|
W tydzień
po kostiumowym balu dziedzic z żoną opuścili wieś
przenosząc się do Warszawy. Miejsce ich zajął
pełnomocnik Hirszgolda, piegowaty Żydek, który zamieszkał w
małym pokoiku w oficynie, żelazną sztabą zamykał drzwi
na noc i sypiał z dwoma rewolwerami pod poduszką, a po całych
dniach przeglądał albo pisał rachunki.
Ze dworu
część mebli wywieziono za państwem, resztę Hirszgold
kazał sprzedać. Jeden z okolicznej szlachty nabył sprzęty z
salonu, drugi z pokoju jadalnego, trzeci z sypialni. Bibliotekę kupili
Żydkowie na funty, proboszcz zaopatrzył się w amerykańskie
organy, ogrodowe kanapy i krzesła przeszły na własność
Grzyba, a Orzechowskiemu dostał się za trzy ruble wielki sztych Ledy
z łabędziem, do której nabywca modlił się z rodziną.
Posadzki wyjechały aż do guberni, aby tam przyozdobić lokal
sądu okręgowego, zaś adamaszkowe obicia ze ścian kupili
krawcy i przerobili je na gorsety dla wiejskich dziewuch.
Kiedy w
parę tygodni po wyjeździe państwa Ślimak zajrzał do
dworu, struchlał na widok zniszczenia. W oknach nie było szyb, przy
drzwiach na oścież otwartych ani jednej klamki, ściany obdarte,
podłogi wyrwane. Salon podobny był do gnojowiska, w buduarze pani
arendarka Joselowa postawiła kilka kojców z drobiem, a w kancelarii pana
mieszkało paru Żydków i leżały ogromne stosy pił,
toporów i łopat. Służba folwarczna, która według umowy
miała tu miejsce do św. Jana, wałęsała się z
kąta w kąt próżnując. Furman od cugowych koni pił na
zabój, szaf arka leżała chora na febrę, a jeden z fornalów
tudzież chłopak kredensowy siedzieli w areszcie gminnym,
oskarżeni o kradzież klamek i drzwiczek od pieców.
- Kara boska! -
szepnął chłop i strach go ścisnął na myśl o
nieznanej potędze, co w okamgnieniu zrujnowała dwór stojący od
wieków. Zdawało mu się, że nad wsią i doliną, gdzie
urodził się i wychował i gdzie na wieki spoczęli jego
prości ojcowie, że nad tym cichym kątem świata zwiesza
się niewidzialna chmura, z której spadł pierwszy piorun i
zdruzgotał siedzibę dziedziców.
W kilka dni
okolica zakipiała nowymi ludźmi. Byli to tracze i cieśle, po
największej części Niemcy, sprowadzeni do wykonania pilnej
roboty. Szli i jechali drogą około chaty Ślimaka gromadami,
niekiedy uszykowani jak wojsko. Roztarasowali się we dworze, wygnali
służbę z czworniaków, wyprowadzili resztę bydła z obór
i zapełnili wszystkie budynki. Nocami palili wielkie ogniska na
dziedzińcach, a rankami całą bandą maszerowali do lasu.
Z początku
nie znać było ich roboty. Wkrótce jednak, kto miał dobre ucho, a
stanął na wzgórzu, mógł słyszeć lecący od strony
lasu szmer. Szmer ten dzień po dniu dzielił się na pojedyncze
odgłosy, jakby kto palcami bębnił po stole, tak że w
końcu już całkiem wyraźnie słychać było
stukanie mnogich siekier i chrzęst walącego się drzewa. Las
jakby zniżał się, na jego falistym konturze ukazywały
się coraz to nowe zęby, w oczach ludzkich nikły
wierzchołki, w ciemnozielonej ścianie zaczęły
przeświecać jakby szpary, potem jakby okna, wreszcie - wyłomy,
przez które wyjrzało niebo, zdziwione, że pierwszy raz, jak
świat światem, patrzy na dolinę z tej strony.
Las padł.
Zostało tylko niebo i ziemia, a na niej trochę kęp jałowcu,
trochę leszczyny, trochę młodych sosenek, niepoliczone szeregi
pieńków i całe stosy leżących drzew, z których
pośpiesznie obcinano gałęzie. Nic z liściastego narodu nie
uszanował topór drapieżny.
Nic, nawet
dębu, po którego stuletniej korze ześlizgiwały się
wstęgi piorunów. Zapatrzony w niebo zwycięzca burz prawie nie dostrzegł
kręcących się u stóp jego robaków, a ciosy siekier nie
więcej go obchodziły od pukania dzięciołów. Padł
nagle, przekonany w ostatniej chwili, że to świat się
obalił i że na tak niepewnym świecie żyć nie warto.
Był inny
dąb, na którego zeschłej gałęzi powiesił się
kiedyś nieszczęsny Szymon Gołąb. Lu4zie odtąd mijali
go ze strachem. Toteż ujrzawszy gromadę traczów z siekierami
zaszemrał: "Uciekajcie stąd, bo imię moje znaczy śmierć.
Jeden tylko człowiek dotknął ręką mych konarów i
umarł." Gdy zaś tracze, zamiast usłuchać jego
życzliwych upomnień, poczęli go rąbać i coraz
głębiej zapuszczać mu w ciało ostre żelaza, wpadł
w straszny gniew, ryknął: "Zdruzgoczę was!..." i
obalił się na ziemię.
Sosna, w której
dziupli kryła się para wiewiórek, widząc powszechne zniszczenie
cieszyła się nadzieją, że uniknie złego losu przez
wzgląd na swoich lokatorów: "Litość ich wzruszy, bo
cóż są im winne biedne, małe wiewiórki?" - szeptała i
padła miażdżąc własnym ciężarem wystraszone
zwierzątka.
Tak
ginęły mocne drzewa jedno po drugim; nad ich grobem płakała
mgła nocna i kwiliły ptaki pozbawione ojczystych siedzib.
Starsze od lasu
i mocniejsze od dębów były ogromne kamienie, gęsto rozsiane po
polach. Chłopi nie tykali ich, raz dlatego, że żaden nie
dał się ruszyć z miejsca, a po drugie, że nie były im
na nic potrzebne. Zresztą tułało się między
ludźmi podanie, że za pierwszych dni stworzenia zbuntowane
diabły ciskały tymi kamieniami w aniołów i że ruszać
ich nie warto, bo na całą okolicę mogłoby spaść
nieszczęście. Leżał więc każdy na swoim miejscu,
otoczony kępą trawy i mchem porosły. Co najwyżej pastuch,
nocujący w polu, rozpalał pod nim ognisko, zmęczony rata j
kładł się na południowy spoczynek albo chytry na pieniądze
człowiek szukał pod nim ukrytych skarbów. Gorszego nic im się
nie zdarzyło.
Dziś
przecie i dla głazów wybiła ostatnia godzina. Współcześnie
z niszczeniem lasu jakowiś ludzie poczęli przesiadywać
około sędziwych kamieni. Na wsi z początku myślano, że
Niemcy szukają skarbów, ale wnet Jędrek wypatrzył, że oni
wiercą dziury.
- No, i nie
głupie te Szwaby, żeby wiercić kamienie - mówiła
zmywając naczynia Ślimakowa do starej Sobieskiej. - Choroba wie, na
co im to?...
- E... widzicie,
kumo, ja wiem, na co oni to robią - odparła baba przymykając
czerwone oczy.
- Na cóż by?
Chyba przez swoje głupstwo.
- Ni!... -
prawiła Sobieska. - Oni, widzicie, wiercą, bo oni, widzicie,
słyszeli, że w takim kamieniu siedzi żaba...
- Więc co z
tego? - zapytała Ślimakowa.
- Więc oni,
widzicie, chcą zobaczyć, czy to prawda.
- No, a z
tego im co?
