|
Zapadła
jesień. Zamiast jasnych łanów szarzały smutne ścierniska, w
jarach czerwieniły się krzaki, bociany ze stodół odeszły
precz, na południe.
W lesie,
jeżeli jaki las gdzie został, ledwieś dopatrzył ptaka, a w
polu człowieka; chyba tu i owdzie po niemieckiej stronie kilka bab w
granatowych spódnicach wykopywały resztę kartofli. Nawet przy kolei
skończyły się wielkie roboty. Nasypy wzniesiono, grabarze i
mularze rozbiegli się po świecie, a zamiast nich ukazywały
się lokomotywy zwożące szyny i podkłady. Z początku
widziałeś na zachodnim krańcu nasypu tylko czarny dym jak z
gorzelni; w kilka dni spomiędzy żółtych pagórków wyjrzał
komin, a nieco później - komin osadzony na ogromnym kotlisku. Kocieł
sam bez koni toczył się na wozie i jeszcze ciągnął za
sobą kilkanaście innych wozów, naładowanych drzewem,
żelazem i ludźmi. Gdzie zatrzymał się, tam ludzie
zeskakiwali na ziemię, kładli na nasyp drewniane bale, do drzewa
przybijali szyny i kocieł znowu jechał naprzód.
Owczarz co
dzień przypatrywał się tym praktykom i rzekł raz do
Ślimaka:
- Widzicie,
jakie to sprytne!... Póki z góry, to puszczają se ładunek bez koni.
Bo i po co mordować bydlęta w takim sposobie?
Ale jednego dnia
kocieł z rzędem wozów stanął naprzeciw jaru. Ludzie
zdejmowali szyny i podkłady, a on stał, dymił i zipał.
Stał z godzinę i Owczarz patrzył z godzinę,
myśląc: jak oni go teraz ruszą z miejsca?
Nagle ku
największemu zdumieniu parobka kocieł gwizdnął
przeraźliwie i ruszył się w tył razem z wozami bez niczyjej
pomocy. Teraz dopiero Maciek jak przez mgłę przypomniał sobie,
że kiedyś galicyjskie bandosy opowiadały mu o maszynie, co sama
chodzi. Nawet przepili jego własne pieniądze, za które miał
kupić buty.
- Jużci
prawda, że ono samo chodzi, ale się też i wlecze jak stara
Sobieska - pocieszał się Owczarz. W sercu jednak czuł obawę
i myślał, że takie zagraniczne sztuki nie wyjdą na dobre
okolicy.
I chociaż
źle rozumował, trafnie wróżył, bo wraz z ukazaniem się
pierwszej lokomotywy zaczęły się w okolicy nie znane dawniej
kradzieże.
Od garnków
suszących się na płocie i zapasowych kół na dziedzińcu
do drobiu w szopach i koni w stajniach - wszystko ktoś kradł.
Koloniście Gedemu wydobyto ze spiżarni połeć słoniny;
gospodarza Marcińczaka, kiedy wracał trochę podchmielony z
odpustu, jacyś z uczernionymi twarzami wyrzucili z wozu i sami nim
pojechali, chyba do piekła. Nawet biednego krawca, Jojnę Niedoperza,
napadli w lesie złodzieje i wydarli mu krwawo zapracowane trzy ruble.
Ślimakowi
pierwsza lokomotywa także nic dobrego nie przyniosła. Paszy dla
bydła trudno się było dokupić; za to o zboże nikt
się u niego nie pytał, parę fasek masła starzało
się w lochu nie sprzedanych, a drób sami jedli, bo i na to nie
trafiał się kupiec. Cały handel wiejski z koleją i z
miasteczkiem zagarnęli Niemcy; nikt już nie chciał patrzyć
na chłopskie ziarno i nabiał.
Siedział
tedy Ślimak w izbie bez roboty (gdzież miał robić, kiedy
nie stało dworu), siedział pod piecem, palił fajkę i
myślał: czy to tak zawsze będzie trudno o siano? czy już
nigdy żaden handlarz nie wstąpi do niego po zboże, jaja i
masło? czy nigdy nie skończą się złodziejstwa? A
tymczasem, kiedy on tak rozsądnie każdą rzecz w głowie
rozważał, Niemcy ze swymi produktami jeździli po kilka mil w
różne strony i wszystko sprzedawali. Złodzieje też swoją
drogą kradli, gdzie tylko kto się nie upilnował albo przy
budynkach nie zaprowadził mocnych zamków.
