|
Kolej miano
budować na wiosnę, a sama zapowiedź tego wypadku
wywołała ruch we wsi. Zimą, zamiast bajek przy kądzieli,
opowiadano o nieznanych ludziach, którzy chcieli od gospodarzy nabywać
grunta - to o biednym chłopie, co sprzedał górkę żwiru, a
kupił za nią dziesięć morgów najlepszej ziemi - to o nowych
Żydkach, którzy sprowadzili się do miasteczka, do karczmy i do
pachciarza.
W grudniu
powrócili dziedzice z letniej przejażdżki i zaraz rozeszła
się wieść, że chcą sprzedać majątek.
Wprawdzie sam pan grywał po dawnemu na organie i tylko uśmiechał
się, gdy dworscy ludzie pytali go nieśmiało: czy prawda, że
pozbywa się ojcowizny? Ale pani każdego wieczoru opowiadała
pokojówce, jak wesoło będzie im w Warszawie, dokąd się
przeniosą. W godzinę później pokojówka szeptała te nowiny
pisarzowi, który miał się z nią żenić; pisarz na drugi
dzień rano powtarzał je pod sekretem rządcy i karbowemu, a
już w południe w czworniakach, oborach, stajniach i owczarniach
mówili o nich wszyscy, rozumie się, pod największym sekretem.
Wreszcie ku
wieczorowi wieść dochodziła do karczmy, z karczmy rozlewała
się po chatach i ostatecznie płynęła do miasteczka.
Ślimak,
często pracując we dworze, także słyszał ową
pogłoskę i widział jej skutki. Widział i dziwił
się potędze jednego słowa -"sprzedaż".
Istotnie
robiło ono cuda. Przez nie parobcy zaniedbywali się w robocie, przez
nie rządca od Nowego Roku podziękował za miejsce. Przez nie
chudły ciche i pracowite bydlątka, przez nie snopy ginęły
ze stodół, a ziarno ze spichrza. Ono pożerało zapasowe koła
i uprząż, urywało kłódki i skoble od budynków,
wyjmowało deski z parkanów i sztachety z płotów. Ono każdego
wieczora wypędzało dworską służbę do karczmy, a
byle ciemniejsza noc - zaprzepaszczało gdzieś to sztukę drobiu,
to owcę, to mniejszą świnkę.
Wielkie
słowo, głośne słowo! Rozlegało się po całym
folwarku, po wsi, po miasteczku, skąd kupcy co dzień przynosili do
dworu kredytowe kwitki. Było wypisane na twarzy każdego
człowieka, w smutnych oczach każdego bydlątka, na wszystkich
drzwiach, we wszystkich oknach wybitych i zaklejonych papierem. Dźwięku
jego nie słyszało tylko dwoje ludzi: pan, który wciąż
grał na organach, i pani, która marzyła o wyjeździe do Warszawy.
Gdy zaś kto z sąsiadów zapytał ich: czy prawda, że
sprzedają majątek? - on tylko uśmiechał się i wzruszał
ramionami, a ona odpowiadała z westchnieniem:
-
Chcielibyśmy sprzedać, bo na wsi straszne nudy. Ale i cóż, kiedy
papo jeszcze nie znalazł kupca!...
Ślimak,
który niekiedy spotykał dziedzica i pilnie mu się przypatrywał,
nie wierzył w ową sprzedaż.
"Jaki on
jest, taki jest - myślał chłop o dziedzicu - ale przecie
martwiłby się tym nieszczęściem. Toż oni tu
siedzą z dziada pradziada, tu wyrośli, a ojcowie ich zajmują
połowę tutejszego cmentarza. Kamień gryzłby się, nie
tylko człowiek, żeby go z tak dawnego miejsca ruszyli. Wreszcie, czy
on bankrut jak inni? Pieniądze ma, to wiadomo."
Tak sobie
myślał chłop, bo mierzył pana swoją miarą, a
już wcale nie rozumiał tego, co znaczy młoda żona, która
nudzi się na wsi.
I kiedy tak
myślał, zaufany w spokojną twarz dziedzica -w karczmie pod
przewodnictwem szynkarza Josela odbywały się między gospodarzami
doniosłe narady.
Pewnego ranka, w
połowie stycznia, wpadła do chaty Ślimaków stara Sobieska.
Słońce zimowe jeszcze nie zdążyło rozejrzeć
się po świecie, ale babie już płonęły ogniem
policzki i krwią nabiegły oczy. Wpadła do izby w starym jak sama
kożuchu, z rozdartą na chudych piersiach koszulą.
- No, postawcie
wódki - zawołała utykając na progu - to wam cosik powiem...
Ślimak
wybierał się do młocki, ale zagadnięty w ten sposób,
usiadł pod piecem i kazał podać babie wódkę wiedząc,
że starucha nie rzuca słów na żarty.
Wypiła
duży kielich, tupnęła nogą i krzyknęła:
"u-ha!..." Potem obtarłszy usta rzekła:
- A wiecie wy,
że dziedzic sprzedaje cale mienie: lasy, pola, wszystko?... Co
najwyżej zostawi sobie dwór i ogród...
Ślimakowi
przyszła na myśl łąka i zimno go przejęło. Ale
krótko odparł:
- Bajki!
- Bajki?... -
powtórzyła baba usiłując zapanować nad czkawką. -
Bajki?... No, zatem wam powiem, że to jest święta prawda... I
jeszcze wam powiem, że bogatsze chłopy naradzają się z
Joselem i Grzybem, żeby kupić całą wieś od
dziedzica... Całą wieś, żebym tak sczezła!...
- Jakże oni
mogą naradzać się bez nas? - zapytała gniewnie
Ślimakowa.
- Bo oni
was chcą wyłączyć. Mówią, że i tak będziecie
siedzieli przy samej kolei i że już na niej wiele zarobiliście z
krzywdą ludzką...
Wypiła
drugi kieliszek i chciała mówić dalej, ale uderzyło jej do
głowy. Więc tylko krzyknęła: "u-ha!...",
porwała Ślimaka do tańca i - siły ją opadły. Jak
podcięty kwiat zawisła na ręku chłopa, który wyniósł
ją do sieni i położył w kącie na barłogu tak
zmorzoną, że natychmiast zaczęła chrapać.
Przez
następne pół dnia naradzali się po cichu Ślimakowie: co
robić w tym wypadku? Nad wieczorem chłop ubrał się w
nową sukmanę, podbitą kożuchem, i poszedł do karczmy
na zwiady.
Nim doszedł,
na dworze zrobiło się ciemno, a w szynku zapalili światło.
Gdy otworzył drzwi, zobaczył siedzących za stołem Grzyba i
Łukasiaka. Przy blasku łojówki wyglądali w grubej odzieży
jak ogromne kamienie, co gdzieniegdzie drzemią na polach pilnując
granic. Za szynkwasem stał Josel w brudnym wełnianym kaftaniku w
czarne pasy. Miał spiczasty nos, spiczastą brodę, spiczaste
pejsy, spiczaste łokcie i spiczastą jarmułkę, a w wejrzeniu
także coś kłującego.
-
Pochwalony! - rzekł Ślimak.
- Na wieki
- odparł niedbale Josel. Grzyb i Łukasiak tylko kiwnęli
głowami, szeroko rozparłszy na stole łokcie.
- Co to
piją gospodarze? - spytał Ślimak.
-
Herbatę - odpowiedział szynkarz.
- Dajcie i
mnie. Ino czarnej jak smoła i dużo araku.
-
Przyszliście do nas na herbatę? - drwiąco rzekł Josel.
- Nie na
herbatę, ino dowiedzieć się...
- O tym,
co wam Sobieska mówiła - mruknął szynkarz. Ślimak
usiadł obok Grzyba i zwrócił się do niego:
- Cóż
to, chceta kupić wieś od dziedzica? Chłopi spojrzeli na Josela,
który uśmiechał się. Po chwili odparł Łukasiak:
- I... tak
se gadamy z braku roboty!... Kto by zaś zebrał we wsi pieniądze
na taki interes?
- We dwu
moglibyście kupić, wy z Grzybem - wtrącił Ślimak.
-
Może i moglibyśmy - pochwycił Grzyb - ale dla siebie i dla tych,
co we wsi mieszkają.
- No, a ja
co? - zapytał Ślimak.
- Nie
braliście wy nas do swoich interesów, to nie wściubiajcie nosa do
naszych.
- Nie wasz to
interes, ino gromadzki.
-
Właśnie, że mój! - zawołał rozgniewany Grzyb.
- Taki, jak i
mój.
-
Właśnie, że nie taki... - upierał się wybijając
pięścią. - Kto mi się nie spodoba, tego nie dopuszczę
do kupna, i basta!...
Szynkarz
uśmiechał się.
Łukasiak
widząc, że Ślimak blednie, co było znakiem wielkiego
gniewu, ujął Grzyba za rękę.
- Chodźta,
kumie, do dom - rzekł. - Po co się swarzyć o sprawę jeszcze
niepewną? Chodźta, kumie. Grzyb spojrzał na Josela i
podniósł się z ławy.
- Zatem chceta
kupować beze mnie? - spytał znowu Ślimak.
- Wy
kurczęta w lecie kupowaliśta bez nas - odparł Grzyb. Obaj z
Łukasiakiem podali ręce szynkarzowi i wyszli z izby nie
pożegnawszy Ślimaka.
