|
Był
kwiecień. Po obiedzie rodzina Ślimaka zaczęła
rozchodzić się do swych zajęć. Gospodyni,
ścisnąwszy czerwoną chustę na głowie, zarzuciła
na siebie płachtę upranej bielizny i pobiegła do rzeki. Za
nią poszedł Stasiek przypatrując się obłokom, które
dziś wydawały mu się inne niż wczoraj. Magda najmitka
wzięła się do mycia naczyń po strawie nucąc coraz
głośniej: "Oj da! da!..." -w miarę oddalania się
gospodyni od chaty. Wreszcie Jędrek popchnął Magdę, psa
targnął - za ogon i przeraźliwie gwiżdżąc poleciał
z motyką do sadu kopać grzędy.
Ślimak
siedział pod piecem. Był to chłop średniego wzrostu z
szeroką piersią i potężnymi ramionami. Miał twarz
spokojną, wąsy krótko podcięte, na czole grzywkę, a z
tyłu długie włosy spadające aż na kark. W zgrzebnej
koszuli czerwieniła mu się pod szyją spinka szklana, oprawna w
mosiądz. Łokieć lewej ręki oparł na prawej
pięści i palił fajkę; gdy mu się zaś oczy
przymknęły, a głowa zanadto pochyliła naprzód,
poprawił się na ławie, oparł łokieć prawej
ręki na lewej pięści i znowu palił fajkę.
Puszczał
siwy dym i drzemał spluwając niekiedy na środek izby albo przekładając
ręce. Lecz gdy cybuszek zaczął mu skwierczyć jak młody
wróbel, uderzył parę razy fajką o ławę dla wysypania
popiołu i przetkał ją palcem. Wreszcie podniósł się i
ziewając położył fajkę nad kominem.
Spojrzał
spod oka na Magdę i wzruszył ramionami. Żwawość
dziewczyny wyskakującej przy myciu statków budziła w nim politowanie.
On by już tak nie wyskoczył, bo on wie, jak ciężą
ręce, nogi i głowa, kiedy człowiek dobrze się napracuje.
Wzuł grube
buty z podkowami, wziął sztywną sukmanę, przepasał
się twardym rzemieniem, na głowę włożył
wysoką czapkę z barana i poczuł, że ręce, nogi i
cała osoba ciążą mu jeszcze bardziej. Przyszło mu na
myśl, że po ogromnej misce krupniku, a drugiej klusków z serem
byłoby stosowniej lec na słomie aniżeli iść do roboty.
Ale przemógł się i powoli wyszedł na podwórko. W tabaczkowej
sukmanie i czarnej czapie wyglądał jak niski pień sosnowy,
okopcony u wierzchu.
Wrota
stodoły były otwarte i jakby na przekór, wyglądało z nich
parę snopów słomy, wabiących Ślimaka do drzemki. Ale chłop
odwrócił głowę i spojrzał na jedno ze swych wzgórz, gdzie
tego ranka zasiał owies. Zdawało mu się, że na zagonach
widzi żółte ziarna, bardzo wystraszone i daremnie usiłujące
skryć się pod ziemię przed stadem wróbli, które dzióbały
owies.
- Zjadły wy
byście mnie do szczętu! - mruknął Ślimak.
Ciężkim krokiem zbliżył się do szopy i wydobył
dwie brony, jakby kraty okienne, najeżone dębowymi palcami. Potem
wyprowadził ze stajni swoje kasztanki. Jeden ziewał, drugi
ruszał wargą i patrzył na Ślimaka przymrużonymi
oczyma, mówiąc w duchu:
"Nie
wolałbyś, chłopie, sam zdrzemnąć się i nas nie
wtoczyć po górach? Małoż to nabiegaliśmy się
wczoraj?"
Ślimak na
taką radę pokiwał głową. Zaprzągł kasztanki
do jednej brony, przyczepił do niej drugą i - pojechali z wolna. Minęli
zieloną łączkę za stajnią, wdrapali się na
popielaty bok wzgórza, wreszcie dosięgli szczytu.
Patrząc na
nich przez wierzch stajni, zdawało się, że krępy chłop
i para kasztanków ze zwieszonymi łbami włóczą się po
błękicie niebieskim, sto kroków tam i sto kroków na powrót. Ile razy
dochodzili granicy zasianego pola, zrywało się przed nimi gniewnie
świergocące stado wróbli i jak chmura leciało poza nich na
kraniec przeciwny. Czasami siadało z boku, zawsze krzycząc i dziwując
się, że Ślimak zasypuje ziemią tyle pięknego ziarna.
"Głupi
chłop! głupi chłop!... Cóż to za głupi
chłop!..." -wołały wróble.
- Aha! -
mruknął Ślimak wywijając batem. - Żebym ja
słuchał was, darmozjadów, to i wy zmarnielibyście pod
płotem. Oni tu jeszcze będą wydziwiali, próżniaki!...
