|
Nigdy
jeszcze Ślimak nie czul się tak zadowolonym jak tej wiosny. Bo i
odpoczął za wszystkie czasy, i pieniądze płynęły
mu do skrzyni, i napatrzył się nowych rzeczy.
Dawniej
dzień wlókł mu się ciężko. Ledwie zmęczony
pracą chłop rzucił się na pościel i zasnął
twardo jak kamień, aliści już kobieta zdziera z niego okrycie i
woła:
Wstawaj,
Józek, bo dzień...
"Jaki
tam dzień?... - pomyślał zdziwiony - przecie dopiero co się
układłem." Mimo to zbierał swoje kości, z których
każda osobno trzymała się pościeli, na miły Bóg nie
chcąc wstawać, przecierał oczy, ziewał, aż mu w karku
trzeszczało, i rad nierad podnosił się.
Było
mu tak ciężko, że niekiedy z upodobaniem marzył o
wiekuistym śnie w ziemi, A tu żona wciąż pili:
"Wstawajże... umyjże się!... ogarnij się... bo
spóźnisz się i wytrącą ci z zapłaty..."
Więc
ogarniał się, wyprowadzał ze stajenki konie, równie jak on
zmęczone, i wlókł się na robotę do dworu albo do
miasteczka, skąd rozwoził Żydków po świecie. Nieraz go tak
zmogło, że stanąwszy na progu chałupy szeptał:
"Taki zostanę w domu!..." Ale bał się żony,
wreszcie i żal mu było zarobku, bez którego nie związałby
końca z końcem w gospodarstwie.
Dziś
co innego, dzisiaj Ślimak wysypia się, ile chce. Czasem żona z
przyzwyczajenia targnie go za nogę mówiąc: " Wstawaj,
Józek!" - ale wówczas chłop odchyliwszy jedno oko, żeby mu sen
nie uciekł, mruczy: "Daj mi spokój!" - i śpi dalej, bodajby
do siódmej godziny, kiedy we wsi kościelnej dzwonią na mszę
poranną.
W istocie
nie miał do czego wstawać. Wiosenne roboty w polu od dawna
ukończył Maciek, Żydki z miasteczka rozsypały się
wzdłuż budującej się kolei, a do dworu także nikt nie
wołał Ślimaka, bo dworu - nie było.
Czasem po
parę dni nie tknął żadnej roboty. Palił fajkę,
wałęsał się między budynkami albo oglądał
bujnie wschodzące zasiewy. Najmilszą jednak rozrywką dla niego
było wejść na wzgórze, ukłaść się pod sosną
i patrzyć na wyrastające z ziemi jak grzyby kolonie niemieckie.
Do
końca maja Hamer już się całkowicie pobudował, a trzej
inni sąsiedzi Ślimaka: Gede, Treskow i Pifke, kończyli swoje
folwarki. Ładnie było spojrzeć na ich gospodarstwo. Każdy
folwark stał na środku pól, a wszystkie podobne do siebie jak krople
wody. Przy drodze dwumorgowy ogród, otoczony drewnianym płotem w kwadrat;
przy jednej ścianie płotu dom złożony z czterech wielkich
izb, kryty gontem, a za domem ogromny dziedziniec, wokoło zamknięty
budynkami.
Każda
z tych budowli była bez porównania szersza, dłuższa i
wyższa od chłopskich; wyglądały czysto i gładko, lecz
zarazem sztywnie i surowo, bo kiedy na chłopskich chatach czy szopach
dachy pochylają się w cztery strony, u Niemców dachy spadały
tylko na front i na tył domu.
Za to
widać było duże okna sześcioszybne i drzwi robione po stolarsku.
Jędrek zaś, który co dzień wybiegał między Niemców,
opowiadał jeszcze, że w izbach jest podłoga, że kuchnia w
domu jest osobno i ma piece z żelaznymi blatami.
Takim to
porządkom gospodarskim przypatrywał się Ślimak spod swojej
sosny, marząc, że kiedyś i on zabuduje się w podobny
sposób, tylko dachy postawi inne. I gdy tak marzył, czasem - coś
Stawiało go na nogi. Chciał gdzieś iść i zabrać
się do jakiejkolwiek roboty, bo mu było nudno i wstyd, że
próżnuje; to znowu ogarniał go niepokój, jakby ktoś pukał
mu do piersi i pytał: "A co będzie dalej?..."
Wówczas
zdejmowała go tęsknota za dworem i za tymi polami, po których
niedawno chodził z pługiem, gdzie dziś wyrosły kolonie. To
znowu opanowywał go wielki strach, że nie da sobie rady, jak się
wezmą do niego Niemcy, którzy las wycięli, potrzaskali kamienie, ba,
wygnali samego dziedzica...
Wnet
jednak chłop zbierał rozpierzchnięte myśli i uspokajał
się. Patrzy przecie na Niemców i sąsiaduje z nimi już blisko dwa
miesiące, i nic złego od nich nie doświadcza. Robią
koło swoich budynków, bydła pilnują, żeby nie
właziło w szkodę, a nawet dzieci ich nie zbytkują, tylko
uczą się w domu Hamera, gdzie osiadł chorowity bakałarz.
-
Porządny to naród - mówi sobie Ślimak - i nawet lepiej z nimi,
niż było za dziedzica.
Jest
lepiej, ponieważ od dnia przyjazdu wiele u Ślimaków kupują i
dobrze płacą.
Sprzedał
im do tej pory dwoje cieląt, trzynaścioro prosiąt,
jedenaście gęsi i szesnaście korcy zboża, nie licząc
drobiu, masła i kartofli. Nawet zapleśniały wianek grzybów - i ten
im się przydał, i za niego zapłacili.
W
miesiąc niespełna wziął od nich Ślimak ze sto rubli
bez pracy; za co we dworze trzeba było dobrze namordować się
cały rok.
Wprawdzie
żona nieraz mówiła mu:
- Co ty se
myślisz, Józek, że oni zawsze będą od ciebie kupować?
Przecie oni także mają gospodarstwa, i lepsze od twego.
Radość z nimi będziesz miał co nowyży do zimy, bo
potem na owinięcie palca od nas nie kupią.
- Zobaczy
się, jak będzie - odpowiadał chłop. W duszy zaś
przemyśliwał, że choćby nie kupowali Niemcy, to jeszcze
niemało zarobi od tych, co kolej budują, byle tylko zbliżyli
się w tę stronę. Robił nawet zakupy. Nabył parę
wieprzków od Grochowskiego, od Wiśniewskiego kilkoro gęsi, a gdy
Niemcy już mniej wypytywali się o masło, kazał je
żonie składać i solić.
- Nie bój
się - mówił - wszystko rozkupią kolejowniki. Przecie
pamiętasz, co nam te inżyniery gadały.
Parę
razy w swoich handlowych wycieczkach spotykał Josela, który patrzył
na niego drwiąco i uśmiechał się'.
"Zły
na mnie, kondel! - myślał Ślimak. - Boi się, że mu
uszczypnę zarobku."
Raz
zaczepił go szynkarz.
-
Ślimaku - rzekł - zróbcie wy ze mną interes.
- Jaki
tam?
-
Wybudujcie na swoich gruntach chałupę dla mego szwagra.
- A
cóż on będzie robił?
- On
będzie handlował z kolejarzami. Inaczej zobaczyła, że
Niemcy zabiorą nam wszystko sprzed nosa. Ślimak pomyślał i
odparł:
- Ni, nie
chcę Żyda na moim gruncie. Niejednego już wy zjedliśta,
pejsaki, co was przyjął w komorne.
- Wy z
Żydem nie chcecie mieszkać - odparł gniewnie Josel -ale z
Niemcami umiecie się nawet modlić. Zobaczymy, co wam z tego
przyjdzie.
-
Węszy on tu, para, wielkie zarobki! - rzekł do siebie Ślimak
patrząc na Żyda, który pobladł ze złości.
I po trochu
robił dalej zakupy. Raz nabył ćwiartkę jagieł, innego
dnia pół korca krup jęczmiennych, to znowu krąg sadła.
Włócząc
się tak po okolicy (bo w swojej wsi gospodarze nie chcieli mu nic
sprzedawać) poznał, że ceny na wszystko poszły w górę.
A gdy pytał chłopów i gospodyń, czemu się tak
drożą? -odpowiadali:
- Po co mamy
woma sprzedawać tanio, kiedy nam dziś - jutro zapłacą
lepiej.
- Któż wam
zapłaci?
- A choćby
i te Niemce, co osiedli w waszej wsi.
- To oni i
u was kupują? - spytał zaciekawiony Ślimak.
- Od kiedy
już... Niech ino jest co większego na zbyciu, wnet zajedzie Niemiec,
jeszcze pierwej od Żyda, i płaci bez targu. A co się dla nich
miele mąki we młynie!... Tyle, jakby na wojnę szło.
"Ha!
- pomyślał Ślimak - skupują po wsiach, bo zboże
jeszcze w polu, a ich dużo narodu."
