|
Był lipiec.
Dziedzic z dziedziczką od dawna wyjechali za granicę; we wsi o nich
zapomniano i nawet nowa wełna zaczęła porastać na
ostrzyżonych owcach.
Słońce
tak grzało, że chmury uciekły z nieba gdzieś do lasów, a
ziemia zasłaniała się od gorąca, czym mogła: na
gościńcach kurzem; na łąkach potrawem, na polach
gęstym urodzajem.
Dla ludzi
był to początek największej pracy. We dworze już skosili
koniczynę i rzepik, przy chatach gospodynie i dziewuchy obsypywały
buraki i kartofle, a stare kobiety zbierały ślaz na poty, kwiat
lipowy na gorączkę i włosy P. Marii na boleści. Proboszcz z
wikarym całymi dniami śledzili i chwytali pszczelne roje, a Josel
karczmarz fabrykował ocet. W lesie rozlegały się
nawoływania dzieci zbierających jagody.
Tymczasem
dochodziły zboża i Ślimak nazajutrz po Matce Boskiej
Szkaplerznej wziął się do zżęcia żyta. Krótka
była to robota, na trzy albo i na dwa dni; lecz chłop
śpieszył się, raz dlatego, aby nie wykruszyło się zbyt
suche ziarno, a po drugie, aby mógł wyjść na żniwo do
dworu.
Zwykle pracowali
we trzech: Ślimak, Owczarz i Jędrek, na przemian żnąc i
wiążąc snopki; gospodyni zaś i Magda pomagały im z
rana i po obiedzie.
Pierwszego dnia,
w czasie południowej roboty, kiedy w pięcioro (bo tym razem były
i kobiety) żnąc dosięgli szczytu wzgórza, Magda spostrzegła
pod lasem kilka ludzkich sylwetek i powiedziała o tym gospodyni.
"Wszyscy obejrzeli się w tamtą stronę i poczęli
robić uwagi.
- To jakieś
chłopy - rzekł Owczarz - bo białe.
- Jest tam jeden
między nimi słomiany - dodała Ślimakowa -a chłopy tak
nie chodzą.
- I musi,
że do kolan mają buty - wtrącił Ślimak.
-
Przypatrzcie się - zawołał Jędrek - a dyć oni
noszą tyki w garści i ciągną jakby sznur za sobą!
- To chyba
omentry?... Cóż by to było?... - zastanowił się
Ślimak.
- Pewnie
nowe pomiary!... - odpowiedziała Ślimakowa. -Widzisz, jak dobrze,
żeś wtedy nie kupił łąki od pana?
Wzięli
się znowu do roboty, ale szła im niesporo, każde bowiem
spoglądało ukradkiem na owych ludzi spod lasu, którzy stawali
się coraz wyraźniejsi. Nie byli to chłopi, bo zamiast
przepasanych koszul mieli białe albo żółtawe kurtki, a na
kapeluszach czarne wstążki. Szli od zachodu na wschód i widocznie
mierzyli pole.
Zjawienie
się ich tak zaciekawiło Ślimaka, że zamiast przodować
w robocie, wlókł się na końcu obok Magdy. Wreszcie
zawołał:
-
Jędrek! ciśnij sierp i skocz do onych, co tam na polu bonują.
Spenetruj, co za jedni, i wymiarkuj: czy mierżą na rozdanie gruntów,
czy na co innego?
Chłopak
pobiegł cwałem.
- A
obchodź ich ostrożnie! - wołała matka - żeby cię
który nie przetrącił...
Jędrek
w kilka pacierzy dognał mierników, wszedł między nich i
chwilę porozmawiał, ale - ani myślał o powrocie. Owszem,
wziął się nawet do tyki i łańcucha.
-
Słyszeliśta! - dziwiła się Ślimakowa - a dyć on
już do nich całkiem przystał. Patrzaj ino, Józek, jak wyrywa z
tym sznurzyskiem?... Tamci przecie musieli się uczyć nie bez
jedną zimę i żaden go nie wyścignie. A on, para, co ino za szybą
u Żyda widział lamentarz, tak se śkika między nimi jak
zając... To ci chłopak!... Szkoda, żem mu nie kazała
wzuć butów, bo jeszcze pomyślą, że on jaki sierota, nie
gospodarski syn.
Ujęła
się pod boki i zadowolona patrzyła na Jędrka, który z
wielką śmiałością przenosił tyki i
ciągnął łańcuch od punktu do punktu.
Wkrótce
oddział inżynierski zeszedł w nizinę i ukrył się
przed oczyma chłopów.
- Cosik z
tego będzie - rzekł zadumany Ślimak - albo dobre, albo złe.
- Co ma
być źle, jak dodadzą gruntów? - wtrąciła
Ślimakowa. - A ty co myślisz, Maćku?
