|
Wróciwszy
na dziedziniec Ślimak oddał brony parobkowi, a sam zaczął
oglądać krowę, przywiązaną do płotu. Mimo
zapadającego zmroku poznał, że bydlątko jest piękne;
ma na białym tle czarne łaty, niedużą głowę,
krótkie nogi i wielkie wymiona. Przypatrzył się dobrze i
przyznał w duchu, że żadna z jego krów nie umywała się
do tej oto.
Pomyślał,
że nieźle byłoby przeprowadzić ją po podwórku, ale
czuł, że sił mu już nie staje. Zdawało się,
że ręce wyjdą mu ze stawów i nogi chyba odpadną, gdyby
ruszył z miejsca. Człowiek może harować do zachodu
słońca, ale po zachodzie - musi odpocząć, to darmo.
Więc, zamiast oprowadzać bydlątko, pogłaskał je. Gdy
zaś ono, niby przeczuwając nowego pana, zwróciło ku niemu
łeb i mokrym pyskiem dotknęło mu ręki. Ślimaka
ogarnęła taka rzewność, że o mało nie
objął za szyję i nie ucałował krowy jak
człowieka.
- Musi,
że ją kupię - mruknął zapominając o
znużeniu. We drzwiach ukazała się gospodyni z cebrem pomyj dla
stworzenia.
- Maciek!
- zawołała do parobka - a jak się krowa napije, zaprowadź
ją do obory. Sołtys u nas zanocują, to przecie i bydlątka
nie można zostawić na dworze.
- No, i co
z tego? - zapytał Ślimak żony.
- A co ma
być? - odparła. - Chce trzydzieści pięć rubli
papierami i rubla srebrnego za postronek.
Ale co prawda,
to prawda - rzekła po chwili - że krowa tego warta. Wydoiłam
ją przed wieczorem i mówię ci, choć przyszła z drogi,
dała więcej mleka niż Łysa...
Chłop znowu
uczuł ból w rękach i nogach. Boże mój, ile się to trzeba
nachodzić, namoknąć, nie dospać, nim człowiek zbierze
trzydzieści pięć rubli papierami i jeszcze rubla srebrnego!
Żeby Grochowski choć coś niecoś odstąpił...
- Nie
pytałaś go się - rzekł Ślimak - nie spuści, co?
- Ale-hale!...
Dobrze, żeby chciał sprzedać. On wciąż gada, jako
Grzybowi już dawno obiecał krowę. Ślimak począł
targać sobie włosy.
- A czy go
nieszczęście dziś nasłało! - mówił - a cóżem
ja zrobił, że mnie Pan Bóg tak ciężko karze!... Nie wiem,
czy łąkę dziedzic mi odda, a tu jeszcze muszę tyle
płacić za krowę...
- Józek, nie
bądź głupi, miej rozum - reflektowała go żona.
-Przecież o łąkę nieraz cię sami we dworze zaczepiali,
zaś o krowę spróbuj się potargować. Spuści - nie
spuści, a ty zawdy z nim wypij wódki i przyjmij go uczciwie; może mu
Pan Jezus miłosierny da upamiętanie. Ino się nie rozgaduj i na
mnie często spoglądaj, a zobaczysz, że będzie dobrze.
W tej chwili
przywlókł się parobek i począł odwiązywać
krowę od płotu.
- Cóż,
Maćku - rzekła gospodyni - prawda, że piękne bydlę?
- Oho! ho!... -
odparł kulawy trzęsąc ręką w górze.
- Ale
pieniądz za nią okrutny, co? - spytał gospodarz.
- Oho! ho!...
- Zawdy tyle
warta, prawda, Maciek? - spiesznie wtrąciła Ślimakowa.
- Oho! ho!...
Tyle
powiedziawszy Owczarz zaprowadził do obory krowę, która
oglądając się, tak jakoś serdecznie na obie strony
wywijała ogonem, że Ślimak nie mógł opanować
wzruszenia.
-Wola boska -
szepnął. - Spróbuję ją stargować... I szedł ku
drzwiom chaty.
- Józek -
zatrzymała go żona - ino się nie rozgaduj i głowy sobie
nowinami nie zaprzątaj. Myśl o tym, żeby co najwięcej
utargować, a jak język zanadto ci się rozmajta, spoglądaj
na mnie. Bo to twardy chłop, choć i ten Wojciech; sam sobie rady z
nim nie dasz.