- A
choroba ich wie - odpowiedziała Sobieska tak przekonywającym tonem,
że Ślimakowa uznała kwestię za wyczerpaną.
Tymczasem
Niemcy nie szukali żab w kamieniach, lecz w wywiercone dziury
zakładali naboje, przysypywali je piaskiem i poczęli głazy rozsadzać.
Cały dzień trwała kanonada, której huk rozchodził się
po najdalszych krańcach doliny, głosząc wszystkim i każdemu
z osobna, że nawet skała nie oprze się Niemcowi.
- Twardy
naród te Szwaby! - mruknął Ślimak przypatrując się
podruzgotanym olbrzymom.
I pomyślał
o kolonistach, którzy nabyli grunta dworskie, a chcieli kupić jego
ziemię.
- Cosik ich nie
widać - dodał. - Może wcale nie przyjdą?...
Koloniści
jednak przyszli.
Pewnego dnia,
było to w początkach kwietnia. Ślimak jak zwykle wyszedł przed
wschodem słońca z chaty zmówić pacierz i zobaczyć, jaka
będzie pogoda. Wschód już jaśniał, gwiazdy pobladły,
tylko jutrzenka błyszczała jak klejnot na niebie, a na ziemi
witały ją świergotem zbudzone ptaki.
Chłop
utkwił oczy we mgle, co na kształt śniegu bieliła pola i
łąki, i szeptał: "Kiedy ranne wstają zorze."
Nagle od strony górnych pól usłyszał hałas. Było to
skrzypienie z wolna toczących się wozów i głośna rozmowa
ludzi.
Zaciekawiony
wbiegł na pagórek z sosną i ujrzał niezwykły korowód.
Był to długi szereg wozów okrytych płótnem, spod którego
wyglądały tu ludzkie głowy, tam sprzęty domowe albo
rolnicze narzędzia. Przy wozach szli albo siedzieli na kozłach, z
nogami zwieszonymi na orczyki, ludzie w długich granatowych kapotach i w
kaszkietach. Do niektórych wozów przywiązane były krowy, w
dłuższych odstępach między wozami uwijały się
niewielkie gromadki świń. Na samym końcu toczył się
wózek, mało co większy od dziecinnego, na którym leżał
mężczyzna z nogami zwieszonymi do ziemi, ciągniony z jednej strony
dyszla przez psa, z drugiej przez kobietę.
"Szwaby
idą - przemknęło chłopu przez głowę, ale
odepchnął pierwszą myśl. - Może to Cygany? -
dumał. - Ni, Cygany noszą się czerwono, a ci granatowo i
żółto. A może to tracze?... Tracze nie ciągnęliby za
sobą bydła, wreszcie, po co by tu szli, kiedy już lasu nie
ma?..."
Tak bił
się chłop z myślami, a raczej uciekał przed jedną,
że -idą koloniści, którzy kupili dworskie grunta.
- Oni albo i nie
oni - poszeptywał, zapatrzony w gościniec.
Tymczasem Niemcy
zjechali w dół i przez chwilę nie było ich widać.
Chłop przetarł oczy. Może rozpłynęli się w
dziennym świetle, a może ich ziemia pochłonęła? Gdzie
zaś!... Wiatr powiał z tamtej strony i znowu przyniósł powolny
turkot kół, skrzypienie dyszlów, gwar ludzkich głosów. Znowu spoza
góry wychyliły się łby końskie, granatowe kaszkiety
woźniców, szare płachty wozów i głowy Niemek w pstrych chustkach
zawiązanych pod brodę. Ziemia krok za krokiem ustępuje pod
kopytami ich wychudłych koni. Już wjechali na ostatni szczyt, oblani
złotymi potokami słońca, krzykliwi, jaśniejący, witani
śpiewem skowronków, które w jesieni będą łapać i
zjadać.
Daleko za nimi,
gdzie za mgłą czarny las majaczył, słychać było
głos kościelnego dzwonu. Czy on, jak zwykle, wzywa ludzi do pacierza,
czyli też ogłasza im najście obcego narodu?...
Ślimak
obejrzał się. W chatach, po drugiej strome doliny, drzwi były
pozamykane; na podwórkach nikt nie ruszał się i zapewne nikt by nie
wybiegł przed wrota, gdyby nawet zawołać:
"Patrzajta,
gospodarze, co tu Niemców wali!..." Wieś jeszcze spała.
Teraz sznur
wozów, napełnionych gwarliwymi ludźmi, począł wymijać
chałupę Ślimaka. Zmęczone konie szły z wolna, krowy
ledwie nogi wlokły, świnie kwicząc potykały się. Tylko
ludzie byli kontenci, śmieli się, krzyczeli z wozu do wozu i
rękami albo batami ukazywali na dolinę. Wreszcie zjechali na
dół, wyminęli most i skręcili na lewo, na otwarte pole.
We dwa albo i we
trzy pacierze po nich ukazał się wózek, ciągniony przez psa i
kobietę, i stanął obok wrót Ślimakowej zagrody. Tu wielki
pies upadł na ziemię ciężko dysząc,
mężczyzna z trudnością podniósł się na wózku i
usiadł, a kobieta zdjęła szlę z karku i ocierając
spotniałe czoło patrzyła na chatę Ślimaków.
Chłopa
tknęła litość. Zeszedł z pagórka i zbliżył
się do podróżnych.
-
Skądeście, ludzie, i coście za jedni? - zapytał.
- My
koloniści, aże zza Wisły - odpowiedziała kobieta. - Nasi
kupili tu ziemię, więc idziemy za nimi.
- A wyście
ziemi nie kupili? Kobieta wzruszyła ramionami.
- To u was taki
zwyczaj, że baby chłopów ciągną? - pytał dalej
Ślimak.
- Cóż
robić, kiedy konia nie mamy, a na własnych nogach ojciec by nie
zaszedł.
- To wasz
ojciec? Podróżna skinęła głową.
- I taki chory?
-Jo.
Chłop
zamyślił się.
- To niby on po
proszonym jeździ za gromadą? - spytał znowu.
- O nie!... -
odparła z energią. - Ojciec uczy dzieci, a ja, jak mam czas, to
szyję, a jak nie mam co szyć, wynajmuję się do roboty w
polu.
Ślimak
patrzył na nią zdziwiony, wreszcie rzekł:
- Wy musi
że nie jesteście Niemce, kiej tak gładko po naszemu gadacie?
- My z Niemców -
odparła kobieta.
- My Niemcy -
odezwał się po raz pierwszy człowiek z wózka. W czasie tej
rozmowy wyszła z chaty i zbliżyła się do wrót
Ślimakowa z Jędrkiem.
- Tęgi
pies! - zawołał Jędrek.
- Przypatrz no
się - rzekł do niego Ślimak - jak ta pani bez całą
drogę ciągnie chorego ojca na wózku. A ty byś, hyclu, tak
zrobił?
- Co bym
miał robić? Albo tatulo nie mają koni!... - odparł
chłopak.
- I my
mieli konia, ale teraz nie mamy - mruknął podróżny z wózka.
Był
to człowiek chudy, blady, z rudymi włosami i takimże zarostem.
- Pewnie
byśta sobie wypoczęli i zjedli co po takiej drodze? -zwrócił
się Ślimak do podróżnej.
- Ja nie
chcę jeść - odparła kobieta - ale ojciec może
napiłby się mleka.
- Biegaj,
Jędrek, po mleko - rzekł Ślimak.
- Bez
obrazy - odezwała się Ślimakowa - ale wy, Niemce, musi że
nie mata własnego kraju, kiej przychodzicie tu do nas?
- Tu nasz
kraj - odparła podróżna. - Ja przecie tu urodzona, za
Wisłą.