Josel
patrzył za nimi i wciąż się uśmiechał. Gdy kroki
ich ucichły na śniegu, zwrócił się do Ślimaka:
- A widzicie,
gospodarzu, jak to źle Żydkom chleb odbierać? Ja straciłem
przez was z pięćdziesiąt rubli, wy zarobiliście
dwadzieścia pięć, ale za to kupiliście sobie gniewu we wsi
za jakie sto rubli...
- I oni beze
mnie kupiliby grunt od dziedzica? - spytał Ślimak.
- Dlaczego nie
mają kupić bez was? Co ich obchodzi wasza strata, kiedy im
będzie dobrze? Chłop kręcił głową.
- No, no! -
szeptał.
- Ja -
mówił Josel - może mógłbym pogodzić was z gromadą, ale
- co mi po tym? Już raz skrzywdziliście mnie, a serca to nigdy do
mnie nie macie. - I nie pogodzisz? - spytał Ślimak.
-
Pogodziłbym, ale ja mam swoje warunki.
- No?...
- Wy,
Ślimaku, oddacie mi najprzód te pięćdziesiąt rubli, com w
lecie przez was stracił, a potem... potem - wybudujecie na swoich gruntach
chałupę i wynajmiecie ją mojemu szwagrowi.
- Co on
tam będzie robił?
- On
będzie trzymał konie i będzie dojeżdżał do kolei.
- A ja co
będę robił z moimi końmi?
- Wy
będziecie mieli grunt. Chłop podniósł się z ławy.
- No, już
mi nie dawajcie herbaty - rzekł.
- Nawet jej nie
mam w domu - odparł Josel niedbale.
- A ja wam
pięćdziesiąt rubli nie zapłacę ani chałupy dla
szwagra nie zbuduję.
- Jak wam
się spodoba - odparł szynkarz.
Ślimak
opuścił karczmę trzaskając drzwiami; Josel zwrócił za
nim swój spiczasty nos i spiczastą brodę i uśmiechał
się melancholijnie. Wśród cieniów nocy Ślimak potrącił
dworskiego parobka, który niósł na plecach ćwierciowy worek
zboża, później spostrzegł przekradającą się
między opłotkami dworską dziewkę, która kryła
gęś pod kożuchem, a Josel wciąż się uśmiechał.
Uśmiechał się, kiedy płacił parobkowi dwa złote
za zboże z workiem, uśmiechał się, kiedy nabył
gęś od dziewki za butelkę kwaśnego piwa,
uśmiechał się słuchając gospodarzy, jak radzili nad
kupnem folwarku, uśmiechał się płacąc staremu Grzybowi
dwa ruble od sta na miesiąc, i uśmiechał się biorąc od
młodego Grzyba dwa ruble od dziesięciu na miesiąc.
Uśmiech
nigdy nie schodził z jego ostrych rysów, jak brudny kaftanik w czarne pasy
nigdy nie rozdzielał się z jego ciałem.
W chacie
Ślimaka już zgasł ogień na kominie i dzieci spały,
kiedy chłop wróciwszy z karczmy zaczął rozbierać się
po ciemku.
- A co? -
spytała go żona.
- To
sprawka Josela - odparł. - On nimi kieruje jak rataj wołmi.
- I nie
dopuszczą cię?
- Oni nie,
ale ja pójdę do samego dziedzica.
- Jutro
pójdziesz?
- Jutro.
Inaczej przepadnie mi łąka. A cóż ja bym począł bez
niej, nieszczęśliwy?... - westchnął chłop.
Przyszło
jutro, przyszło pojutrze, nawet tydzień upłynął, a
Ślimak nie wybrał się do dworu. Jednego dnia mówił, że
musi dla kupca zmłócić żyto, drugiego - że jest za zimno na
wychodzenie z domu, innego - że się przerwał i że mu we
środku dolega. Naprawdę zaś ani młócił, ani się
przerwał, tylko coś go zatrzymywało na miejscu. Coś, co
chłopi nazywają nieśmiałością, szlachta
próżniactwem, a uczeni - brakiem woli.
Przez te
dnie mało jadał, nic nie robił, gniewał się na
wszystkich i tułał się po całym gospodarstwie
wzdychając. Najczęściej stawał nad pokrytą
śniegiem łąką i dumał; toczyła się w nim
walka. Rozum mówił, że trzeba iść do dworu i raz skończyć
interes o łąkę tak czy owak; ale jakaś inna potęga
trwożyła mu serce, pętała nogi albo szeptała w ucho:
"Nie śpiesz się, jeszcze dzień pofolguj, jakoś
się to ułoży..."
- Józek,
czego ty nie idziesz do dziedzica? - wołała żona. -Przecie raz
musisz tam pójść i rozgadać się.
- A jak mi
łąki nie sprzeda, to co?... - odpowiadał chłop. I tak
wahał się, aż pewnego wieczora dała mu znać Sobieska,
że deputaci ze wsi byli dzisiaj u pana z prośbą, aby im
sprzedał majątek.
Sobieską
strasznie łamało po kościach, więc prosiła
Ślimakowej o naparstek wódki. Dostawszy kielich rozgadała się na
dobre:
- Widzicie,;
było tak. Poszedł Grzyb i poszedł Łukasiak z Orzechowskim,
ubrani jak na Boże Ciało. Pan wziął ich do kancelarii, a
Grzyb ino se odkaślnął i zara pali od progu:
"Słyszelim,
jaśnie dziedzicu, że pan chce sprzedać ojcowiznę.
Sprzedać swoją rzecz kużden ma prawo, a drugi kupić, byle
ino zapłacił jak się patrzy. Zawdy przecie byłoby
niepięknie, żeby to, co pańskie dziady i pradziady przez tyli
wiek trzymały w garści, a my, chłopi, naszą pracą
uprawialiśmy, żeby taki interes miał przejść w cudze
ręce. Zatem niech pan mienie sprzeda nam, swoim chłopom i
włościanom, nie oglądający się na obcych ludzi, które
takiej pamiątki nie uszanują."
Mówię
wam - ciągnęła Sobieska - gadał tak ślicznie bez
całą godzinę, jakby ten ksiądz na ambonie. Aż
Łukasiakowi krzyże ścierpnęły, a wszyscy się
popłakali. Dopieroż jak nie wzięli się chłopy do nóg
schylać panu, a jak pan nie wziął ściskać ich za
głowę...
- I
cóż, kupią?... - przerwał zniecierpliwiony Ślimak.
- Co nie
mają kupić?... Kupią!... - wykrzyknęła baba. - Ino
trochę o cenę się rozchodzi, bo pan chce za każdą
morgę sto rubli, a chłopy dają po pięćdziesiąt.
Ale, mówię wam, tak płakali i całowali się, tak gadali,
żeby była jedność między chłopem i panem, że
pewnie gospodarze dodadzą z dziesiątek rubli, a dziedzic opuści
im resztę. Josel mówi, żeby tyle postąpili, nie wyżej, ino
nie śpieszący się, a pewniakiem dobiją targu... Mądry,
psia wiara. Żyd!... Bez tych parę tygodni, co chłopy u niego
radzą, taki ma przecie rozchód w karczmie, jakby się we wsi Matka
Boska objawiła!... Ach! Matko cudami słynąca!...
- A na
mnie on wciąż buntuje gospodarzy? - spytał Ślimak.
-
Buntować nie buntuje - odparła baba - ino tak czasem wścibi
słówko, że wy już nie gospodarz, ino handlujący...
Chłopy to są gorzej na was zajadłe aniżeli on. Nie mogą
zapomnieć, żeście u nich kupowali kuraki po złotemu, a
miernikom sprzedawali po dwa...
Skutkiem
tych wiadomości Ślimak nazajutrz rano wybrał się do dworu i
w południe wrócił kwaśny do domu.
- No i
cóż? - zapytała go żona.
- No,
byłem i wszystko ci rozpowiem, ino dawaj jeść. Rozebrał
się, zasiadł do miski kapuśniaku i prawił:
- Inom,
mówię ci, minął bramę, patrzę, a po jednej stronie
dworu wszystkie okna rozwarte. Na taki ziąb! słyszysz ty, Jagna?...
Myślę, czyby kto, nie daj Boże, umarł?... Zaglądam, a
tu w największej izbie (tej z białymi słupami, wiesz, co tyla
jak kościół) jeździ se po podłodze lokaj Mateusz. Bez
kapoty, w fartuchu, szczotką się podpiera i tak jeździ jak
chłopcy po lodzie. Mówię mu: "Pochwalony! co robicie,
Mateuszu?" "Na wieki! -on mówi - widzita, że glancuję
podłogę, bo będą u nas dzisiaj wielgie tańce."
"A pan - mówię - jeszcze nie wstał?" "Ech - on mówi -
pan wstał, ino se tera z krawcem przymierzają kierezyją, bo pan
na tańce ubierze się za Krakowiaka, a pani za Cygankę."
"A ja - mówię - chciałem go prosić, żeby mi
sprzedał łąkę." A Mateusz, niby lokaj, na to:
"Nie bądźcie głupi, Ślimaku! Gdzieżby pan
gadał z wami o łące, kiedy sztyftu je się na krakowskie
wesele?..." I znowu wziął jeździć, aż mi się
oczy rozbiegały od samego patrzenia.
Odszedłem
se od okna i postojałem krzynę czasu wedle kuchni. Słyszę,
rwetes okrutny, ogień palą jak w kuźni, masło skwierczy.