Ślimak w
progu zdjął czapkę, przeżegnał się i wszedł
do sieni. Ale serce trzęsło się w nim z żalu za
pieniędzmi i z niepewności, czy chociaż aby rubla wytarguje.
Gość
przy świetle kominowego ognia siedział w pierwszej izbie na
ławie i ojcowskimi słowy upominał Magdę, ażeby
była uczciwa, pracowita i słuchała swoich gospodarzy.
- Każą
ci iść we wodę - mówił - idź we wodę;
każą ci w ogień skoczyć, skacz w ogień. A jeżeli
cię gospodyni potrąci albo nawet dobrze zbije, to jeszcze
pocałuj ją w rękę i podziękuj, bo mówię ci:
święta ręka, co bije...
Mówiąc tak,
przy czerwonym blasku ognia, z ręką podniesioną do góry i
twarzą uroczystą. Grochowski wyglądał jak kaznodzieja.
Magdzie uwidziało się, że jego słowom przytakują nawet
cienie drgające na ścianach i że mrok wieczorny, co zagląda
przez okienka izby, powtarza za stryjem:
"Święta
ręka, co bije!"
Zanosiła
się od płaczu. Zdawało się jej, że słucha
najpiękniejszego kazania, to znowu, że po każdym wyrazie
opiekuna występują jej sine pręgi na plecach. Pomimo to nie
czuła strachu ani żalu; raczej wdzięczność
pomieszaną ze wspomnieniami niedawnego, a przecie odległego
dzieciństwa.
Drzwi izby
skrzypnęły i w całej ich szerokości ukazał się
Ślimak.
- Niech
będzie pochwalony - rzekł do gościa.
- Na wieki
wieków - odparł Grochowski, I podniósłszy się z ławy, jak
był wysoki, prawie głową dotknął sufitu.
- Bóg wam
zapłać, sołtysie, żeście zaszli do nas w
gościnę -mówił Ślimak podając mu rękę.
- To wam Bóg
zapłać, że nas tak uczciwie przyjmujecie -odparł
Grochowski.
- A może
wam tu jaka niewygoda, zaraz gadajcie.
- Ehej! w domu
mi tak nie jest, i nie tylko mnie, ale nawet krowie, co ją zaraz wasza
kobieta wzięła w opiekę.
- Chwała
Bogu, żeście kontenci.
- W dubelt
jestem kontent, bo tu widzę i Magdzie u was lepiej niż na całym
świecie.
- Magda! -
zwrócił się Grochowski do dziewuchy - a upadnij do nóg gospodarzowi,
bo rodzony ojciec nie byłby ci szczerszy od niego. A wy, kumie, nie
skąpcie jej rzemienia, proszę was.
- Niezgorsza z
niej dziewucha - odparł Ślimak. Dziewczyna wciąż
szlochając upadła do nóg najprzód stryjowi, potem gospodarzowi i -
uciekła do sieni. Tam płacz jeszcze raz ścisnął
ją za piersi, ale oczy już obeschły. Powoli uspokoiła
się i dla usprawiedliwienia swej ucieczki z izby poczęła niby
wołać na świnie tonem przeciągłym i
żałosnym:
- Mal... mal...
malu! malu!... maluśki!...
Ale świnie
już spały. Zamiast nich wynurzył się ze zmroku pies Burek,
a później Jędrek i Stasiek. Jędrek chciał dziewczynę
przewrócić, lecz dostawszy pięścią w oko schwycił
ją za rękę, Stasiek za drugą i polecieli we czworo na
gościniec. Byli tak splątani ze sobą, że w ciemności
nikt by nie odróżnił, które z nich pies, a które dziecko, tym
bardziej że wszyscy zaczęli wyć i szczekać na wyścigi
z Burkiem. Wreszcie rozpłynęli się we mgle wiszącej nad
łąkami.
W izbie
usiadłszy naprzeciw komina rozmawiali gospodarze.
- Cóż
wam wypadło - pytał gościa Ślimak - że się krowy
pozbywacie?