Handlowe
operacje Ślimaka i bratanie się z Niemcami ogromnie nie podobały
się chłopom z jego wsi. Nawet pod kościołem w
niedzielę nie bardzo który odpowiadał mu: "Na wieki
wieków." Gdy zaś Ślimak przechodził koło jakiej
gromady, wtedy głośno rozmawiali między sobą o
odstępcach świętej wiary katolickiej, którzy mogą
ściągnąć na ludzi gniew boży.
Nawet
Sobieska wpadała do ich chaty rzadziej i ukradkiem, a raz wypiwszy wódki -
rzekła:
- Bo to
gadają u nas, żeście się całkiem wykrzcili na
Szwaba... Prawda - dodała po chwili-że Bóg miłosierny
wszędzie jeden, ale zawdy Szwab to rzecz paskudna!...
Aby
stłumić plotki, za radą żony Ślimak dał jednej
niedzieli wikaremu na wotywę i tego dnia z żoną i Jędrkiem
był u spowiedzi. Nic mu to jednak nie pomogło. Wnet bowiem Grzyb pod
kościołem, a Josel wieczorem w karczmie wytłumaczyli
gospodarzom, że Ślimak nie modliłby się tak gorąco,
gdyby na nim nie ciążyły grzechy.
-
Musiał on cosik dobrego zmajstrować, kiedy aż oboje z babą
do spowiedzi poszli!... - mówili chłopi popijając piwo.
W
końcu maja Owczarz doniósł Ślimakowi, że od kilku dni
'Niemcy przed wschodem słońca wysyłają gdzieś
furmanki. Furmanki bawią za domem cały dzień, a wracają
późno wieczorem. Następnie podpatrzył Owczarz, że Wilhelm
Hamer wywozi z domu wory mąki, krup i połcie słoniny. Jedzie z
tym jakby do wsi kościelnej, ale następnie skręca w jar i
dojrzeć go nie można.
Wiadomości
te sprawiły, że Ślimak począł znowu wstawać
raniej i ze wzgórza śledzić okolicę. Przekonał się,
że istotnie z każdej kolonii niemieckiej, skoro świt,
wyjeżdżają furmanki, ale dokąd? - nie mógł
wymiarkować.
Natomiast,
patrząc jednego dnia trochę na prawo od kościoła,
zobaczył w północno-zachodniej stronie widnokręgu, daleko za
polami, jakiś żółty punkt. Punkt ten ku wieczorowi
powiększył się, na drugi dzień wyglądał jak
kreska, stopniowo rósł, a w końcu zrobił się jakby
żółty pasek, zbliżający się do Białki.
Jednocześnie dowiedział się od Jędrka, że
wracające z roboty wozy Niemców zawalane są piaskiem i gliną.
- A nie
pytałeś się, gdzie oni jeżdżą? - spytał
Ślimak.
-
Pytałem, ale mnie zara przegnał Fryc Hamer, ten z brodą
-odparł chłopak.
Ślimakowi
nagle błysnęła myśl.
- Ehej! -
zawołał - wiem ci ja tera, gdzie oni bywają. To pewnie kolej
się już buduje, ani wątpić.
- Dziwno,
że do nas nie zaglądał jeszcze żaden kolejnik za kupnem -
wtrąciła Ślimakowa.
- Bo
jeszcze są daleko. Ale ja sam do nich pojadę - odparł
Ślimak. - Hycle Szwaby! - dodał po namyśle - jak to strzegą
sekretu, żeby kto inny nie zyskał...
- A
jedźże prędzej w tamtą stronę! - zawołała
kobieta. -Przecie teraz powinny dla nas być najlepsze zarobki.
Chłop
obiecał, że pojedzie jutro z rana. Ponieważ jednak zaspał,
trochę zmarudził, a potem powiedział, że już za
późno jechać, więc ledwie następnego dnia wygnała go z
domu żona.
Po drodze
chłop wstąpił do wsi kościelnej, gdzie wszyscy mówili, jako
o małą milę stąd od zeszłego tygodnia kopią rowy
i sypią wały pod kolej. Było nawet kilku wyrobników, którzy
chcieli wynająć się do ręcznej roboty, ale tylko jednego
przyjęli, a i ten wrócił po trzech dniach naderwany z pracy.
- Psia
robota, nie ludzka - powiedziano Ślimakowi we wsi. -Chociaż kto ma
konie, jechać tam warto, bo furmanki zarabiają po cztery ruble na
dzień.
"Cztery
ruble?... - pomyślał Ślimak, ostro zacinając konie. -Tego
za dworskich czasów nie bywało!..."
Z
godzinę jechał bocznymi drogami, nim w końcu trafił do
robót. Z daleka już widział ogromne, podobne do pagórków kupy gliny,
na których uwijała się ze setka ludzi nietutejszych. Były to
chłopy wielkie i brodate, w kolorowych koszulach, zadziwiająco silni.
Jedni kopali glinę, a drudzy odwozili ją na bok w
rozłożystych taczkach, których by nie uciągnął
koń lada jaki.
Ślimak
pokręcił głową.
- Oho! -
mruknął - tego z pewnością nasz człowiek nie
udźwignie.
I ze
zdumieniem oglądał góry i przepaście, w tak krótkim czasie
vygrzebane ludzkimi rękami.
Podjechawszy
bliżej zaczepił jednego z taczkarzy, lecz ten mu lawet nie
odpowiedział, zajęty swoją ciężką robotą. Na
szczęście dojrzało go paru takich, którzy nic nie robili, a
między nimi Żydek w krótkim surducie.
- Co to
chcesz, gospodarzu? - spytał Ślimaka.
-
Przyjechałem się zapytać - odparł zakłopotany
chłop obracając czapkę w ręku - przyjechałem się
zapytać, może panowie potrzebują krupów albo sadła?...
- Mój
kochany - odparł Żydek - my tu mamy swoich dostawców. Dobrze
byśmy wyszli, gdyby nam przyszło kupować każdą
kwartę kaszy od chłopów!...
"Wielgie
to musi państwo!... - pomyślał zawstydzony Ślimak. - Nie
chcą kupować od chłopów, pewnie wszystko biorą od
ślachty..."
Żydek
już odchodził. Nagle Ślimak kłaniając mu się do
ziemi zapytał znowu:
-
Dopraszam się też łaski, a furmanką bym u państwa nie
zarobił?...
Żydkowi
podobał się ten objaw pokory.
-
Jedź, kochanku - rzekł - w tamtą stronę, gdzie
wożą piasek i żwir, to może cię wezmą.
Chłop
ukłonił się jeszcze niżej, siadł na wóz i
okrążając kawał drogi przez wąwozy dobił się
do innego miejsca plantu, gdzie sypano olbrzymi wał z piasku. Tu
zobaczył kilkadziesiąt furmanek, a między innymi wozy
niemieckich kolonistów.
Dojrzeli
go i oni, bo wnet znalazł się przy nim i Fryc Hamer.
Wyglądał jakby dozorca.
-
Skądeś się tu wziął? - zapytał gniewnie.
-
Chciałem się i ja wynająć do roboty. Niemiec
zmarszczył brwi.
- Nic tu
nie zarobisz - rzekł. Widząc zaś, że Ślimak
ogląda się i czeka, poszedł do pisarza i chwilę z nim
porozmawiał. Teraz pisarz przybiegł do chłopa, już z drogi
wołając:
- Nie
trzeba furmanek! nie trzeba... I tych mamy za dużo... Nie masz tu co czekać,
bo innym drogę zawalasz. Zjedź na bok!...
Rozkaz' ten
wypowiedziany szorstko, podniesionym głosem, zmieszał potulnego
chłopa. Ślimak skręcił na bok konie tak prędko,
że mało wozu nie wywrócił, i jeszcze prędzej odjechał.
Zdawało mu się, że obraził jakąś wysoką władzę,
która wycięła las, wygnała szlachcica, nasłała na
wieś kolonistów, a teraz nawet ziemię przewraca na wspak, ryjąc
wąwozy tam, gdzie były góry, i wznosząc góry na
płaszczyznach.
Jechał
tedy, gęsto zacinając konie, a po głowie latały mu
zamącone myśli, że lada chwilę ktoś pochwyci go za
kark i wtrąci do więzienia wrzeszcząc: "Jakeś ty
śmiał, chamie, prosić o taką robotę, do której
wzięli się Niemcy?..."
Z godzinę
błądził po jarach, nim w końcu wydostał się na
otwarte pole. Spojrzał za siebie i widział żółte wzgórza
skopanej gliny, spojrzał przed siebie i spostrzegł wieś
kościelną. To go otrzeźwiło.
"Przecie z
tej wsi chodzili chłopy do roboty i nikt się na nich nie
gniewał?" - pomyślał Sumak. Następnie zaś
przypomniał sobie, że przy zwózce piasku i żwiru
były nie tylko furmanki Niemców, ale i chłopskie. Zatem i
chłopom wolno zarabiać przy kolei, nie tylko Szwabom. A jeżeli
wolno, więc dlaczego on został wypędzony, jeszcze tak
prędko, że mu nawet rozejrzeć się nie dali?