Naraz patrzę - wylatuje z kuchni lgnąc Kempiarz, co jest we dworze za
kuchtę, ale taki ci nieborak pojuszony, jakby go kto siekierą
dziabnął. Wołam: " lgnąc! la Boga, a z ciebie kto tak
farbę puścił?" "Nie ze mnie to - on mówi - ino mi
kucharz dał w pysk zarżniętym kaczorem i tak mnie
osmarowało." "Chwała Najwyższemu Bogu - mówię -
że nie z ciebie, lgnąc, ta posoka, ale za to powiedz mi - jak by
zdybać dziedzica?" A on mówi: "Zaczekajcie tu, bo
przywieźli sarnę, to pewnie pan wyjdzie obejrzeć ją."
Poleciał
se Ignac pod studnię, a ja czekam i czekam, aż mię cięgoty
przechodzą. Ale czekam.
- No i
widziałeś pana? - przerwała niecierpliwie żona.
- Ma
się wiedzieć, żem widział.
- A
gadałeś z nim?
- A ino jak.
-
Cóżeście ugadali?
- Ha, no, ja mu
powiedziałem: "Dopraszam się łaski jaśnie pana o
tę łąkę..." A on szepnie: "Iii, daj mi dziś
spokój z interesami, bo głowy do tego nie mam."
- I tyle? -
spytała się kobieta. Ślimak rozłożył ręce.
- Pójdę tam
jutro albo pojutrze, jak się wyśpią po tańcach
-zakończył.
W tej porze
Maciek Owczarz wjeżdżał sankami do lasu po drzewo. Wiózł
siekierę, kobiałkę z odrobiną żywności i
córkę głupiej Zośki. Matka odbiegłszy sierotkę w
jesieni, nie zapytała o nią do dziś dnia, więc Owczarz
matkował znajdzie. Sam ją karmił, nocleg dawał jej w stajni
i brał ją do każdej roboty, aby porzuconej dzieciny nigdy nie
spuszczać z oka.
Dziecko
było tak niedołężne, że prawie nie ruszało
się i nie wydawało głosu. Ślimakowie, a nade wszystko
Sobieska, przepowiadali mu rychłą śmierć:
- Tygodnia nie
wytrzyma.
- Umrze jutro.
- Oho! już
po znajdzie.
Tak mówiono o
niej w chacie. Ale znajda i tydzień przeżyła, i nazajutrz nie
umarła, i nawet, kiedy pewnego dnia już uznano ją za
nieboszczkę, otworzyła znowu blade oczy do świata.
Maciek na
podobne wróżby tylko ręką kiwał mówiąc: "Nie
bójta się, nic jej nie będzie!..." Każdej nocy ukradkiem
przystawiał ją do wymienia krowy, a w dzień nie
rozłączał się z nią.
- Co się
ty, Maciek, frasujesz takim mizernym dzieciskiem? -mówiła nieraz
Ślimakowa. - Żebyś do niej gadał świętymi
słowami, żebyś jej nawet z książki czytał, to
cię jeszcze nie rozumie, bo strasznie głupie. W życium takiego
nie widziała głuptasa...
- Ale, hale!...
- odpowiadał parobek. - Ma ona swój rozum, ino że nie gada. Ale jak
się kiedy rozgada, najstarszego człowieka zakasuje.
I czy gnój
wywoził na pole, czy młócił, czy wiał, czy łatał
odzienie, zawsze była przy nim znajda, której opowiadał o swych
robotach, podkarmiał mlekiem z małej flaszki albo kołysał
do snu śpiewając fałszywym głosem:
Szła
sierota po wsi,
Napadli ją źli psi...
Dziś
zawiózł ją do lasu. Owinął w resztkę starego
kożucha, potem w płachtę, przywiązał między
przednimi kłonicami sanek i tak jechali z góry, pod górę albo
wąwozem, bo okolica była garbata. Nagle wydostali się na
równinę wprost słońca, którego skośne promienie, odbite od
nieskończonej tafli śniegów, poraziły im oczy mocnym blaskiem.
Dziecko zapłakało.
Owczarz odwrócił mu głowę na bok i prawił:
- A widzisz,
gadałem ci - zamykaj oczy. Żaden człowiek, żeby
największy pan, żeby sam biskup, na słońce patrzyć nie
może, bo to jest boska latarnia. Pan Jezus, skoro świt, co dzień
bierze ją do garści i ogląda swoje gospodarstwo na ziemi.
Zimą, kiedy mróz dokucza, chodzi se najkrótszą drogą i
dłużej wypoczywa bez noc. Ale za to latem wstaje o czwartej i
penetruje caluśki świat do ósmej wieczorem. Tak samo człowiek
powinien ruchać się od świtu do zachodu słońca. Ale ty
możesz se jeszcze spać i w dzień, bo i tak niewiele byś
zrobiła, choćbyś nie spała. Heta!... wio!...
Wjechali do
lasu.
- O, widzisz -
mówił Owczarz do dziecka - to jest las, ale nie nasz, ino dziedzica.
Kupił se tu Ślimak cztery siągi drzewa i zwozimy je, póki droga
lepsza, a konie w polu niepotrzebne. Jak urośniesz, będziesz se tu z
dziećmi chodziła na jagody. Ino nie załaź daleko i
rozglądaj się, żeby ci wilk drogi nie zastąpił.
Tpru!... stój!...
Stanęli pod
stosem drzewa. Owczarz odwiązał dziecko od sani i rozejrzawszy
się umieścił je na kępie jałowcu, w miejscu zacisznym.
Potem wydobył z kobiałki flaszkę mleka i przytknął do
ust znajdy.
- Naści,
pij, nabierz sił, bo będzie trochę roboty. Szczapy są
niemałe i dobrze się nadźwigasz, zanim naładujesz sanie.
Już nie chcesz?... A psik!... Niech ci będzie na zdrowie. A jak czego
potrzebujesz, to wołaj.
"Zawdy
nawet z takim maleństwem weselej jest aniżeli samemu - dodał do
siebie. - Dawniej nie miał człowiek do kogo gęby otworzyć,
a dziś nagada się za wszystkie czasy."
Wziął
się do nakładania drzewa.
-
Przypatrzże się teraz, jak idzie taka robota. Jędrek to by zara
szarpnął szczapę, rozwaliłby cały siąg,
zmęczyłby się i wnet ustał. Ale ty weź drewno z
wierzchu - tak - ładnie, ciągnij se powoli, włóż na
ramię i do sani. Ot i już masz jedno. Tak samo z drugim. Bierz powoli
z wierzchu siąga, na ramię i do sani. Ot i masz dwa. Ino
pomaluśku, nie zrywaj się, bo ustaniesz.
Drewno, psia
wiara, nie chce iść na sanie, bo ono ma swój rozum i wie, co go
czeka. Tak kużden woli własny kąt, choćby najgorszy. Ino
takiemu wszystko jedno - dodał z westchnieniem -co nigdzie nie ma
własnego kąta. Tu zmarnieć czy tam zmarnieć, wszystko
jedno...
Tak prawił
Owczarz, powoli układając drzewo. Niekiedy odpoczywał albo na
rozgrzewkę uderzał się po bokach skostniałymi od zimna
rękami, albo okrywał płachtą sierotę. Tymczasem
poczerwieniało niebo i zerwał się mocny wiatr zachodni,
przesycony wilgocią.
Ujęty
zimowym snem las ożył, począł poruszać się i
gadać. Zadrżały zielone igły sosen, potem
gałązki, potem wyciągnięte konary zachwiały się
podając sobie jakieś znaki; nareszcie -poruszyły się
wierzchy i pnie drzew. Kołysały się naprzód i w tył, jakby
naradzając się albo zabierając do pochodu. Zdawało
się, że już dokuczyła im wiekowa nieruchomość i
że lada chwilę całą gromadą wyruszą gdzieś,
bodaj na koniec świata, zgiełkliwe i szumiące.
Niekiedy
część lasu, gdzie stały sanie Owczarza, uspokaja się,
jakby nie chcąc zdradzić przed ludzką istotą swoich
tajemnic. Wówczas słychać z daleka stąpanie nieprzeliczonych nóg
i marsz całych kolumn. Oto idą z głębi szeregi prawego
skrzydła; idą, nadchodzą, już są na równi z nami,
już przeszły... a oto rusza lewe skrzydło; słychać
chrzęst śniegu, skrzypienie gałęzi, szum
ustępującego powietrza; idą, nadchodzą, już są na
jednej linii z chłopem i znowu go minęły - A oto środkowa
kolumna, ośmielona, i zachęcona, zaczyna potrząsać
gałązkami, dawać sobie znaki gałęźmi,
zwoływać się ogromnym szeptem. Już pochylają się
wierzchołki, już olbrzymy poddają się naprzód,
ruszają... Stanęły... Widzą dwie ludzkie istoty, przed
którymi las nie zdradzi swoich tajemnic. Więc stoi w miejscu i gniewnie
szumiąc obrzuca ich szyszkami i zeschłymi gałęźmi,
jakby mówił: "Idź stąd, Owczarzu, idź stąd i nam
nie przeszkadzaj..."
Ale Owczarz jest
tylko najętym parobkiem. Więc choć boi się leśnych
szumów i rad by ustąpił z drogi olbrzymom, zrobić tego nie
może, dopóki nie naładuje sani drzewem. Już nie odpoczywa, nie
rozciera sobie rąk zziębniętych, tylko śpieszy z układaniem
szczap, aby uciec z lasu przed nocą i przed zimową burzą.
Tymczasem niebo
coraz mocniej zaciąga się obłokami, las napełnia się
mgłą, zaczyna padać deszczyk od maku drobniejszy i
marznący. W ciągu kilku pacierzy sukmana Maćka, płachta
znajdy i grzywy koni okrywają się cienką, zimną i
trzeszczącą skorupą lodu. Szczapy robią się tak
śliskie, że uciekają z rąk; śnieg na ziemi robi
się gładki jak szkło, że nie można na nim nogi
oprzeć. Maciek rzuca na sanie ostatnie szczapy i z niepokojem
spogląda na zachodzące słońce. Niebezpieczna to rzecz
wracać do domu z takim ciężarem, w nocy, podczas
gołoledzi!...