- Na złe
idzie! - mówiła Ślimakowa.
- Iii... Jakosik
się to wyrówna - odpowiadał chłop.
O biednym
Staśku po trochu zapominano. Czasem tylko matka położyła do
obiadu jedną łyżkę za wiele i spostrzegłszy się
otarła oczy fartuchem. To znowu Magda, wołając Jędrka,
przez prędkość nazwała go Staśkiem. To znowu Burek
obiegał niekiedy budynki, jakby kogoś szukał, a nie znalazłszy
przypadał łbem do ziemi i szczekał. Coraz rzadziej jednak
trafiały się te wypadki.
Jędrek
najmocniej uczuł śmierć brata. Z tego powodu nie lubił
nawet siedzieć w izbie, lecz gdy nie było roboty,
wałęsał się po polach. Wałęsając się
zachodził czasem na kolonię, do starego bakałarza, a tam przez
ciekawość zaglądał do książki. Znał już
z połowę liter, więc bakałarz bez trudu nauczył go
reszty; gdy zaś poznał cały alfabet, to znowu bakałarzówna
dla rozrywki pokazywała mu czytanie. I chłopak bąkał, niekiedy
myląc się naumyślnie, aby go poprawiała, albo też
zapominał liter, aby ona pochyliwszy się nad książką
dotknęła go ramieniem.
Gdy jednego razu
przyniósł do chałupy elementarz i pokazał, co umie, uradowana
Ślimakowa posłała bakałarzównej dwie kury i pół kopy
jaj. Ślimak zaś spotkawszy bakałarza obiecał, że da mu
pięć rubli, jak Jędrek zacznie modlić się z
książki, a doda dziesięć, jeżeli chłopak nauczy
się pisania. Dzięki temu, gdy nadeszła jesień, Jędrek
bywał co dzień i parę razy na dzień w kolonii i albo
uczył się, albo choć przez okna patrzył na
bakałarzównę i przysłuchiwał się jej głosowi, co
trochę gniewało jednego z parobków, a zarazem kuzynów Hamera.
W spokojnych
czasach taka bieganina Jędrka może zwróciłaby uwagę
Ślimaków; dziś jednak byli zajęci czym innym. Oto każdy
dzień przekonywał ich, że paszy mają za mało, a krów
za dużo... Nie mówili do siebie, ale wszyscy w domu o tym tylko
myśleli. Myślała gospodyni widząc coraz mniej mleka w szkopku
i Magda, która tknięta niedobrym przeczuciem, co dzień
pieściła się z krowami, i Owczarz, bo nawet koniom ujmował
po garstce siana, aby podrzucić je bydlątkom. Ale najwięcej
chyba myślał sam Ślimak, bo nieraz wystawał przed
oborą i wzdychał.
Tak
dojrzewała bieda wśród ogólnej ciszy, którą mimowolnie
przerwał sam Ślimak. Jednej nocy bez powodu zerwał się z
pościeli i usiadł na tapczanie.
- Co tobie,
Józek?... - zapytała żona.
- Oj!...
Śniło mi się, że nam paszy całkiem zabrakło i
wszystek dobytek wyzdychal...
- W imię
Ojca i Syna... Żebyś nie wymówił w złą godzinę.
- Jużci na
pięć ogonów paszy nam nie wystarczy, to darmo -rzekł chłop.
- Kalkuluję se w głowie na wszyćkie strony, ale na nic...
- No, więc
co zrobisz?
- Bo jo wiem,
nieszczęśliwy?
- Może
by...
- Chybaby
sprzedać z jedno?... - dokończył chłop. Słowo
padło. We dwa dni później Ślimak zaszedłszy po okowitę
do karczmy coś napomknął Joselowi o krowie, a zaraz w
poniedziałek przyszli do chałupy dwaj rzeźnicy z miasteczka.
Ślimakowa
wcale z nimi nie chciała gadać, a Magda zaczęła
szlochać. Wyszedł tedy na dziedziniec Ślimak.