Człowiek
siedzący na wózku niechętnie machnął ręką i
począł mówić głosem urywanym:
- My,
Niemcy, mamy swój kraj, nawet większy od waszego, ale tam źle. Ludzi
dużo, ziemi mało, o zarobek trudno. A jeszcze musim płacić
wielkie podatki, a jeszcze w wojsku służba ciężka, a
jeszcze rozmaitymi karami okładają człowieka...
Zakaszlał
się, trochę odpoczął i mówił dalej:
-
Każdy chce, żeby mu dobrze było na świecie, i jeszcze chce
tak żyć, jak jemu się podoba, a nie tak, jak inni mu
każą... W naszym kraju jest źle, no więc przychodzimy tu...
Jędrek
przyniósł mleko i oddał je podróżnej, która napoiła ojca.
- Bóg wam
zapłać! - westchnął chory. - Tu są dobrzy ludzie...
- Ino
żebyśta wy nam nie narobili złego - półgłosem
odezwała się Ślimakowa.
- Co my
wam możemy zrobić? - zapytał chory. - Czy wam ziemię
zabierzemy? czy może w szkodę bydło wpędzimy? czy
będziem kraść albo rozbijać?... Nasi są ludzie
spokojni, nikomu w drogę nie włażą, byle im nikt nie
lazł...
- Zawdy
kupiliśta naszą wieś - wtrącił Ślimak.
- A po co
ją wasz pan sprzedał? - rzekł chory. - Gdyby na tych gruntach
zamiast jednego pana, który nic nie robił, tylko pieniądze
wydawał, siedziało ze trzydziestu chłopów, nasi by fu nie
przyszli. Albo - dlaczego wy sami nie kupiliście wsi całą
gromadą. Taki wasz pieniądz jak i nasz, takie wasze prawa jak i
nasze. Ale choć z dawien dawna siedzicie na miejscu, nie dbaliście o
kupienie tych gruntów, aż trzeba było zza Wisły kolonistów
sprowadzić. I dopiero jak nasi kupili, to was zaczyna kłuć w
oczy. Pan was nie kłuł.
Zadyszany
spuścił głowę na piersi i przypatrywał się swoim
wychudłym rękom. Po chwili znowu zaczął:
- Wreszcie
komuż to koloniści odsprzedają swoje kolonie? Chłopom. Za
Wisłą wszystko po nas wykupili chłopi i
wszędzie-kupują tylko chłopi...
- Zawdy
jeden z waszych chce grunt wytumanić ode mnie -odezwał się
Ślimak.
- Ale...
hale!... - wtrąciła Ślimakowa.
- Co on za
jeden? - spytał chory.
- Bo ja
wiem, co za jeden? - odparł Ślimak. - Byli tu u mnie już dwa
razy, jakiś stary i jakiś brodaty, a łakomią się na
tę oto górę. Mówią, że będą na niej wiatrak
stawiać.
- To Hamer
- półgłosem odezwała się podróżna patrząc na
ojca.
- A, Hamer
- powtórzył chory. - On i nam narobił kłopotu - dodał
głośno. - Nasi chcieli iść za Bug, gdzie ziemia kupuje
się po trzydzieści rubli morgę, a on ciągnął ich
tutaj, dlatego że u was kolej budują. No, i kupili nasi tutaj
ziemię po siedemdziesiąt pięć rubli morgę, no, i
wleźli w długi u Żyda, i nie wiadomo, co jeszcze wyniknie.
Przez ten
czas podróżna jadła chleb razowy i karmiła nim psa
spoglądając na drugą stronę łąki, gdzie
wśród ugoru rozłożył się tabor kolonistów.
-
Jedźmy, ojcze - rzekła.
-
Jedźmy - powtórzył chory. - A co się wam należy za mleko? -
spytał Ślimaka.
Chłop
wzruszył ramionami.
-
Żebyśmy mieli - odparł - brać za taką rzecz
pieniądze, to byśmy was nie zapraszali.
- Ha, Bóg
wam zapłać, kiedyście na nas tacy łaskawi - rzekł
chory.
-
Szczęśliwa droga! - odpowiedzieli oboje Ślimakowie. Chory znowu
układł się na wózku postękując, podróżna
założyła sobie szlę na prawe ramię, przez piersi i pod
lewą rękę, duży pies podniósł się z ziemi i
otrząsnął na znak, że jest gotów do drogi.
- Bóg
zapłać! bywajcie zdrowi!... - rzekł chory.
- Niech
Bóg prowadzi!
Wózek z
wolna potoczył się ku taborowi.
- Dziwny
naród te Niemce - odezwał się Ślimak do żony. - On taki
mądry, a jeździ wózkiem niby dziad.
- Albo i
ona - odparła Ślimakowa. - Czy kto słyszał, żeby
zaś taki kawał drogi ciągnąć starego jak koń?...
- Niezgorsi
ludzie.
- Wcale nie
najgorsi i niegłupi.
Po tej wymianie
myśli małżonkowie wrócili do chaty. Rozmowa z chorym
uspokoiła ich. Niemcy nie wydawali się im już tak strasznymi jak
dawniej.
Po
śniadaniu poszedł Owczarz na górę orać ziemię pod
kartofle, a Ślimak wymknął się za nim.
-
Miałeś przecie płot grodzić! - wołała za
mężem gospodyni.
- Nie ucieknie!
- odparł chłop i szybko drzwi za sobą zatrzasnął, gdyż
lękał się, aby go nie zawróciła kobieta.
Dziedziniec
przebiegł skulony chcąc w oczach niewiasty wydać się jak
najmniejszym i chyłkiem wdrapał się na wzgórze, gdzie
właśnie potniał nad pługiem kulawy Maciek.
- A co
Szwaby? - spytał parobka.
Ślimak
usiadł na zboczu góry tak, aby go z podwórza nie widziano, -i
ostrożnie zapalił fajeczkę.
-
Siądlibyście se tu - wskazał Maciek batem na wyniesione miejsce
- to i na mnie przyszłoby trochę dymu.
- Co ci ta
po dymie - odparł gospodarz spluwając. - Jak skończę, dom
ci fajkę i się nią pocieszysz, a przynomni baby ślipie nie
będą boleli, że styrczę na widoku.
Maciek
poszedł zagonem cmokając na szkapy, a Ślimak siedział na
zboczu i patrzył. Siedział, oparł łokcie na kolanach, a
głowę na rękach, aż mu na kark zsunęło kapelusz,
palił fajkę pomaleńku... pyk-pyk, i wciąż
patrzył.
O kilkaset
kroków od niego, za rzeką, na ugorze Niemcy rozkładali obóz.
Ślimak wciąż palił fajkę, a spoglądał i
każde drgnienie tej ciżby tłumaczył sobie w głowie.
Już
Niemcy wozy płótnem kryte uszykowali w kwadrat, tworząc z nich jakby
parkan, wewnątrz którego stoi bydło i konie, a zewnątrz
kręcą się ludzie. Ten wydobywa przenośny żłób na
czterech nóżkach i stawia go przed krowami, inny wsypuje tam obrok z
maniaka, inny z wiadrami idzie po wodę do rzeki. Kobiety wynoszą spod
płacht żelazne kociołki i woreczki legumin, a gromada dzieci
biegnie do jarów po opał.
- Ale
mają kupę hołoty! - odezwał się Ślimak. - Z
całej wsi nie zebrałby tyle dziecisków.
- Jak
wszów - odparł Maciek.
Chłop
wciąż pali fajkę i dziwi się. Uroki czy co?... Wczoraj
jeszcze pole to było puste i ciche, a dziś - istny jarmark. Ludzie
nad wodą, ludzie w jarach, ludzie na zagonach. Tną krzaki,
znoszą wiązki chrustu, palą ogniska, karmią i poją
bydło. Już jeden Niemiec otworzył kramik na wozie i widać
handluje, bo koło niego ciśnie się tłum kobiet i
wyciąga ręce: ta po sól, tamta po ocet, inna po cukier. Już
kilka młodych Niemek porobiły kołyski z płacht na
widełkach i jedną ręką szumują zupę w
kotłach, drugą huśtają płachty. Już znalazł
się i konował, który ogląda nogę podbitej szkapie, już
i cerulik, który goli na stopniu wozu starego Szwaba. W polu gwar, bieganina,
robota, a na niebie słońce podnosi się coraz wyżej.