Prędko
położył sierotę na naładowanych saniach,
przeżegnał się i zaciął konie. Maciek obawia się
wielu rzeczy na świecie, ale najbardziej tego, ażeby na śliskiej
drodze nie wywróciły się sanie i nie przytłukły go jak wóz
przed laty.
- Heta!...
wio!... - woła Maciek na konie.
Już
wyjechali z lasu, droga staje się coraz gorsza. Nie okute sanie co
chwilę spadają w zatokę i już nieraz wywróciłyby
się, gdyby ich nie podpierał drżący z zimna i obawy
chłop. Jedno potknięcie się skręconej nogi, a już po
nim i po znajdzie; drzewo by ich przytłukło, reszty
dokończyłby mróz.
Niedaleko
gościńca droga zrobiła się tak śliską, że
konie stanęły w miejscu. Umilkły skrzypiące sanie,
zmęczony chłop przestał 'wołać: "wio!..." -
i na drodze zaległa cisza. Taka cisza, że z daleka słychać
było gniewny szum lasu, świst wiatru między szczapami i
przytłumione szlochanie dziecka. Na dworze było coraz ciemniej.
- Wio!... -
krzyknął Maciek.
Konie
szarpnęły i poślizgnęły się na miejscu.
- Wio!... -
powtórzył podpierając sanie. Ujechali kilka kroków, lecz znowu
stanęli.
- Pod Twoją
obronę uciekamy się, Święta Boża Rodzicielko... -
szeptał chłop.
Zdjął
z sani siekierę i zaczął przed końmi nacinać
gładką drogę. Po półgodzinnej pracy dotarł do
gościńca; już całkiem ustał. W tym miejscu
wznosiło się wysokie wzgórze, prawie niepodobne do przebycia po
ciemku i w czasie gołoledzi. Zdjął z wozu szlochającą
sierotę, siadł przy saniach i otulając dziecko myślał:
czy Ślimak przyjdzie im z pomocą, czy też zaśpi w
ciepłej izbie, a ich zostawi własnemu losowi?...
- Może i
przyjdzie, koni mu będzie żal. Nie bój się, nie płacz
-szepnął do sieroty. - Pan Bóg miłosierny jest wszędzie i
nie da nam zginąć. Nie płacz, bo płaczem nic nie wskórasz.
Wtem zdało
mu się, że poświst wichru zamienia się w
dźwięczenie mnogich dzwonków. Wołały one: "dyń!
dyń!... den! de-leń!..." - grubszymi, cieńszymi i bardzo
cienkimi głosami, jak podczas procesji. Zrazu myślał, że to
przywidzenie, ale dzwonki, nie milknąc ani na chwilę,
dźwięczały coraz głośniej, coraz bliżej, jak w
lecie rój komarów nad bagnem.
- Co to
jest? - szepnął chłop i podniósł się na nogi. Daleko
między wzgórzami, zarośniętymi jałowcem, ukazał
się na śniegu czerwony płomyk jeden, potem drugi, trzeci,
czwarty... Czasem kryły się w wąwozach, to znowu
błyszczały wysoko, jakby na niebie, i znowu nikły przy
nieustannym i coraz głośniejszym akompaniamencie nieprzeliczonych dzwonków.
Za każdym nowym ukazaniem się płomyki świeciły coraz
jaśniej, tak, że nareszcie przy blasku ich można było
dostrzec wielką liczbę ogromnych, czarnych przedmiotów; szybko
biegnących w stronę Owczarza.
Jednocześnie
do uszu parobka doleciał zgiełk głosów ludzkich, tętent
koni i trzaskanie z batów.
- Uha!...
-
Ostrożnie, bo tu wzgórze!...
- Jedź na
złamanie karku!...
- Hej tam!...
nie wariujcie!...
- Zatrzymaj
sanie. Ja wysiadam!.,.
- Wal
naprzód!...
- Jezus, Maria!
- Muzyka nie
rozsypała się jeszcze?
- Jeszcze nie,
ale się rozsypie!...
- Ho, la, la!...
Teraz Owczarz
poznał, że to cwałuje sznur sani, wielkich i małych,
czterokonnych i parokonnych, którym towarzyszyło kilku ludzi jadących
wierzchem z pochodniami. Blask ich wśród ciemnej nocy i marznącej
mgły wywoływał dziwny efekt. Zdawało się, że ów
orszak przez okrągłą bramę, oświetloną czerwonym
ogniem, wyjeżdża z jakiejś otchłani, której nigdy nie
może opuścić.
A kulig
wciąż pędził galopem, krzycząc,
gwiżdżąc, śpiewając, strzelając z batów,
choć droga była pełna zatok. Nagle stanął tuż przy
saniach Owczarza.
- Hej! co tam?
- Stać!...
Jakiś wóz zawalił nam drogę...
- Kto to?
-
Chłop z drzewem.
- Ustąp,
psubracie!...
- Nie
ustąpi, bo konie nie uciągną...
-
Zepchnąć go w rów!...
- Dajcie
spokój!... Lepiej przenieśmy go!...
- Brawo!
przenieśmy chłopa!... Z sani, panowie!... I nim się Owczarz
opamiętał, otoczył go rój panów w maskach, piórach, bogatych
strojach, z szablami, miodami i gitarami w rękach. Jedni chwycili jego
sanie z drzewem, drudzy jego samego, wepchnęli ich na szczyt niebezpiecznego
wzgórza, sprowadzili na dół i postawili w takim miejscu, skąd
już mógł wrócić do domu bez wielkich trudów.
- O la Boga! -
szeptał zdumiony Maciek przypatrując się cudakom, między
którymi poznał kilku dziedziców sąsiednich wiosek.
- Musi jadą
na zabawę do naszego pana - dodał po chwili. - Ale co chwaty, to
chwaty i dobre panowie!... Żeby w nich nie wstąpiło, sto
jąłbym tu do rana.
Tymczasem ze
szczytu wołano:
- Damy boją
się jechać pod górę...
- Niech
wysiądą, przeprowadzimy je piechotą. I cała gromada znowu
pobiegła na szczyt.
- Sanki nie
przejadą tędy...
- Dlaczego nie
przejadą? - wołał jakiś młodzieńczy głos.
-Antoni, ruszaj!...
- Nie dam rady,
jaśnie panie...
- Więc
precz z kozła, błaźnie! Sam pojadę, kiedy
się boisz...
Po chwili
gwałtownie zabrzęczały dzwonki i ze szczytu wzgórza jak wicher
przemknęły parokonne saneczki tuż koło Owczarza. Chłop
aż przeżegnał się.
Na
szczycie znów zawołano:
- Andrzej!
jedź...
- Stój,
hrabio!...
- Nie
narażaj się pan...
-
Ruszaj!...
Drugie
sanie przeleciały jak burza.
-
Brawo!...
-
Zuchy!...
- Ruszaj,
Jacenty!...
Tym razem
popędziło z góry, na łeb, na szyję, aż dwoje sanek
obok siebie. W każdych siedział furman i pan.
Szalone
wyścigi o tyle wytarły śliską drogę, że inne
sanie, uwolnione od pasażerów, mogły wjechać i zjechać bez
niebezpieczeństwa, co też zrobiły z należytą
ostrożnością.
-
Idźmy już!... - zawołano z góry.
-
Każdy poda rękę damie...
-
Poloneza...
- Naprzód,
muzyka!...
Ludzie z
pochodniami rozstawili się wzdłuż drogi, muzykanci spróbowali
instrumentów, pary uszykowały się. Zabrzmiała żałosna
melodia poloneza Ogińskiego i z gromady stojącej na górze
poczęły wysuwać się para za parą jak barwna nić
wysnuta z ciemnego kłębka.
Owczarz
zdjął czapkę, cofnął się za swoje sanki i
wydobył spod kożucha głowę znajdy.
- Patrzaj
- mówił - i przypatruj się dobrze, bo drugi raz nie zobaczysz takich
śliczności. To ci procesja, nie bój się!... Same dziedzice i
dziedziczki, a tyle ich, jak owiec na pastwisku...
O kilka
kroków stał lokaj z pochodnią, więc chłop doskonale
widział każdą parę przeciągającego orszaku i
cichym głosem szeptał objaśnienia sierocie:
- Widzisz
tego, co mu blacha wyziera spod algiery!... a na głowie ma
mosiężny kociołek? To wielgi rycerz!... Tacy zawojowali pół
świata dawnymi czasy, ale dziś już ich nie ma...
Pierwsza para
minęła sanki chłopa i znikła za pagórkiem.
- A przypatrz
się temu z siwą brodą i z kitą u czapki. To wielgi pan i
senator... Tacy dawnymi czasy pół świata trzymali w garści, ale
już dziś ich nie ma.. -
Druga para
rozpłynęła się w ciemności.
- Ten w
kołnierzu - mówił chłop do znajdy - to duchowna osoba. Tacy
dawnymi czasy znali wszystko, co ino jest na ziemi i w niebie, a po
śmierci bywali świętymi. Ale już dziś ich nie ma...
Trzecia
para skryła się za pagórkiem.