- Widzicie, jest
tak - odparł Grochowski kładąc mu rękę na kolanie. -
To krowa nie moja, ino Magdy, a kobieta dawno mi głowę suszyła,
że cudzej krowy trzymać nie chce, bo i swoim już w oborze za
ciasno. Ja tam na babskie gadanie nie zważałem, ale teraz trafia
się taka rzecz, że sprzedają grunta po Komarze, co to
rozpił się i umarł. Grunt Komara przytyka do gruntu Magdy,
więc ja myślę: trzeba sprzedać krowę, a kupić za
to dziewusze morgę ziemi. Co ziemia, to ziemia.
- Oj, prawda -
westchnął Ślimak.
- A juści. Jak
zaś przyjdą nowe łaski i nadania, to i dziewczyna więcej
dostanie, niżby dostała teraz.
-
Jakże to? - spytał zaciekawiony Ślimak.
-
Będą tyle dodawać, ile kto już ma. Ja na ten przykład
mam dwadzieścia i pięć morgów, to dostanę dwadzieścia
pięć. Wy ile macie?
-
Dziesięć.
- To
dostaniecie dziesięć. A Magda, jak będzie teraz miała dwa
morgi i pół morga, to znowu dostanie dwa i pół.
- I pewne
to jest z tym nadaniem?
- Kto ich
tam wie - odparł Grochowski. - Jedni mówią, że pewne, a drudzy
się śmieją. Ale ja sobie myślę: dodadzą czy nie dodadzą,
a zawsze lepiej dokupić dziewczynie morgę, kiedy jest okazja. Tym
bardziej że moja baba nie chce tego.
- Ale
jeżeli mają darmo dawać ziemię, to szkoda pieniędzy na
kupno - zauważył Ślimak.
- Co
prawda, nie moje pieniądze, to mnie ręka o nich nie swędzi.
Wreszcie, nie kupuję ode dworu, ino od chłopa. Ode dworu nie
śpieszyłbym się z kupnem, bo w takich sprawach czekać nie
wadzi.
- Ma
się wiedzieć - odparł Ślimak. - Głupi śpieszy
się, mądry czeka.
- I
wszystko robi z rozmysłem.
- I robi z
rozmysłem - potwierdził Ślimak.
W tej
chwili ukazała się gospodyni z kulawym Maćkiem. Poszli oboje do
alkierza i wysunęli na środek stół malowany na wiśniowo.
Obok niego Maciek postawił dwa drewniane krzesła, gospodyni
zapaliła nafcianą lampę bez kominka i nakryła stół
obrusem.
-
Chodźcie tu, sołtysie - odezwała się gospodyni. - Józek,
prowadźże ich. Tu wam ładniej będzie wieczerzać.
Uśmiechnięty
Maciek niezgrabnie cofnął się za komin, a dwaj gospodarze
przeszli do alkierza.
-
Piękna izba - rzekł Grochowski oglądając się. -
Świętych pańskich sporo na ścianach; łóżko
malowane, jest podłoga i badylki na oknie. Pewnie to wasza sprawa, kumo?
- A czy
jaz by?- odparła zadowolona kobieta. - On wciąż kręci
się koło dworu albo przy mieście, a o dom nie dba. Ledwiem go
napędziła, że choć w alkierzu ułożył
podłogę. Siadajcie, kumie, o tu, bliżej pieca, jakeście
łaskawi. Zaraz podam wieczerzę.
Zwróciwszy
się do komina nalała dwie miski jaglanego krupniku ze skwarkami.
Mniejszą podała parobkowi, większą postawiła na
nakrytym stole przed gościem.
- Jedzcie
z Bogiem - rzekła do Grochowskiego - a jak czego zabraknie, to mówcie.
- A wy nie
siądziecie? - spytał gość.
- Ja zjem na
ostatku, z dziećmi. Maćku - zwróciła się do parobka -
weźże se miskę.