Ślimak
odwrócił się do Owczarza.
-
Miarkujesz ty, Maciek, jak ony prędko robią? Od nas, z chałupy,
przecie bliżej do jarów niż z tela, a od nas idzie się po chrust
na pół dnia. Te ci zasię pary uwinęły się we dwa
pacierze.
-
Oho-ho!... - odparł Maciek czując, że to do jego powolności
wypito.
- Albo
przypatrz ty się - mówi Ślimak - jak ony kupą wszystko
robią? Przecie i nasi ludzie, bywa, że wyjdą gromadą; ale
każdy krząta się sam za siebie, ino częściej odpoczywa
albo jeszcze innym przeszkadza. Te zaś psiekrwie tak jakosik zwijają
się, jakby jeden naglenia drugiego. Nie spróżnujesz, choćby
cię kładło na ziemię, bo ci jeden tka w garść
robotę, a już drugi na nią czeka i pili, żebyś
kończył. Ino przypatrz się im i sam powiedz.
Dopalającą
się fajkę oddał Owczarzowi i wrócił do chałupy
zadumany.
- Wartki
naród te Szwaby - mruczał - i mądry... Sokoli jego wzrok w pół
godziny odkrył dwie tajemnice nowożytnej pracy: pośpiech i
organizację.
Około
południa przyszli do Ślimaków dwaj koloniści z taboru
prosząc o sprzedanie masła, kartofli i siana. Masło i kartofle
dano im bez targu, ale siana Ślimak odmówił.
- Dajta
choć furę słomy - prosił jeden cudzoziemskim akcentem.
- Ni, ani
słomy nie dom, bo ni mom - odparł Ślimak. Kolonista z gniewu
cisnął czapkę na ziemię.
- A,
szakrew, ten Hamer! - wołał - co on nam zmartwienia narobi!...
Mówiła, szakrew, co mi tu nadziemy dworskie budynki i paszę, i
szitko, a mi nie naleźli nic... We dwora paszi ni ma, a w budinkach
sziedzą żydowskie karczowniki i gadają: "Nie ruszimy
stąd!..."
Właśnie
gdy koloniści z worami kartofli na plecach opuszczali podwórko,
odprowadzeni przez rodzinę chłopa, na gościńcu ukazała
się bryczka, a w niej dwu dawno znanych Ślimakowi Niemców: stary i
brodaty. Byli to Hamerowie. Koloniści, rzuciwszy wory, z krzykiem
zatrzymali bryczkę.
O czym
rozmawiano? - chłop nie rozumiał. Widział tylko, że
koloniści są źli, że pokazują rękami to na
chałupę Ślimaków, to na dworskie budynki. Raz nawet zwrócili
się do niego mówiąc po polsku:
- Nawet
głupi wi, co ćlowiek wyśpi się byle jak, ale stworzenie nie
wyczyma w polu na zimny nocy!... Z takim lądem rok nie minie i diabli szitko
wezmą...
Potem znowu
krzyczeli po niemiecku, to jeden, to drugi po kolei, jakby nawet w wybuchach
gniewu zachowywali systematyczność i porządek.
Natomiast obaj
Hamerowie byli zupełnie spokojni. Cierpliwie i z uwagą słuchali
wymyślania kolonistów, czasem tylko wtrącając jakieś
słówko odpowiedzi. Gdy zaś koloniści zmęczyli się
krzykiem, zabrał głos młodszy Hamer. Niedługa jego mowa
widocznie ukoiła rozgniewanych, bo uścisnąwszy za rękę
ojca i syna wzięli na plecy swoje kartofle i z wypogodzonymi twarzami
poszli w stronę obozu.
- Jak się
macie, gospodarzu! - zawołał z bryczki starszy Hamer do Ślimaka.
- Cóż, zrobimy handel o grunta?
- Ni.
- Po co go
ojciec zaczepia? - przerwał niecierpliwie młodszy. -Przyjdzie on sam
do nas.
- Ni -
odparł Ślimak dodając półgłosem: - A się hycle na
mnie zajedli!...
Bryczka
potoczyła się dalej. Chłop popatrzył za nią,
podumał, wreszcie począł mówić do żony:
- To ci naród te
Szwabska!... Hamery wyglądają na panów, a ci, co wzięli od nas
kartofle, na chłopów; przecie jeden drugiemu rękę podaje za pan
brat. U nas ludzie jak pogniewają się, to już nie wysłucha
jeden drugiego; te zaś, pary, choć się gniewają, to zawdy
jeden drugiego wyrozumie i zrobi spokój...
- Co ty, stary,
wciąż ino wychwalasz Szwabów - przerwała my Ślimakowa - a o
tym nie myślisz, że oni cię chcą gruntu pozbawić? Bój
się ty Boga, Józek...
- Co mi ta
zrobią! Gadaniem nic nie wskórają, bo zawdy im powiem, co wiem. A do
rozboju przecie się nie wezmą.
- Kto ich wie -
odparła kobieta. - To pewne, że ich jest wielga gromada, a tyś
jeden.
- Wola boska! -
westchnął chłop. - Rozum to oni, widzę, mają lepszy
niż ja, ale kiedy przyjdzie na wytrzymałość - nie
dadzą mi rady, oj, nie!... Przypatrz ty się - dodał po chwili -
jaka to moc dzięciołów siada na jednej drzewinie, a wszyscy w
nią kują. I co z tego?... Dzięcioł w końcu odleci, a
drzewo zostaje drzewem. Tak i z chłopem. Siada na nim pan i kuje, siada
gmina i kuje, siada Żyd i kuje, siada Niemiec i będzie kuł, ale
przecie rady nam nie dadzą.
Ku wieczorowi
przybiegła do Ślimaków stara Sobieska.
- Dajcie
naparstek wódki - zawołała na progu - bo chyba dusza ze mnie
ucieknie, takem pędziła z nowiną...
Nalano jej
naparstek, którego olbrzym nie powstydziłby się nosić na palcu,
a baba wypiwszy zaczęła:
- To ci u
nas we wsi sądny dzień, Jezu!... Stary, widzicie, Grzyb,
wciąż se układał z Orzechowskim, że koloniści tu
nie przyda, a za to im, niby Grzybowi i Orzechowskiemu, uda się kupić
ze śtyry albo i z pięć włók niby z gruntów dworskich... Bo
oni, miarkujta se, chcą ożenić Jaśka Grzyba z
Pawlinką, z Orzechowszczanką, i osadowić ich na roli po
ślachecku. Bo przecie Pawlinką uczyła się przy dziedziczce
haftu i dzirgania, a on, Jasiek, był przy kancelarii i tera se co
święto chadza w surducie... Dajcie jeszcze naparsteczek
gorzałki, bo mnie z wnątrza tak doi robak, że gadać nie
mogę.
Wychyliła
drugi naparstek i prawiła dalej:
- Tymci
czasem, gadam ja wom, koloniści złożyli Żydowi
połowę pieniędzy za grunt, no i sprowadzili się dziś
na stałe. Jak ci to nie zobaczy mój Grzyb, jak ci się nie weźmie
targać za kudły, jak ci nie przyleci do Josela i nie pocznie mu
perswadować: "Ty parchu - mówi - coś ukrzyżował
Chrystusa Pana, jeszcze i mnie okpiłeś?... Ty Kaifasie, ty Judaszu!
coś ty gadał, że Niemcy nie zapłacą w czas i
stracą zadatki, a ja grunt kupię?... A patrz ino, ty obrzezańcze
(i ciągnie go do okna), że Niemcy całą bandą
zjechali..." Josel na to: "Jeszcze nie wiemy, czy oni długo
posiedzą, bo oni kłócą się z Hamerem i pewnie go
opuszczą." Aż tu, jak naraz, daje Orzechowski znać, że
oba Hamery przy jechały i że już między Niemcami
zrobiła się zgoda.