- Ten,
jaskrawy jak dzięcioł, to także wielgi pan. Nic nie robił, ino
pił i tańcował. Od jednego razu mógł wypić
konewkę wina, a tyle potrzebował pieniędzy, że w końcu
z biedy musiał ojcowiznę sprzedać. Kiedy wszystko zakupiono i
jego, nieboraka, nie stało.
Czwarta para
przeszła.
- Widzisz,
widzisz, jaki idzie ułan?... O! tacy dużo wojowali... Przeszli z
Napolionem cały świat, zbili wszyćkie narody. Ale dziś
już i tych nie ma...
A patrzą j,
patrzą j, o!... na tych... To kominiarz, tamto kowal, ten gra na gitarze,
ten niby chłop, ale naprawdę to wszystko panowie przebrani, tak ot
sobie, dla zabawy...
Orszak
minął chłopa, polonez Ogińskiego rozlegał się
coraz słabiej, wreszcie umilknął. Najgorsza droga została
przebyta i poczęto na powrót siadać do sani wśród okrzyków i
śmiechów. Znowu zadźwięczał dzwonek jeden, drugi,
dziesiąty, cały rój, znowu trzasnęły baty,
zatętniały kopyta i kulig pocwałował dalej.
Chłop
nakrył głowę, położył dziecko na saniach,
ujął cugle i ostrożnie, po utartej drodze, ruszył ku
domowi. Z daleka przed nim dźwięczały dzwonki i migały
czerwone blaski; czasami wiatr przynosił głośniejszy okrzyk. W
końcu wszystko ucichło i zgasło.
- Czy ony,
choć i panowie, aby sprawiedliwie robią, że bawią się
takimi rzeczami? - mruknął Owczarz. Bo przypomniał sobie
butwiejący pod kościelnym chórem portret siwego senatora (do którego
czasami się modlił) i rozdarty obraz szlachcica z podgoloną
czupryną, którego chłopi nazywali potępieńcom, i czarny
nagrobek rycerza, co zakuty w blachy, z mieczem w garści i
żelazną rękawicą pod głową, leżał obok
ołtarza świętej męczenniczki Apolonii. A szlachcice za
takich się przebierają!...
Potem
przyszedł mu na myśl wiszący w zakrystii biskup, co
potrafił wskrzeszać zmarłych na świadectwo, i zakonnik, co
po swoim płaszczu przeszedł Wisłę, i ona królowa, co z
Węgier do Polski sól pod ziemią dla ubogich ludzi sprowadziła. W
końcu stanął mu, jak żywy, przed oczyma jego własny
dziaduś, Roch Owczarz. Mądry dziaduś! z Napolionem chodził
po świecie, a na starość został dziadem przy kościele
i wszystko tak dokumentnie tłumaczył gospodarzom, że miał
większy zarobek niż organista.
- Wieczne
odpoczywanie racz dać duszy jego. Panie! - szeptał Owczarz. Ale
wciąż trapiło go w sercu, że jednakowo nieładnie
szlachta robi bawiąc się kościelnymi rzeczami. "Oni by
się może i w ornaty poprzebierali..." - myślał.
Było z
wiorstę od chałupy, kiedy z daleka za sobą usłyszał
głosy jadących, a przed sobą ujrzał Ślimaka.
-
Gadaliśmy, żeś utknął pod górą - odezwał
się Ślimak - a ty, chwała Bogu, dojeżdżasz.
Widziałeś wesele?
- Oho, ho!... -
odparł Owczarz.
- I nie rozbili
cię ślachta?
- Co mieli
rozbić - ? Jeszcze me przez górę przeciągli z saniami.
- O!.-. I
żaden nic ci złego nie zrobił?
- Nic. Jeden mi
ta ze zbytków czapkę na oczy nasunął, i tyle.
- Tak!...
u nich to tak. Albo cię, człeku, skrzywdzi, albo choć do rany go
przyłóż. Jak co w niego wstąpi - zakonkludował Ślimak.
- Jak co w
niego wstąpi - powtórzył Owczarz. - Ale fantazją to zawdy
mają pańską. Tak, psiekrwie, waliły saniami z nowyższy
góry, że mnie ciarki przeszły. Musieli się dobrze spić, bo
żaden karku nie skręcił. Chłop na trzeźwo nie
wyszedłby żywy z tej okazji.
Za
chwilę dopędziło ich dwoje sanek. W pierwszych siedział
jeden podróżny, w drugich dwu.
- Wy z tej
wsi? - spytał pierwszy podróżny.
- Z tej -
odpowiedział Ślimak.
- To
wesele, co jechało, to do was jechało?
- Nie do nas,
ino do dziedzica.
- No, no... A arendarz Josel
jest w domu?
- Pewno
jest, jeżeli nie pojechał za jakim szachrajstwem -odparł
Ślimak.
- A nie
słyszeliście, nie sprzedał jeszcze wasz dziedzic majątku? -
odezwał się gruby głos z drugich sań.
- Po co ty
to gadasz, Fryc!... - zgromił go siedzący z nim razem.
- Bo
diabła wart cały ten interes - odpowiedział gniewnie gruby
głos.
- Ehe to
oni!... - mruknął Ślimak wpatrując się po ciemku w podróżnych.
Sanki
pomknęły naprzód. - Musi to starezakony - rzekł Owczarz - bo
jakoś kiepsko gadali i mają brody.
Tamten
przedni to zakon, ale te dwa to Niemce z Wólki -odparł Ślimak. -
Pamiętam ich, bo mnie zaczepiały tego lata.
_ Ze u
szlachty to nawet zabawy nie ma bez Żyda - mówił Owczarz. - Ledwie
tamci pojechali, a już ten za nimi ciągnie.
- Jak dym
za ogniem - dodał Ślimak.
Tak
rozmawiając dojechali do wrót, gdzie czekał na nich Jędrek z
latarnią. Niebawem znaleźli się w chałupie, okryci szronem,
bo mróz był coraz tęższy.
Tymczasem
sanie, wiozące starozakonnego i dwu Niemców z Wólki, powoli
opuściły się w dolinę, minęły most na rzece, z
niemałym trudem wjechały na pierwszy taras pagórków i dobiły
się do karczmy. Tu do uszu podróżnych doleciały urywane dźwięki
muzyki i różowy blask smolnych beczek płonących przede dworem.
Niemcy wysiedli i weszli do szynku, skąd po chwili wybiegł karczmarz
Josel i przez kilka minut półgłosem rozmawiał z przyjezdnym.
Wreszcie nisko mu się ukłonił i kazał furmanowi
zawieźć go do dworu.
Za
odjeżdżającym wybiegł z karczmy jeden z Niemców,
wołając: "hej! hej!" Sanki zatrzymały się.
Niemiec oparł się na ich krawędzi i mówił:
- Dziś nic
z tego interesu nie będzie.
- Dlaczego nie
ma być? - zapytał Żyd powoli.
- Oni teraz
tańcują...
- No, to co z
tego?
- Szlachcic nie
porzuci tańca dla rachunków.
- Więc
sprzeda bez rachunku.
- Albo każe
czekać parę dni.
- Ja nie mam
czasu na czekanie - odparł Żyd. - Jedź! - rzekł do furmana.
We dworze muzyka
brzmiała coraz żywiej, we wsi odpowiadało jej wycie rozbudzonych
psów, a w spróchniałych drzewach przydrożnych świsty i jęki
wichru. Sanie pod górę posuwały się coraz wolniej, konie
potykały się coraz częściej, furman okładał je batem
coraz mocniej, a jego pasażer podniósł wysoki bobrowy kołnierz i
myślał.
Na
dziedzińcu płonęły smolne beczki, wnętrze kuchni
wyglądało jakby oświetlone bengalskim ogniem, ściany dworu
promieniowały dźwiękami walca. Około budynków folwarcznych
jeszcze rozlegały się dzwonki sań, furmani kłócili się
o miejsce dla swoich koni, na sztachetach otaczających dziedziniec
opierali się parobcy, gospodarze i wiejskie kobiety, przypatrując
się sylwetkom tancerzy, które nieustannie migały w oknach salonu. A
nad tym gwarem, muzyką, blaskiem, zabawą i ciekawością
ludzką rozciągała się noc zimowa, z głębi której
dojeżdżał do dworu otulony bobrowym kołnierzem Żydek i
- dumał.
Skromny jego
ekwipaż zatrzymał się w cieniu, przed wrotami;
Żyd
wysiadł i zmęczonym krokiem powlókł się do otwartych drzwi
kuchni. Coś przemówił do kucharza, ale kucharz nie zwrócił na
niego uwagi - skinął na pomywaczkę, lecz ta odwróciła
się tyłem; w końcu trafił na pędzącego
chłopca z kredensu, schwycił go za ramię i rzekł:
- Masz tu
złoty, a jak mi sprowadzisz lokaja Mateusza, dostaniesz drugi złoty.
Chłopiec
stanął i ciekawie spojrzał na Żyda.
- Albo kupiec
zna Mateusza?... - spytał.
- Poznam, tylko
go przyprowadź. Niebawem znalazł się Mateusz.
- Masz tu rubla
- rzekł przyjezdny - a jak wywołasz do mnie pana, dostaniesz znowu
rubla. Lokaj potrząsnął głową.
- Pan teraz jest
bardzo zajęty - rzekł - z pewnością nie wyjdzie.
- Powiedz,
że chce się z nim widzieć pan Hirszgold w bardzo pilnym
interesie. Powiedz jeszcze, że pan Hirszgold przywiózł list od ojca
pani. Masz tu drugiego rubla, żebyś nie zapomniał nazwiska: pan
Hirszgold.