Już to
wesela nie miał Ślimak przy pracy ani uznania. Nie dość,
że wróble z wrzaskiem krytykowały jego robotę, że kasztanki
wzgardliwie wywijały mu ogonami pod nosem, jeszcze brony, zamiast
iść naprzód, opierały się z całych sil i lada kamyk,
lada garstka ziemi na swój sposób stawiały mu przeszkodę. Oto co
kilkanaście kroków utykają znudzone kasztanki, a gdy Ślimak
krzyknie: "Wio, dzieci!" - konie wprawdzie ruszą, ale znowu
brony buntują ich i w tył ciągną. Gdy zmordowane
wysiłkiem puszczą brony, to znów kamienie włażą koniom
pod kopyta, a jemu pod nogi albo zapychają bronom zęby, a często
i łamią niejeden. Nawet ziemia stawia mu opór, niewdzięcznica.
- Od świni
gorszaś! - oburzył się chłop. - Żebym tak
świnię skrobał zgrzebłem, jak ciebie bronami, nie tylko
spokojnie by się układła, ale jeszcze
chrząknęłaby na podziękowanie. A ty wciąż
się jeżysz, jakbym ci robił krzywdę!...
Za
znieważoną ujęło się słońce i rzuciło
ogromny snop światła na popielatą rolę, na której tu i
ówdzie widniały plamy ciemne albo żółtawe.
"Oto patrz!
- mówiło słońce. - Widzisz ten płat czarny? Tak czarne
było wzgórze, kiedy twój ojciec siewał na nim pszenicę. A teraz
spojrzyj na ten żółty płat: tu już glina wychyla się
spod czarnoziemu i niedługo obsiędzie ci wszystkie grunta."
- A cóżem
ja temu winien? - odparł Ślimak.
"Nie
tyżeś winien? - szeptała z kolei ziemia. - Sam jadasz trzy razy
na dobę, a mnie - jak często karmisz?... Daj Boże, raz na osiem
lat! A dużo mi dajesz? Pies by zdechł na takim wikcie. I czego ci
żal dla mnie, sieroty?... Oto - wstyd powiedzieć -skąpisz mi
bydlęcej mierzwy!..."
Skruszony
chłop zwiesił głowę:
"Sam
sypiasz, jeżeli cię żona nie spędzi, i po dwa razy na
dobę;
a mnie - jaki
dajesz wypoczynek? Raz na dziesięć lat i to jeszcze bydło mnie
depcze. I ja mam być z twojego bronowania kontenta? Spróbuj nie dać
siana, nie wyściel obory krowom, tylko je skrob szczotką, a
zobaczysz, czy będziesz miał mleko? Padnie ci stworzenie, gmina
przyszłe weterynarza, żeby wybił resztę dobytku, i nawet
Żyd skóry z tego nie kupi."
"Oj, la
Boga, la Boga!..." - wzdychał chłop uznając, że ziemia
ma rację. Ale pomimo skruchy nikt go nie pożałował w
strapieniu. Owszem, chwilami zrywał się wiatr zachodni i
zaplątany między zeschłe badyle na miedzy, świstał mu
w ucho:
"Nie bój
się, dam ja ci, dam!... Sprowadzę taki deszcz, taki potop, że
resztę czarnoziemu wypłucze ci na gościniec albo na dworską
łąkę. Żebyś własnymi zębami bronował, i
tak jeszcze z roku na rok będziesz miał coraz mniej pociechy.
Wszystko wyjałowię!"
Nie na próżno
wiatr groził. Za ojca nieboszczyka, za szarego Ślimaka, zbierano w
tym miejscu po dziesięć korcy pszenicy z morgi. Dziś i za siedem
korcy żyta trzeba dziękować Bogu; a co będzie za dwa, za
trzy lata?...
- Ot, chłopska dola! -
mruknął Ślimak. - Pracuj, pracuj, a zawsze tylko z jednej biedy
wleziesz w drugą. Inaczej bym ja gospodarował, żeby tak
doczekać jeszcze jednej krowiny i choćby tak tej oto
łączki...
Wskazał
batem na łąkę przy Białce.
"Głupi
chłop. Cóż to za głupi chłop!" - świergotały
wróble.
"Patrzą
j, jak glina wypycha ci czarnoziem!" - pokazywało słońce.
"Głodzisz
mnie, nie dajesz wypoczynku..." - stękała ziemia.
" Durny ty,
durny" - warczały z gniewem zębate a leniwe brony.
"Chi!
chi!..." - śmiał się wiatr w zeschłych badylach.
- Ot, dola! - szepnął
Ślimak. - Żeby to dziedzic, żeby choć ekonom tak cię,
człeku, posponował, jeszcze by żalu nie było. Ale nieme stworzenie i to
już nie daje ci dobrego słowa...
Utopił
palce we włosy, aż mu czapka zsunęła się na lewe ucho,
i wstrzymał konie chcąc rozejrzeć się i smutne myśli
pogubić gdzie na polach.
Między
chatą i gościńcem Jędrek kopał ziemię motyką
i od czasu do czasu rzucał kamieniami na ptaki albo śpiewał
fałszywie:
Uch!... jak ja
se urznę
Krakowiaka z nogi,
Pójdą wiechcie z butów,
A drzazgi z podłogi.