Grzyb, tak
wam mówię, zajadł się, że posiniał na gębie i
wciąż ino wybijał pięściami a krzyczał:
"Wykurzę ja tych szczurów z tela!... Przyjechały na wozach, a
będą uciekać piechotą!..." Aż go Josel
pociągnął za rękaw, wywiódł do komory razem z
Orzechowskim i cosik rajcowali po cichu.
-
Głupi on - odparł Ślimak. - Kiej w porę nie
zmądrzył się na kupno, to już dzisia nie da Niemcom rady.
To skrzętny naród. Oszołomiona wódką baba zataczała
się na ławie.
- Nie da im
rady?... - mówiła. - Nalejcie naparstek... Jak nie da on, to da radę
Josel, a nie Josel, to jego śwagier... Nalejcie naparstek... Mają oni
sposób i na Śwaba. Co wiem, to wiem... Nalejcie, bo mnie ckli... Niejedno
ja widziałam w karczmie... Żeby ten męczychryst nie
mieszkał w naszej wsi, to byście wszyscy gospodarze cosik o tym
wiedzieli...
Po chwili
zaczęła mruczeć niewyraźnie, potem szeptać, wreszcie -
spadła z ławy na ziemię i usnęła na klepisku jak
niemowlę.
- Co ona
gada? - zapytała męża Ślimakowa.
-
Zwyczajnie jak pijana - odparł chłop. - Wysługuje się
Żydowi, to myśli, że on wszystko może zrobić, co ino
zechce.
Kiedy noc
zapadła. Ślimak wyszedł znowu na wzgórze popatrzeć na
obozowisko Niemców. Ludzie już skryli się w płóciennych budach,
a bydło w czworoboku wozów, i tylko tabun koni pasł się na
łączce niedaleko jaru. Czasem mocniej zaświecił
płomień w dogasających ogniskach, czasem koń
zarżał albo rozległo się wołanie zmorzonego wartownika.
Ślimak
wrócił do chaty. Rzucił się na posłanie, ale nie mógł
zasnąć. Ciemność pozbawiła go energii, więc z
trwogą myślał: czy on sam na odludziu potrafi się
oprzeć tylu Niemcom?
"Napaść
mnie mogą... spalić!" - dumał przewracając się z
boku na bok.
Wtem,
około północka, usłyszał z daleka huk wystrzału. Zerwał się.
Strzelono po raz drugi. Chłop wybiegł na podwórko i tam spotkał
równie wystraszonego Owczarza. Za wodą rozlegały się krzyki,
klątwy i tętent koni.
Stopniowo
hałas uspokoił się, lecz w taborze nie spano do wschodu
słońca. Na drugi zaś dzień Ślimak dowiedział
się od kolonistów, że jacyś ludzie zakradli się do ich
stadniny. Chłop zdziwił się.
- O takiej
sztuce - rzekł - nie było u nas jeszcze słychać.
- Bo wasze konie
zamknięte - odparł jeden z kolonistów. -Zresztą złodzieje
rachowali na to, że my, zdrożeni, zaśpiemy. Ale nie my
zaśpiemy! - dodał śmiejąc się.
Wieść
o napadzie na tabor kolonistów obiegła okolicę, wzbogacona w
każdej wsi nowymi dodatkami. Mówiono, że utworzyła się
banda koniokradów, którzy pochwycone konie aż do Prus odstawiają,
że Niemcy przez całą noc walczyli z nimi i nawet paru zabili.
Pogłoski te doszły po kilku dniach do uszu wachmistrza straży,
który zaprzągłszy tłustą klacz do wózka wziął z
komory beczułkę, od żony kilka woreczków i - pojechał na
śledztwo.
Niemcy
przyjęli go w taborze doskonałą jałowcówką i
wędzonym boczkiem, a Fryderyk Hamer objaśnił, że do ich
koni, o ile on miarkuje, podkradali się dwaj ludzie, niegdyś dworscy,
obecnie pozbawieni roboty: Kuba Sukiennik, były fornal, i Jasiek Rogacz,
chłopak z kredensu.
- Oni już
siedzieli w areszcie - rzekł wachmistrz - za kradzież klamek i
drzwiczek od pleców. No ale wyszli, bo nie było dowodów... a kto tu u
państwa strzelał do nich? - dodał po chwili. - Czy on ma
pozwolenie na broń?
Hamer
widząc, że kwestia staje się drażliwą,
wyprowadził wachmistrza za tabor i udzielił mu pożądanych
objaśnień, które go o tyle zadowolniły, że wnet
odjechał. Zalecił też czujność nad końmi i
powtórzył, aby koloniści nie mający pozwolenia nie trzymali
broni.
- A dom
prędko pan wybuduje? - zapytał wachmistrz na od jezdne.
- Za
miesiąc powinien by już stanąć nasz folwark - odparł
Hamer.
- Bardzo
dobrze!... bardzo ładnie!... oblejemy go. Od kolonistów wachmistrz
udał się do dworu, gdzie piegowaty pełnomocnik Hirszgolda tak
ucieszył się jego widokiem, że postawił butelkę
krymskiego wina. Na pytanie jednak dotyczące kradzieży nie mógł
dać żadnych wyjaśnień.
- Ja, panie -
mówił Żydek - jakiem usłyszał, że strzelają,
zaraz złapałem do jednej ręki jeden rewolwer, do drugiej
ręki drugi rewolwer i przez całą noc już nie
zmrużyłem oka, tyłkom się bał, że i mnie
napadną.
- A pozwolenie
ma pan na rewolwery?
- Jakżeby
nie? Mam.
- Na dwa?
- Drugi jest
zepsuty i ja z nim chodzę tylko od parady.
- A robotników
ilu pan ma teraz?
- Tych, co
kręcą się koło lasu?... Czasem bywa po sto i więcej,
a zwykle osiemdziesiąt. Jak się trafi.
- Paszporty w
porządku?
Pełnomocnik
natychmiast udzielił odpowiedzi w kwestii paszportowej, po czym wachmistrz
pożegnał go. Siadając na wózek rzekł:
- Niech się
pan dobrze pilnuje, bo jak raz zaczęło się we wsi
złodziejstwo, to już nie przepuszczą nikomu. A w razie wypadku,
niech pan najpierwej mnie zawiadomi - dodał.
Ostatnie jego
słowa tak przestraszyły pełnomocnika, że od tej pory
brał do swej oficyny na noc owych dwu Żydków, którzy dotychczas
sypiali we dworze.
Ze dworu
wachmistrz zawrócił klacz do chaty Ślimaka. Gospodyni akurat
zasypywała kaszę w garnczek, kiedy wszedł do izby otyły
strażnik.
- Niech
będzie pochwalony - rzekł. - Cóż tu słychać?
- Jedno z drugim
nic, na wieki wieków - odparła Ślimakowa. Wachmistrz rozejrzał
się po izbie.
- Wasz jest? -
spytał.
- Gdzież by
się zaś podział? Biegaj, Jędrek, po ojca.
- Piękne
krupy. To
wy sami robicie?
-
Jużci.
- Wsypcie
no mi z garniec w woreczek, to wam oddam, jak będę tu drugi raz.
- A
woreczek pan starszy mają?
- Jest na
bryczce. Może mi i z jedną kurzynę sprzedacie.
-
Możemy.
- To
wybierzcie tam, byle młodą, i włóżcie na wózek pod
kozioł.