Lokaj szybko
poszedł do dworu, lecz wrócił nieprędko. Nastała pauza w
muzyce, on nie wracał, zagrano polkę, on jeszcze nie wracał,
wreszcie - ukazał się.
- Jaśnie
pan prosi do oficyny - rzekł do gościa w bobrowym kołnierzu.
Poszedł naprzód i otworzył drzwi do pokoju, w którym stało kilka
łóżek, w części posłanych, a przeznaczonych dla
tancerzy.
Żyd
zdjął bogate futro, wziął w rękę bobrową
czapkę i usiadł na krześle. Był to przystojny, rumiany
mężczyzna, z kasztanowatą brodą, w długim syberynowym
surducie. Nogi w lakierowanych butach wyciągnął na pokój,
oparł się o poręcz krzesła i zapatrzony w płomień
świecy, czekał i dumał.
W sali muzyka
skończyła grać polkę i po niedługiej pauzie
zagrała dzielnego mazura. We dworze zgiełk i tupanie
spotęgowały się, kiedy niekiedy rozległa się komenda
taneczna, po której następował wybuch hałasu, jakby cały
folwark miał runąć. Żyd słuchał obojętnie,
czekał bez niecierpliwości i dumał, wciąż dumał.
Nagle w sieni
oficyny zaszumiało, zabrzęczało, drzwi odskoczyły jakby je
kto wywalił, i przed oczekującym gościem stanął
dziedzic. Ubrany był w kierezję z czerwonym kołnierzem,
pełną kółek i świecideł, w czerwoną czapkę z
pawim piórem, w szerokie spodnie w białe i różowe paseczki i w buty z
podkówkami.
- Jak się
pan ma, panie Hirszgold! - zawołał dziedzic wesoło. -Cóż to
za pilny list od teścia?...
Gość z
wolna podniósł się z krzesła, ukłonił się
poważnie i wydobywszy list z wewnętrznej kieszeni paltota -
rzekł:
- Niech
pan przeczyta.
- Jak
to?... Teraz?... Ależ ja tańczę mazura, panie Hirszgold...
- A ja
buduję dystans kolei - odparł gość.
Dziedzic
przygryzł wąsa, odpieczętował list i szybko przebiegł
oczyma. We dworze zgiełk taneczny potęgował się, komenda
mazura brzmiała coraz częściej i głośniej.
-
Więc pan chce kupić mój folwark? - spytał dziedzic.
- I to
zaraz.
-
Ależ, panie, ja mam bal w domu!...
- A na
mnie czekają koloniści. Jeżeli do północy nie
skończę z panem, jutro będę musiał skończyć
z pańskim sąsiadem. On zyska, a pan straci.
- No
dobrze, to jest... - mówił rozgorączkowany dziedzic. -Mój
teść pisze o panu bardzo pochlebnie... Ale w takiej chwili...
-
Potrzebuje pan tylko napisać parę słów. Dziedzic rzucił
krakuskę na stół.
-
Doprawdy, panie Hirszgold, jesteś nieznośny!...
- To nie ja, to
interesa. Chciałbym dogodzić pańskiej familii, ale
przedłużyć krótkiego czasu nie potrafię.
W sieni znowu
zabrzęczało i wpadł ułan z krzykiem:
- Bój się
Boga, Władku, co robisz?...
- Nagły
interes... - tłumaczył się dziedzic.
- Ależ
twoja dama czeka...
- Więc
niech mnie kto zastąpi, bo mówię ci, że mam nagły i
ważny interes.
- Ależ
dama!... - biadał ułan wybiegając z pokoju. W sali pierwszy
komendant mazura ochrypnął tak, że całkiem zamilkł.
Wnet rozległ się inny, potężny głos basowy:
- Panie rond,
panowie koszyki...
- Ile pan
dajesz? - zwrócił się zdesperowany gospodarz do kupca. - Co za
oryginalne położenie!... - dodał pobrzękując
podkówkami.
- Daję dwa
tysiące dwieście pięćdziesiąt rubli za
włókę, bez targów - odparł stanowczo kupiec. - Jutro dam tylko
dwa tysiące.
- En avant!... -
ryknął bas w sali.
- Nigdy! -
odparł dziedzic. - Wolę sprzedać chłopom.
- Chłopi
dają panu tysiąc pięćset rubli, a dadzą -
najwyżej -tysiąc osiemset.
- Więc
wolę sam gospodarować...
- I dziś
pan sam gospodaruje, a co z tego?...
- Tournez!... -
zawołano z sali.
- Jak to co?...
- oburzył się dziedzic. - Ziemia pyszna, lasy, łąki...
Kupiec
machnął ręką.
- Ja, panie,
wiem, co tu jest - odparł. - Wiem od pańskiego rządcy, który
się na Nowy Rok oddalił. Dziedzic rozgniewał się.
- Więc ja sam
rozkolonizuję!... - zawołał.
- I weźmie
pan po dwa tysiące za włókę, a przez ten czas młoda pani
umrze z nudów - odparł kupiec z uśmiechem.
- Chaine! z
lewej strony! - zabrzmiała komenda.
- Boże! co
robić?... - westchnął dziedzic.
- Podpisać
ugodę - odpowiedział kupiec - - Przecież teść
pański donosi w liście, że ja dam cenę możliwie
najlepszą i że zasługuję na ufność.
- Partagez!...
W sieni po raz
trzeci zabrzęczało, potknęło się, uderzyło we
drzwi, zaklęło na diabła i pioruny, i do pokoiku znowu
wpadł ułan.
- Władku! -
zawołał - hrabia śmiertelnie obraził się za afront,
jaki robisz jego narzeczonej, i chce wyjeżdżać...
- Boże!
jakim ja nieszczęśliwy - jęknął dziedzic. - Napisz
pan, panie Hirszgold, umowę, zaraz wrócę...
Wybiegł.
Kupiec wydobył z torebki podróżny kałamarz i pióro, z kieszeni
złożony we czworo arkusz papieru i przy blasku stearynowej
świecy, wśród dźwięków muzyki, łoskotu nóg, krzyków
prowadzącego tańce, napisał kilkanaście wierszy. Potem
znowu wpadł w spokojną zadumę.
Po kwadransie
ucichnął mazur, a wkrótce w pokoiku ukazał się dziedzic
zmęczony, ale promieniejący.
- Gotowe? -
spytał wesoło.
- Gotowe.
Przeczytał
i podpisał mówiąc z uśmiechem:
- Jaką
wartość może mieć ta umowa!...
- Dla sądu
żadnej, ale dla pańskiego teścia jest ważną. No, a on ma
pieniądze - odparł kupiec.
Dmuchnął
na podpis, powoli złożył papier i na zakończenie
spytał z odcieniem lekkiej ironii:
- Cóż, pan
hrabia nie gniewa się?
- A udało
mi się go uspokoić - odparł zadowolony dziedzic.
- W tym roku
będzie on miał większe zmartwienie przez swoich wierzycieli -
mruknął kupiec - No, żegnam pana, wesołej zabawy.
Podał
rękę dziedzicowi, który z pośpiechem opuścił pokoik
wracając na salę balową.
Kupiec
zaczął powoli wciągać futro. Współcześnie, jak
spod ziemi, zjawił się Mateusz.
- Wielmożny
pan - odezwał się lokaj pomagając mu ubrać się
-wielmożny pan kupił nasz majątek?...
- Co to
dziwnego? nie pierwszy i nie ostatni - odparł kupiec.
Sięgnął do pugilaresu i dał lokajowi trzy ruble.
- Zawołam
konie, jaśnie panie - rzekł zgięty do podłogi lokaj.
- Nie potrzeba -
odpowiedział kupiec. - Moja kareta została się w Warszawie, a tu
mam tak ordynarny ekwipaż, że mi nie wypada popisywać się z
nim.
Po tych
słowach wyszedł za bramę dziedzińca piechotą,
odprowadzony z honorami przez Mateusza.
We dworze
zaczęto tańczyć kontredansa we trzydzieści par, co
trwało do kolacji. Po kolacji wzięto się znowu do polki, walca,
mazura i tak bez końca. Na wschodzie ukazał się blady świt,
w chatach zapłonęły ogniska, na podwórkach zaskrzypiały
żurawie studzien, w stodołach zatętniały cepy, a we dworze
wciąż tańczono i tańczono.
Wraz ze wschodem
zimowego słońca Ślimak zarzucił na ramiona sukmanę i
szepcząc pacierz powlókł się przez wrota. Czasem
spoglądał na niebo i zapytywał je wzrokiem: jaka będzie pogoda?
-to znowu zwracał ucho w stronę dworu, skąd dolatywały go
szczekania psów i urywane dźwięki muzyki. Za tym odgłosem
wyszedł na drogę i machinalnie zmierzał w stronę pokrytej
lodem rzeki, wciąż ustami szepcząc pacierz, a w głowie
rozmyślając, jak to długo i wesoło bawi się
państwo we dworze.
Patrzył na
błękit niebieski, na śnieg zaróżowiony promieniami
słońca, na obłoki jakby skąpane w purpurze, wdychał
mroźne powietrze ranka i czuł, że tego nieba, śniegu i
mrozu nie oddałby za najpiękniejszą muzykę i tańce.
- Już by ja
tam mojej biedy nie mieniał na wasze zabawy!... -szepnął. -
Zmęczą się, nie wyśpią jak należy i tyle
dobrego...
Znowu
przypomniał sobie modlitwę, odegnał z serca światowe
myśli i mruczał:
- Drugi
pacierz... Ojcze nasz, któryś jest w niebie... Nagle poza pagórkiem
usłyszał rozmowę. Posunął się w tamtą
stronę kilka kroków i ujrzał dwu ludzi w długich granatowych
kożuchach. Jeden miał twarz starą i ogoloną, drugi był
barczysty i brodaty.