Albo pukał
w okno chaty i wrzeszczał na przekór Magdzie:
Widzi Bóg,
dalibóg,
Żem cię nie poznała,
Bobym ja ci. Stasiu,
Otworzyć kazała!
A ona mu z izby
na tę samą nutę:
Chociaż ja
uboga,
Ubogiej matusie,
Nie będę dawała
Po kątach gębusie.
Ślimak
odwrócił się ku łące i zobaczył swoją
kobietę, jak schylona pod mostem, w koszuli i lekkiej spódnicy, prała
szmaty kijanką, aż echo rozlegało się po dolinie. Na
łące był i Stasiek, ale już opuścił matkę i
szedł w górę rzeki, do jarów. Niekiedy klękał nad brzegiem
i oparty na rękach patrzył i patrzył w wodę.
-
Ciekawość, co on tam wypatruje? - szepnął chłop z
uśmiechem. Stasiek był to jego syn ukochany, a przy tym dziecko
osobliwe, które często widywało rzeczy niedostępne dla
zwykłego oka.
Ślimak
wywinął batem i konie ruszyły. Znowu zawarczały brony,
wróble znowu furknęły nad głową, wiatr znowu
świstał w badylach, ale chłopu już inne myśli
zaczęły snuć się po duszy.
"Ileż
ja mam gruntu? - medytował. - Dziesięć morgów, a w tym
łąki ani okrucha. Gdybym obsiewał co rok tylko sześć
albo siedem morgów, a resztę ugorował, z czegóż bym
wykarmił moją biedotę? A parobek - on tyle zjada co i ja i
choć kulawy bierze piętnaście rubli zasług. Magda mniej zje, ale i
tyle robi, co pies napłakał. Całe szczęście, że
mnie wołają do dworu czy jaki Żydzina zgodzi z furmanką,
czy kobieta sprzeda masła i jaj albo wieprzka utuczy. I co z tego razem?
Miłosierdzie boskie, jeżeli schowasz do skrzyni za cały rok
pięćdziesiąt rubli. A przecie kiedyśmy się pobrali, i
setce nie dziwował się człowiek...
Dajże tu
ziemi nawozu, kiedy ci ledwie starczy chleba dla własnej gęby, a
siano i owies musisz kupować we dworze. Niechby dworowi przyszła
ochota nie sprzedać ci paszy albo nie zawołać cię do
roboty, to co? Choć zdechnij z głodu, a bydło wypędź
na rynek...
Przecie ja -
dumał Ślimak - nie mam tyle gruntu co Grzyb albo Łukaszek, albo
Sarnecki. To panowie. Jeden ze swoją babą jeździ do
kościoła wózkiem, drugi chodzi w kaszkiecie jak bednarz, trzeci co
roku chciałby wójta obalić i sam przyczepić się do
łańcucha. A ty, człeku, bieduj na dziesięciu morgach i
jeszcze ekonomowi kłaniaj się do ziemi, żeby pamiętał
o tobie.
Niech tam se
już idzie, jak szło do tych czasów! - zakonkludował chłop.
- Łatwiej być księdzem na włóce niż dziadem na
zagonie. Żebym ja miał więcej bydła i łąkę,
to dworu nie prosiłbym o łaskę i koniczyny bym nawet
posiał..."
Na
gościńcu za rzeką podniósł się tuman pyłu.
Ślimak spostrzegł go i poznał, że ktoś, jakby ode
dworu, jedzie konno do mostu. Była to osobliwa jazda. Tuman kurzu
posuwał się naprzód, ale niekiedy i cofał się wstecz, nawet
na kilkanaście kroków. Czasem tak opadał, że chłopskie oczy
mogły dojrzeć konia i jeźdźca; czasem tak
powiększał się i kotłował na gościńcu, jakby
zrywała się burza.
Ślimak
wstrzymał konie, przysłonił oczy ręką i
rozmyślał:
"
Osobliwości, jak on jedzie i kto to? Ni to dziedzic, ni furman, nawet
chyba nie katolicka dusza, ale i nie Żyd!... Żyda rychtyk tak
wykręca na szkapie jak onego; ale Żyd nie wypuszczałby znowu
konia tak śmiało. Musi, że to jakiś nietutejszy albo
wariat..."
Tymczasem
jeździec o tyle zbliżył się do mostu, że Ślimak
mógł mu się lepiej przypatrzyć. Był to pan
szczupły, w jasnym odzieniu i aksamitnej dżokiejce na głowie.
Miał szkła na nosie, w ustach papierosa, a pod pachą szpicrutę.
Cugle trzymał w obu pięściach, które mu wciąż
skakały między końską szyją i własną
brodą. Wykrzywionymi nogami tak mocno obejmował siodło, że
spodnie podwinęły mu się do kolan i było widać nad
kamaszami bez cholewek białe płótno.