Parobek,
zakłopotany pytaniem, otarł pot z czoła i odparł po
namyśle:
- Co ta być
może dobrego? Pamiętam, kiedym służył u pana w
Krzeszowie (będzie temu sześć roków), a rychtyk tacy sami
przeszli przez pola z tykami, to zara na jesień wójt zrobił w kasie
deces i cała gmina musiała się za niego składać.
Każda nowa rzecz jest niepewna - zakonkludował.
Słońce
schylało się ku zachodowi, kiedy nadbiegł zadyszany Jędrek
wołając na matkę, ażeby wyniosła mleka z lochu, bo idzie
tu dwóch panów, wielkich panów, którzy mu za noszenie łańcucha dali
dwa złote.
- Oddaj to zaraz
matce! - krzyknął Ślimak. - Oni d zapłacili dwa złote
nie za łańcuch, ale za mleko, co u nas zjedzą. Jędrek o
mało się nie rozpłakał.
- Co mam
oddawać moje pieniądze? - mówił. Przecie oni za to, co
zjedzą, osobliwie zapłacą i jeszcze za inne rzeczy, co wezmą!...
Nawet pytali się, czy w chałupie są kurczęta i
masło...
- To oni kupcy,
że dowiaduje się o masło i kurczęta? - spytał
Ślimak.
- Nie kupcy, ino
wielkie państwo, co jeżdżą z szałasem i z kucharzem, a
on im w polu jeść gotuje.
- Cygany
czy co? - mruknął Ślimak.
Nie
czekając na zakończenie rozmowy gospodyni zbiegła do chaty, a
niebawem ukazali się i dwaj panowie. Byli spoceni, opalem i kurzem okryci,
ale mieli takie wspaniałe miny, że na ich widok Ślimak i Owczarz
zdjęli kapelusze jak na komendę.
Powitawszy
chłopów starszy pan z długą czarną brodą zapytał:
- Który to
gospodarz?
- Ja -
rzekł Ślimak.
- Dawno tu
mieszkasz?
- Od
dziecka.
- I
widziałeś, jak ta rzeka wylewa?
- Albo
raz!...
- A nie
pamiętasz, jak wysoko podnosi się woda?
- Czasami,
jaśnie panie, wyleje nad łąkę tak, że chłop by
się utopił.
- Wiesz to
z pewnością?
- Wszyscy
wiedzą, bo przecie i te wyrwy, co są z boku góry, to woda
wyżarła.
- Trzeba
będzie postawić most dziesięciosążniowy - odezwał
się młodszy pan.
- Zapewne
- odparł starszy. Rozejrzał się po łące i znowu
zwrócił się do Ślimaka:
- A mleka
u was dostaniemy?
- Już
moja zeszła na dół, niech panowie pozwolą.
Panowie
skierowali się do chaty, a za nimi Ślimak, Owczarz i nawet Magda.
Jedzenie mleka przez podobnych gości było tak wielkim wypadkiem w
gospodarstwie Ślimaka, że godziło się opuścić
żniwo.
Nie
mniejsza niespodzianka czekała ich na podwórzu. Ślimakowa z
Jędrkiem wynieśli przed chatę stołki z poręczami i
wiśniowy stół, nakryli go obrusem, położyli talerze,
blaszane łyżki, osełkę masła, bułkę sitnego
chleba i cały ser z kminkiem. Na progu chaty stała w pogotowiu
dzieża zsiadłego mleka, a o kilkanaście kroków z boku trzy kury
z gromadą kurcząt dziobały kaszę krzycząc i
rozpychając się.
Panowie
spojrzeli po sobie zdziwieni.
- No, no -
szepnął młodszy - szlachcic lepiej by nas nie przyjął.
Siedli przy
stole, zjedli pół dzieżki mleka, pochwalili ser i masło,
wreszcie starszy zapytał Ślimakowej, co się należy?
- Niech panom
będzie na zdrowie - odpowiedziała kobieta. Zdziwili się jeszcze
więcej.
- Darmo przecie
objadać was nie możemy - rzekł starszy pan.
- My nie
weźmiemy pieniędzy za gościnność. Wreszcie mój
chłopiec tyle u państwa zarobił, jakby za cały dzień
żniwa.
- A co?...
- szepnął młodszy pan do starszego. - Tacy są polscy
chłopi!,..
Wydawali
się obaj bardzo zadowolonymi, a starszy pan odezwał się do
Ślimaka:
- Za takie
przyjęcie wybudujemy wam tu niedaleko stację. Ślimak
ukłonił się.
- Kiej nie
wiem, jaśnie panie, na co to jest i co panowie chcą u nas
zrobić?
-
Przeprowadzimy wam tędy kolej żelazną.
-
Drogę żelazną - powtórzył młodszy pan. Ślimak
pokręcił głową.
- Kto u
nas będzie jeździł po takiej?... Najtwardszy koń
zdarłby kopyta!