Oni także
spostrzegli go i starszy zapytał:
- To wasze
grunta, gospodarzu, z tą górą? Ślimak przypatrywał im
się zdumiony.
- Co wy się
tak wypytujecie o moją chudobę?... - odparł. -Przecie wam
już tego lata powiedziałem, że grunt mój i góra moja.
-
Więc kiedy twoje, to nam sprzedaj - odezwał się brodaty.
- Zaczekaj, Fryc
- przerwał mu stary.
- Ojciec lubi
dużo gadać! - ofuknął brodacz.
- Zaczekaj, Fryc
- ciągnął stary. - Widzicie, gospodarzu -zwrócił się
do chłopa - my dziś kupiliśmy od waszego pana ten
majątek...
- No, i po co
to? - przerwał brodaty.
- Zaczekaj,
Fryc. Ale widzicie, gospodarzu, nam potrzebna jest wasza góra, bo chcemy
postawić wiatrak...
- Herr Jesus!...
- rzucił się brodaty. - Ojciec z niewyspania chyba rozum
stracił!... Słuchaj - rzekł gniewnym tonem do chłopa -
chcemy kupić twój grunt...
- Grunt -
powtórzył zdziwiony chłop oglądając się za siebie.
-Grunt?-..
Chwilę
wahał się nie wiedząc, co odpowiedzieć, wreszcie
rzekł:
- A cóż wy,
panowie, macie za prawo kupować mój grunt?
- Mamy
pieniądze - odparł brodacz.
-
Pieniądze?... Ja za pieniądze nie sprzedam. To przecie moja ziemia.
Siedzieliśmy tu z dziada, pradziada, jeszcze za czasu pańszczyzny, i
to się nazywała nasza zagroda. Później mój ojciec dostali ten
grunt z ukazu na własność i to jest opisane w komisji. Potem za
las ja dostałem trzy morgi także na własność i to
także jest opisane w komisji. Rządowy omentra ziemię tę
zmierzył, na wszystkich papierach są podpisy i pieczęcie, jak
się należy, zatem... Zatem - jakim prawem wy chceta kupować mój
grunt, kiedy on jest mój?... Mój własny, no?...
Przez cały
ciąg tej drugiej mowy, wypowiedzianej wzburzonym głosem, brodacz
odwrócił się do chłopa bokiem i gwizdał przez zęby, a
stary wyciągnął ręce i niecierpliwie nimi
wytrząsał. Schwyciwszy nareszcie stosowną chwilę
zawołał:
- Ależ my
tobie chcemy zapłacić!... Gotówką... Po
sześćdziesiąt rubli za morgę.
- I za sto nie
sprzedam - odparł Ślimak - bo nie macie na to nijakiego prawa.
- Ale
możemy umówić się z dobrej woli. Chłop pomyślał i
nagle zaśmiał się.
- Takiście
starzy - rzekł - a jeszcze nie macie rozumu na to, że przecież
ja z dobrej woli mojego gruntu nie sprzedam.
- Dlaczego?...
Za te pieniądze, które wam dajemy, moglibyście za Bugiem kupić
całą włókę.
- Kiej tam tak
tania ziemia, to czemu wy jej nie kupujecie, ino włazicie do naszej wsi?
- Cha! cha!... -
roześmiał się brodacz. - Chłop, widzę, niegłupi,
kiedy ojcu mówi to samo, co ja z rana i wieczorem powtarzam.
- Zaczekaj, Fryc
- rzekł stary biorąc Ślimaka za rękę. -Gospodarzu -
ciągnął ściskając go - mówmy jak chrześcijanie,
nie jak poganie. Tego samego Boga chwalimy, więc po co się
kłócić?... Ja, widzisz, gospodarzu, mam syna, co się zna na
młynarstwie - i - chciałbym mu postawić wiatrak na tej oto
górze. Jak on będzie miał wiatrak, to on weźmie się do
roboty, ożeni się, ustatkuje i ja będę na stare lata
szczęśliwy. A tobie nic z tej góry.
- Ale to przecie
moja góra, mój grunt - odparł chłop. - Idźcie do komisji, a
pokażą wam, jako to jest mój własny grunt i jako do niego nikt
nie ma prawa.
- Prawa nie ma
nikt - potwierdził stary - ale ja chcę kupić...
- No, to ja nie
sprzedam.
Stary
człowiek skrzywił się, jakby mu się na płacz
zbierało. Pociągnął chłopa kilkanaście kroków na
gościniec i mówił głosem przyciszonym, drżącym ze
wzruszenia:
- Czegoście
się tak zawzięli na mnie, gospodarzu? Widzicie, moi synowie
kłócą się ze sobą. Jeden lubi rolę, drugi
młynarstwo. No, ja bym chciał młodszego ustalić,
zbudować mu wiatrak, ożenić i mieć blisko siebie.
Niedługo mi żyć na świecie, mam osiemdziesiąt lat,
więc... Nie spierajcie się ze mną...
- Albo wy nie możecie
gdzie indziej kupić ziemi? - spytał chłop.
- No, nie
możem. My handlujemy całą gromadą, w kilkunastu... Dużo by o tym
gadać... Ale mój młodszy syn. Wilhelm, on nie rolnik... Jak nie
będzie miał wiatraka, zmarnieje chłopak albo pójdzie w
świat. A ja stary, ja go chcę mieć przy sobie... Więc
sprzedaj nam swój grunt - mówił ściskając go mocniej za
rękę. - Zresztą, słuchaj - dodał ciszej -dam ci
siedemdziesiąt pięć rubli za morgę... Wielki to
pieniądz!... Bóg mi świadek, że daję ci więcej,
niż warto... Prawda, że sprzedasz? Tyś przecie uczciwy
człowiek, chrześcijanin...
Chłop
ze zdziwieniem i litością patrzył na Starca, któremu czerwone
oczy nabiegły łzami.
- Musi,
panie - rzekł Ślimak - wy macie kiepski rozum, kiedy mnie tak
napastujecie. Bo ino pomyślcie, czy jest sens prosić człowieka,
ażeby dał sobie uciąć rękę albo nawet
poderżnąć gardło? A cóż bym ja, chłop, robił
bez ziemi?...
- Kupisz
sobie innego grunta... Będziesz miał dwa razy tyle... Sam wyszukam ci
taką wieś...
Ślimak
kiwał głową, wreszcie odparł:
- Mówicie
do mnie jak ten chłop do drzewiny, kiedy ją wykopuje w lesie, a chce
zasadzić kole domu. "Chodź - on mówi -będziesz przy
chałupie, będziesz między ludźmi..." No, i głupia
drzewina wychodzi z lasu, bo musi; ale nim ją w nowym gruncie osadzą -
usycha. I wy chcecie, żebym ja tak zmarniał z żoną, z
dziećmi i całym dobytkiem. Bo cóż bym począł w tym
dniu, kiedy bym mój grunt sprzedał?
Rozmowę
przerwał brodaty przemówiwszy do ojca po niemiecku głosem
podniesionym i stanowczym.
- Więc nie
sprzedasz? - spytał starzec.
- Ni -
odparł Ślimak.
- Po
siedemdziesiąt pięć rubli morgę?
- Ni.
- A ja ci
mówię, że sprzedasz! - zawołał brodaty, gwałtownie
chwytając ojca za rękę.
- Ni.
- Sprzedasz,
gospodarzu - powtórzył stary.
- Ni.
Poszli obaj na
most, krzykliwie rozprawiając po niemiecku. Chłop podparł
ręką brodę i patrzył za nimi.
Nagle
zwrócił oczy na dwór, gdzie już muzyka ucichła i w oknach
pociemniało, i jakaś nowa myśl przemknęła mu przez
głowę, bo szybko wrócił do chałupy.
- Jagna! -
zawołał otwierając drzwi do sionki - Jagna!... A wiesz ty,
że pan sprzedał folwark Niemcom?...
Stojąca
przy kominie gospodyni przeżegnała się łyżką.
- W imię
Ojca!..-. Czyś ty, Józek, zwariował?... Kto ci to powiedział?...
- A o teraz
zaczepiły mnie na gościńcu dwa Niemce, powiedzieli o sprzedaniu
folwarku i jeszcze... Wiesz ty, Jagna?... Jeszcze chcieli od nas grunt
kupić... Grunt nasz własny!
- Toś ty
zupełnie zwariował! - krzyknęła Ślimakowa. -
Jędrek, biegaj na gościniec, czy tam są jakie Niemce, bo ojciec
coś gada od rzeczy...
Jędrek
wybiegł i po upływie pacierza wrócił donosząc, że na
drodze, za mostem, widać istotnie dwu jakichś w granatowych kapotach.
Ślimak tymczasem siedział na ławie, milczący, ze
spuszczoną głową i rękoma opartymi na kolanach. W izbie
szare światło poranku plątało się z czerwonym blaskiem
ognia nadając ludziom i przedmiotom fizjonomie martwe albo groźne.
Gospodyni nagle
spojrzała na męża.
-
Cóżeś tak pobladł? - rzekła - cóżeś tak
osowiał? Co ci jest?
- Co mi jest? -
powtórzył - także się pyta, mądra!... Albo nie rozumiesz,
że jeżeli dziedzic sprzedał mienie, to Niemce odbiorą nam
łąkę?...
- Czemu by mieli
odbierać? - odparła gospodyni niepewnym głosem. - Przecie
będzie się im płacić czynsz tak samo jak dziedzicowi.