Człowiek
najmniej obeznany z hipiką mógł zgadnąć, że
jeździec po raz pierwszy dosiada konia, a koń po raz pierwszy
dźwiga podobnego jeźdźca. Chwilami obaj w pięknej harmonii
jechali kłusem; wnet jednak wyskakujący na siodle kawalerzysta
tracił równowagę, szarpał lejce, a koń, czuły na
każde dotknięcie, skręcał w bok albo stawał na
miejscu. W takiej chwili jeździec zaczynał cmokać i kolanami
gnieść siodło, a widząc, że to nie skutkuje,
usiłował spod pachy wydobyć szpicrutę. Wówczas koń
domyśliwszy się, o co chodzi, poczynał znowu biec kłusem,
pobudzając do nadzwyczajnych ruchów ręce, nogi, głowę i
tułów jeźdźca, który robił się podobnym do lalki
zszytej z kilkunastu źle przypasowanych kawałków.
Niekiedy
zdesperowany, choć łagodny koń zrywał się do galopa.
Wtedy jeździec jakimś cudem odzyskiwał równowagę na siodle
i, podniecony biegiem, puszczał wodze fantazji. Marzył, że jest
kapitanem jazdy i na czele szwadronu pędzi do ataku. Ale wnet ręce,
jeszcze nienawykłe do oficerskiego stopnia, wykonywały jakiś
ruch zbyteczny i - koń nagle stawał, a pan uderzał go w
szyję nosem i papierosem.
Wszystko
to jednak nie psuło mu humoru, od dziecka bowiem wzdychał do konnej
jazdy, a dziś dopiero miał okazję nacieszyć się
nią do syta.
Czasem
koń, gdy mu zupełnie zwolniono cugli, zamiast iść naprzód
zwracał się w stronę wsi. Wówczas jeździec widział
gromadę psów i dzieci, goniących go z oznakami zadowolenia, a w jego
demokratyczne serce wstępowała życzliwa radość. Oprócz
bowiem popędu do rycerskich ćwiczeń namiętnie kochał
on lud, który znał w tym samym stopniu, co i sztukę utrzymywania nóg
w strzemionach. Po chwili jednak opanowywał wybuch miłości dla
ludu, znowu budził w sobie kawaleryjskie instynkty i za pomocą
skomplikowanych usiłowań skręcał na powrót do mostu.
Widocznie miał zamiar przejechać wszerz dolinę.
- Ehej!
musi to szwagierek dziedzica, ten, co miał przyjechać z Warszawy -
zawołał sam do siebie rozweselony Ślimak. - Żonkę
wybrał se nasz pan galantą i nawet długo za nią nie
jeździł; ale za takim szwagrem to musiał dużo świata
oblecieć... W naszych stronach prędzej by spotkał
niedźwiedzia niż osobę, co tak siedzi na koniu. Toż on
głupszy od pastucha, choć pański szwagier... Ale zawsze
pański szwagier!...
Gdy
Ślimak w ten sposób taksował przyjaciela ludu, jeździec
dostał się na most. Łoskot kijanki zwrócił jego uwagę,
skręcił bowiem konia do poręczy i z wysokości siodła
wytknął głowę nad wodę. Cieniutki tułów i zadarty
daszek dżokejki robił go podobnym do żurawia.
"Czego
on tam chce?" - pomyślał chłop.
Panicz
widać zapytał o coś kobietę, bo powstała z
klęczek i podniosła głowę do góry. Jej spódnica była
wysoko podwinięta i Ślimak teraz dopiero spostrzegł, jakie ta
niewiasta ma białe i piękne kolana. Aż go zimno przeszło.
- Czego
on, u paralusza, chce od mojej baby? - powtarzał Ślimak. - Siedzi to
na koniu jak nieborak, a kwapi się zaczepiać kobiety. Mogłaby i
moja, co prawda, opuścić trochę malowanki, nie zaś
uginać się tak brzydko. Zawszeć to pański szwagier.
Pański
szwagier zjechał z mostu, z niemałym trudem skierował konia do
wody i stanął tuż obok Ślimakowej. Chłop już nie
mruczał, tylko przypatrywał się im coraz pilniej. Kolana
żony wydawały mu się jeszcze bielsze.
Wtem
stała się rzecz dziwna. Panicz wyciągnął
rękę jakby do paciorków na szyi Ślimakowej niewiasty, ona
zaś machnęła kijanką tak energicznie, że
spłoszony koń wyskoczył z wody na gościniec, a
jeździec kolanami objął go za szyję.
- Co ty
robisz, Jagna! - wrzasnął Ślimak. - Przecież to pański
szwagier, ty głupia...
Ale krzyk
jego nie doleciał do Jagny, a panicz wcale nie obraził się za
manewr z. kijanką. Przesłał ręką pocałunek
Ślimakowej i poprawiwszy się w strzemionach spiął konia
piętami. Mądry zwierz odgadł jego zamiar. Łeb wyrzucił
w górę i ostrym kłusem ruszył w stronę chaty Ślimaków.