- Ny, co to,
gospodarzu - zaczął jeden z rzeźników - chcecie sprzedać
krowę?
- Bo jo wiem...
- Która to,
pokażcie ino.
Ślimak
milczał, aż musiał odezwać się Owczarz:
- Już jak
sprzedać, to chyba Łysą...
-
Wyprowadźcie no ją - nalegał rzeźnik.
Maciek
poszedł do obórki i po chwili wyprowadził nieszczęsną
krowę. Zdawała się być zdziwiona, że ją
wyciągnęli na dziedziniec w niezwykłej porze.
Rzeźnicy
obejrzeli Łysą i poszwargotawszy między sobą zapytali o
cenę.
- Bo jo wiem? -
odparł Ślimak.
- Co
dużo gadać? Sami widzicie, jakie to stare bydlę. Damy
piętnaście rubli.
Ślimak
znowu umilkł, więc znowu Owczarz musiał go wyręczyć w
targu. Żydzi krzyczeli wniebogłosy, zaklinali się, szarpali
krowę na wszystkie strony, a w końcu pokłóciwszy się
między sobą dali osiemnaście rubli. Jeden założył
stworzeniu powróz na rogi, drugi machnął je kijem po łopatce i -
w drogę...
Krowa
poczuwszy widać zapach krwi nie chciała ruszyć z miejsca.
Najprzód skręciła do obory, ale rzeźnicy odciągnęli
ją ku gościńcowi; potem ryknęła tak
żałośnie, że Owczarz pobladł, a w końcu
oparła się wszystkimi nogami o ziemię patrząc na
Ślimaka wywróconymi oczyma, w których malował się żal i
przestrach.
W izbie
słychać było płacz Magdy; gospodyni nie śmiała
wyjrzeć na dziedziniec, a Ślimakowi zdawało się, że
zapienione i zadyszane bydlątko szepcze do niego:
"Gospodarzu,
a dyć spojrzyjcie, co oni ze mną wyrabiają, te Żydy...
Przecie oni mnie z tela chcą zabrać i zarżnąć!...
Sześć roków byłam u was i coście chcieli, robiłam woma
sprawiedliwie. Ujmijcież się teraz za mną w takim
nieszczęściu!... Gospodarzu... gospodarzu!..."
Ślimak
milczał. Wtedy krowina widząc, że nic jej nie uratuje,
obejrzała się ostatni raz po dziedzińcu i - poszła za
wrota.
Gdy
była na gościńcu, brnąc po błocie w stronę
miasteczka, wywlókł się za nią Ślimak. Szedł z daleka,
gniótł w pięści żydowskie pieniądze i
myślał:
"Gdzieżbym
ja cię sprzedawał, nasza karmicielko i dobrodziejko, żebym
się nie bał o nieszczęście dla wszystkich?... Nie ja
przecie winienem twojej nędzy. Bóg miłosierny zagniewał się
na nas i po jednemu wysyła na śmierć..."
Czasem
krowa, jakby nie dowierzając, oglądała się za siebie, na
dom. Wtedy Ślimak znowu szedł za nią i wahał się w
duszy: czyby nie oddać Żydom pieniędzy i nie odebrać
stworzenia? Ocaliłby ją, nawet by dopłacił, gdyby mu w tej
chwili odstąpił kto paszy na zimę.
Na
moście chłop stanął i oparty o poręcz bezmyślnie
patrzył w wodę. Ot, zepsuło się coś w zagrodzie!...
Roboty nie ma, zboża nikt nie kupuje, w lecie zginął mu syn, w
jesieni ginie bydlątko, a co zima przyniesie?
I znowu
przemknęło mu przez głowę:
"Jeszcze
teraz mógłbym ją, niebogę, wykupić!... Nad wieczorem
będzie za późno."
Nagle
usłyszał za sobą głos starego Hamera:
- Nie do
nas idziecie, gospodarzu?
-
Poszedłbym - odparł Ślimak - żebyście mi paszy
sprzedali...
- I pasza
nie pomoże - mówił stary z fajką w zębach - bo chłop
między kolonistami rady sobie nie da. Ale sprzedajcie swoje grunta, a i
wam, i mnie będzie z tym lepiej.
- Ni.