- Gadasz, co ci
ślina przyniesie, bo nie wiesz, że Niemce są chytre na
paszę. Oho! oni dużo trzymają bydła... Wreszcie
-dodał, zamyślony - odbiorą łąkę, żeby mi
dokuczyć i wyforować z gruntu.
- Jeszcze nie
wiadomo, kto kogo wyforuje! - odparła gniewnie Ślimakowa.
- Nie ja ich -
szepnął mąż.
Kobieta
ujęła się pod boki i stopniowo podnosząc głos
poczęła mówić:
- O... widzisz,
jaki to z niego chłop!... Ino spojrzał na szwabskie nasienie, a zara mu serce
odjęło. Zabiorą ci łąkę, no, to i co? Będzie
się im wpędzać bydło w szkodę, dopóki jej na powrót
nie sprzedadzą.
- To mi
wystrzelają bydło.
-
Wystrzelają?... - krzyknęła gospodyni. - A sąd, a
kryminał?... Panom nie wolno krzywdzić chłopskiego
bydlęcia, a ma być wolno Szwabom?
- Jak nie
wystrzelają, to zajmą nam bydlę i wyprawują więcej,
niż ono zjadło. Niemiec ma rozum, nie bój się. On dozorem i
procesami zalezie ci za dziesiątą skórę.
Gospodyni
umilkła na chwilę.
- No -
rzekła po namyśle - to będziemy kupowali paszę.
- Od kogo?
Przecie gospodarze już dzisiaj nie sprzedają, a Niemiec, jak się
na pańskim osiedli, nie wypuści ździebełka trawy.
Na kominie
garnczek zaczął kipieć, ale Ślimakowa nie zwróciła na
to uwagi, taki ją gniew i żal ogarnął. Z
zaciśniętymi pięściami przypadła do męża
wołając:
- Co ty gadasz,
Józek, zastanów się!... Tak źle i tak niedobrze, więc jakże
będzie?... To taki z ciebie chłop i gospodarz, że zamiast sam co
wymyślić, mnie, babie, serce odbierasz?... Nie wstyd tobie dzieci,
nie wstyd tobie Magdy, żebyś siedział na ławie i
przewracał oczami jak nieboszczyk zamiast radzić?... Cóż ty
myślisz, że ja dla twoich Niemców dam dzieciskom zdychać z
głodu albo krów się wyzbędę?... A może myślisz,
że dam grunt sprzedać?... Niedoczekanie wasze! - krzyknęła
podnosząc ręce. -Niedoczekanie twoje i tych Szwabów!... Żebym
miała trupem paść, żeby mnie do grobu schowali, jeszcze
wykopię się spod ziemi i nie dam zrobić krzywdy dzieciom... Nie!
Co tu siedzisz, co się patrzysz na mnie jak baran?... - dodała z
pałającą twarzą. -Jedz śniadanie i idź do dworu.
Spytaj się, czy pan naprawdę sprzedał folwark. Jak nie
sprzedał, padnij mu do nóg i poty leź, poty go proś, poty
skamlaj, aż ci ten kawałek łąki odstąpi, choćby
za dwa tysiące złotych...
- A jak
sprzedał?...
- Jak
sprzedał? - zawołała. - Jak sprzedał, to... niech go Bóg
skarżę...
- Ale zawdy
łąki nie będzie.
-
Głupiś!... - odparła zwracając się do komina. -
Żyliśmy dotąd my, dzieci i dobytek, z łaski Bożej, nie
z pańskiej, to i żyć będziemy.
Chłop
podniósł się z ławy.
- No,
kiedy tak - rzekł po namyśle - to dawaj śniadanie... No, a czego płaczesz?...
- dodał.
Ślimakowa
po wybuchach energii istotnie zalewała się łzami.
- Jakże nie
mam płakać - szlochała - kiedy Pan Bóg miłosierny
pokarał mnie takim niedojdą chłopem, co i sam radzić nie
potrafi, i jeszcze mnie serce odbiera!...
- Głuptas -
odparł nachmurzając się. - Pójdę zara do dziedzica i
kupię łąkę, choćbym miał dać dwa
tysiące złotych. Taką mam ambicję!
- A jak dziedzic
już sprzedał folwarek? - spytała żona.
- Mam go
gdzieś! Żyliśmy dotąd z łaski Bożej, nie z
pańskiej, to i odtąd nie zginiemy.
- A skąd
paszy weźmiesz dla bydła?
- Mój w tym
rozum i moja głowa. Ty garnków pilnuj, a do mnie się nie
wtrącaj, kiedyś baba!
- Wykurzą
cię stąd Niemcy, razem z twoim rozumem. Chłop uderzył
pięścią w stół, aż podniósł się pył w
izbie.
- Chorobę wykurzą,
nie mnie! - krzyknął. - Nie ruszę się z tela, żebym
miał paść trupem, żeby mnie na drobne kawałeczki
posiekali!... Dawaj śniadanie. Takem się zawziął na te
psiekrwie, że jeszcze ciebie potrącę, jak mi nie wygodzisz! A
ty, Jędrek, zmykaj po Owczarza i wracaj wnet, bo jak zdejmę
rzemień...
O tej samej
godzinie we dworze przez otwory i szczeliny okiennic zajrzało do salonu
słońce. Na zrysowaną obcasami podłogę i na
ścianę przeciwległą oknom padły smugi białego
światła, jaskrawo odbiły się od zwierciadeł, od
złoconych gzemsów, od lustru mebli, i - rozpierzchły się po
ogromnym pokoju. Przy ich blasku płomienie świec i lamp stały
się żółte i mętne. Twarze dam pobladły, pod oczyma
wystąpiły sine obwódki, z potarganych włosów opadł puder,
na zmiętych sukniach ukazały się dziury i strzępy. Ze
złotolitych pasów magnaterii wyjrzał szych, bogaty aksamit
zamienił się na wytarty manczester, bobrowe futra na zajęcze
skórki, srebrne zbroje na pobielaną blachę. Muzykantom opadły
ręce, tancerzom zesztywniały nogi. Wystygło upojenie, sen
zamglił oczy, usta dyszały gorączką. Na środku sali
uwijało się już tylko trzy pary, potem dwie, potem - żadna.
Wzdłuż ścian zabrakło krzeseł dla pochmurnych mężczyzn;
kobiety wachlarzami zasłaniały zmęczone twarze i rozziewane
usta.
Wreszcie muzyka
umilkła, a ponieważ nikt nie rozmawiał, więc salon
zapełniało grobowe milczenie. Świece gasły, z niektórych
lamp wydobywały się gęste dymy.
- Może
państwo przejdą na herbatę?... - odezwał się gospodarz
schrypniętym głosem.
- Spać...
spać... -szeptano,
- Pokoje dla dam
i panów są gotowe - dodał gospodarz usiłując być
uprzejmym, pomimo senności i kataru.
Po tych
słowach podniosły się z kanap i fotelów najprzód najstarsze,
potem młode damy i z przeciągłym szelestem poczęły
opuszczać salon owijając się w atłasowe zarzutki i
odwracając twarze od okien. Za chwilę w salonie zrobiło się
pusto, a w dalszych pokojach gwarno; potem rozległy się na podwórzu
głosy męskie, a na górze liczne stąpania, a potem - wszystko
ucichło. Muzyka już wyniosła się z alkowy; zostało po
niej tylko kilka pulpitów i stary Żyd basista, który spał
przewiesiwszy ręce przez korpus swej basetli.
Do salonu
brzęcząc podkówkami wszedł dziedzic. Mętnym wzrokiem
spojrzał po ścianach i rzekł ziewając:
- Pogaś
światło, Mateuszu... Otwórz okna... Aaa... Nie widziałeś
pani?...
- Jaśnie
pani jest w swoim pokoju - odparł stojący w progu lokaj.
Dziedzic
zawrócił się i wyszedł. Minął sień,
minął pokój jadalny, wreszcie stanął przed drzwiami
znajdującymi się na końcu korytarzyka i zapytał:
- Czy wolno?...
- Proszę -
odpowiedział kobiecy głos z pokoju. Dziedzic wszedł. Na fotelu,
obitym pomarańczowym atłasem, siedziała jego żona w stroju
Cyganki. Oparła ręce na poręczach, głowę
ozdobioną diademem odrzuciła w tył i zdawała się
usypiać. Dziedzic upadł na drugi fotel i rzekł:
- No, udała
się zabawa... Aaa!...
- Bardzo
ładnie - odparła pani zasłaniając usta rączką.
- Goście
powinni być zadowoleni.
- Tak
sądzę.
Pan chwilę
przedrzemał i znowu odezwał się:
- Wiesz,
sprzedałem majątek.
- Komu? -
spytała pani.
- Hirszgoldowi.
Dał po dwa tysiące dwieście pięćdziesiąt
rubłi za włókę. Aaa!...
- Dzięki
Bogu, że nareszcie stąd wyjedziemy - odparła pani. -Czy już
wszyscy porozchodzili się?
- Już
pewnie śpią. Aaa!... No, pocałuj mnie na dobranoc.
- Mam
iść do ciebie? Ty mnie pocałuj. Takam zmęczona...
- Ale
pocałuj mnie za to, że tak dobrze sprzedałem majątek.
Aaa!...
- Więc
przyjdź tu.
- Kiedy tak mi
się nie chce... Aaa...
- Hirszgold?...
Hirszgold?... - szeptała pani. - Ach, już wiem! To jakiś znajomy
papy... Pierwszy mazur był prześliczny... Dziedzic chrapał.
|