Później
przypomniał sobie Fryca Hamera, jego ściągnięte brwi, jego
rozmowę z pisarzem i zrozumiał, co się dzieje. Oto wygnali go za
namową kolonisty. Z początku sam sobie nie chciał wierzyć,
lecz wnet znalazł nowe dowody dla swoich podejrzeń. Dlaczego to
koloniści ukradkiem wyjeżdżali z domu na robotę? Widocznie,
aby ich Ślimak nie podpatrzył. Albo dlaczego Fryc Hamer
wypędził Jędrka, kiedy chłopak pytał parobków, gdzie
jeżdżą? Znowu dlatego, ażeby Ślimak nie
dowiedział się o korzystnej robocie.
- O psie wiary!
- mruknął chłop i po raz pierwszy uczuł wstręt do
Niemców. Nie dziwił się, że są chciwi na zarobek, ale go do
głębi duszy oburzało, że chcieli ukryć rzecz tak
widoczną, jak roboty przy kolei.
- Chytre
Judasze! Żydów prześcignęły!... - mówił chłop, a
w sercu gniew mu kipiał.
Wróciwszy do
domu Ślimak krótko powiedział żonie, że roboty nie
dostał. Następnie wybrał się do kolonii Hamera.
Zbliżając
się do nowego folwarczku dojrzał w ogrodzie kilka Niemek, które
kopały zagony, a między opłotkami kilku mężczyzn.
Był tam stary Hamer, jacyś dwaj koloniści i Żydek,
pełnomocnik Hirszgolda. Z ruchów ich i zaognionych twarzy
domyślił się Ślimak, że rozmawiają o czymś
bardzo żwawo, a kto wie, czy się nie kłócą.
Hamer także
poznał chłopa, lecz widocznie Unikał z nim spotkania:
odwrócił się bowiem tyłem do drogi i ze swymi towarzyszami
poszedł na dziedziniec, aż pod stodołę.
- Patrzajta go -
mruknął Ślimak - jaki mądry! Wie on, po co tu idę...
Ale zdybię ja cię i wszystko powiem do oczów.
Za każdym
jednak krokiem naprzód miękła w nim odwaga, a w końcu
zupełnie go opuściła.
"Jużci
on pan całą gębą - myślał chłop o Hamerze -
a ja biedak. Jak mu co powiem, gotów mnie potrącić i gdzie wtedy
znajdę sprawiedliwość?"
- Trza
wracać do dom!... - szepnął.
Ale znowu
żal straconego zarobku nie pozwalał mu wracać z niczym.
Więc wahał się. Co trochę postąpił naprzód, to
opierał się o plot i niby patrzył, co Niemki kopią w
ogrodzie. W ten sposób z wolna zbliżył się do domu Hamera, ale
już nie miał śmiałości wejść na dziedziniec.
W
mieszkaniu kolonisty jedno okno było otwarte i rozlegał się
szmer podobny do brzęczenia pszczół w ulu. Chłop podszedł
bliżej i zobaczył w wielkiej izbie gromadę dzieci
siedzących na ławkach. Jedno z nich coś opowiadało
krzykliwym głosem, a inne szemrały. Pośrodku izby
przechadzał się chorowity bakałarz z linią w ręku,
wołając od czasu do czasu:
-
Sztyl!...
Bakałarz
przypadkiem wyjrzał za okno i zobaczywszy chłopa dał mu
jakiś znak. Po chwili w izbie dzieci zaszemrały jeszcze mocniej, a na
środku ukazała się córka bakałarza z
książką, powtarzając od czasu do czasu dźwięcznym
i rzewnym głosem:
-
Sztyl!...
"Gada
im: stul gębę..." - pomyślał chłop.
Wtem
usłyszał za sobą ciężkie stąpanie i kaszel.
Odwrócił się: za nim stał bakałarz.
-
Przyszliście zobaczyć, jak uczą się nasze dzieci? -
rzekł bakałarz z uśmiechem.
-
Bogać tam - odparł chłop. - Przyszedłem powiedzieć
waszemu Hamerowi, że je podlec, bo mnie pozbawił zarobku.
I
opowiedział, jak go dziś wypędzono od robót przy kolei za
namową Fryca Hamera.
Bakałarz
kiwał głową.
-
Robią oni tak samo i naszym - odrzekł, - O, teraz właśnie
Treskow i Fabrycjusz kłócą się z Hamerem, że ich
odsunął od dostaw przy kolei i że pełnomocnik Hirszgolda
dusi ich o pieniądze za grunta.
- Niech
się ta swarzą między sobą i z Żydem - odparł
chłop. -
Ale com ja
winien, że mnie chcą zgubić? Przez ich chytrość
człowiek teraz nie zarobi grosika. A cóż to, mam z głodu
zdychać?... Za co?...
- Co prawda,
zalewacie wy im sadła za skórę - rzekł po namyśle
bakałarz.
- Co ja im
robię?
- Wasze grunta
leżą we środku gruntów Hamera, co mu psuje gospodarstwo -
mówił bakałarz. - Ale to jeszcze nic. Hamer myślał, że
mu sprzedacie bodajby tę górę z sosną, gdzie chce postawić
wiatrak dla Wilhelma.
- Co im po
wiatraku, kiej mają tyle ziemi?
- Mieliby
większy zarobek. Jak zaś Hamer nie zbuduje wiatraka, to na
przyszły rok z pewnością wybuduje go Gede dla swego
siostrzeńca.
- To czemu
Hamery nie stawiają na swoim gruncie?
- Bo oni
mają same niziny. Najżyźniejszy to grunt ze wszystkich kolonii i
mądrze go wybrali - mówił bakałarz - ale wiatraka na nim nie
postawi...
- A cóż ich
tak ten wiatrak opętał! -przerwał gniewnie Ślimak
uderzając pięścią w płot.
- Wielki to
interes - odparł ciszej bakałarz. - Gdyby Wilhelm miał dziś
wiatrak, to za dwa tygodnie ożeniłby się z córką
młynarza Knapa z Woli i wziąłby za nią dwadzieścia
tysięcy rubli... Dwadzieścia tysięcy rubli!... A jak tych
pieniędzy nie będzie, to Hamerowie mogą zbankrutować...
Dlatego - zakończył bakałarz - wy im stoicie kością w
gardle. Bo gdybyście sprzedali wasz grunt, oni by wam dobrze
zapłacili i sami wyszliby z kłopotów,
- Nie sprzedam -
odparł chłop. - Anim ja ich namawiał, żeby tu leźli,
ani chcę ginąć dla ich dobra. Kiedy chłop wyjdzie z
ojcowizny, już po nim...
- Będzie
bieda - rzekł bakałarz rozkładając ręce.
- To niech se
będzie. Jo dla nich nie zginę dobrowolnie. Po tych słowach
Ślimak pożegnał bakałarza i wrócił do domu nie
mając nawet ochoty widzieć się z Hamerem. Dopiero dziś
zrozumiał, że między nimi zgody być nie może i że
ten wygra, kto drugiego przetrzyma.
- Wola boska! -
rzekł chłop i przez drogę szeptał pacierz. Niejasne
przeczucie mówiło mu; że zaczynają się dla niego
ciężkie czasy.
W kilka dni po
rozmowie z bakałarzem Ślimak o wschodzie słońca został
zbudzony przez Owczarza.
- Wstawajcie,
gospodarzu! - mówił zadyszany parobek -wstawajcie i wyjdźcie, bo
cosik koło rzyki zebrała się kupa ludu.
Ślimak
zerwał się, przyodział i pędem pobiegł w jary,
skąd dolatywały go jakieś głosy. Z kwadrans
przedzierał się przez krzaki porastające wywozy i góry, nim
wydostał się na równinę. Tu, nad Białka, zobaczył
gromadę kopaczów i taczkarzy, wozy kolonistów i wozy kilku gospodarzy ze
wsi. Między nimi znajdował się Wiśniewski.
Ślimak
przypadł do niego.
- Co się tu
dzieje? - spytał.
- Mają
stawiać groblę, a potem most nad Białka - odparł
Wiśniewski.
- A cóż wy
tu robicie?
-
Najął nas Fryc Hamer do wożenia piasku, to i jesteśmy. Teraz
Ślimak dojrzał w gromadzie obu Hamerów: Fryca i starego, i
podszedł do nich.
- Dobre z was
sąsiady - rzekł z goryczą. - Aż na wieś
chodziliśta po furmanki, ale mnie żaden nie zawołał do
roboty...
- Jak
będziesz mieszkał na wsi, to i ciebie zawołamy - odparł
Fryc odwracając się do niego tyłem.
W pobliżu
stał między kopaczami jakiś pan wyglądający na
starszego. Ślimak zbliżył się do niego i zdjąwszy
czapkę począł mówić:
- Jest tu
sprawiedliwość, wielemożny panie, żeby Niemcy bogaciły
się przy kolei, a ja nawet grosza nie zarobił, choć siedzę
tu pod ręką? Tamtego roku było u nas w chałupie dwu panów,
co obiecywali, że zrobię wielkie pieniądze, jak zaczną
kolej budować. No, i budują państwo kolej, ale ja nawet konisków
nie ruszyłem ze stajni. Taki Niemiec, który liczy się na siedem
włók ziemi, jeszcze łakomi się na zarobek. A ja, choć mam
ino dziesięć morgów i straciłem robotę bez to, że
dworu u nas nie stało, chodzę jak dziad i proszę. Przecie i ja
mam żonę i dzieci, parobka, dziewuchę i kilkoro bydła.