- Sto rubli dam
za morgę!...
Ślimak
aż założył ręce ze zdziwienia i pokiwawszy
głową odparł:
- Czy was,
panie Hamer, opętało czy co?... Mnie na smutek się zbiera,
że z waszej łaski musiałem sprzedać bydlę, a wy
jeszcze chceta, żebym wam sprzedał wszystko, całe mienie! Dy ja
bym chyba trupem padł u progu, żeby mi się przyszło
wyprowadzać z chałupy, a już kiedy bym wyszedł za wrota, to
byście mnie musieli odwieźć prosto na cmentarz. Dla was, Niemcy,
wyprowadzić się z miejsca to nic, bo wy błędny naród,
dziś tu, jutro tam. Ale chłop jest przecie osiędzony jak ten
kamień przy drodze. Ja tu każdy kąt wiem na pamięć,
wszędy po ciemku bym trafił, każdom grudę ziemi
własną ręką obrócił, a wy mi gadacie: "Sprzedaj i
idź w świat!" Gdzież ja pójdę, kiedy jak mi wypadnie
jechać bodaj za kościół, to ślepnę i trwożę
się, bo wkoło mnie wszystko nieznajome. Poźrzę na las -
inaczej wygląda niż z domu, patrzę na krzak -takiegom kole nas
nie widział; ziemia także jest odmienna, a nawet samo
słońce inaczej niż u mnie wschodzi i zachodzi... A co ja bym z
żoną robił, co z chłopakiem, żeby mi się
przyszło stąd ruszyć? A co bym powiedział, gdyby mi
drogę zastąpili ojcowie rzekąc: "Lo Boga, Józek, kaj my
cię będziemy szukali, jak nam w czyścu bardzo dopiecze, i czy
twój pacierz trafi do naszych grobów, kiedy się wyprowadzasz gdzieści
na koniec świata?..." Co ja im odpowiem albo i Staśkowi, który
bez was głowę tu położył?
Hamer
słuchając drgał z gniewu; mało fajki nie rzucił na
ziemię.
- Co mi ty
bajdy pleciesz! - zawołał. - Mało to waszych sprzedało
gospodarstwa i poszło na Wołyń, gdzie są panami? Ojciec do
niego przyjdzie po śmierci!... słyszał kto?... Ty patrz,
żebyś przez upór sam nie zginął i mnie nie zgubił.
Przez ciebie syn mi się marnuje, pieniędzy nie mam na wypłaty,
sąsiedzi mnie dręczą... Czy ty myślisz, że w twojej
głupiej górze zakopano skarby? Chcę grunt kupić, bo tu najlepsze
miejsce na wiatrak. Płacę sto rubli, niebywałą cenę, a
on mi baje, że gdzie indziej żyć nie potrafi!... Verfluchter!...
- Gniwajcie
się, nie gniwajcie się, a ja gruntu nie sprzedam.
- Sprzedasz ty
go - odparł Hamer wygrażając pięścią - ale
już ja nie kupię!... Roku między nami nie wysiedzisz... I
odwróciwszy się szedł ku domowi.
- A chłopak
twój niech mi się nie włóczy na kolonię - dodał
stając. - Nie dla was sprowadziłem tu bakałarza...
- Wielka rzecz!
to i nie będzie chodził, kiedy mu zazdrościcie powietrza w izbie
- mruknął Ślimak.
- Tak,
zazdroszczę mu powietrza - irytował się Hamer. - Ojciec
głupi, niech i syn będzie głupi.
Rozeszli
się. Chłop był taki zły, że nawet nie
żałował swojej krowy.
- Niech jej tam
gardziel poderżną, kiedy tak - mówił sobie. Lecz zorientowawszy
się, że bydlątko nie winno jego kłótni z Hamerem,
westchnął.