-
Toteż wozów nie będą ciągnąć konie, tylko
lokomotywa. Chłop podrapał się w głowę.
- O
czymże tak rozmyślasz? - zapytał go starszy pan.
- Musi,
że nam na złe wyjdzie taka droga - rzekł chłop - bo
furmanką już nic człowiek nie zarobi.
Obaj
panowie roześmieli się, a starszy począł mówić:
- Nie bój
się, mój kochany, taka droga to dla was szczęście, a szczególnie
dla ciebie, który będziesz mieszkał najbliżej stacji.
Będziesz woził towary podróżnych, będziesz sprzedawał
masło, jaja, kury, kapustę i wszystko, co ci się urodzi. A my
dobrze płacimy... Na próbę może nam sprzedasz te kurczęta.
Ile ich tu jest?
-
Dwadzieścioro i dwoje - odezwała się Ślimakowa.
- Po czemu
chcecie?
- Ile łaska
panów.
- Oddacie po dwa
złote?
Ślimakowa
przelotnie spojrzała na męża. Dotychczas płacono im
najwyżej po złotówce za kurczę.
- Niech panowie
wezmą.
- Hukaj Żyd
- mruknął młodszy - sprzedaje nam po pół rubla.
- A masła
młodego dużo macie? - pytał starszy pan Ślimakowej.
- Znajdzie
się ze dwa garnce.
- Po czemu?
- Ile
łaska.
- Weźmiesz
po pięć złotych kwartę? Gospodyni tylko ukłoniła
się. Żyd płacił jej po pół rubla. W ten sposób panowie
zamówili jeszcze kilka serów, dwie kopy raków, kopę ogórków, kilka bulek
sitnego chleba i kazali to przywieźć pod las, gdzie stały dwa
namioty. Młodszy wciąż dziwił się, że jest tanio,
a starszy chwalił się, że on zawsze robi takie sprawunki. Przed
odejściem zaś, wypłacając gospodyni szesnaście rubli
papierami i pół rubla srebrem, zapytał:
- Cóż, nie
macie krzywdy?
- Bogać tam
krzywdy! - odparła Ślimakowa. - Żebyśmy ci dzień tak
sprzedawali...
- Będziecie
sprzedawać, jak wybudujemy kolej.
- Niechże
jaśnie panom Pan Bóg dopomaga i Matka Przenajświętsza! -
błogosławiła ich kobieta. Milczący Owczarz
kłaniał się do ziemi, a Ślimak, z kapeluszem w ręku, odprowadził
ich aż do jarów.
Gdy wrócił
stamtąd, począł z gorączkowym pośpiechem wydawać
dyspozycje:
- Zbierz, Jagna,
masło, ty, Magda, narwij najpiękniejszych ogórków kopę i
dziesięć sztuk, a ty, Maćku, weź worek j biegaj z
Jędrkiem do wody po raki... Jezus, Panno Mario! jeszcześmy też
nigdy tyle nie utargowali... Trzeba, żebyś w niedzielę
kupiła sobie fular, a Jędrkowi nową kamizelkę na tę
intencję!...
-
Szczęście weszło do naszego domu - rzekła nie mniej
wzruszona kobieta. - A fular kupić trzeba, bo inaczej nie uwierzą we
wsi, że zarobiliśmy takie wielkie pieniądze.
- Trochę
nie podoba mi się, że po nowej drodze wozy będą
jeździć bez koni - dodał Ślimak. - Ale nie mój to grzech.
Ku wieczorowi
odwiózł inżynierom kupione przez nich zapasy i otrzymał nowe
obstalunki; przy wytykaniu bowiem linii pracowało kilkunastu panów, którzy
mianowali Ślimaka jeneralnym dostawcą. Więc sprzedawał im
drób i nabiał, pieczywo i jarzyny po cenie oznaczonej przez
inżynierów, sam skupując produkta we wsiach okolicznych i zarabiając
grosz na groszu. Chłop podziwiał hojność nowych znajomych,
a oni taniość produktów.
W tydzień
oddział inżynierski przeniósł się dalej, a Ślimak po
obrachunku z żoną przekonał się, że ma około
dwudziestu pięciu rubli pieniędzy, które spadły nie wiadomo
skąd, nie licząc zarobku za furmanki i zapłaty za dnie stracone.
"Czy oni
omylili się, czybym ja im czego nie odwiózł?..."
-myślał chłop i wstyd mu się zrobiło tych
pieniędzy.
- Wiesz, Jagna -
rzekł raz do kobiety - może by pojechać za panami i oddać
im ten grosz?
- O głupi!
- krzyknęła kobieta - a przecie każdy tak zarabia, kto handluje.
Jeszcześ im łaskę wyświadczył, że
sprzedawałeś kuraki po dwa złote, kiedy Żydom
płaciliby po pół rubla...
- Ale
kupowałem u ludzi po złotemu.
- A Żyd po
czemu kupuje?