Więc my wszyscy musimy zmarnieć, dlatego że się Niemce na
nas zawzięły? Czy to jest sprawiedliwość, wielemożny
panie?
Tak mówił
jednym tchem Ślimak coraz kłaniając się do ziemi. Starszy
pan z początku patrzył na niego zdziwiony; wnet jednak zrozumiał,
o co chodzi, i zwrócił się do Fryca Hamera z pytaniem:
- Dlaczego
nie wziąłeś go pan do roboty? Fryc wystąpił parę
korków naprzód i hardo patrząc na nieznajomego odparł:
- A czy
pan zapłaci za mnie karę, jak którego dnia nie dostawię
furmanek?... Pan za furmanki nie odpowiada, tylko ja. No, więc ja
biorę takich ludzi, którym ufam, że mi nie zrobią zawodu.
Starszy
pan z gniewu przygryzł wargi, ale milczał. Po chwili rzekł do
Ślimaka:
- Pomóc ci, mój
bracie, w tym wypadku nie mogę. Za to ile razy przyjadę w waszą
okolicę, będziesz mnie odwoził. Zarobisz niewiele, zawsze
trochę. Gdzie mieszkasz?...
Ślimak
wskazał dym unoszący się za jarami mówiąc, że tam jego
chałupa. Gdy zaś pan odchodził do robotników, którzy czekali na
dyspozycje, objął go na pożegnanie za nogi.
Zmiarkowawszy,
że nie ma na co czekać, chłop zawrócił ku domowi. W drodze
zaczepił go stary Hamer.
- A co? -
mówił stary - jak źle, żeście mi nie sprzedali gruntu' Ja
wiedziałem, że nie wytrzymacie z nami. Teraz będzie jeszcze
gorzej, bo Fryc rozgniewał się na was.
- Pan Bóg
mocniejszy od Fryca - odparł chłop.
-.
Namyślcie się - mówił Hamer. - Zapłacę wam
siedemdziesiąt pięć rubli za morgę.
- I drugie tyle
nie wezmę - rzekł Ślimak.
- Będzie
wam bieda, bo tu już nic nie zarobicie. Wam trzeba albo siedzieć przy
dworze, albo mieć dużo gruntu. Za Bugiem kupilibyście najmniej
dwadzieścia morgów za to, co weźmiecie ode mnie.
- Jo za Bug nie
pójdę. Niech inni idą, kiej tam tak dobrze.
Rozeszli
się, obaj gniewni. Kiedy Ślimak już pod jarami odwrócił
głowę, zobaczył Hamera, jak stojąc w tym samym miejscu, z
rękami w kieszeniach i fajką w zębach, patrzył za nim
ponuro. A kiedy znowu Hamer idąc do kolonii spojrzał za siebie,
dostrzegł na wzgórzu chłopa, ze skrzyżowanymi na piersiach
rękoma, który smutnie uśmiechał się i kiwał
głową.
Każdy z
nich lękał się drugiego i myślał: co też on knuje
i o co się tak zawziął?
Nasyp kolejowy
wciąż rosnął i z wolna posuwał się od zachodu na
wschód. Za kilka lat toczyć się będą po nim co dzień setki
wagonów z szybkością lotu ptaka, rozwożąc ludzi i dostatki,
bogacąc możnych, ubożąc biednych, umacniając silnych,
druzgocąc słabych, rozlewając mody i mnożąc
występki, co wszystko razem nazywa się cywilizacją. Ale
Ślimak nie wiedział o cywilizacji i może dlatego jedno z jej
pięknych dzieł wydawało mu się czymś złowrogim.
Gdy wszedł
na swoje wzgórze przypatrywać się robotom, widok kolejowego nasypu za
każdym razem budził w nim posępniejsze myśli. To
zdawało mu się, że wał piaszczysty jest wysuniętym
językiem olbrzymiego gadu, który siedzi w borze, na zachodniej granicy
horyzontu, i przypełznie tu lada dzień, aby mu pożreć
chudobę. To znowu, że nasyp jest granicą, która jego wieś
oddzieli" od reszty świata. Roboty prowadzono już w pięciu
miejscach, po obu brzegach rzeki, sypiąc w jednej linii wzgórza
mające kształt mogił. Ślimak dostrzegał to
podobieństwo i marzył, że ukończony nasyp jest niby
olbrzymim palcem, który ukazuje mu jeden za drugim - cztery groby...
Powoli jednak
przerwy między wałami wypełniły się: groby znikły
i zostało tylko jedno długie wzgórze piasku, wyciągnięte
prosto jak strzała. W każdej porze dnia nasyp przypominał
swoją obecność; w południe rzucał blask rażący
oczy, w nocy świecił jak linia wykreślona fosforem na murze.
Owczarz
także przypatrywał się dziwowisku, które i jemu wydawało
się buntem przeciw porządkowi świata.
-
Niesłychana rzecz - mówił kulawy parobek - sypać tyle piasku na
pole i jeszcze zacieśniać wodę. Białka jak przybierze, nie
zmieści się w tym otwarciu, co go dla niej zostawili.
Ślimak
teraz dopiero spotrzegł, że końce nasypu z obu stron prawie
dotykają brzegów rzeki. Ponieważ jednak umocniono brzegi murowanymi
przyczółkami, więc nie widział w tym nic niebezpiecznego,
przynajmniej dla siebie.
- Tak -
odpowiedział Owczarzowi. - Z tamtej strony wału woda może
rozlać się na pola, ale nam nic nie zrobi.
Niemniej
zastanowiło go, że Hamerowie na swoim brzegu Białki z wielkim
pośpiechem w niższych miejscach budowali nasypy, jakby
lękając się, że w razie przyboru rzeka może zalać
im pole.
"Mądre
Szwaby! - myślał chłop. - Warto by i na naszym brzegu
zrobić to samo." Więc planował, że jak zbierze siano,
wówczas oddzieli swoje pole wałem od niemieckiej łąki, a
plecionym płotem umocni podstawy wzgórz, aby ich woda nie podmyła w
razie wypadku. Zdawało mu się nawet, że już dzisiaj, kiedy
jest tyle wolnego czasu, można by wziąć się do stawiania
płotów, ale -zaczął odkładać z dnia na dzień i
skończyło się, jak zwykle, na zamiarach.
Nie mógł
przewidzieć, jak straszne za to spotka go nieszczęście.
Był
początek lipca, kiedy po sianokosach dochodzi zboże, a ludzie
gotują się do żniwa. Ślimak zebrał siano i zwlókł
je na podwórek, aby do reszty wyschło, a Niemcy zajęli swoją
łąkę i natychmiast oddzielili ją żerdziowym
płotem od gruntów chłopa. Lato tegoroczne odznaczyło się
wielkimi upałami; pszczoły roiły się, zboża
żółkły, wody Białki toczyły się płycie,
niż zwykle, a przy kolejowym nasypie trzech kopaczy zmarło skutkiem
porażenia słonecznego. Doświadczeni gospodarze lękali
się albo długich deszczów na żniwa, albo gradowej burzy lada
dzień; w kilku bowiem dalszych miejscowościach spadły grady.
Istotnie
przyszła burza.
Ranek tego dnia
był gorący i duszny; ptaki niewiele śpiewały, świnie
nie chciały żreć i zmęczone kryły się między
budynkami szukając cienia. Wiatr zrywał się, to
słabnął; raz był suchy i gorący, to znowu chłodny
i wilgotny; często zmieniał kierunek spędzając z
różnych stron gęste obłoki, które w wyższych warstwach
zdawały się płynąć ku zachodowi, w niższych ku
północy.
Około
dziesiątej znaczna część nieba, na północ od
kolejowego nasypu, zasnuła się ciężkimi chmurami, które
szybko zmieniając barwę z popielatego przeszły w kolor
żelazny, gdzieniegdzie zupełnie czarny. Zdawało się,
że w górze palą się sadze, które w olbrzymich kłębach
rozlały się nad ziemią i szukają miejsca, gdzie by
opaść. Chwilami masa chmur rozdzierała się na pojedyncze
kłęby, a wtedy spomiędzy szczelin padały na zamroczone pola
jakieś smutne blaski. Chwilami chmura zniżała się do ziemi,
a wówczas tonęły w niej wierzchołki drzew oddalonego lasu. Wnet
podpływał pod nią ciepły wiatr i z taką
gwałtownością wyrzucał do góry, że z uciekających
obłoków darły się strzępy i jak poszarpany łachman
zwieszały nad polami.
Nagle za
wsią kościelną ukazał się rudy obłok, szybko lecąc
wzdłuż kolejowego nasypu. Wiatr zachodni dmuchnął silniej,
jednocześnie uderzył go' z boku wiatr południowy; z nasypu, z
gościńców i ścieżek zerwały się gęste tumany
kurzawy, a rozwalające się po niebie chmury zaczęły
głucho warczeć.