Uśmiechnięty
Maciek wziął swoją porcję i usiadł na ławie
naprzeciw alkierza, aby widzieć sołtysa i przysłuchać
się ludzkiej rozmowie, do której tęsknił. Postawił
miskę na kolanach i spoza kłębów pary patrzył z
zadowoleniem na wiśniowy stół, przy którym siedzieli gospodarze, na
biały obrus i blaszane łyżki, którymi jedli. Dymiący
kaganek wydał mu się jednym z najpiękniejszych rodzajów
oświetlenia, a stołki z poręczą najwygodniejszym
sprzętem. Widok sołtysa napełniał serce Maćka
czcią i dumą. Wszakże to Grochowski woził go kiedyś do
losowania i stał przy drzwiach w samej kancelarii, podczas gdy rekruci
mokli na deszczu za oknem. Wszakże to on kazał go odwieźć
do szpitala i zapewnił go, że będzie zdrów, gdy stamtąd
wyjdzie. A kto zbiera podatki, kto w czasie procesji nosi największą
chorągiew, kto intonuje w kościele na nieszporach: "Zacznijcie,
wargi nasze, chwalić Pannę świętą"? Przecie ten
sam Grochowski, z którym dzisiaj on, zwyczajny Maciek Owczarz, siedzi pod
jednym dachem.
A jaką on
ma wspaniałą postawę, jak rozpiera się na stołku!
Wyciągnął nogi, lewą rękę oparł na biodrze,
prawą na stole, a głowę w tył przechylił. Jak mu
dobrze musi być na takim krześle z poręczą...
Aż Maciek
spróbował wyprostować się, ale odepchnęła go zgorszona
ściana przypominając, że on przecie nie sołtys, tylko
nędzny parobek. Więc choć go grzbiet bolał z pracy,
zgiął się jeszcze pokorniej i zawstydzony schował pod
ławę swoje nogi, z których jedna była wykręcona, a obie w
podartych butach. Zresztą, po co miał się rozpierać,
jeżeli stąd o parę kroków już rozpiera się sołtys
i gospodarz? Ich zadowolenie wystarczało Maćkowi; więc
zaczął półgębkiem jeść krupnik, a rozmowy
słuchać obu uszami.
- Po prawdzie
mówiąc - rzekła gospodyni - po co wam, sołtysie,
ciągnąć krowę aż na wieś do Grzyba?
- Bo on
chce kupić - odparł Grochowski.
-
Może byśmy i my kupili.
- Nawet by
tak wypadało - wtrącił Ślimak. - Jest u nas dziewucha,
niechby więc była i jej krowa.
- Prawda,
Maćku, że tak by właśnie wypadało? - powtórzyła
za mężem gospodyni zwracając się do parobka.
- Oho!
ho!... - roześmiał się Maciek, aż mu gorący krupnik
spłynął z łyżki po brodzie.
- Co
racja, to racja - westchnął Grochowski. - Sam nawet Grzyb miałby
chyba wyrozumienie, że krowa nade wszystko powinna iść tam,
gdzie jest dziewucha.
- To
ją noma sprzedajcie - podchwycił Ślimak. Grochowski
opuścił łyżkę na stół, a głowę na
piersi. Chwilę podumał, wreszcie rzekł tonem rezygnacji:
- Ha,
trudno! Jak się uprzecie, to muszę wam krowę sprzedać, nic
nie pomoże. U kogo dziewucha, u tego i krowa, to darmo.
- Ale nam
coś opuścicie - prędko dodała gospodyni przymilając
się do Grochowskiego.
Sołtys
powtórnie zadumał się.
-
Widzicie, tak - rzekł. - Żeby to moje bydlę, to bym
opuścił. Ale to przecie dobytek biednej sieroty, co ją ojciec i
matka odumarli. Jakże ja ją mogę krzywdzić?... Zatem - dajcie
trzydzieści pięć rubli papierkami i rubla srebrnego za postronek
i -niech krowa zostanie u was.
-
Niezmierny to grosz - westchnął Ślimak.
- Ale
krowa śliczności - odparł sołtys.
-
Pieniądz siedzi w skrzyni i jeść nie woła.
- Ale
mleka nie daje.
- Dla tej
krowy musiałbym wziąć ode dworu łąkę w
arendę.
- To
przecie wam lepiej wyniesie aniżeli kupować paszę.
Zapanowało dłuższe milczenie, po którym nagle odezwał
się. Ślimak:
- No,
kumie sołtysie - powiedzcie ostatnie słowo...
-
Mówię wam: dajcie trzydzieści pięć rubli papierkami i rubla
srebrnego za postronek, a krowę ostawię. Grzyb będzie zły
na mnie, ja wiem; ale dla was muszę to zrobić. Macie dziewuchę,
miejcie i krowę.