- Żyd nie
jest rolnikiem i wreszcie on niechrzczony.
- Za to on
zarabia po dwa złote i po dziesiątce na każdym kuraku, a ty po
złotówce. Wreszcie złotówka to nawet nie zarobek, ino podarunek, co
panowie dali ci za fatygę.
Wyraz "za
fatygę" uspokoił chłopa. Jużci on się
sfatygował, a panowie mogą mu tyle ofiarować, ile im się
podoba. Państwo z Warszawy dobrze widać płacą za
fatygę, kiedy nawet szwagierek dziedzica za podniesienie czapki dał
Jędrkowi srebrną czterdziestkę.
Kiedy
gospodarstwo zajęli się dostawą dla inżynierów, całe
żniwo spadło na Maćka Owczarza. Co dawniej robili we troje albo
w pięcioro, to dzisiaj on musiał odrabiać sam jeden.
Wychodził na wzgórza przede dniem, schodził późno w nocy i żął,
snopki wiązał, mendle układał a rozmyślał:
"Jaka to może być droga żelazna, po której
jeżdżą bez koni?"
Widząc,
że mimo pilności parobka robota ciągnie się
dłużej niż zwykle. Ślimak wynajął do pomocy
starą Sobieską. Baba przyszła o szóstej z niedużą
butelką lekarstwa na ranę w nodze i do południa
żęła za dwie osoby, wyśpiewując grubym głosem
piosenki, których nawet Maćkowi wstyd było. Ale kiedy po obiedzie
zażyła lekarstwo mocno pachnące okowitą, kuracja tak
ją rozebrała, że babie wypadł sierp z ręki.
- Ty, gospodarzu
- poczęła wykrzykiwać - ty, gospodarzu, zbijaj grosze, a ty,
najmito - żnij!... Ty, gospodarzu, kupuj żonie fulary, a ty, najmito,
łaź na czworakach po polu i nosem się podpieraj...
Kiedy pan
bogacieje, Ze sługi pot się leje!
Żnij
Maćku!... Żnij, stara Sobieską!... a ja bez ten czas
będę chodził pod boki z inżynierami, będę
instygował na całą wieś i chował ruble do skrzyni!...
Zobaczyła, że on jeszcze nazwie się panem
Ślimaczyńskim!... Ma, para, szczęście, widać diabeł
go urodził z parszywej suki... Żywych i umarłych... amen...
To wyszeptawszy
upadła Sobieską w bruzdę i nie ocuciła się do zachodu
słońca. Mimo to wypłacono jej za cały dzień
żniwa, bo chora niewiasta miała ostry język, i kiedy Ślimak
chciał potargować się z nią za czas przespany -
odparła całując go w rękę:
- Co się
tam macie ze mną swarzyć, panie gospodarzu?...
Sprzedacie jedno
kurczątko więcej i wyrówna się wam bez mojej krzywdy!...
"Zawsze
najlepiej takiemu, co potrafi się przymówić!..."
-pomyślał Owczarz.
Kiedy zaś w
niedzielę wszyscy z chaty wybierali się do kościoła, on
usiadł na przyzbie i zaczął ciężko wzdychać.
- A ty,
Maćku, nie idziesz do kościoła? - zapytał go Ślimak
zmiarkowawszy, że parobkowi coś dolega.
- Gdzie mnie do
kościoła! - westchnął Owczarz. - Ino wstydu bym wam
narobił...
- Cóż ci
brak?
- Nie brakuje mi
nic, ale obuwie mam takie, że co stąpnę, to noga idzie naprzód,
a but psiakość zostaje na drodze.
- Sameś
winien - rzekł Ślimak - bo czemu nie mówisz? Przecie należą
ci się zasługi i dam ci zara sześć rubli.
Po chwili
wyniósł z izby pieniądze, a Owczarz objął go za nogi.
- Kup se buty -
mówił Ślimak - ale do karczmy nie wstępuj, bo masz miętkie
serce i wszystko przepijesz.
Wkrótce poszli
do kościoła: Ślimak z żoną, Magda z chłopcami, a
Owczarz z daleka na końcu. Idąc marzył sobie, że jak
wybudują drogę z żelaza, to Ślimak zostanie szlachcicem, a
on, Owczarz, będzie u niego służył na swoim stole i
ożeni się...
Nagle
przeżegnał się, aby odpędzić złego ducha, który
widocznie zabiegł mu drogę i podszeptywał głupie zachcenia.
Gdzież takiemu jak on nędzarzowi myśleć o żonie! Nawet
Zośka by go nie chciała, choć już ma dwuletnie dziecko i w
głowie coś popsutego.