Na ten
odgłos kopacze i taczkarze, pracujący przy kolejowym nasypie,
porzucili narzędzia uszykowani we dwie duże gromady, poszli - jedni
ku dworowi, drudzy ku stojącym na polu barakom. Zajęci przy budowie
koloniści i chłopi wysypawszy piasek z wozów pędzili cwałem
do domu. Z pola zgoniono bydło, kobiety cofnęły się z
ogrodów pod strzechy; świat opustoszał.
Grzmot za
grzmotem zwiastował coraz nowe zastępy chmur, które tłocząc
się już na większej części nieba, stopniowo
zaćmiewały słońce. Zdawało się, że wobec
czarnych kłębów, obładowanych piorunami, ziemia przysiadła
i z trwogą śledzi burzę jak kuropatwa ważącego
się nad polem jastrzębia. Krzaki tarniny i jałowcu cicho
poświstywały nawołując do baczności; zaniepokojony
kurz zrywał się z gościńca i krył między
zbożem. Młode kłosy szemrząc tuliły się do
siebie, woda w rzece zmętniała. Daleki las huczał.
Tymczasem w
górze, z przesyconych elektrycznością tumanów, wykluł się.
jakiś ciemny zarodek siły twórczej, która rozejrzawszy się po
ziemi zapragnęła naśladować Ojca Przedwiecznego i z
wiotkich chmur stwarzać żywe kształty. Oto ulepiła
wyspę; lecz nim miała czas mruknąć: "Dobrze
jest!..."- przyleciał wiatr i wyspę rozwiał. Oto wznosi
olbrzymią górę; lecz nim dosięgła szczytu, znowu
przyleciał wiatr i zdmuchnął podstawę. Teraz w jednym
miejscu usiłuje stworzyć lwa, a w drugim ptaka; wnet z ptaka
zostało tylko podarte skrzydło, a lew rozpłynął
się w niekształtną ćmę.
Wtedy
widząc, że góry i wyspy wzniesione ręką Pana trwają
wieki, a jej ledwie sekundę, że ulepione przez nią postacie nie
mają ani duszy, ani sensu, ani nawet siły oparcia się
nędznym podmuchom, że cała jej praca na nic, a cała jej
potęga jest tylko marą, wtedy widząc, że nic nie stworzy,
ciemna moc zawrzała gniewem i - zapragnęła zniszczyć
wszystko, co jest na ziemi.
Między
chmurami, kołującymi jak czarne stado wron, rozległy się
złowrogie podmuchy. To władczyni wydaje rozkazy: "Widzicie
rzekę, która przedrzeźnia nas?..," W odpowiedzi coś
rozdarło się od nieba do ziemi i w rzekę uderzył piorun.
"Słyszycie zgiełk lasu? On nam urąga!..."
Połowę nieba przeleciała błyskawica i drugi piorun
uderzył w las. "Zbijcie te pola gradem!... Zmyjcie te góry
deszczemi..." I posłuszne tumany rzucają się na góry i na
pola: "Ha... ho!... ha-ho!..." Padła na ziemię jedna wielka
kropla, za nią druga... setna... tysiączna... "Ha... ho!...
ha-ho!..." Jedno ziarno lodu, drugie... setne... To przednia straż.
Wichry dmą pobudkę, deszcz bębni, chmury jak psy puszczone ze
smyczy wyją, tłoczą się, depczą; jedna kropla
popędza drugą, ścigają się, wyprzedzają,
nareszcie - łączą się w strumienie płynące od
nieba do ziemi. Słońce zgasło, a deszcz i grad zlały
się w niszczącą masę, której cel i kierunek pokazują
migotliwe błyskawice.
Po godzinnej
ulewie zziajana burza spoczęła, a wówczas było słychać
szum Białki, która wystąpiła z koryta. Całą
szerokością gościńców płynęły brudne wody,
strumienie szeleściły po bokach wzgórz, łąki były
zalane, z drugiej strony nasypu utworzyło się jezioro.
Po chwili
wzmogła się ciemność; z rozmaitych punktów horyzontu znowu
trysnęły błyskawice, ulewa spotęgowała się,
piorun uderzył w gościniec. Pionowe potoki deszczu wiatr pchał w
ukos, kłębił je i szarpał; świat zatonął w
mglistej kurzawie.
U Ślimaka
podczas burzy wszyscy zebrali się w pierwszej izbie. Owczarz na rogu
ławy ziewał, obok niego Magda niańczyła owiniętą
w sukmanę sierotkę przyśpiewując jej cichym głosem:
"a, a,
a!..." Gospodyni chodziła z kąta w kąt gniewna, że
deszcz zalał ogień na kominie, a Ślimak wyglądał oknem
myśląc: czy ulewa nie zniszczy mu urodzaju?... Tylko Jędrek
był wesoły: wybiegał przed dom moknąć na deszczu do
nitki, a potem ze śmiechem wpadał do izby namawiając Magdę
i Staśka, ażeby szli z nim razem.
- Chodzi,
Stasiek! - mówił ciągnąc brata za rękę. - Taki deszcz
ciepły, że ha!... Ino cię zmyje, a zara się rozweselisz...
- Niechaj go -
odezwał się ojciec - bo on markotny.
- I sam po
dworzu nie lataj, bo mi całą izbę zalejesz - wtrąciła
matka.
W tej chwili
uderzył piorun.
- Słowo
stało się ciałem... - szeptała kobieta. Magda
przeżegnała się. Owczarz przetarł oczy, lecz znowu
począł drzemać, a Ślimak mruknął:
- Gdziesić
blisko...
Jędrek z
uśmiechem przysłuchiwał się łoskotowi gromu. Nagle
zawołał:
- To ci huk!...
O, albo i tera?... Z dziesięciu fuzjów żeby wypalił, to by tak
nie huknęło! Folguje se Pan Jezus, nie bój się...
- Cicho,
głupi - oburzyła się matka - bo jeszcze w ciebie strzeli.
- Niech strzylo!
- odparł hardy chłopak. - Jak me wezmą do wojska, to jeszcze
lepiej będą strzylać, a nic mi nie zrobią...
I znowu
wyleciał przed dom, aby zaraz wrócić zlanym od stóp do głów.
- Ten hycel
Jędrek niczego się nie boi - mówiła udobruchana matka
spoglądając na męża. Ślimak wzruszył ramionami.
- Albo on nie
chłop?
Owczarz
drzemał, od czasu do czasu oganiając się machinalnie przed
muchami. A na dworze lał potop, grzmiało bez przerwy, błyskawice
zapalały się we wszystkich punktach nieba.
W tej gromadce
ludzi, o stalowych nerwach, gdzie jeden myślał o swoim plonie, drugi
spal, a trzeci bawił się nawałnicą, był przecie taki,
który całą istotą odczuwał okropność burzy.
Był to Stasiek, chłopskie dziecko, nie wiadomo skąd - nerwowe.
On wraz z
ptakami przeczuł nadciągającą ulewę i od rana
tułał się po domu niespokojny. On patrząc na chmury
odgadywał tam jakieś narady i domyślał się złych
zamiarów. On czuł ból trawy bitej deszczem i drżał na myśl:
jak musi być chłodno ziemi zalanej wodą? Powietrze przesycone
elektrycznością kłuło go po całym ciele,
błyskawice paliły mu wzrok, a każde uderzenie piorunu
zdawało się, że trafia go w głowę i serce.
Stasiek nie
lękał się burzy, tylko od niej cierpiał, a cierpiąc
rozmyślał: skąd się biorą i dlaczego tak straszne
rzeczy na świecie?
Było mu
bardzo źle. Niekiedy zamykał oczy, aby nie widzieć
błyskawic, ale wówczas zdawało mu się, że widzi
błyskawice wewnątrz siebie, i przejmował go strach. Niekiedy
zatykał uszy, aby nie słyszeć grzmotów, ale był to
środek bezskuteczny dla nadmiernie wrażliwego słuchu.
Chodził więc z izby do alkierza, a z alkierza do izby, jak
błędny; czasem wyglądał przez okno albo bez powodu
uchylał drzwi do sieni, albo pokładał się na ławie.
Było mu źle, wszędzie źle, szczególnie tu, gdzie nawet nikt
na niego nie patrzył.
Chciał
porozmawiać z Owczarzem, ale Owczarz spał. Zaczepił Magdę,
ale ona była zajęta niańczeniem sieroty. Spojrzał na
Jędrka, a ten zaraz chciał go wyciągnąć na deszcz.
Zbolały i udręczony przytulił się do matki, lecz matka,
rozgniewana, że deszcz zalał jej ogień, odsunęła go
mówiąc opryskliwie:
- O, daj mi ta
spokój! Akurat będę się z tobą bawić, kiedy obiad
zepsuło...
Znowu
wszedł do alkierza i położył się na kufrze, ale
piekła go twarda deska. Więc wstał, wrócił do izby i
oparł się na kolanach ojca.
- Tatulu -
rzekł cicho wskazując na ulewę za oknem - czego ono takie
złe?
- Kto go
ta wie.