Gospodyni
sprzątnęła miskę ze stołu, a następnie
weszła do komory. Po niedługiej chwili wyniosła stamtąd
flaszkę wódki i dwa kielichy, a na talerzu wędzoną
kiełbasę i widelec z wyłamanym zębem.
- Do was,
kumie - rzekł Ślimak nalewając wódkę.
- Pijcie z
Bogiem.
Wypili i w
milczeniu zaczęli gryźć suchą kiełbasę
położywszy na talerzu widelec. Na widok wódki zrobiło
się Maćkowi tak przyjemnie, że aż
westchnął. Następnie włożył obie ręce za
pazuchę i nieco wysunął nogi spod ławy. Potem przyszło
mu na myśl, że sołtys i gospodarz muszą być w tej
chwili bardzo szczęśliwi, więc - i on czuł się
szczęśliwym.
- Już
nie wiem, co robić - mówił Ślimak - czy brać krowę,
czy nie? Tyleście, sołtysie, zacenili, że mnie i ochota
odchodzi. Grochowski niespokojnie poruszył się na stołku.
- Mój
kumie - rzekł - moi złoci, co ja pocznę, kiedy to sierocy interes?
Ja Magdzi muszę grunt kupić choćby dlatego, że się to
mojej babie nie podoba.
- Za morgę
nie dacie trzydziestu pięciu rubli, teraz ziemia tania.
- Ale
zdrożeje, bo ma być w naszej gminie jakaś nowa droga i Niemcy
skupują grunta.
- Niemcy? -
powtórzył Ślimak. - Przecie oni już kupili Wólkę.
- To ją sprzedadzą
innym Niemcom, a sami przybliżą się do nas.
- Byli tu
dziś u mnie na polu dwa Niemce i dużo się wypytywali, alem nie
zrozumiał, czego chcą - rzekł Ślimak.
- A widzicie.
Chcą tu wleźć. Jak zaś osiądzie jeden, to zara za nim
ciągną inni jak mrówki do miodu i ziemia drożeje.
- Czy oni aby umieją
chodzić około roli?
- Jeszcze i jak!
Nawet więcej mają prefitu aniżeli chłop, co się tu
urodził - odparł Grochowski.
-
Osobliwość!...
- Ho, ho! Niemcy
to mądre. Mają dużo bydła, sieją koniczynę, a w
zimie robią rzemiosło. Chłop przy nich nie wytrzyma.
-
Ciekawość, jakiej oni wiary, bo gadają między sobą jak
Żydy?
- Wiara ich
lepsza jest od żydowskiej - odparł sołtys po namyśle - ale
co nie katolicka, to nie. Wiem, że mają kościół jak i my, z
ławkami i z organami. Ale ksiądz u nich jest żonaty i chodzi w
surducie, a w wielkim ołtarzu, gdzie powinien być Bóg Ojciec, to u
nich stoi tylko Pan Jezus ukrzyżowany jak u nas w kruchcie.
- To
gorsza wiara od naszej.
- Gorsza -
potwierdził Grochowski - bo nawet i nie modlą się do Matki
Przenajświętszej.
- Ach,
Matko Przenajświętsza! - szepnęła gospodyni. Ślimak i
Grochowski westchnęli pobożnie, a Maciek przeżegnał
się.
- Że
też takim Pan Bóg miłosierny błogosławi - zauważył
Ślimak. - Pijcie, kumie.
- Za wasze
zdrowie. Co im Pan Bóg nie ma błogosławić, kiedy bydła
mają dużo? To jest fundament!
Ślimak
zamyślił się i nagle uderzył ręką w stół.
- Kumie
sołtysie! - zawołał podniesionym głosem - sprzedajcie mi
krowę.
- Sprzedam!
- odparł Grochowski i równie uderzył o stół ręką.
- Dam wam...
trzydzieści i jeden rubli... jak was kocham. Grochowski
uścisnął go.
- Dajcie,
bracie, trzydzieści... trzydzieści - no - i cztery ruble papierkami i
rubla srebrnego za postronek.