Lecz szczęście znowu nie dopisało paniczowi: noga
wysunęła mu się ze strzemienia, więc oburącz
chwycił rumaka za grzywę i na całe gardło począł
wołać:
"tpru!...
stój, ty diable!..."
Jędrek
usłyszał krzyk i wdrapał się na wrota; zobaczywszy zaś
dziwnie ubranego panicza wybuchnął śmiechem. Wtedy koń
skoczył w lewo i tak zawinął jeźdźcem, że mu
spadła aksamitna dżokiejka.
-
Podnieś no czapkę, kochanku!... - zawołał panicz do
Jędrka i pędził dalej.
- A to se
pan podnieś, kiedy gubisz... Cha! cha! - śmiał się
Jędrek i klasnął w rękę, ażeby lepiej spłoszyć
bieguna.
Wszystko
to widział i słyszał jego ojciec. W pierwszej chwili zuchwalstwo
chłopca mowę mu odjęło, ale wnet oprzytomniał i
krzyknął z gniewem:
- Ty
kondlu, Jędrek!... A podaj krymkę jaśnie paniczowi, kiej ci
każe!
Jędrek
wziął we dwa palce dżokiejkę i trzymając ją z
daleka od siebie, podał jeźdźcowi, który już
powściągnął konia.
-
Dziękuję, bardzo dziękuję... - rzekł panicz
śmiejąc się nie gorzej od Jędrka.
-
Jędrek! psia wiaro, a czemu czapki nie zdejmiesz przed jaśnie
paniczem?... - wołał z góry Ślimak. - Zdejmij zaraz!
- A co ja
mam każdemu czapkować? - odparł zuchwały wyrostek.
-
Wybornie!... bardzo dobrze!... - cieszył się panicz. -Poczekaj, dam
ci za to złotówkę. Wolny obywatel nie powinien upokarzać
się przed nikim.
Ślimak
nie podzielał demokratycznych teoryj panicza. Rzucił lejce kasztankom
i z czapką w jednej, a batem w drugiej ręce biegł ku
Jędrkowi.
-
Obywatelu! - zawołał panicz do Ślimaka - obywatelu, proszę
cię, nie rób mu krzywdy... Nie stłumiaj niepodległości
ducha... Nie...
Chciał
prawić jeszcze, ale znudzony koń uniósł go w stronę mostu.
W drodze jeździec minął wracającą do chaty
Ślimakową i zdjąwszy zakurzoną dżokiejkę
zaczął wywijać nią i wołać:
- Niech pani nie
pozwala bić chłopca!...
Jędrek
zniknął między budynkami, panicz przejechał most z
powrotem, ale Ślimak jeszcze stał na miejscu z batem w jednej i
czapką w drugiej ręce, zdumiony tym, co się stało.
Jakiś cudak, który zaczepiał mu żonę i cieszył
się zuchwalstwem Jędrka, ten sam jego, uczciwego chłopa,
przezwał "obywatelem", a kobietę "panią"...
"Farmazon!"
- mruknął. Nakrył głowę i gniewny wrócił do koni.
- Wio,
dzieci!... To ci świat nastaje, nie bój się. Chłopski syn nie
chce ukłonić się panu, a pan mu to chwali. Taki on i pan. Prawda, że szwagier
dziedzica, ale musi coś ma zepsute w głowie, o, ma! Wio, dzieci!
Niezadługo zabraknie panów, a ty, chłopie, choć zdychaj. Ha,
może Jędrek, jak urośnie, da sobie inną radę, bo on
chłopem nie będzie, co nie, to nie. Wio, dzieci!...
Zdawało mu
się, że Widzi Jędrka w butach bez cholew i aksamitnej
dżokiejce.
- Tfu! -
splunął. - Już dopokąd ja oczu nie zamknę, ty
się, kundlu, tak nie odziejesz. Wio, dzieci! Zawdy trzeba mu dziś
sprawić basarunek, bo tak się znarowi, że kiedy przed samym
dziedzicem nie zdejmie czapki, a ja stracę zarobek. Dopieroż bym
miał! A wszystko przez babę, co wciąż buntuje
chłopaka. Nic nie pomoże, trza mu porachować gnaty!...
Teraz
Ślimak spostrzegł znowu pył na gościńcu, ale od strony
równin, i zobaczył dwa jakby cienie: jeden wysoki, a drugi
podługowaty. Podługowaty szedł za wysokim i kiwał
głową.
"Ktoś
krowę wiedzie - pomyślał chłop - ale przecie nie na
targ?... Trza zbić chłopaka i święty Boże nie
pomoże... Co to za krowa?... Wio, dzieci! Oj, żebym ja tak miał
jeszcze jedną krowinę i choć-ten oto kęs łąki!..."
Zjechał ze
szczytu wzgórza i począł bronować jego spadek, zwrócony do
Białki. Nad rzeką zobaczył Staśka, ale za to stracił z
oczu swoją zagrodę i tajemniczego chłopa z krową. Ręce
opadały mu, nogi ledwie wlokły się ze zmęczenia, ale
najbardziej ciężyła mu niepewność, jaką miał
w duszy, że on nigdy dobrze nie odpocznie. Skończy swoją
robotę, musi iść do miasteczka, bo i z czego by żył?