Wszedł
Ślimak, a kobieta zajęła się wypełnieniem zleceń.
- Nie
słyszeliście, gospodarzu, kto Niemcom chciał konie
kraść? - zapytał wachmistrz.
- Bo ja
wiem? - odparł Ślimak wzruszając ramionami. -
Słyszałem, że parę razy strzeliły w nocy, a na drugi
dzień gadały, co im ktości zaglądał do koni -. Ale kto
by zaś, tego nie wiem.
- We wsi
mówią, że Kuba Sukiennik i Jasiek Rogacz.
- Tego nie
wiem. Słyszałem, że szukają obowiązku, ale
znaleźć nie mogą bez to, że już siedzieli za
złodziejstwo.
- Wódki nie
macie? Kurz tak drapie w gardle... Ślimak podał wódkę i chleba z
serem. Wachmistrz wypił, chwilę odpoczął, wreszcie
zabrał się do wyjazdu.
- Wy tu, za
wsią - rzekł na pożegnanie - powinniście być
ostrożni, bo albo was okradną, albo samych posądzą o
złodziejstwo.
- Z łaski
Boga - odparł Ślimak - nikt nas do tej pory nie okradł i my
nikogo, to pewno tak ostanie do końca.
Teraz wachmistrz
pojechał do Josela. Szynkarz przyjął go z wielkim zapałem,
kazał klacz zaprowadzić do stajni, a gościa zaprosił do
najpiękniejszej izby chwaląc się, że ma w porządku
wszystkie świadectwa.
- Ale napisu nad
bramą nie ma, jak trzeba - zauważył gość.
- Zaraz
będzie, jak tylko pan wachmistrz każe! - odpowiedział szynkarz
usiłując objawami grzeczności pokryć wewnętrzny
niepokój.
Przy butelce
porteru wachmistrz potrącił o sprawę napadu na tabor.
- Co to za
napad! - odpowiedział drwiącym tonem Josel. -Niemcy sobie strzelili
na postrach, a ludzie zaraz gadają, że ich napada banda. U nas
przecie nic takiego nigdy się nie trafiało.
Wachmistrz
obtarł chustką wąsy i rumiane oblicze i rzekł:
- Banda, nie
banda, ale swoją drogą Kuba Sukiennik i Jasiek Rogacz kręcili
się koło koni.
Josel
skrzywił się i przymknął oczy.
- Jak oni mogli
się kręcić - odpowiedział - kiedy oni tej nocy spali u
mnie?
- U was spali? -
zapytał wachmistrz.
- U mnie - odpowiedział
Josel niedbale. - A Orzechowski i Grzyb widzieli ich, że już z
wieczora byli oba pijani jak bydło. Co oni mają robić -
dodał po namyśle - jeżeli nie pić? Kiedy chłop nie ma
stałego obowiązku, to on, co zyska w dzień, zaraz przepije na
noc.
- Ale oni mogli
wymknąć się od was w nocy - zauważył wachmistrz.
- Może
się i wymknęli. Chociaż u mnie stajnia w nocy zamknięta, a
klucz u miszuresa.
Rozmowa
przeszła na inne tematy, Wachmistrz z godzinę posiedział u
Josela, a gdy mu klacz odpoczęła, kazał zaprząc. Już
siedząc na bryczce rzekł do szynkarza:
- A ty, Josel,
pilnuj Sukiennika i Rogacza...
- Czy ja ich
ojciec albo czy oni u mnie służą? - spytał Żyd.
- Nie to,
że służą, ale że oni was samych mogą
okraść, takie chłopy.
- Będę
miał na nich oko.
Wachmistrz,
ustawiwszy woreczki i beczułkę tak, aby mu nie zawadzały,
wracał do domu. W drodze zdrzemnął się, a w tym
półśnie, pół jawie wciąż snuły mu się przed
oczyma postacie Kuby Sukiennika, Jaśka Rogacza i Josela szynkarza. Raz
widział Sukiennika z mosiężnymi klamkami w rękach, to znowu
Rogacza z żelaznymi drzwiczkami od pleców, to znowu ich obu otoczonych
stadem koni, a zawsze gdzieś w pobliżu nich albo aksamitną
jarmułkę, albo łagodnie uśmiechniętą twarz
Josela. Czasem na chwilę i jakby za chmurą ukazywała mu się
junacka twarz Jaśka Grzyba albo siwe włosy jego ojca. Wtedy
wachmistrz nagle budził się i przerażony spoglądał
dokoła. Ale prócz jego kłaczki, białej kury pod kozłem i
drzew przydrożnych nie było tu nikogo.
- Tfu! -
splunął. - Mary...
Między
chłopami z każdym dniem znikała wątpliwość co do
stałego osiedlenia się Niemców na dworskich gruntach. Rachowano,
że na czas nie zapłacą raty Hirszgoldowi, oni jednak
zapłacili. Mówiono, że kłócą się z Hamerami, a oni
się pogodzili. Przypuszczano, że zlękną się
złodziejów, którzy zakradli się do ich koni, lecz Niemcy, zamiast
bać się, sami nastraszyli złodziejów.
- No, ale zawdy
oni niepewni swego, bo jakoś nie widać, żeby się budowali.
Nawet gruntów im nie rozmierzono.
Taką
uwagę wypowiedział w karczmie Orzechowski jednego wieczora i
zapił ją ogromną szklanicą piwa. Ale jeszcze gęby nie
otarł, kiedy coś zaturkotało przed budynkiem i na krakowskim
wózku ujrzeli jeometrę. Nie było kwestii, że to on, gdyż
wiózł ze sobą pełną bryczkę kijów i
łańcuchów. Poznał go Grzyb, z którym częste miewał
interesa, poznali go wreszcie wszyscy gospodarze po sumiastych wąsach i po
nosie czerwonym jak berberys. Kiedy strapiony Grzyb odprowadził do domu
Orzechowskiego, ten mu rzekł na pociechę:
- Wiecie, kumie,
a może on, choćby omentra, nie do nas przyjechał, ino
wstąpił se po drodze na nocleg?
- Dałby to
Bóg - odparł Grzyb - bo już bym chciał, żeby się nasze
dzieci pobrały i żeby mi się ustatkował ten kondel Jasiek.
- To kupmy im
grunt gdzie indziej - wtrącił Orzechowski.
- Na nic. Jak mi
ten zbój zejdzie z oczu, to grunt sprzeda, a potem gdzie zmarnieje.
- Moja Pawlinka
go upilnuje. Grzyb smutnie zamyślił się.
- Gadacie, kumie
- rzekł - bo go nie znacie, jaki to pies. I ja, i wy, i Pawlinka
będziemy go we troje pilnowali i jeszcze nie upilnujemy. Toż ci ten
odmieniec jednej nocy w domu nie przenocuje, a jak się zdarzy, bez
tydzień go nie widzę!...
Pożegnali
się gospodarze i każdy legł na spoczynek z odrobiną nadziei
w sercu, że jeometra bawi we wsi tylko przejazdem. Następny
dzień jednak przekonał ich, że byli w błędzie. Skoro
świt bowiem wstał jeometra, zabrał z karczmy wiązkę
kijów, blaszaną rurę z planem, oplataną butelkę
najmocniejszej gorzałki i poszedł na dworskie pola.
Przez kilka dni
widziano go, jak chodził tam i na powrót w towarzystwie całej gromady
Niemców. Jedni przed nim i za nim nosili tyki, drudzy rozciągali
łańcuch, inni z jego kijów robili mu stolik, inni zaglądali mu
przez ramię. On komenderował ludźmi na prawo i na lewo, zapisywał
w książce, rysował na tablicy, a kiedy przypiekło
słońce, rozkładał nad głową parasol albo
przenosząc się na nowe miejsce, ssał okrutnymi łykami
oplataną butelkę.