- Czy to
Pan Bóg robi zawieruchę?
- Musi,
że Pan Bóg.
Chłopiec
objął go za nogi; było mu trochę lżej i spokojniej,
lecz że w tej chwili ojciec poprawił się na ławie,
więc i on odsunął Staśka.
Odepchnięty
po kolei przez wszystkich, dostrzegł Burka pod ławą;
wsunął się tam i choć pies był przemokły,
położył na nim głowę i ogarnął go
rękoma.
Na
nieszczęście spostrzegła to matka.
- No,
patrzajcie - zawołała - co on dziś wyrabia, ten chłopak?...
A dyć odsuń się od psa, bo cię jeszcze piorun ustrzeli...
Poszedł, Burek, do sieni!...
Pies
widząc, że gospodyni szuka drewna, podwinął ogon i szybko
umknął za drzwi, a Stasiek w ludnej izbie znowu został sam, sam
jeden ze swoim niepokojem. Zachowanie się jego zastanowiło w
końcu matkę, która myśląc, że Stasiek musi być
głodny, podała mu kromkę chleba. Chłopiec wziął
chleb do ręki, kawałek ugryzł, lecz zamiast jeść -
rozpłakał się.
- Lo Boga
świętego, Stasiek, co tobie jest? - krzyknęła matka. -Boisz
się czy co?...
- Ni.
- To
czegoś taki niemrawy?
- Bo mnie
trapi - wyszeptał wskazując ręką na piersi. Ślimak,
którego także trapiła obawa o plony, pogłaskał Staśka
i rzekł:
- No, nie frasuj
się, nie frasuj... Choćby -się Panu Bogu spodobało
zniszczyć nam zasiewy, to przecie z głodu nie pomrzemy.
A
zwracając się do żony dodał:
- Widzisz,
że on, choć z was najmniejszy, ma najlepszy rozum, bo frasuje
się gospodarstwem.
Burza
stopniowo ucichła; jednocześnie zwrócił uwagę Ślimaka
niezwykły szum w stronie rzeki. Chłop prędko zdjął
buty i podniósł się z ławy.
- Gdzie ty
idziesz? - zapytała żona.
-
Wyjrzę - odparł - bo cosik jest tam niedobrego. Wyszedł i po
upływie kilku pacierzy wrócił zadyszany.
- A co,
jakem zgadł! - zawołał na progu.
-
Zboże nam wytłukło?... - krzyknęła żona.
-
Zbożu niewiele złego - odparł - ale kolejnikom przerwało
groblę...
- Jezu!
Jezu!...
- Woda
wali bez łąkę i sięga naszego podwórka... A że hycle
Szwaby postawiły na swoim brzegu tamę, więc nam u jadło
kawałek góry...
- Lo
Boga!... I duży?...
-
Nieduży, ale zawdy jakby ze dwa piece. I tego szkoda.
- A do
stajni nie zaglądaliśta? - spytał Owczarz.
-
Jakżeby nie? W stajni woda, w oborze woda, wreszcie i tu w sieni
pełno wody - Deszcz ustaje, a na zachodzie czysto. Zara trza wylać,
bo dobytek się pochoruje.
- A siano?
-
Zmokło, ale da Bóg pogodę, to wyschnie.
- Magda,
rozpal ogień!... - zawołała gospodyni - Jędrek, weź
szaflik i nieckę i wybieraj wodę z sieni, a wy gnajcie z Owczarzem do
bydła. Znajda niech se tu zostanie na ławie.
- Daj
klucz do spichrza - rzekł Ślimak - wezmę szuflę.
Gdy
słońce wyjrzało zza chmur, już dom Ślimaka był w
ruchu. Na kominie płonął ogień, gospodyni z Magdą i
Jędrkiem osuszali sień, gospodarz z parobkiem wylewał wodę
ze stajenki.
Jednocześnie
po drugiej stronie rzeki zebrała się gromada Niemców. Dostrzegli oni
na powierzchni Białki płynące szczapy drzewa i postanowili je
wyłapać. Uzbrojeni w długie patyki, pozawijali spodnie
wyżej kolan i, brodząc, ostrożnie zbliżali się do
głównego prądu.
W
miarę słabnięcia burzy Stasiek uspokajał się. Nie
łupało go w głowie, nie kłuło w rękach ani po
skórze nie chodziło coś jakby mrówki. Jeszcze niekiedy zdawało
mu się, że grzmi; wytężał słuch... nie, nie
grzmoty. To ojciec z Owczarzem wylewając wodę ze stajni
tłuką szuflami o próg.
A w sieni
chaty bieganina i hałas; to Jędrek, zamiast wybierać wodę,
droczy się z Magdą.
- Ej,
Jędrek, ustatkuj się! - woła matka - bo jak złapię co
twardego, narobię ci siniaków...
Ale
Jędrek śmieje się jeszcze lepiej, a i w głosie matki
czuć, ze choć się gniewa, jest wesoła.
W serce
Staśka wstępuje otucha. Gdyby też wyjrzeć na podwórek?. ..
Lecz - nuż zobaczy nad chałupą taką straszną
chmurę, jak przed burzą?... Ii, co tam!... Wychylił za drzwi
głowę, spojrzał i zamiast chmury zobaczył błękit
niebieski; poszarpane obłoki mkną gdzieś na wschód za wzgórza i
lasy. Siedzący w szopie kogut załopotawszy skrzydłami
zapiał i jakby w odpowiedzi zza chałupy pokazało się
słońce. Na krzakach, na zbożu i trawie błysnęły
krople rosy, jak mgła ze szklanych paciorków; ciemną sień
przecięły złote smugi, w czarnych kałużach
odbijało się pogodne niebo.
Staśka
opanowała radość. Wyleciał na podwórko i zaczął
biegać po największej wodzie, ciesząc się, że mu spod
nóg wytryskują tęczowe snopy światła. Potem zobaczywszy
kawałek deski cisnął ją na kałużę,
stanął na niej z patykiem w ręku i wyobrażał sobie,
że pływa.
- Chodzi,
Jędrek!... - zawołał na brata.
-
Ostań się tu, dopóki wody nie wylejesz! - krzyknęła matka.
Tymczasem po drugiej stronie rzeki gromada Niemców chwytała
płynące drzewo. Gdy udało się im upolować
większą sztukę, śmiejąc się krzyczeli:
"hura!" A gdy od razu nadpłynęło kilka szczap,
ogarnął ich taki entuzjazm, że chórem zaczęli
śpiewać:
Es braust ein
Ruf, wie Donnerhall,
Wie Schwertgeklirr und Wogenprall:
Zum Rhein, zum Rhein, zum deutschen Rhein,
Wer will des Stromes Huter sein?
Lieb Vaterland,
magst ruhig sein,
Lieb Vaterland, magst ruhig sein;
Fest steht und treu die Wacht, die Wacht am Rhein!...
Fest steht und treu die Wacht, die Wacht am Rhein!...
Stasiek
zeskoczył ze swej deski. On, tak wrażliwy na melodię, pierwszy
raz w życiu usłyszał chór, śpiewany przez kilkanaście
męskich głosów. Upojonemu radością i blaskami
słońca zdawało się, że marzy. Zapomniał, gdzie
jest, zapomniał, czym jest, tylko słuchał - skamieniały z
zachwytu.
Po krótkiej
pauzie, przerwanej pluskiem i śmiechem, Niemcy zaczęli znowu:
Durch Hunderttausend
zuckt es schnell,
Und aller Augen blitzen hell,
Der Deutsche bieder, fromm und stark,
Beschutzt die heil'ge Landes Mark;
Lieb Vaterland,
magst ruhig sein,
Lieb Vaterland, magst ruhig sein;
Fest steht und treu die Wacht, die Wacht am Rhein!...
Fest steht und treu die Wacht, die Wacht am Rhein!...-
Chłopak nie
słyszał wyrazów, nie pojmował melodii, tylko -czuł
potęgę ludzkich głosów. Zdawało mu się, że zza
pagórka i zza rzeki płyną jakieś fale, które go obejmują
niewidzialnymi ramionami i, niby pieszcząc, gwałtem ciągną
do siebie. Chciał pobiec ku domowi i zawołać Jędrka, ale
nie mógł odwrócić głowy; chciał stać w miejscu, ale
coś pchało go naprzód. Zaczął więc iść, jak
odurzony, z wolna, prędzej, coraz prędzej, w końcu
zaczął biec i -zniknął za pagórkiem.
A głosy z
tamtej strony rzeki wołały:
Er blickt hinauf
in Himmelsau'n,
Die Heldenvater niederschau'n,
Und schwort mit stolzer Kampfeslust:
Du, Rhein, bleibst deutsch, wie meine Brust!...
Lieb Vaterland,
magst ruhig sein,
Lieb Vaterland, magst ruhig...
Nagle śpiew
umilkł, a po chwili rozległy się krzyki:
- Bywaj!...
Bywaj!...
Ślimak i
Owczarz przerwali robotę w stajni i z szuflami w rękach
przysłuchiwali się pieśni Niemców. Nagła cisza i
następne krzyki zdziwiły ich obu, ale parobka coś tknęło.