W domu
usłyszał lament. To Magda płacze, że gospodyni wymawia jej
obowiązek. Ślimak milcząc usiadł na ławie, a tymczasem
żona prawiła do dziewuchy:
- Strawy by ci u
nas nie zabrakło, to prawda, ale skąd ja ci wezmę pieniędzy
na zasługi i na kolędę? Ino sama pomiarkuj. Rośniesz
duża, po Nowym Roku patrzyłaby ci się większa zapłata,
a u nas jej nie dostaniesz, nawet żadnej. Wreszcie już i roboty nie
ma dla ciebie, jakieśmy krowę sprzedali... Idź se zatem jutro
albo pojutrze do stryjka - ciągnęła gospodyni -powiedz mu, jaka
u nas bieda: że nic się nie sprzedaje, że nie ma zarobku,
żeśmy bydlę musieli rzeźnikom oddać. Powiedz mu to i
padnij do nóg, żeby ci lepszy obowiązek wynalazł. Im
prędzej, tym lepiej. A jak nam kiedy Bóg miłosierny dopomoże, to
se wrócisz...
- Oho! -
szepnął Owczarz słuchający w rogu izby. - Nie wracać,
kiedy człowiek raz odyńdzie... A potem dodał:
-
Niezadługo widać skończy się u was i moje panowanie. Po
krowie Magda, po Magdzie ja.
- Iii... ty,
Maćku, możesz se siedzieć - przerwała mu gospodyni. - Przy
koniach zawdy musi ktoś być, a choćbyśmy ci jednego roku
zasług nie dali, odbierzesz se w drugim. Z Magdą zaś co innego.
Ona młoda, jej dopiero na świat, więc po co ma usychać w
biedzie?
- Jużci
prawda - potwierdził Owczarz po namyśle. - Nawet dobrzyśta
ludzie, że w takim zmartwieniu pomyśleliście nopirwy o tym,
żeby nie psuć losu dziewusze.
Ślimak
milczał podziwiając rozum żony, która od razu zmiarkowała,
że Magda już nie ma co u nich robić. Zarazem strach go
zdjął na myśl, że tak prędko rozprzęga się
ich gospodarstwo. Całe lata pracowali na trzecią krowę i
własną dziewuchę, a dziś jeden dzień wystarczył,
ażeby obie wygnać z domu.
"Albo
się wezmę do stolarki, albo jegomości zapytam się: co
robić? albo już nie wiem... Ale co by ta ze mną
jegomość gadał! Choćbym nawet zakupił mszę
świętą na intencję dobrej rady, to jegomość
mszę wyśpiwa, a rady nie da. Skąd by ją wziął?
Może się to na końcu i samo odwróci. Pewnie, że się
samo odwróci. Pan Bóg miłosierny to jak ojciec: kiedy weźmie
bić, bije, choćbyś prosił się, krzyczał, dopóki
ręki se nie zmacha. A potem znowu na człowieka zeszłe
łaskę; byle ino cierpliwie swoje odcierpieć..."
Tak
medytował Ślimak i zapalił fajeczkę. Żal mu było
Magdy, jeszcze więcej krowy, przypomniał sobie łąkę i
Staśka, bał się Niemców, ale - cóż miał robić?
Czekać cierpliwie, dopóki się samo nie odwróci.
Więc
czekał.
W początkach
listopada Magdy już nie było u Ślimaków; poszła do stryjka,
a od stryjka na nowy obowiązek. Nawet miejsce po niej w chacie
zastygło i tylko gospodyni czasem pytała samej siebie: czy to prawda,
że w tej izbie był jaki Stasiek, że przy tym kominie kręciła
się jakaś Magda, że w obórce stała trzecia krowa?...
Tymczasem w
okolicy mnożyły się kradzieże, a Ślimak co dzień
myślał, żeby w miasteczku kupić skoble i kłódki do
budynków, to znowu żeby wyciosać drągi i na noc wszystkie drzwi
nimi zasuwać.
"Kradną
innych, to i mnie mogą okraść" - myślał i
niekiedy wyciągał rękę do siekiery chcąc przynajmniej
wyciosać zasuwę. Wnet jednak okazało się, że albo
siekiera leży za daleko, albo on ma za krótką rękę,
więc - dawał spokój.
Innym razem,
nasłuchawszy się o złodziejstwach, brał sukmanę i
otwierał skrzynię do pieniędzy, ażeby kupić skoble.
Cóż, z tego, kiedy jak pomyślał o wydaniu kilku rubli w tych
ciężkich czasach, to aż go koło serca zamdliło.
Prędko więc chował pieniądze na dno i zdejmował
sukmanę, ażeby go nie skusiło.