Chłopi z
daleka przypatrywali się tym manewrom milcząc. A czwartego dnia
odezwał się Wiśniewski:
- Psiakrew,
żebym ja tyle wódki wypił, to bym jeszcze lepiej mierzył
niż sam omentra! A na to Wojtasiuk:
- Bez to
on i jest omentra, że ma takości mocną głowę. I
Ślimak widział jeometrę, a potem widział, jak po jego
odjeździe Niemcy, zdjąwszy płachty z kilku wozów, zaprzęgli
do nich konie i rozjechali się na trzy strony świata. "Może
wyjeżdżają?..." - pomyślał.
Ale
wyjechali ledwie na parę godzin, po upływie których powróciły z
wolna wozy ciężko ładowne i zaczęły wyrzucać
swoją zawartość. Jeden na jedną kupę belki, drugi na
drugą kupę deski, trzeci na trzecią opokę. I tak przez dwa
dni zwozili drzewo, kamień, cegłę i wapno składając je
stosami, na wzgórzu niedaleko taboru, o kilkaset kroków od chudoby
Ślimaka.
Współcześnie
trzej Hamerowie obchodzili wzgórze wytykając dokoła niego plac kwadratowy,
mający ze dwie morgi przestrzeni,
Po tych
przygotowaniach jednego dnia zrobił się ruch w taborze. Od strony
lasu nadciągnęło kilkunastu cieśli w granatowych spodniach
i kurtkach, z piłami, świdrami i toporami. Współcześnie
naprzeciw nich wyszło z taboru kilkunastu kolonistów z kielniami i
szaflikami, a w pewnej odległości za tymi wlokła się zbita
gromada kobiet, dzieci i reszta kolonistów mężczyzn, wszyscy w
strojach odświętnych. Trzy te partie zebrały się przy
wzgórzu, gdzie stał wóz z beczką piwa, a drugi z wędlinami i
pieczywem.
Stary
Hamer odziany był w manszestrową wypłowiałą
kurtkę, jego syn Fryc w czarny surdut, a drugi. Wilhelm, w
pąsową kamizelkę w czerwone kwiaty. Wszyscy byli bardzo
zajęci. Ojciec witał gości biegając od cieślów do mularzy,
a od mularzy do kobiet; Fryc zgromadzał na jedno miejsce grube koły z
drzewa, Wilhelm odszpuntował beczkę z piwem.
W
siedzibie Ślimaka przygotowania te dostrzegł Owczarz i zaraz dał
znać do chaty. Wybiegli więc całą rodziną na wzgórze:
Ślimak
z żoną, Magda ze Staśkiem i Jędrkiem przodem. Stanęli
na zboczu, z drugiej strony rzeki, naprzeciw taboru, ciekawie patrząc, co
z tego będzie.
-
Jużci, że dom stawiają - rzekł Ślimak - bo po cóż
by zbiegło się tyle rzemieślniczego narodu?
W
tejże samej chwili stary Hamer skończywszy witać gości
wziął w rękę kołek i za pomocą drewnianego
młota wbił go w ziemię.
- Hoch!...
Hura!... - zakrzyknęli cieśle i mularze. Hamer ukłonił
się, wziął w rękę drugi kołek i począł
go nieść w prostym kierunku ku północy.
Za nim
podążył Fryc z młotem, a za nim tłum starszych
kolonistów, kobiet i dzieci, prowadzonych przez owego bakałarza, co to go
córka z psem na wózku ciągnęła.
Nagle
bakałarz podniósł czapkę do góry, mężczyźni
odkryli głowy i gromada idących zaintonowała hymn uroczysty:
Warownym grodem
jest nasz Bóg,
Broń nasza i potęga,
On pomoc niesie dla swych sług,
Gdy klęska nas dosięga.
Stary świata wróg
Krętych szuka dróg,
Moc i złości rój
On na nas wiedzie w bój.
Na ziemi kto mu rówien?
Na pierwszy dźwięk pieśni Ślimak zdjął kapelusz,
Ślimakowa przeżegnała się, a pokorny Owczarz
ukląkł na zboczu. Stasiek, drżący z zachwytu, szeroko
otworzył oczy i usta, a Jędrek zbiegł z góry, przebrodził
rzekę i cwałem popędził do taboru.
Przeszedłszy
parę kroków ku północy stary Hamer wbił w ziemię drugi
kołek i skręcił na zachód. Za nim, w tym samym co pierwej
porządku, posuwała się gromada śpiewając dalej:
My grzechu nie
zdołamy zmóc,
Gdy złe pokonać trzeba;
Lecz walczy za nas chrobry wódz,
Co Bóg go zesłał z nieba.
Kto on? - pytasz się,
Jezus Chrystus się zwie,
Pan Bóg Zebaot;
On złego strzaska grot,
Innego nie ma Boga.
Chłopi
zdumieni przysłuchiwali się tej melodii, nie znanej im a tak
uroczystej. Po tęsknych i melancholijnych śpiewach w ich
kościele, wydawała się ona pieśnią jakiejś
triumfującej potęgi. Nie myśleli, ażeby na tych niwach,
gdzie dotychczas rozlegał się wielki jęk:
Przed oczy
Twoje,
Panie, winy nasze składamy...
gromada obcych
przybyszów mogła podniesionym głosem zawołać:
Lecz walczy za
nas chrobry wódz,
Co Bóg go zesłał z nieba...
Głęboką
zadumę Ślimaka przerwał nagle krzyk Staśka:
-
Śpiewają, matulu!... śpiewają!... - mówił
ochrypłym głosem chłopiec trzęsąc się i
płacząc. Wtem pobladł, usta mu pośmiały i upadł
na ziemię.
Przestraszeni
rodzice podjęli go i ostrożnie ponieśli do chaty,
skraplając wodą i uspokajając perswazją. Wiedzieli, że
dziecko jest czułe na muzykę, że w kościele płacze i
śmieje się podczas każdej procesji. Ale w takim stanie nie
widzieli go nigdy.
Dopiero w domu,
gdy ustał śpiew pod taborem, Stasiek uspokoił się i
zasnął.
Jędrek
przebywając rzekę skąpał się w wodzie do pasa,
przemoczył kapelusz i rękawy od koszuli, unurzał się w
nadbrzeżnym piasku, lecz choć było mu zimno i mokro, nie
zwracał na to uwagi, zajęty nowym widowiskiem.
"Po co oni
tak chodzą wkoło pagórka i śpiewają? - myślał.
-Pewnie chcą odegnać złe, żeby im do chałupy nie
lazło. A że, zwyczajnie, jak Szwaby, nie mają ziela ani kredy
święconej, zatem na rogach pola wbijają se koły
dębowe. No, jużci dębowy kół lepszy na diabła
aniżeli kreda, to darmo... A może tak zaczarują miejsce -
dodał po chwili - że im chałupa sama bez noc
wyrośnie?..." Wnet jednak odepchnął tę myśl jako
niedorzeczną. Miał przecie lat piętnaście i wiedział,
że chałupy nie można wyśpiewać, tylko ją trzeba
zbudować.
Uderzyła go
też pewna różnica w zachowaniu się Niemców. Śpiewało i
chodziło wzdłuż pola, potykając się na nierównym
gruncie, kilku starych, kobiety i dzieci. Młodzi zaś cieśle i
mularze stali dwiema gromadami na wzgórzu śmiejąc się
głośno, popychając się i paląc fajki. Raz nawet z ich
winy zatrzymała się procesja. Gdy bowiem Wilhelm Hamer,
majstrujący przy beczce piwa, podniósł do góry szklankę,
młodzi wykrzyknęli: "hoch!" i "hura!". Stary
Hamer aż się obejrzał, a chorowity bakałarz pogroził im
ręką.
