeniu
najpilniejszej roboty będzie mogła obejść się bez
sługi.
"Głupia
Zośka" przesiedziała u nich około sześciu lat, lecz
choć następnie poszła na służbę do dworu, w
chacie roboty nie ubyło. Przyjęła więc gospodyni
piętnastoletnią sierotę Magdę, która lubo miała
swoją krowę, kilka zagonów ziemi i pół chaty, wolała jednak
pójść między ludzi niż siedzieć na ojcowiźnie.
Mówiła, że stryj za mocno ją bijał; dalsi zaś krewni
umieli tylko zachęcać ją do pokory twierdząc, że im
stryj więcej kijów połamie, tym dla niej będzie lepiej.
W owej epoce
Ślimak przeważnie sam pracował około roli, rzadko
wynajmując robotników. Mimo to tyle jeszcze miał czasu, że
chodził z końmi do dworu albo Żydkom mieszkającym w osadzie
przywoził towary z miasta. Gdy jednak dwór coraz częściej
wzywał go do roboty, więc Ślimakowi już nie wystarczali
dzienni najemnicy i począł oglądać się za pomocnikiem
stałym.
Pewnej jesieni,
kiedy żona najmocniej suszyła mu głowę o parobka,
zdarzyło się, że wracał ze szpitala Maciek Owczarz, któremu
wóz wykręcił nogę. Kalece wypadła droga koło chaty
Ślimaków; a że był nędzny i zmęczony, więc
usiadł na kamieniu przy wrotach i miłosiernie zaczął
spoglądać na sień chałupy. Tam właśnie gospodyni
tarła dla trzody gotowane kartofle, takie dobre, że ich smak wraz z
kłębami pary rozchodził się po całym
gościńcu. Owczarza aż w dołku zakręciło od tych
zapachów i już wcale nie mógł podnieść się z kamienia.
- To wy.
Owczarzu? - odezwała się Ślimakowa, ledwie pozna -wszy nieboraka
w łachmanach.
- Juści ja
- odpowiedział nędzarz.
- Gadali we wsi,
że was zabiło.
- Gorzej mi
zrobiło - westchnął Maciek - bo mnie oddali do szpitala.
Czemużem ja nie został na miejscu pod wozem? miałbym już
pewny nocleg i głodu bym nie cierpiał.. -
Gospodyni
zamyśliła się.
- Żeby
człowiek wiedział - rzekła po chwili - że nie zamrzesz, to
może byś i u nas został parobkiem?...
Biedak
zerwał się z kamienia i przyszedł do chaty wlokąc za
sobą nogę.
- Co mam
zamrzeć? - zawołał. - Zęby przecie mam zdrowe i robić
mogę za dwu, byłem się trochę odgryzł. Dajcie mi
barszczu z chlebem, a ino zjem, urąbię wam bodaj furę drzewa.
Potrzymajcie mnie z tydzień na próbę, a wszystkie te góry zaoram.
Będę wam służył za stare odzienie i łatane buty,
byłem się miał gdzie przytulić na zimę...
Tu Owczarz
zamilkł, zdziwiony, że tak dużo nagadał, bo z natury
był małomówny. Ślimakowa obejrzała go ze wszystkich stron,
nakarmiła, a zobaczywszy, że zjadł miskę barszczu a
drugą kartofli; kazała mu umyć się w rzece. Gdy zaś
mąż wrócił wieczorem do domu, przedstawiła Maćka jako parobka,
który już drew urąbał i nakarmił bydło.
Ślimak w
milczeniu wysłuchał tego, co się stało. A że miał
serce pełne litości, więc rzekł po namyśle:
- To se
zostań u nas, człowieku. Nam będzie lepiej, tobie będzie
lepiej; nam będzie gorzej, tobie będzie gorzej. A jak kiedy,
Boże nie daj, całkiem zabraknie chleba w chałupie, to trafisz se
tam, gdzie byś trafił i dzisiaj. Wypoczętego każdy
prędzej weźmie do roboty.
Takim sposobem
dostał się do zagrody nowy mieszkaniec. Cichy jak mrówka, wierny jak
pies i choć kaleka, pracowity za dwa konie.
Od tej pory, z
wyjątkiem żółtego psa Burka, nic już nie przybyło w
Ślimakowym gospodarstwie: ani z dzieci, ani ze służby, ani z
dobytku. Życie zagrody ułożyło się do doskonałej
równowagi. Wszystkie prace, niepokoje i nadzieje, wszystkie dusze ludzkie
krążyły około jednego celu - utrzymania bytu. Dla tego celu
najmitka znosiła drwa na komin albo śpiewając i skacząc
biegła po kartofle do lochu. Dla tego gospodyni zrywała się
przede dniem do swoich krów albo piekła się przy ogniu odsuwając
i przysuwając wielkie garnki. Dla tego schylony nad pługiem
pocił się Owczarz albo ciągnął kulawą nogę
za broną. Dla tego wreszcie celu - Ślimak szepcząc ranne
pacierze chodził o świcie do dworskich stodół albo sprzedane
zboże odwoził Żydkom do miasta.
Z tej samej
przyczyny, odpoczywając po robocie, narzekali oni zimą, że
mało leży śniegu na życie, albo troszczyli się,
skąd wziąć paszy dla bydła. Z tej przyczyny w maju prosili
Boga o deszcz, a w końcu czerwca o pogodę. Z tej - po żniwach
zgadywali, ile ćwierci wyda kopa i jakie będą ceny. Niby
pszczoły koło ula, roiły się ich myśli około
wielkiej sprawy powszedniego chleba. Zboczyć z tych kierunków było im
trudno, całkiem wydobyć niepodobna. Nawet mawiali z dumą,
że jak pan jest po to, ażeby bawił się i rozkazywał,
tak chłop jest po to, ażeby karmił innych i siebie.
|