"Żeby
też człowiek mógł się kiedy dobrze wyleżeć! -
pomyślał. - Ba! żebym miał więcej gruntu albo
choć jeszcze jedną krowinę i tę łąkę, to bym
leżał..."
Już z
pół godziny chodził po nowym miejscu za bronami, cmokając na
konie albo marząc o wyleżeniu się, gdy nagle usłyszał:
- Józef!
Józef!...
I zobaczył
na wzgórzu swoją kobietę.
- No, a co
tam? - spytał chłop.
- Wiesz
ty, co się stało?... - rzekła zadyszana gospodyni.
-
Skądże mam wiedzieć? - odparł chłop zaniepokojony.
"Czy-by nowy podatek?" - przemknęło mu się przez
głowę.
-"Przyszedł
do nas stryj Magdy, wiesz, ten Grochowski, Wojciech...
-
Może chce zabrać dziewuchę? to niech ją bierze.
- Ale,
jemu tam akurat dziewucha w głowie. Przyszedł z krową i chce
ją sprzedać Grzybowi za trzydzieści pięć rubli
papierkami i srebrnego rubla za postronek. Śliczności krowa,
mówię ci.
- Niech
ją sprzedaje, cóż mnie do-nie j?
- To ci do
niej, że my ją kupimy - rzekła Ślimakowa stanowczym tonem.
Chłop
spuścił bat ku ziemi i przychyliwszy głowę
spoglądał na żonę.
Jakkolwiek
dawno wzdychał do trzeciej krowy, przecie wydatek kilkudziesięciu
rubli i tak nagła zmiana w gospodarstwie wydały mu się rzeczą
potworną.
- Złe
w ciebie wstąpiło czy co?... - zapytał. Baba ujęła
się pod boki.
- Co we
mnie miało złe wstąpić? - mówiła podnosząc
głos. -Cóż to, mnie już nie stać na krowę? To Grzyb
swojej babie kupił wózek, a ty mi bydlęcia żałujesz!...
Są przecie dwie krowy w oborze, a boli cię o nich głowa?... A
miałbyś ty całą koszulę, żeby nie te stworzenia?
- O la
Boga! - jęknął chłop, któremu szybka wymowa
małżonki poczęła mieszać myśli. - A czymże
ty ją wykarmisz; bo mi przecie ze dworu więcej paszy nie sprzedadzą.
No, czym?...-pytał.
- Weź
od dziedzica w arendę tę oto łąkę, a będziesz
miał paszę - odpowiedziała żona wskazując na płat
trawy między gruntami Ślimaka i Białka.
Bliskie
urzeczywistnienie najśmielszych marzeń przeraziło chłopa.
- Bój
się Boga, Jagna, co ty gadasz? Jakże ja wezmę
łąkę w arendę? - spytał.
-
Pójdź do dworu, poproś pana, zapłać czynsz za rok, i
tyle.
-
Zwariowała baba, jak mi Bóg miły! Przecie dziś nasze bydlę
z tej samej łąki szczypie trawę darmo; a jak zapłacę
czynsz, to co?-.. To już nie będzie darmo.
- Jak
zapłacisz czynsz, to będziesz miał trzecią krowę.
- Choroba mi po
niej, kiedy i za nią, i za łąkę trzeba płacić.
Nie pójdę do dziedzica...
Żona
przysunęła się i zajrzała mu w oczy.
- Nie pójdziesz?
- spytała.
- Nie
pójdę.
- No, to ja i w
domu zdybię paszy, a wtedy pójdziesz do samego diabla, nie tylko do
dziedzica, jak ci zbraknie dla koni. A tej krowy z chałupy nie
wypuszczę i kupię ją...
- To se kupuj.
- Kupię,
ale ty stargujesz, bo ja nie mam czasu namawiać Grochowskiego i nie
będę z nim piła wódki.
- Pij! namawiaj!
kiedy ci się zachciało krowy! - wołał Ślimak.
Żwawa kobieta wyciągnęła rękę i grożąc
nią wołała:
- Józek, ty mi
się nie buntuj, kiedy sam nie masz dobrego zastanowienia. Ty mnie
słuchaj. Frasujesz się co dzień, że ci nie starczy nawozu,
klekoczesz mi głowę, że ci trzeba bydlęcia, a kiedy
przyszedł czas, kupić go nie chcesz. Przecie te krowy, co już
są, nic cię nie kosztują i jeszcze dają pieniądze z
nabiału: więc i tamta pieniądze ci przyniesie, ino się
słuchaj. Mówię ci, słuchaj się!... Kończ robotę,
przychodź do izby i krowę mi wytarguj, bo inaczej znać cię
nie chcę...
To powiedziawszy
odeszła, a chłop porwał się za głowę.