Pamiętna to
była niedziela dla obojga Ślimaków. Ona kupiła w straganie
fular, dała dziadom po cztery grosze jałmużny, a w kościele
usiadła w ławce przed ołtarzem, gdzie Grzybina i
Łukasiakowa zaraz jej miejsca ustąpiły. Jego zaś
ciągle ktoś zaczepiał. Arendarz robił mu wymówki, że
psuje ceny Żydkom sprzedając wszystko taniej; organista
przypomniał, że warto by zakupić mszę śpiewaną za
dusze w czyśćcu będące; sam strażnik z nim się
przywitał, a nawet ksiądz wikary zaczął z nim rozmowę
zachęcając Ślimaka do hodowli pszczół.
- O, teraz -
mówił wikary - kiedy masz pieniądze i czas wolny, mógłbyś
przychodzić na probostwo i zobaczyć, jak pielęgnuje się
owad. Później kupiłbyś parę ułów, miałbyś
miód dla siebie albo na sprzedaż, a wosk do kościoła. Bo nawet i
przy dużym majątku, moje dziecko, nie zawadzi pamiętać o
Bogu i hodować pszczół...
Po odejściu
wikarego zbliżył się do Ślimaka Grzyb. Staremu chłopu
błyszczały oczy, gdy paskudnie uśmiechając się
zagadnął:
- Pewno,
Ślimaku, postawicie dziś dla całej wsi traktament, kiedy wam
się udał taki interes?
- Nie
traktowaliście wy mnie przy waszych interesach, to i ja was nie
potraktuję przy moim - odparł szorstko Ślimak.
- Nie dziwota,
bo ja nie zarabiam nawet na krowach tyle, co wy na kurach.
- Za to wy na
ludziach zarabiacie nawięcy.
- Ma rację!
- poparł Ślimaka Wiśniewski i zaraz począł go
obchodzić o pożyczenie stu złotych do Nowego Roku. Gdy mu
zaś odmówiono, skrył się między zebranych pod
kościołem gospodarzy narzekając na hardość
Ślimaka.
- Już z
niego wielki pan, a niezadługo nie zechce gadać z chłopami!...
- We dworze nie
był u żniwa, choć go wzywali - wtrącił karbowy.
- Jego kobieta
zasiadła w najpierwszej ławce przed ołtarzem -dodał
Wojtasiuk.
- Zawdy
pieniądz przewraca ludziom w głowie - zakończył
Orzechowski. Po czym weszli do kościoła.
Owczarzowi nie
przyniosły szczęścia dane mu na buty pieniądze. Gdy
pokorny, jak zawsze, stanął w babińcu, aby nie świecić
w oczy Panu Bogu swoją wytartą sukmaną, dziady z ogromnym
krzykiem zaczęli mu wypominać, że nigdy nie wspiera ubogich.
Poszedł tedy do karczmy zmienić trzy ruble, a tam znowu zaczepił
go szynkarz:
- Jakże
będzie, panie Macieju, z moimi pieniądzmi?
- Z jakimi
pieniądzmi?
-
Jużeście zapomnieli?... Przecie od Bożego Narodzenia
winniście mi siedem złotych.
-
Słyszeliśta!... - oburzył się Owczarz. - Niechże
ludzie z całej wsi powiedzą, że mi nigdy nie borgujecie, a kiedy
piję, to muszę płacić gotówką.
- To jest prawda
- odparł szynkarz. - Ale na Boże Narodzenie, jakeś się,
Maćku, upił, toś mnie tak ściskał, tak
całował, że musiałem ci dać na kredyt wódki i piwa, i
araku, i jeszcze obwarzanków.
- A
świadków masz? - krzyknął ostro Maciek. - Bo ja ci mówię,
że mnie chcesz okpić....
Szynkarz
chwilę pomyślał.
- Świadków
- rzekł - to ja nie mam i dlategom ciebie do tej pory nie zaczepiał o
pieniądze. Ale jak mi przysięgniesz tu, w oczy, przy ludziach,
żeś mnie wtedy nie całował i nie prosił o kredyt, to -
ja tobie daruję moje siedem złotych. Wstyd - dodał szynkarz
spluwając - żeby parobek od takiego porządnego gospodarza
zarywał biednych Żydków!... Ja wam. Owczarzu, daruję, ale od tej
pory nigdy nie wstępujcie do mojej karczmy, bo ja muszę wstydzić
się za was.
Parobek
zachwiał się. A może on naprawdę winien siedem
złotych?...
- No -
rzekł - kiedy tak gadacie, to ja wam oddam. Ino bójcie się, żeby
was Pan Bóg nie pokarał za moją krzywdę.
W duszy
jednak wątpił, czy Pan Bóg za takiego jak on biedaka zechce
karać taką wielką osobę jak szynkarz.
Już
miał wychodzić, zgryziony, kiedy weszło do karczmy kilku
galicyjskich bandosów. Zasiedli do stołu i poczęli rozmawiać o
tym, że przy budowie kolei żelaznej będą wielkie zarobki.