- Trza
czekać - mówił - do wiosny. Bez ten czas może Pan Bóg
łaskaw ochroni nas od straty; a wreszcie - upilnuje Owczarz i Burek. Ho!
ho! oni czujni!...
Jakby na
potwierdzenie tej opinii, Burek wył i szczekał po całych nocach,
a Owczarz zrywał się po parę razy na noc i zarzuciwszy
sukmanę na ramiona przechodził się po dziedzińcu.
Jednej bardzo
ciemnej nocy, kiedy z nieba padał deszcz ze śniegiem, a na ziemi
było błota wyżej kostek. Burek naraz popędził w
stronę wąwozów i zaczął gwałtownie ujadać. Owczarz
zerwał się z barłogu i zmiarkowawszy po zajadłości
psa, że ktoś jest za stodołą, zbudził Ślimaka.
Uzbroili się obaj w drąg i siekierę, i potykając się w
błocie poszli za psem, który kilka razy skowyknął, jakby go
potrącono.
- Są
złodzieje - szepnął Maciek. Jednocześnie rozległo
się stąpanie, jakby dwu ludzi niosło ciężar.
- Na tu, na!...
Na tu, na!... -przemawiali oni do Burka, który czując za sobą swoich
panów nacierał coraz gwałtowniej.
- Weźmiemy
się do nich - spytał Maciek Ślimaka - czy dać spokój?
- Kiej nie wiem,
ilu ich jest - odparł Ślimak. W tej chwili od kolonii Hamera
zabłyszczało światło, a na gościńcu rozległ
się tętent koni i krzyki:
- Łapaj!
trzymaj!....
- Bywaj!... -
zawołał Owczarz, a Ślimak, wysunąwszy się za
stodołę, odezwał się:
- Hej, wy!
coście ta za jedni?...
Teraz o
kilkanaście kroków przed nim upadło na ziemię coś
ciężkiego, a spośród ciemności odpowiedziano:
- Poczekaj,
szwabski stróżu!... dowiesz się, co za jedni...
- Huzia go! -
krzyknął Ślimak.
- Bij go! -
zawołał Owczarz.
I posunęli
się na oślep ku jarom. Ale złodzieje uciekli do wąwozów
przeklinając Ślimaka.
Wnet
przykłusowali konni Niemcy, a Jędrek wybiegł na dziedziniec z
łuczywem. Wszyscy zeszli się za stodołą i przy czerwonym
blasku łuczywa znaleźli w błocie zakłutego wieprza.
- O, nasz
wieprz! - zawołał Fryc Hamer.
- Ukradli wam? -
spytał Ślimak.
- Zabili i
ukradli, choć w izbie paliło się światło.
-
Śmiałe bestie! - mruknął Owczarz.
- My
myśleli - odezwał się z konia parobek Hamerów - że to wy
kradniecie. - I począł się śmiać.
- Dobrze nam
dziękujeta za pomoc! Niech was... - mruknął Ślimak.
- Idźmy za
nimi - mówił wzburzony Fryc - może złapiemy którego.
- To se
idźta - odpowiedział gniewnie Ślimak. - Widzisz ich!... W
chałupie gadają, że my kradniemy, a tu proszą, żeby za
nich karku nadstawiać.
- Pójdę z
nimi, tatulu - prosił Jędrek.
- Wracaj do dom
i Burka ciągnij za łeb! - krzyknął ojciec. -Takiegośmy
wieprza im uratowali, że aż złodzieje nam za to
wygrażają, a oni mówią, że my kradli!...
Fryc Hamer
uspokajał ich i nawet zwymyślał niezręcznego parobka, lecz
chłopi wrócili do domu. Wprawdzie na ich miejsce przybiegło kilku
mężczyzn z kolonii, ale Hamer już stracił ochotę do
obławy, więc zabrali Niemcy wieprza i w ciemności, po
błocie, wrócili na swój folwark.
W kilka dni
zjechał strażnik, wysłuchał kolonistów, wybadał
Ślimaka, odwiedził Josela, przetrząsnął jary we
wszystkich kierunkach, spotnial, zabłocił się, ale - nikogo nie
znalazł. Z poszukiwań tych jednak wyciągnął bardzo
słuszny wniosek, że złodzieje od dawna uciekli. Więc
kazawszy Ślimakowej włożyć do wózka garnuszek masła i
żółtą kurę w czarne cętki, wrócił do domu.