- Lećcie
no, gospodarzu - rzekł Maciek kładąc szuflę - czego oni
się drą!...
- I... tak im
coś do łba strzylo - odparł Ślimak.
- Bywaj! -
wołano zza rzeki.
- Zawdy
lećcie - nalegał parobek - bo ja z moją nogą nie
nadążę, a tam cosik jest...
Ślimak pobiegł
w stronę rzeki, a za nim kulejąc wlókł się Owczarz.
Właśnie wstępował na wzgórze, kiedy dognał go
Jędrek pytając:
- Co się
tam wyrabia?... Gdzie Stasiek?...
Uszu Owczarza
doleciały z daleka jakieś wyrazy. Przystanął i
usłyszał mocny głos, wołający za wodą:
- Taki to
u was dozór... Polskie bydło!...
Wtem na
zboczu pagórka ukazał się Ślimak trzymający w
objęciach Staśka. Głowa chłopaka spoczywała na
ramieniu ojca, prawa ręka wisiała opuszczona bezwiednie. Z obu
spływała brudna woda.
Ślimak
miał sine usta i oczy rozwarte. Jędrek poślizgnąć
się na błotnistym wzgórzu zabiegł mu drogę.
- Co
Staśkowi, tatulu?... - zawołał przestraszony.
-
Utonął... - odparł chłop.
Jędrek
z zaciśniętymi pięściami przyskoczył do ojca.
-
Zwariowaliśta!... - krzyknął. - Przecie on u was siedzi na
ręku...
I
szarpnął Staśka za koszulę. Głowa dziecka opadła
na wznak przez ramię ojca.
- Widzisz,
że utonął... - szepnął Ślimak.
- Co wy
gadacie! - krzyczał Jędrek - przecie on dopiero co był na
podwórku!...
Chłop
nie odpowiedział. Oparł znowu głowę Staśka na swoim
ramieniu i potykając się szedł do chaty.
Przed
sienią stała Ślimakowa. Jedną rękę oparła na
niecce, drugą przysłoniła oczy i przypatrywała się
idącym.
- No, a
coście tam zmalowali? - zawołała. - Cóż to? Na Staśka
znowu padło?... Nieszczęście nasze z tymi Szwabami i ich
nabożeństwem!... Znowu coś na chłopaka padło...
Przystąpiła
do męża i jąwszy Staśka za głowę mówiła
drżącym głosem:
- No, Stasiek...
Ino mi tak ślipiów nie wywracaj... No, Stasiek... oprzytomnij... rozejrzyj
się... nic ci nie zrobię... Magda, daj wody!...
- Ma on
dość wody - mruknął Ślimak, wciąż
trzymając syna na rękach.
Kobieta
cofnęła się.
- Co jemu
jest?.. - pytała z rosnącym przerażeniem. - Czemu on taki mokry?
- Dopierom
go z wody wyjął...
- Gdzie z
wody?... - zakrzyczała kobieta. - Z rzyki?...
- Z tego
dołka, co za górą - odparł chłop. - Wody tam po pas, ale
jemu wystarczyła...
- On
wpadł!... - jęknęła matka chwytając się za
głowę. -Więc co go trzymasz, stary?... Kiedy wpadł, to
wylejcież z niego wodę. Maciek!... bierz go za nogi...
Przewróćta go... O głupie chłopy!... Niemrawcy!...
Ale
parobek nie ruszył się. Więc sama schwyciła chłopca za
nogi i wydarła go ojcu. Stasiek zawisł głową na dół,
rękami ciężko uderzył o ziemię, a z nosa
popłynęło mu trochę krwi.
Teraz
Owczarz wyrwał jej dziecko i ująwszy wpół zaniósł do izby
na ławę. Za nim poszli wszyscy z wyjątkiem Magdy, która
kręciła się nieprzytomna po dziedzińcu i nagle z
rozkrzyżowany-mi rękoma poczęła biec do gościńca
wołając:
-
Ratujcie!... Staśka ratujcie!... Kto w Boga wierzy... Potem znowu
zawróciła w stronę chaty, ale nie weszła tam.
Padła
na przyzbę i zwinąwszy się tak, że głową
dotknęła kolan zaniosła się od spazmatycznego płaczu
jęcząc:
-
Ratujcie!... Kto w Boga...
W chacie
Ślimak wpadł do komory, wdział na siebie sukmanę i
wybiegł przed dom. Chciał lecieć, nie wiadomo gdzie; więc
biegał po dziedzińcu tam i na powrót, bezładnie machając
rękoma.
Jakiś
głos wewnętrzny wołał w nim: "Ojcze, ojcze!...
żebyś ty był górę ogrodził płotem, nie
utonęłoby dziecko."
A chłop
odpowiadał: "Nie ja winien!... To Niemcy go oczarowali
śpiewaniem..."
Na
gościńcu zaturkotał wóz. Krótko zatrzymał się przed
wrotami i pojechał dalej. Za chatą rozległo się
ciężkie stąpanie i kaszel: na dziedziniec wszedł
bakałarz z laską w ręku, bez czapki.
- Jak tam
chłopcu? - zawołał do Ślimaka. A nie mogąc
doczekać się odpowiedzi wszedł do izby.
- Jak
chłopcu? - zapytał od proga. Stasiek leżał na ławie;
matka, usiadłszy obok, głowę jego oparła na swoich kolanach
szepcząc do siebie:
-
Jużci, że go po trochu odchodzi, kiedy krew płynie... Nawet jest
cieplejszy...
-
Jakże... - powtórzy! bakałarz trącając Owczarza.
- Bo jo
wiem?... - rzekł cicho parobek. - Ona mówi, że mu lepiej, a
chłopak jak się nie ruchał, tak i nie rucha. Bakałarz
rzucił laskę w kąt i podszedł do ławy.
- Daj mi
gęsie pióro... - rzekł do Jędrka.
Osłupiały
chłopak zamiast odpowiedzi wzruszył ramionami.
-
Więc daj trzcinę albo jaką rurkę...
- Nie ma
tu nijakiej rułki - mruknął Jędrek.
Bakałarz
obejrzał Staśka i kazał odejść matce. Posłuszna,
cofnęła się na środek izby i z otwartymi ustami, niekiedy
szlochając, patrzyła. Stary wysunął ławę,
zdjął ze Staśka przemoczoną koszulę, a następnie
siłą wydobył mu język.
- Jezu! co
on wyrabia... - mruknęła matka.
Ślimak
od czasu do czasu zaglądał z podwórza przez okienko; ale wnet
cofał się nie mogąc patrzeć na blade ciało syna.
Teraz
bakałarz ułożywszy wzdłuż bioder ręce Staśka
podniósł je do góry, aż poza głowę, a potem znowu
przeprowadził ku biodrom. Znowu je podniósł, znowu opuścił
i tak podnosił i opuszczał, ażeby tym ruchem wywołać w
dziecku oddech. Ślimak przypatrywał się zza okna,
osłupiały Jędrek stał pod kominem, matka szlochała. W
końcu nie mogąc zapanować nad sobą kobieta
zerwała chustkę i schwyciwszy się rękoma za włosy
poczęła bić głową o ścianę jęcząc:
- A po
cóżem ja cię na ten świat wydała!... A po cóżeś
ty się urodził?... Dziecko jak złoto... tyle chorób
wytrzymał i patrzajcie się... utonął!... Dopiero co
był w tej izbie... - wszyscy go widzieli i patrzajcie -
utonął!... O miłosierny Boże, za cóżeś mnie tak
ciężko skarał?... Żeby dziecko jak szczenię w
gliniance zginęło bez ratunku... bez żadnego ratunku!...
Osunęła
się po ścianie na kolana i klęcząc jęczała
rozdzierającym głosem.
Z pół
godziny bakałarz pracował nad otrzeźwieniem Staśka.
Poruszał mu ręce, ugniatał piersi i słuchał, czy nie
odezwie się serce. Ale chłopak nie dał Maku życia. Wtedy
stary nauczyciel widząc, że nic nie poradzi, nakrył zwłoki
dziecka płachtą, przeżegnał się, wyszeptał
pacierz i - opuscił chatę. Za nim wysunął się
milczący Owczarz.
Na podwórzu
zabiegł nauczycielowi drogę Ślimak. Wyglądał jak
pijany.
- Po co
wyście tu przyszli, bakałarzu?... - mówił chłop
przytłumionym głosem. - Czy wam jeszcze za mało
nieszczęścia?...Już zabiliśta mi dziecko waszym śpiewaniem
i czego' więcej chcecie?... Czy zgubić mu duszę, póki jeszcze
nie odeszła na tamten świat, czy resztę nas żyjących
przekląć, abyśmy wszyscy zmarnieli?...
- Co wy mówicie.
Ślimaku?... - spytał bakałarz patrząc na niego z
przerażeniem.
Chłop
począł kręcić głową i rozrzucać rękoma,
jakby mu tchu brakło.
- Nie gniewajcie
się, panie - rzekł. - Wy dobry człowiek, jo wiem... Niech was
Bóg nagrodzi... I nagle pocałował bakałarza w rękę.