Z wolna procesja
zbliżyła się do Jędrka o tyle, że już
odróżniał piskliwe głosy dzieci, skrzeczące starych kobiet
i nosowy bas Hamera. I otóż na tym niesfornym tle zauważył jeden
dziwny głos kobiecy, czysty, dźwięczny i niewymownie rzewny.
Serce w nim drgnęło. W jego imaginacji dźwięki
przybrały postać obrazów i zdawało mu się, że nad
kępą młodej trawy i zeschłych badylów widzi jedno
piękne drzewo - płaczącą wierzbę.
Wpatrzył
się lepiej w gromadę i poznał, że to śpiewa córka
bakałarza, którą zobaczył pierwszy raz, gdy w wózku
ciągnęła ojca. Wtedy więcej zajął go duży
pies aniżeli ona. Dziś przecie głos jej tak opanował
duszę chłopca, że powoli zapomniał o wszystkim. Zniknęły
mu z oczu pola, Niemcy, stosy belek i kamieni: został tylko ów głos
wypełniający całą przestrzeń. Coś
drżało mu w piersiach, chciał także śpiewać i
zaczął półgłosem:
Wesoły nam
dzień zawitał,
Jezus Chrystus zmartwychpowstał...
Ta melodia
najlepiej godziła się z pieśnią Niemców.
Jak długo
to trwało, nie pamiętał. Obudziły go z rozmarzenia nowe
okrzyki: "hoch!" i "hura!", tłumu zebranego przy wozie
z beczką, gdzie Wilhelm Hamer już rozdawał gościom
szklanice piwa. Jędrek zobaczył w gromadzie brązową
sukienkę córki bakałarza i machinalnie pobiegł bliżej.
Tu go od
razu wytrzeźwili. Jakiś młody Niemiec spostrzegł go i
pokazał innym, drugi zerwał mu z głowy kapelusz, trzeci
pchnął go w środek ciżby i przez chwilę z ogromnym
śmiechem podawano go sobie z ręki do ręki. Chłopiec,
przemokły, unurzany w piasku, bosy, w zgrzebnej koszuli,
wyglądał jak straszydło. Na razie stracił
przytomność i taczal się między Niemcami niby
zabłocona piłka. Wtem spotkał szare oczy córki bakałarza i
-ocknęła się w nim dzika energia. Kopnął bosą
nogą jednego cieślę, szarpnął za kurtkę mularza,
jak młody byczek uderzył głową w brzuch starego Hamera i
gdy wkoło niego zrobiło się trochę miejsca,
stanął z zaciśniętymi pięściami upatrując,
gdzie by się rzucić dla utorowania sobie drogi.
Powstał
krzyk. Jedni hucznie śmieli się z chłopaka popijając piwo,
ale ci, których potrącił, chcieli go zbić.
Na
szczęście stary Hamer, przypatrzywszy mu się lepiej,
zapytał:
- No, ale
co ty wyrabiasz, mały?...
- To czego
mnie poniewierają?... - odparł Jędrek, któremu się już
na płacz zbierało.
Niemcy
coś zaszwargotali, ale Hamer wziął chłopca za
rękę i odprowadził na bok. Teraz spostrzegł go
bakałarz i zawołał:
- Toś
ty z tamtej chałupy, co za wodą?
-
Jużci.
- Cóż
tu robisz?
-
Przyleciałem popatrzyć się na wasze nabożeństwo, ale
te hycle wzięły mnie tarmosić...
Nagle
umilkł i zaczerwienił się widząc utkwione w siebie szare
oczy córki bakałarza. Trzymała w ręku zaczętą
szklankę piwa i zbliżywszy się podała ją chłopcu.
-
Przemokłeś - rzekła - napij się.
- Nie
chcę!... - odparł Jędrek i znowu się zawstydził.
Zdawało mu się, że tak pięknej pani nie można
odpowiadać szorstkim tonem.
-
Gdzieś ty tak przemókł? - spytała go ciekawie.
- W rzyce
- odparł cicho. - Leciałem do was przez wodę.
-
Więc napij się - nalegała podając mu szklankę z piwem.
- Kiej
upiję się... - odparł chłopak.
Wreszcie
wypił, spojrzał na jej śniadą twarz i znowu tak się
zaczerwienił, że dziewczynie smutny uśmiech przemknął
na ustach.
W tej
chwili odezwały się skrzypce i basetla. Do córki bakałarza
zbliżył się w ciężkich podskokach Wilhelm Hamer i
wziął ją do tańca. Odchodząc, jeszcze raz
obrzuciła Jędrka tęsknymi oczyma.
Chłopcu
zrobiło się coś dziwnego. Straszny gniew i żal
pochwycił go za gardło i uderzył mu do głowy. Chciał
rzucić się na Wilhelma Hamera i poszarpać na nim jego
kwiecistą kamizelkę, to znowu myślał, że
rozpłacze się na cały głos. Nagle odwrócił się,
ażeby odejść.
- Idziesz?
- zapytał go bakałarz.
-
Jużci.
-
Pokłoń się ode mnie ojcu.
- A ode
mnie przypomnij, że ja na święty Jan odbiorę
łąkę -wtrącił stary Hamer.
- Albo to
wasza łąka? - odparł Jędrek. - Przecie tatuś
wzięli ją od dziedzica w arendę...
- Oho,
dziedzic!... - zaśmiał się Hamer. - My tu dziedzice, a
łąka moja.
Jędrek
odszedł. Zbliżając się do drogi zobaczył chłopa,
który ukryty za krzakiem, przypatrywał się zabawie Niemców. Był
to Grzyb.
- Pochwalony!
- rzekł Jędrek.
- A kto u
ciebie pochwalony? - pytał stary gniewnym głosem. - Musi, że nie
Bóg, ino diabeł, kiej bratacie się z Niemcami.
- Bo kto
się z nimi brata? - odparł zdziwiony Jędrek.
Chłopu
iskrzyły się oczy i drżała sucha skóra na twarzy.
- Nie wy
się bratacie? - mówił wytrząsając pięścią. -
Może nie widziałem cię, kiedyś leciał do nich jak pies
przez wodę, żeby ci dały szklankę piwa? A możem nie
widział, jak twój ojciec i matka modlili się na górze za jedno ze Szwabami?
Do diabła się modlili... Już was Bóg skarał, bo coś
padło na Staśka. Ale poczekaj! nie na tym koniec... Zaprzańce!
psie wiary!...
Odwrócił
się i poszedł do wsi przeklinając rodzinę Ślimaków.
Jędrek zawlókł się do domu, zdziwiony i smutny. W chacie
zastał chorego Staśka i bo jaźń schwyciła go za serce.
Zaraz też opowiedział ojcu o spotkaniu z Grzybem.
- Tyle on
głupi, co stary - odparł Ślimak. - Cóż to, ma człowiek
stać w czapce jak bydle, kiej modlą się, choć i Szwaby?
- Zawdy na
Staśka padło ich nabożeństwo - wtrącił
Jędrek. Ślimak sposępniał.
- Co ta
miało paść? - odparł po chwili. - Stasiek już jest
taki odmieniec, że niech baba w polu zaśpiewa, to go zara
trzęsie.
Na tym
skończył. Jędrek pokręcił się po chałupie,
lecz że było mu ciasno; więc wymknął się
między jary. Chodził tam i sam bez celu i drogi. Czasem
wdrapywał się na wzgórza, skąd było widać Niemców; jak
całą gromadą kopali fundamenta, to znowu zapadał w
wąwozy albo przedzierał się przez cierniste krzaki.
Ale
gdziekolwiek był, wszędzie razem z nim szedł cień córki
bakałarza, jej śniada twarz, szare oczy i ruchy pełne
wdzięku. Chwilami dolatywał go niby z głębi jej śpiew
ponętny i rzewny albo stary, schrypnięty głos Grzyba miotającego
przekleństwa.
-
Może ona uroki rzuciła? - szeptał zatrwożony i - znowu
myślał o niej.
|