Do izby ostrożnie
wsunęły się zmęczone dzieci. Gospodyni nalała \m
krupniku i zaprowadziła do najdalszego kąta zalecając spokój.
Istotnie przez cały czas było bardzo spokojnie, wyjąwszy
chwilę, w której Stasiek spadł z ławki, a Jędrek
dostał od matki szturchańca. Za to Magda sprawowała się jak
trusia, a Maciek drzemał marząc, że siedzi w alkierzu na
stołku z poręczą i pije wódkę. Czuł, że trunek
coraz mocniej uderza mu do głowy, że pod jego wpływem on,
Maciek, rozpiera się nie gorzej od Ślimaka i że gwałtem
chce pocałować sołtysa!... Wtedy drgnął i obudził
się zawstydzony.
Z alkierza do
izby płynął zapach wódki i swąd dopalającego się
kaganka. Ślimak i Grochowski siedzieli tuż przy sobie.
- Kumie...
sołtysie... - mówił Ślimak wybijając pięścią.
-Dam ci, ile sam zechcesz, zatem... powiedz ostatnie słowo. Twoje
słowo warte u mnie więcej niż pieniądz, boś ty
mądry... Ty jesteś najmądrzejszy w całej gminie. Wójt to
świnia... U mnie ty jesteś wójt, a nawet lepszy od samego komisarza,
boś ty mądry... Najmądrzejszy w całej gminie, żeby
mnie paralusz tknął!
Opletli się
ramionami, a Grochowski - zapłakał.
- Józek!...
bracie!... - mówił - nie nazywaj mnie sołtysem, ino bratem, bom ja
twój brat, a tyś mój brat -..
- Wojciechu...
sołtysie... Gadaj, ile chcesz za krowę?... Dam ci, żebym
miał sobie z wnątrza wypruć.
-
Trzydzieści i pięć rubli papierkami i rubla srebrnego za
postronek.
- O la Boga! -
odezwała się gospodyni. - A przecie dopiero co dawaliście
krowinę za trzydzieści i trzy ruble?
Grochowski
podniósł zalane łzami oczy najprzód na nią, potem na
Ślimaka.
-
Oddawałem? - spytał - Józek, bracie... czy oddawałem ci
krowę za trzydzieści trzy ruble?... Dobrze!... oddaję...
bierzcie.. Niech zmarnieje sierota, byłeś ty, mój bracie, miał
porządną krowę, jak się patrzy.
Ślimak
jeszcze mocniej uderzył pięścią w stół.
- Ja mam
zarabiać na sierocie?... Nie chcę!... Dam trzydzieści
pięć rubli i rubla za postronek.
- Co ty
gadasz, głupi?... - reflektowała go żona.
- Nie
bądź głupi!... - poparł ją Grochowski. - Takeś mnie
ugościł, takeś mnie przyjął, że ci oddam
krowę za trzydzieści i trzy ruble. Amen, to moje słowo.
- Nie
chcę!... - wrzeszczał Ślimak. - Ja nie Żyd, żebym
brał za gościnność.
-
Józek!... - mówiła żona.
-
Poszła, baba! - krzyknął, z trudnością podnosząc się
ze stołka. - Dam ja ci mieszać się do moich interesów... Nagle
wpadł w objęcia płaczącemu Grochowskiemu.
-
Trzydzieści i pięć rubli papierkami i rubla srebrnego za
postronek!... - zawołał.
-
Żebym z piekła nie wyjrzał, nie chcę... Trzydzieści i
trzy... -szlochał Grochowski.
- Józek! -
znowu odezwała się żona. - Przecie uszanuj gościa...
Przecie on starszy od ciebie, on sołtys, jego tu wola, nie twoja...
Maćku - zwróciła się do parobka - a pomóż mi
odprowadzić ich do stodoły.
- Sam
pójdę!... - ryknął Ślimak.
-
Trzydzieści trzy ruble!... - jęczał Grochowski. - Zabij mnie...
porąb na drobne kawałki, ale grosza więcej nie wezmę... Ja
pies, ja Judasz, ja cię chciałem oszwabić i dlategom mówił,
że do Grzyba krowę prowadzę... Alem ją prowadził do
ciebie, boś ty mój brat...