- A dolaż
moja z tą babą! - lamentował. - Gdzie ja nieszczęśliwy
potrafię wziąć łąkę w arendę?... Toż
dziedzic nawet gadać ze mną o tym nie zechce... I trawę do tych
pór mieliśmy darmo, ile jej bydlątko uszczypnęło, a teraz
co?... Uparła się baba mieć krowę, zacięła się,
a ty choć bij łbem o ścianę... Po cóżem ja się,
nieszczęśliwy, urodził, po com na ten świat przyszedł,
żeby ino z każdej strony mieć zmartwienie!... Wio, dzieci!..,
Machnął
batem, targnął lejce i bronował dalej. Zdawało mu się,
że kamienie i grudy ziemi znowu warczą:"durny ty,
durny!..."- a wiatr śmieje się w badylach i szepce:
"Zapłacisz
trzydzieści pięć rubli papierkami i jeszcze rubla srebrnego za
postronek. Coś odłożył dzień po dniu, tydzień po
tygodniu, przez dziewięć miesięcy, to dziś wydasz od razu,
jak orzech zgryzł. Grochowskiemu nowiuteńkimi pieniędzmi
napęcznieje kieszeń, ale twój kapciuch schudnie. Musisz jeszcze
zrobić bydlęciu żłób i drabinę, z
niepewnością i strachem schylać się do nóg dziedzicowi,
zapłacić za łąkę i godzinami czekać na ekonoma,
żeby wydał kwit na arendę..."
- O ja
nieszczęśliwy, o ja nieszczęśliwy! - mruczał
chłop. -Wio, dzieci!... Ile to groszy człek zbiera na
złotówkę, ile złotówek na rubla, ile to się nachodzi, nim
wydostanie nowy papierek! Wio, dzieci!... A tu jeszcze pewnie dziedzic nie
zechce oddać łąki...
"Nie gadaj,
nie gadaj, bo wiesz, że ci ją odda" -
świergotały wróble.
- Jużci
odda - odparł Ślimak z goryczą - ale każe se
płacić czynsz. A przecie i bez tego nieraz bydlę
uszczypnęło trawy po sąsiedzku, grosza nie wydawszy. Boże
miłosierny, cóż ja mam za zmartwienie dnia dzisiejszego, co ja wydam
gotowizny!... Wolałbym najcięższe boleści aniżeli taki
straszny pieniądz marnować na głupstwo.
Słońce
już chyliło się ku zachodowi, kiedy Ślimak przeniósł
brony na ostatnie poletko, tuż przy gościńcu. W tej chwili
krowa, którą miał kupić, ryknęła; glos jej
podobał się chłopu i nawet trochę pogłaskał go po
sercu.
"
Jużci co trzy krowy, to nie dwie - pomyślał. - Po tylim dobytku
to i ludzie inaczej uszanowaliby człowieka. Tylko najgorzej z
pieniędzmi i z łąką. Ha, samem sobie winien..."
Przyszło mu
na myśl, ile on razy, układłszy się na ławie, zamiast
spać, wymyślał różne projekty i opowiadał o nich
żonie! Ile razy mówił, jako musi zaprowadzić sześć pól
i siać koniczynę! A ile razy chwalił się, jak to mu ludzie
radzą, żeby zimą robił wozy i gospodarskie statki, do czego
miał tyle zgrabności?... Wreszcie, nie onże sam wzdychał do
trzeciej krowy; nie on chciał brać łąkę w
arendę?...
Żona
słuchała cierpliwie rok, dwa, trzy lata, aż nareszcie dzisiaj -
każe mu kupić bydlę i wynająć łąkę
zaraz, natychmiast. Jezu miłosierny, jaka to twarda kobieta! Ona jeszcze
napędzi go kiedy do siania koniczyny albo do robienia wozów...
Dziwny był
chłop ten Ślimak. Na wszystkim się rozumiał, nawet na
żniwiarce; wszystko zrobił, nawet naprawił młocarnię
we dworze; wszystko sobie w głowie ułożył, nawet
przejście do płodozmianu na swoich gruntach, ale - niczego sam nie
ośmielił się wykonać, dopóki go kto gwałtem nie
napędził. Jego duszy brakło tej cienkiej nitki, co
łączy projekt z wykonaniem, ale za to istniał bardzo gruby nerw
posłuszeństwa. Dziedzic, proboszcz, wójt, żona - wszyscy oni
zesłani byli od Boga po to, ażeby Ślimakowi wydawać
dyspozycje, których sam sobie wydać nie umiał. Był on
rozsądny i nawet przemyślny, ale samodzielności bał
się gorzej niż psa wściekłego. Miał nawet
przysłowie, że " chłopska rzecz - robić, a pańska
- bawić się i rozkazywać innym".
Słońce
dotknęło czubów gór otaczających dolinę. Ślimak
docierał już bronami do gościńca i rozmyślał nad
tym, jak będzie targować się z Grochowskim, gdy nagle
usłyszał za sobą gruby głos:
- Hej! hej!