Kradzieże
na jakiś czas ustały; Ślimak przecie, pomny na pogróżki,
wciąż rozmyślał, że trzeba budynki zaopatrzyć w
skoble, a stajnię i oborę w zasuwy z drągów. Ułożywszy
zaś wszystko porządnie w swojej głowie, czekał, aż mu
przyjdzie ochota wydać pieniądze na żelastwo i obciosać
drągi. Obie czynności odkładał z dnia na dzień,
pamiętając o przysłowiu: co nagle, to po diable, i czekając
albo na lepszy pomysł co do zabezpieczenia budynków, albo na stalszą
pogodę.
- Skoble
kupić trzeba - mówił - ale po co buty marnować w takim
błocku?
Tymczasem zima
ustaliła się. Na wzgórzach wyrósł kożuch gruby na
łokieć. Białkę przykrył lód twardy jak krzemień,
gościńce wygładziły się, gałęzie drzew
okrył Pan Bóg w koszulki ze śniegu, a Ślimak wciąż
medytował o zasuwach i skoblach. Palił fajkę, aż w izbie
było dymno, przekładał nogę na nogę albo siedząc
przy stole opierał głowę to na prawej, to na lewej ręce, a
medytował, wciąż medytował. I właśnie kiedy
już był w drugiej połowie swoich medytacyj, wpadł pewnego
wieczora do izby Jędrek bardzo zalterowany. Matka, zajęta przy
kominie, nie zwróciła uwagi na chłopca; ale ojciec, choć
było skąpo światła w chałupie, spostrzegł, że
Jędrek ma poszarpaną sukmanę, zwichrzony łeb i sińce
pod oczyma.
Ślimak niby
niechcący z tej i owej strony obejrzał zasapanego Jędrka,
domyślił sobie to, o czym myślał, wytrząsnął
fajkę, splunął i rzekł:
- Widzi mi
się, chłopak, że ci ktoś w gębę dał?... I to pewnie ze trzy
razy...
- Ja jemu
lepiej dałem - odparł zachmurzony Jędrek. Matka w ową
chwilę była w sieni, więc na razie nie słyszała
rozmowy. Ojciec zaś nie śpieszył się z badaniem, bo
właśnie zapchany cybuszek przepychał drutem. Dopiero przedmuchnąwszy
go pytał dalej:
-
Któryż cię tak uczcił?
- A ten
hycel Herman - mruknął Jędrek poruszywszy łopatkami, jakby
go co kąsało.
- Ten od Hamera?
- pytał ojciec.
- Przecie on.
- A
cóżeś ty robił u Hamera, kiej zakazano ci tam chodzić?
- Takem se
zaglądał do bakałarzów bez okno - odparł zaczerwieniony
chłopak i szybko dodał: - A ten ci, niemieckie nasienie,
wyleciał z kuchni i drę się: "Co tu podpatrujesz dom,
złodzieju?" - "Com ci ukradł?" - ja mówię. "
Jeszcze nic - on mówi -ale pewnie ukradniesz." I zaraz woła: "
Poszedł stąd, bo ci dam w zęby!" A jo mówię: "To
spróbuj!" A on: "Jużem spróbował." A jo:
"Może spróbujesz jeszcze raz?" A on: "Masz jeszcze
raz..."
- Pochopny Szwab
- mruknął Ślimak. - A ty jemu nic?
- Com mu
miał zrobić? - obruszył się Jędrek. -
Złapałem polano i śmignąłem go leciutko w łeb...
Może ze dwa razy, no... niechby trzy. A ten podlec zara ci pokład
się na ziemię i puścił farbę. Chciałem mu jeszcze
dołożyć za chytrość, ale z chałupy wyleciały
tamte. Nawet Fryc miał fuzję w garści, więcem ucik.
- I nie
dognały cię?
- Oho! mieli me
dognać, kiedym rwał jak zając.
- Choroba z tym
chłopakiem - odezwała się matka wysłuchawszy historii. -
Jeszcze go kiedy Szwaby utłuką.