Wzięli
się obydwaj pod ręce i wyszli z alkierza zmierzając zrazu do
okna. Lecz gdy Maciek otworzył im drzwi do sieni, po kilku mniej
pomyślnych próbach wydostali się na dziedziniec.
Gospodyni
zapaliwszy latarnię wzięła z komory płachtę i poduszkę,
ażeby posłać Grochowskiemu w stodole. Otóż idąc przez
podwórko zobaczyła dziwną scenę. Ślimak leżał na
kupie gnoju i zachęcał Grochowskiego do spania, a sołtys
klęczał przy nim i ocierając łzy sukmaną mówił
pacierz. Nad obydwoma stał zakłopotany parobek.
-
Musieliście im coś mocnego zadać - rzekł do gospodyni.
- Wypili
flaszkę okowity.
- Oho!
ho!...
- Wstawaj,
ty pijaku! -zawołała kobieta do męża.
- Nie
wstanę! - odparł z gniewem - a ty, babo, uciekaj, pókiś
cała. Skończyły się babskie rządy!... Kupiłem
krowę i wezmę od jaśnie pana łąkę... Tera
nastąpią moje rządy.
- Józek,
podnieś się - mówiła gospodyni - bo ci wody na łeb
naleję.
- Ja ci
naleję, jak wezmę do garści biczysko!... - odparł
Ślimak.
Grochowski
upadł mu na piersi i zaczął go całować.
- Wstań,
bracie - błagał go - nie rób piekła w domu, żeby nas obu
nie spotkało zmartwienie.
Parobek
nie mógł wydziwić się widząc, jak wódka zmienia ludzi.
Sołtys, w całej gminie znany z twardego charakteru, płakał
jak dziecko, a znowu Ślimak nie chciał się podnieść z
gnoju, krzyczał jak ekonom i jeszcze groził kobiecie, że teraz
nastały jego rządy!...
-
Chodźcie, sołtysie, do stodoły - rzekła Ślimakowa
ujmując za rękę Grochowskiego.
Olbrzym
podniósł się cichy jak owieczka i prowadzony pod jedno ramię
przez Maćka, pod drugie przez Ślimakową szedł, gdzie
kazano. Gospodyni na największej kupie siana urządziła mu
piękne spanie; ale tymczasem zmorzony sołtys runął na
klepisko i tam został, skąd żadną miarą nie można
go było podźwignąć.
- Ty,
Maćku, idź se na swoje posłanie - rzekła do parobka
Ślimakowa - a ten pijak - dodała wskazując na męża -
niechaj śpi w gnoju, kiedy zrobił taki bunt.
Posłuszny
parobek za chwilę zniknął we wnętrzu stajni. Gdy zaś
na dziedzińcu wszystko ucichło, począł wyobrażać
sobie dla rozrywki, że on sam jest pijany.
- Tu
będę spał! - mruczał udając Ślimaka. - Tera moje
rządy nastają...
Potem
przedstawił siebie, że jest sołtysem, ukląkł przy
nędznej pościeli i zaczął przemawiać do niej tkliwym
głosem, zupełnie jak sołtys do Ślimaka:
-
Wstań, bracie, nie rób piekła w domu, bo nas obu spotka
zmartwienie...
Ażeby
jeszcze lepiej udać Grochowskiego, usiłował przymusić
się do płaczu. Z początku nie szło mu, ale gdy
przypomniał sobie wykręconą nogę - i to, że jest
najnędzniejszym stworzeniem na świecie - i to, że mu gospodyni
nawet kieliszka wódki nie dała, prawdziwe łzy
popłynęły mu z oczu. I tak zasnął w barłogu,
spłakany jak dziecko na kolanach matki.
Około
północka Ślimak ocknął się. Poczuł, że mu
cięży głowa i że jest mokro. Otworzył oczy -ciemno; wytężył
słuch, wyciągnął rękę i poznał, że
deszcz pada; spróbował usiąść i przekonał się,
że ma nogi wyżej niż głowę.
Stopniowo
zaczęła mu wracać pamięć. Przypomniał sobie
sołtysa, krowę w czarne łaty, jaglany krupnik i wielką
flaszkę wódki. Co się stało z wódką? - tego nie był
pewny, ale widział, że jest mu jakoś niezdrowo i że
niezawodnie zaszkodził mu krupnik, który był bardzo gorący.