Maciek
przysunął się, a widząc, że są jak i on sam
obdarci, odezwał się:
- Czy to
prawda, żeby gdzie na świecie były drogi żelazne? Przecie
na taki interes to by ze wszystkich sklepów nie starczyło żelaza.
Nawet chyba nie miałby tyle sam rząd...
Bandosy
wyśmieli go. Ale najroślejszy z nich, który odznaczał się
wojskową czapką i bardzo wypukłą krtanią, rzekł:
- Czego
się tu śmiać, że taki prostak nie wie, co jest kolej
żelazna? Siądź se tu, bracie, przy mnie, ja ci wszystko, jak
należy, opowiem, ale - postaw butelkę gorzałki.
Nim Maciek
zdecydował się, wódka już była na stole. Podał ją
szynkarz mówiąc:
- Dlaczego
on nie ma wódki postawić? On już postawił!... To dobry
chłop...
Co
się działo później, Owczarz nie pamięta. Ktoś
opowiadał mu, jak prędko jeździ luftmaszyna, a ktoś inny
krzyczał, że powinien kupić buty, nie zaś przepijać
pieniądze. Później ktoś jeszcze inny wziął go za
ręce i nogi i z szynku wyniósł do stajni. Ale kto? Owczarz nie
wiedział. Jedno było pewne, że wrócił późno do domu
nie mając ani grosza.
Gospodyni
patrzyć na niego nie chciała, a Ślimak kiwał
głową i mówił:
- 0j i ty,
ty!... Nigdy się nie dorobisz, bo diabeł w tobie siedzi i pcha
cię do lada jakiej kompanii.
Tym
sposobem Owczarz nie kupił sobie nowych butów; natomiast w kilka tygodni
później zyskał dobytek, o jakim nigdy mu się nie
śniło.
Był
słotny wieczór wrześniowy. W miarę jak gasnął
dzień, niebo pokrywało się nowymi warstwami obłoków, coraz
niżej sięgającymi, coraz więcej poszarpanymi i
posępnymi. Lasy, wzgórza, wieś, nawet ploty przy domu stopniowo
rozpływały się w szarej oponie, ziejącej deszczem gęstym
i drobnym, tak drobnym, że wszystko przenikał. Było go
pełno w ziemi, która rozmiękła jak rozczynione ciasto;
pełno na drodze, gdzie spłynął brudnożółtymi
strumykami, pełno na podwórku, gdzie tworzył ciemne kałuże.
Nasiąkały nim dachy i ściany chałup, szerść
zwierząt, odzienia, nawet dusze ludzkie.
W chacie
Ślimaka myślano o kolacji, ale nikt nie miał humoru. Gospodarz
ziewał, gospodyni była gniewna, chłopcy senni i nawet Magda
ruszała się leniwiej niż zwykle. Spoglądano na komin, gdzie
powoli dogotowywały się kartofle, to na drzwi, którymi miał
wejść Owczarz, to na okno, za którym słychać było
plusk kropli deszczu, które spadały z chmur wyższych, niższych i
najniższych, ze wszystkich budynków, ze wszystkich więdnących
liści, ze strzechy, ze ścian i z szyb. Niekiedy kolejne te
odgłosy zlewały się w jeden i wówczas zdawało się,
że ktoś idzie.
Wtem
skrzypnęły drzwi do sieni.
- Maciek -
mruknął gospodarz.
Maciek
jednak nie wchodził. Natomiast usłyszano szelest ręki
posuwającej się po ścianie, jakby ktoś nie mógł
trafić do izby.
-
Oślepł czy co? - rzekła gospodyni i niecierpliwym ruchem
otworzyła.
W sieni
coś stało, ale nie Maciek; coś niewysokiego, grubego,
owiniętego w przemokłą płachtę. Gospodyni
cofnęła się, a wtedy do sieni wpadł blask ognia i w górnym
otworze płachty ukazała się twarz ludzka, barwy miedzianej, niby
okopconej, z krótkim nieforemnym nosem i skośnymi oczyma, które ledwie
znać było spod nabrzmiałych powiek.
- Niech
będzie pochwalony - odezwał się spod płachty głos
chrapliwy.
- To ty,
Zośka? - spytała zdziwiona gospodyni.
-Jo.
-
Wchodźże prędzej, bo zimno najdzie do izby. Szczególna osoba
weszła, ale zatrzymała się u progu milcząc. Teraz
można było spostrzec, że ma na ręku dziecko, bledsze od
kości, ze zsiniałymi ustami; spod płachty wysuwała się
jego ręka cienka jak patyk.
- Co ty
robisz na taki czas? - zapytał Ślimak.
- Idę
za służbą - odparła. Obejrzała się po izbie
szukając stołka, lecz nie znalazłszy go cofnęła
się do drzwi i kucnęła przy ścianie u progu.
- Po wsi
gadają - mówiła głosem chrypliwym i jednostajnym -że macie
teraz wielkie pieniądze. Myślałam, że potrzebujecie
dziewki, i ot jestem.