Na
gościńcu stało dwu ludzi. Jeden siwy, ogolony, w granatowej
kapocie z krótkim stanem i w niemieckiej czapce z zawiniętymi brzegami -
drugi młodszy, wyprostowany, z jasną brodą, w paltocie i
kaszkiecie. Za nimi w pewnej odległości stał parokonny wózek,
którym powoził człowiek ubrany w kaszkiet i granatową
kapotę.
- To pole
jest twoje? - pytał Ślimaka brodaty szorstkim tonem.
- Czekaj
no, Fryc - przerwał mu starzec.
- Dlaczego
ja mam czekać? - oburzył się brodaty -
- Zaczekaj.
Czy to wasze grunta, gospodarzu? - zapytał stary nierównie
łagodniejszym tonem.
-
Jużci moje, czyje ma być? - odparł chłop. W tej chwili
przybiegł z łąki Stasiek i patrzył na obcych z
nieufnością i podziwem.
- A ta
łąka jest twoja? - pytał brodaty.
- Zaczekaj,
Fryc. Czy to wasza łąka, gospodarzu? - poprawił go stary.
- Nie
moja, dworska,
- A czyja
ta góra z sosną?...
-
Zaczekaj, Fryc...
- Ach,
ojciec lubi tak dużo gadać...
-
Zaczekaj, Fryc - mówił starzec. - Ta góra z sosną to wasza?...
- Przecie
moja, nie czyja.
- Oto
widzisz, Fryc - rzekł stary po niemiecku - tu dopiero można by
postawić wiatrak dla Wilhelma... I wskazał ręką na
górę.
- Wilhelm
nie dlatego nie buduje wiatraka, że góry są za niskie, ale dlatego,
że próżniak - odparł gniewnie nazywany Frycem.
-
Proszę cię, Fryc, bądź cierpliwy. A te pola za
gościńcem i tamie jary to już nie wasze? - pytał znowu
starzec chłopa.
-
Skądże by moje, kiedy to dworskie.
- No, tak
- przerwał niecierpliwie brodaty - wszyscy wiedzą, że on siedzi
na środku dworskich pól jak dziura w moście. Diabła wart
cały ten interes.
-
Zaczekaj, Fryc - uspokajał go stary. - Was, gospodarzu, dworskie pola ze
wszystkich stron otaczają?
-
Jużci tak.
- No,
dosyć tego! - mruknął brodaty i pociągnął ojca do
wózka.
- Bóg wam
zapłać, gospodarzu - rzekł stary dotykając ręką
czapki.
- Och, jak
ojciec lubi dużo gadać! - przerwał brodaty, gwałtem
prowadząc go do wózka. - Z Wilhelma nic nie będzie,
choćbyśmy mu dziesięć takich gór wynaleźli.
- Czego
oni chcą, tatulu? - odezwał się nagle Stasiek.
-
Jużci prawda - ocknął się chłop i zawołał: -
Panowie! hej tam...
Starzec
odwrócił głowę.
- Po co wy
się wypytujecie o to wszystko?
- Bo nam
się tak podoba - odparł brodaty, gwałtem sadzając ojca na
wózek.
- Bywajcie
zdrowi, do widzenia! - zawołał stary do Ślimaka.
Brodacz
wzruszył ramionami i kazał jechać. Wózek potoczył się
w stronę mostu.
- Co
się też tu ludzi przewinęło dziś przez gościniec
- rzekł Ślimak do siebie. - Czysty jarmark albo odpust...
- A co to
za ludzie, tatulu? - zapytał Stasiek.
- Ci, co
odjechali wózkiem? Musi Niemce z Wólki, o trzy mile stąd.
- Czego oni tak
wypytywali się o grunta?
- Albo to
się jeden pyta, moje dziecko - odparł chłop. - Innym tak
się ten kraj podobał, że leźli het aż na górę,
pod sosnę. Potem zleźli i tyle ich widziałem.
Ślimak
skończył robotę i zawrócił konie do domu. O Niemcach
już zapomniał, całą bowiem uwagę
zaprzątnęła mu krowa i łąka. A gdyby też
naprawdę jedną kupić, a drugą wydzierżawić?...
Ciarki przeszły mu po plecach na myśl, że może spełni
się to, o czym od tylu lat medytował.
Jeszcze jedna
krowa i dwa morgi łąk - toż to ze trzydzieści rubli zysku
na rok. Można by ziemię lepiej wynawozić, zboża więcej
sprzedawać, a na zimę sprowadzić dziada do domu, ażeby chłopców
czytać uczył... A co by powiedzieli inni gospodarze na taki
przybytek? Z pewnością ustępowaliby mu więcej miejsca w
kościele i w karczmie niż dzisiaj. A jak by to można
odpoczywać sobie przy takim majątku?...
Ach,
odpoczywać! Ślimak nie znał głodu ani chłodu, w domu
wszystko mu się wiodło, miał przyjaźń ludzką i
sporo gotówki, i byłby zupełnie szczęśliwy, gdyby go tak
nie bolały kości z pracy, gdyby mógł wyleżeć się
i wysiedzieć, ile dusza zapragnie.
|