- A zawdy
gadam, żeby na noc jagłów nie gotować, bo
najdłużej zatrzymują w sobie gorącość -
mruknął i podniósł się z trudnością.
W tej
chwili już nie wątpił, że znajduje się na podwórku,
przy kupie gnoju.
- To ci mnie
rzuciło!... - stęknął. - I nie dziwota. Najgorsza rzecz na
świecie, kiedy wódka pomiesza się z upałem. Przecie
jagły to czysty ogień...
Noc była
tak ciemna, że ledwie dojrzał scianę chaty. Zbliżył
się do niej powoli, jakby wahał się, i przez chwilę
usiadł w progu opierając na dłoniach ciężką
głowę. Ale deszcz stawał się coraz nieznośniejszy,
więc Ślimak zdecydował się wejść.
Przystanął
w sieni i usłyszał chrapanie Magdy. Potem ostrożnie
otworzył drzwi izby, które nie tylko skrzypnęły, ale
zaryczały jak krowa. W tej samej chwili owionął go taki zaduch i
gorąco, że uczuł się jeszcze bardziej sennym i bądź
co bądź, zapragnął dostać się do posłania.
W pierwszej
izbie, na ławie pod oknem, dyszał Stasiek, ale w alkierzu było
cicho. Ślimak poznał, że żona nie śpi, i po omacku
dostał się do łóżka.
- Posuń
się, Jagna - rzekł wysilając się na głos surowy,
choć go strach ogarniał. Milczenie.
- No...
posuńże się trochę...
- Pójdziesz ty,
pijaku, pókim dobra...
- Gdzież
mam pójść?
- Idź na
gnojowisko albo do chlewa, bo tam twoje właściwe miejsce -
odparła rozgniewana kobieta. - Zachciało ci się rządów, to
se rządź, ale ode mnie wara ci, ty opoju!...
Wygrażałeś mi biczyskiem, poczekaj, nie daruję ja ci
tego...
- O! co tam
dużo gadać, kiedy ci się nic nie stało - przerwał
chłop.
- Nic się
nie stało?... A kto uparł się płacić za krowę
trzydzieści i pięć rubli i jeszcze rubla za postronek, kiedy sam
Grochowski byłby ją oddał za trzydzieści?... Ledwiem u
niego wymolestowała, że weźmie tylko trzydzieści i trzy...
To u ciebie trzy ruble nic nie znaczą?...
Ślimak
już nie słuchał. Choć było ciemno, złapał
się za głowę zmartwiony i cofnął się aż do
izby, gdzie spał Stasiek. Tam upadł na ławę i akurat
przygniótł nogi chłopcu.
- To wy, tatulu?
- spytał obudzony chłopak.
- Jużci ja.
- A co wy tu
robicie?
- Tak se
usiadłem, bo mnie cosik trapi na wnątrzu. Chłopak podniósł
się i objął go rękami za szyję.
- Dobrze,
żeście usiedli - rzekł - bo wciąż po mnie chodzą
te Niemce.
- Jakie?
- A te
dwa, co byli u nas w polu: stary i z brodą. Nic do mnie nie gadają,
czego chcą, ino mnie depczą.
- Śpij,
dziecko, tu nie ma nijakich Niemców. Stasiek jeszcze mocniej przytulił
się do ojca, a że i Ślimaka sen zmorzył, więc obaj
upadli na ławę i chłopak znowu zaczął
gawędzić.
- Prawda, tatulu
- spytał ojca półgłosem - że woda widzi?
- Co ma
widzieć?
- Wszystko,
wszystko. -. Niebo, nasze góry i was także widziała, jakeście
chodzili za bronami...
- Śpij,
dziecko, nie gadaj od rzeczy - uspokajał go Ślimak.
- Widzi, widzi,
tatulu, sam przecie patrzyłem - wyszeptał i zasnął.
Ślimakowi
było w izbie za gorąco. Rozmarzony, wywlókł się z chaty i
jakby nie na swoich nogach zatoczył się do stodoły. Tu
potknął się o Grochowskiego i po kilku próbach trafił do
sterty słomy, gdzie utonął tak głęboko, że mu nie
było widać nawet butów.
- Ale com
krowę kupił, tom kupił - mruknął sobie na dobranoc.
|