- Nam
dziewki nie trzeba - rzekła gospodyni. - Jest wreszcie Magda, a i ta
niewiele co robi.
-
Cóżeś ty zmalowała, że nie masz obowiązku? - spytał
Ślimak.
- W lecie
byłam u żniw, a teraz nikt mnie przyjąć nie chce z
dzieckiem. Samą prędzej by przygarnęli.
W tej
chwili wszedł Owczarz i wstrząsnął się zdumiony
zobaczywszy Zośkę.
-
Skądeś ty się tu wzięła?... - spytał.
- Idę
za służbą. Gadają, że Ślimak teraz bogacz,
więc wstąpi-łam, może by mnie wziął za
dziewkę. Ale z dzieckiem i Ślimak nie chce mnie wziąć.
- O la
Boga! la Boga!... - szepnął parobek na widok nędzy gorszej
niż jego własna.
-
Coś, Maćku, tak nad nią lamentujesz, jakby cię sumienie gryzło
- cierpko odezwała się gospodyni.
-
Jużci każdemu żal widzieć tyle nieszczęścia -
mruknął Ślimak.
- A
najwięcej musi temu, co winien - wtrąciła Ślimakowa.
- Ja nie
winien - rzekł Maciek wzruszając ramionami. - Ale zawdy żal mi
jej i dziecka.
- To go
weź, kiedy ci żal - odparła gniewna gospodyni. -Prawda,
Zośka, żebyś oddała dziecko Owczarzowi?... Co ono jest:
chłopiec czy dziewczyna?
-
Dziewczyna - szepnęła Zośka, patrząc na Owczarza - ma
już dwa roki. - I dodała:
- Jak
chcesz, to se ją weź...
-
Dużo mi po niej - odpowiedział parobek - ale zawdy szkoda.
- Jak
chcesz, to ją weź... Weź ją, weź, kiedy chcesz...
Ślimak teraz bogacz i tyś bogacz...
-
Jużci z Owczarza bogacz. Po sześć rubli przepija w jedną
niedzielę - drwiła Ślimakowa.
-
Kiedyś taki bogacz, że po sześć rubli przepijasz w
jedną niedzielę, to ją weź - mówiła Zośka tonem
coraz gwałtowniejszym.
Wydobyła
z płachty dziecko i położyła je na wilgotnej ziemi.
Zdawało się, że w tej chwili jest jeszcze bledsze, lecz nie
wydało głosu.
-
Głupie twoje żarty, Jagna! - mruknął Ślimak do
żony. Zośka przeciągnęła się i powstała na
równe nogi.
- Oto mi
letko, choć raz w życiu!... - mówiła podniesionym głosem, a
oczy dziko jej błyszczały. - Nieraz myślałam se, że
nie wytrzymam i cisnę ją gdzie na drodze albo we wodę... Ale
kiedy chcesz, to ją weź!... Weź ją, ino mi jej dobrze
pilnuj, bo jak kiedy wrócę, a jej nie zdybię, to ci ślepie
wybiorę...
- Co ty
gadasz, opętana?... - reflektował ją Ślimak. -
Przeżegnaj Się...
- Niech
się ten żegna, co idzie na śmierć, a ja pójdę na
służbę... Gadali, żeście tera bogacz...
Myślałam, że potrzebujecie dziewki i wstąpiłam tu...
Nie potrzebujecie, to nie, to pójdę dalej...
- Co masz
z głupią gadać!... Siadajcie do wieczerzy - odezwała
się gospodyni i z gniewem pochwyciła garnczek z ognia.
Skutkiem
gwałtownego ruchu głownie rozsypały się po całym
kominie, a jedna upadła na ziemię, aż do bosych nóg Zośki.
- Pali
się!... pali się!... pali się!... - krzyknęła
Zośka odskakując do drzwi. - Spali się chałupa, spali
się stodoła, wszystko!... Ale Zośka ucieknie w jednej koszuli
i... będzie w jednej chodziła do samej śmierci...
Jak pijana
rzuciła się do drzwi, zatoczyła do sieni, potem na podwórko,
powtarzając: "pali się!... pali się!..." Krzyk jej
słychać było za oknem, potem w ogródku, potem na
gościńcu. Wreszcie umilkł, zagłuszony szelestem deszczu. W
chacie na ziemi zostało dziecko, chude i ciche.
-
Gońcież ją! - krzyknęła z pasją Ślimakowa. -
Biegaj, Maćku...
Ale Maciek
nie ruszył się z miejsca, natomiast odezwał się
Ślimak:
- Co ty
gadasz, kto opętaną będzie gonił po nocy? Chyba, żeby
mu diabeł łeb urwał?
- Udaje
opętaną, żeby dzieci podrzucać - warknęła
gospodyni.