- Ale już
idźta stąd... On bez was, Niemce, zginął, mój Stasiek!... -
wykrzyknął chłop. - Raz oczarowaliśta go, że ino
zemdlał, ale teraz... użyliście takiej mocy, że mi
utonął...
-
Człowieku! - zawołał bakałarz - co ty mówisz?... Alboż my nie
chrześcijanie jak i ty?... Czy nie odżegnywamy się szatana i spraw
jego jak i wy?...
Chłop
patrzył mu w twarz błędnym wzrokiem.
- A bez cóż
on utonął?...
- Mógł
się pośliznąć. Czy ja wiem?
- Woda w
dołku jest tak płytka, żeby z niej wyskoczył... Ino
zamroczyło go wasze śpiewanie... Już go drugi raz
zamroczyło -.. Nieprawda, Owczarzu?...
Owczarz
kiwał głową.
- Może
chłopiec miewał konwulsje? - spytał nauczyciel.
- Nigdy.
- I nigdy
na nic nie chorował?
-
Nigdy!... Owczarz kręcił głową.
- On
był od zimy chory - odezwał się parobek.
- Hę?
- spytał Ślimak.
-
Prawdę mówię - ciągnął Owczarz. - Od zimy, kiej go tak
raz zaziębiło, co aż tydzień leżał, Stasiek
był chory. Przeleciał, bywało, ze sto kroków, to się
męczył i zara gadał: "Maćku, dusi me!..." A jak
raz tej wiosny wbiegł pod górę, kiedym tam orał, to go nawet
zamroczyło. Musiałem do rzyki schodzić po wodę i cucić
go.
Wtedy
także - mówił Owczarz - co te Niemce wytyczały sobie miejsce na
dom, Staśka zamroczyło nie ich śpiewanie, ino to, że
prędko wleciał na górę i zmęczył się...
-
Niceś o tym nie mówił? - przerwał Ślimak.
-
Mówiłem gospodyni, ale zara na mnie wsiadła: "Co ty się
znasz?... Całe życie chodziłeś ino za bydłem,
głupi jesteś, a gadasz jak felczer..."
- No,
widzicie - rzekł bakałarz. - Chłopak z pewnością
chorował na serce i to go biedaka, zgubiło. Gdziekolwiek by
upadł, w wodę czy na ziemię, zawsze by umarł, jeżeli w
nim serce ustało... Nie my temu winni ani nasze modlitwy
chrześcijańskie.
Ślimak
słuchał z uwagą i stopniowo jakby wracał do
przytomności.
-
Może to i tak - mruczał - że Stasiek umarł swoją
śmiercią... Zapukał do okna i wywołał z izby
żonę. Ukazała się po chwili na progu.
- Czego? -
rzekła trąc oczy zapuchnięte z płaczu.
-
Cóżeś ty nic nie mówiła, że Stasiek od zimy chorował?
Nie mógł latać, a jak się zmęczył, to go dusiło i
mroczyło?
-
Jużci chorował - odparła - ale cóż byś ty mu
pomógł?
- Nie
pomógłbym, ale zawdy chłopaka śmierć czekała. Matka
zapłakała po cichu.
-
Jużci nie wywinąłby on się od śmierci - rzekła
szlochając -tak czy siak. A dziś sam ją, nieszczęsny, w
tę burzę przeczuwał, bo chodził po izbie jak nieswój i
tulił się do wszystkich... O, żeby mi to do głowy
przyszło, nie wypuściłabym go z chaty... W lochu bym go
zamknęła... Szłabym za nim, gdzie by się ino ruszył...
- I w
chacie by umarł, jeżeli przyszedł na niego taki czas
-odezwał się bakałarz.
- Prawda -
westchnął Ślimak. - Jak Bóg miłosierny zawoła kogo do
siebie, nie zatrzyma go rodzony ociec ni matka...
Bakałarz
odszedł, a smutni rodzice zostali na podwórku z Owczarzem, wzdychając
i popłakując. W ich serca już wstąpiła rezygnacja, więc
mówili między sobą i z parobkiem, jako bez woli bożej nawet
takiemu dziecku włos z głowy nie spadnie.
- Nawet
źwirzowi nie stanie się nic bez woli boskiej - mówił
Ślimak. - Ile to razy do inszego zająca strzelą z fuzjów, ile
psiarni za nim wypuszczą, a on uchodzi zdrów, kiedy się tak Bogu
podoba - Ale niech wybije jego godzina - zginie w czystym polu. Uciapie go lada
kondel albo pastuch trafi w sam łeb kamieniem, i bywaj zdrów.
- Albo i
mnie - odezwał się Owczarz. - I wóz drzewa mnie przycisnął,
i do śpitala mnie oddali, i robotym znaleźć nie mógł, a
przecie żyję, bo mój czas jeszcze nie nastał. Jak zaś
nadyndzie, żebym się schował pod wielki ołtarz -
zginę.
- I nie
tylko ty - dodał Ślimak. - Nowiększy pan, nobogatszy mocarz,
żeby się zamknął w murowanym pałacu nawet z
żelaznymi okiennicami, nie ujdzie śmierci w swój czas. Tak i ze
Staśkiem...
- Moja ty
dziecino!... moja ty pociecho!... - zapłakała matka.
- No,
pociechy to by z niego nie było - rzekł Ślimak. - Przecie on
nawet za bydłem chodzić nie mógł.
- O, ni...
- wtrącił Owczarz.
- Ani
poszedłby za pługiem...
- O, ni...
- I chłop z
niego byłby żaden...
- Jużci
żaden. Siły nie miał ani zdrowia.
- On już
był takie odmienne dziecko - mówił Ślimak. - Do gospodarstwa nie
miał ciekawości, ino se chodził po jarach albo nad wodą,
patrzył se i rozmyślał...
- Albo do siebie
gadał - wtrącił Owczarz - albo se rozmawiał z trawą i
z ptakami. Sam nieraz słyszałem - westchnął - i
mówiłem: już ty się, niebożę, nie uchowasz'....
Między panami wyszedłbyś na dziwowisko, ale między
chłopami - nie żyć tobie...
Tak
rozważali chłopi niepojęte sądy Boże. O zachodzie
słońca gospodyni wyniosła przed sień dzieżkę
mleka i bułkę chleba, ale nikt nie jadł. Pierwszy Jędrek,
ledwie dotknął strawy, rozpłakał się i uciekł
między góry, a Ślimak nie spojrzał na jedzenie. Nawet Owczarz
niczego nie tknąwszy poszedł do stajni mrucząc:
- Mój Boże,
taki pan, taki dziedzic!... Miałby po ojcach pięć morgów gruntu
i przecie utonął... A ja?...
Wieczorem
przeniósł Ślimak Staśka do alkierza na łóżko. Matka
położyła mu dwa trojaki na oczach, aby się
zamknęły, i przed Matką Boską zapaliła lampkę.
Sami rodzice z Jędrkiem i Magdą układli się pokotem na
klepisku w izbie, ale zasnąć nie mogli. Burek wył przez
całą noc, Magda miała gorączkę, a Jędrek coraz podnosił
się ze słomy i zaglądał do alkierza, bo mu się
zdawało, że Stasiek ocknął się i poruszył. Ale
Stasiek nie ruszał się.
Skoro świt
wziął się Ślimak do robienia trumienki. Robił ją
cały dzień: piłował deski, heblował, zbijał i
aż się uśmiechnął, że mu tak raźno idzie
stolarka. Ale kiedy przypomniał sobie, jakim on jest stolarzem? -
ogarnął go taki żal, że cisnął robotę i
wybiegł na gościniec, nie wiedząc, dokąd leci.
Trzeciego dnia
zaprzągł Owczarz konie do wozu i położywszy na nim
trumienkę ze Staśkiem, z wolna pojechał ku wsi kościelnej.
Za wozem szli Ślimakowie i Magda, a najbliżej Jędrek, który
przytrzymując trumienkę, aby się nie chwiała,
nasłuchiwał: czy kochany brat nie ocknie się i nie odezwie?
Parę razy nawet zapukał do niego.
Ale Stasiek milczał.
Milczał, gdy zajechali przed kościół, a jegomość
pokropił go wodą święconą. Milczał, gdy
odwieźli go na cmentarz i tam z trumną postawili na ziemi.
Milczał, gdy własny ojciec pomagając staremu grabarzowi grób mu
kopał, a matka i Jędrek z jękiem żegnali go po raz ostatni.
Milczał i wówczas, gdy ciężkie grudy ziemi poczęły
walić mu się na trumnę.
Nawet Owczarz
zalał się łzami. Ślimak tylko odwrócił się i
zasłonił twarz sukmaną jak rzymski senator, nie chcąc, aby
inni widzieli, że płacze.
I w tej chwili coś
mu do serca szeptało: "Ojcze, ojcze! żebyś ty był
górę ogrodził płotem, nie utonęłoby dziecko..."
Ale Ślimak
odpowiedział sobie: "Nie ja winien; miał umrzeć, to i
umarł, kiedy taka nadeszła godzina..." i kocieł znowu
jechał naprzód.
|