- Co ma
udawać? Sama przecie pamiętasz, jaka była u nas, że
się jej w głowie psowało za każdą odmianą
księżyca. Teraz jest jeszcze głupszą od czasu, jak się
paliło u Skrzypa.
- A ona
ogień podłożyła. Ślimak machnął
ręką.
- Kto to
widział! Ludzie wszystko składają na głupich, a bez ten
czas źli broją.
- No, a co
zrobisz z bachorem?... - wybuchnęła gospodyni. -Cóż
myślisz, że ja może będę karmić taką
znajdę?
- Przecie
nie wyrzucisz jej za płot. Wreszcie nie bój się. Zośka przyjdzie
po nią nie dziś, to jutro.
- Jak nie
przyjdzie, to znajdę odwieziesz do gminy. Ale ja nie chcę w izbie
takiego dziecka, nawet na jedną noc - mówiła z gniewem gospodyni.
-
Więc co poczniesz? - oburzył się Ślimak.
- Ja
ją wezmę do stajni - szepnął Owczarz.
Zbliżył
się do progu, niezgrabnie podniósł dziecko z ziemi i, usiadłszy
z nim w kącie na ławie, począł je okrywać i
huśtać. W izbie zrobiło się cicho; potem z ciemniejszej jej
połowy wynurzyła się Magda, Jędrek i Stasiek i otoczyli
Owczarza przypatrując się maleństwu.
- Takie
suche jak wiór - szeptała Magda.
- Ani
się ruszy, ino patrzy - dodał Jędrek.
- Musicie
ją, Maćku, karmić z gałganka - rzekła znowu Magda. -
Ja wam wynajdę czysty.
-
Siadajcie do wieczerzy - odezwała się gospodyni już mniej
gniewnym głosem.
Spojrzała
na dziecko najprzód z daleka, potem schyliła się nad nim, nareszcie
dotknęła palcami jego żółtej i pomarszczonej twarzy.
- Suka,
nie matka! - mruknęła. - Magda - dodała głośniej
-nalej krzynkę mleka w skorupkę i nakarm znajdę, a ty,
Maćku, siadaj do wieczerzy.
- Niech
Magda teraz je, ja sam pokarmię sierotę - rzekł parobek.
- Ale, on
pokarmi!... Nawet jej trzymać dobrze nie umie!... -oburzyła się
dziewczyna chcąc mu odebrać dziecko.
- Niechaj
jej! - mruknął Owczarz.
- Oddajcie
ją!... - zawołała Magda.
- No, tam,
nie szarp jej, Magda - rzekła gospodyni. - Nalej mleka i zwiń czysty
gałganek, a Maciek niech ja karmi, kiedy tak chce.
Po chwili
trzymał Owczarz w ręku gałganek w formie smoczka i karmił
nim dziecko, ku niezadowoleniu Magdy, która zamiast jeść kolację
ciągle robiła jakieś uwagi:
- O,
patrzcie! całą jej gębę zawalał... O, jak to rozlewa po
ziemi... Po co wy jej w nos wtykacie gałgan? - jeszcze się dziewczyna
udusi!...
Parobek
czuł, że jest złą niańką, lecz dziecka z rąk
nie wypuścił. Sam spiesznie zjadł trochę zacierek,
resztę zostawił w misce, zasłonił sierotę sukmaną
i wymknął się na nocleg do stajni.
Gdy tam
wszedł, jeden z koni zarżał, drugi w ciemności
odwrócił głowę i zaczął obwąchiwać dziecko.
- Przywitaj
się, przywitaj! - rzekł Owczarz. - Nastał do was nowy fornal, co
nawet bata utrzymać nie potrafi. Cha!... cha!...
Na dworze deszcz
wciąż padał. Drzwi stajni przymknęły się i
wszystko ucichło. A gdy po niejakim czasie wyszedł z izby Ślimak
zobaczyć, czy się nie wypogadza, zdawało mu się, że w
stajni słyszy chrapanie Maćka.
- Już
śpią - mruknął gospodarz. Popatrzył na niebo i
wrócił do sieni.
- Cóż,
ciepło tam znajdzie? - spytała męża gospodyni.
- Już
śpią - odparł.
We drzwiach
zgrzytnęła zasuwa, w kominie dotlewał się ogień,
wreszcie zgasł. Było już późno. Koguty wyśpiewały
pomoc, pies odszczeknął im i wcisnął się pod wóz przed
słotą, w chacie zasnęli wszyscy.
Wtedy cicho
skrzypnęły wrota stajni i wymknął się z nich
jakiś cień; posunął się wzdłuż ściany
budynku i ostrożnie zakradł się do obory. Był to Maciek.
Wydobył spod sukmany szlochające dziecko i przystawił je do
wymienia krowy.
- Ssij
bydlę - szepnął - kiedy cię własna matka
porzuciła. Ssij...
Po chwili w
oborze rozległo się ciche mlaskanie. Deszcz wciąż
padał.
|