- Co mu ta
zrobią - odparł ojciec. - Chybszy on w nogach od nich i zawdy im
się wymknie.
Nałożył
fajkę i znowu począł rozmyślać o złodziejach,
skoblach i zasuwach.
Ale na drugi
dzień w samo południe przyszli przed zagrodę Ślimaka Fryc
Hamer, jego brat Wilhelm i parobek Herman z głową tak
obwiązaną szmatami, że mu ledwie jedno oko było widać.
Stanęli we trzech na gościńcu, a Fryc zaczął
wołać do Owczarza:
- Hej tam!...
Powiedz gospodarzowi, żeby do nas wyszedł. Ślimak
usłyszał krzyk i wybiegł przed wrota, z pośpiechu
zapinając przez drogę pas na koszuli.
- Czego chceta?
- spytał.
- Idziemy ze
skargą do sądu na tego zbója - krzyczał rozgniewany Fryc. - O!
patrzaj, jak pokaleczył Hermana... A tu mam świadectwo felczerskie,
że rany są niebezpieczne - mówił pokazując chłopu
arkusz papieru. - Posiedzi on w kryminale, ten wasz Jędrek.
- Do
bakałarzówny zachciało mu się umizgać!... Będzie
się umizgał za kratą!... - bełkotał niewyraźnie
Herman, bo miał gębę aż dwa razy przewiązaną.
Ślimak
trochę się zafrasował.
-
Wstydzilibyśta się - rzekł - za takie głupstwo chodzić
do sądu. Przecie i Herman dał chłopcu ze dwa razy w pysk, a my
do sądu nie idziemy.
- Aha!
dałem, akurat... - bełkotał Herman. - A gdzie on ma znaki?...
gdzie krew?... gdzie świadectwo felczera?...
-
Poczciwiśta - mówił Ślimak. - Jakeśmy wam wieprza
uratowali, to żaden strażnikowi nie powiedział, że to my.
Ale jak Hermana chłopak przez figle ciapnął patykiem, już
lecita do sądu...
- To chyba
u was wieprz tyle znaczy co człowiek - odparł Fryc. - Ale u nas nie
wolno człowieka kaleczyć... Jak posiedzi w kryminale, oduczy się
rozboju, chamska szyja!...
I poszli
we trzech do gminy.
Po tym
wypadku Ślimak zapomniał o złodziejach, skoblach i zasuwach, ale
począł medytować: co sąd zrobi z Jędrkiem? Często
też wzywał na poradę Owczarza.
- Wiesz
ty, Maciek - mówił - jo se kalkuluję, że jak w sądzie
postawią takiego małego Jędrka przy takim wielgim Hermanie, to
może chłopcu nic nie będzie?
- Pewno, że
mu nic nie będzie - potwierdził parobek.
- Zawdy -
ciągnął Ślimak - ciekawość, jaka go może
spotkać kara za pobicie?
- Jużci
głowy mu nie zdejmą - odparł Owczarz - i nawet nic mu wielkiego
nie zrobią. Pamiętam, że jak Szymon Krawczyk pobił do krwi
Wójcika, to Szymona wsadziły na dwa tygodnie do hareśtu. A jak
Potocka, ta Jędrzejowa, skaleczyła garnkiem Makolągwiankę,
to kazały jej zapłacić śtraf. Ślimak zastanowił
się i rzekł po chwili:
- Jużci
prawda. Przecie i u nas ludzie bijali się, a żaden nie poszedł
do kryminału. Ino boję się, że Niemiec może
kosztowniejszy od chłopa.
- Co by ta
miał być kosztowniejszy, taki niedowiarek.
- Ale zawdy...
Wspomnij sobie, jak to ich sam wachmistrz obchodzi. Nawet z Grzybem nie
będzie ci tak gadał jak z Hamerem.
- Prawda to. Ale
i wachmistrz obejrzawszy się powie wam we śtyry oczy, że Niemiec
- to parch.
- Niemce
mają swego cysorza - rzekł Ślimak.
- Ale ich cysorz
przy naszym to poślednia osoba. Wiem przecie, bo jakem siedział we
śpitalu z jednym sołdatem, on zawdy gadał: "Kudy
jemu!..."
Ostatnia uwaga
nieco uspokoiła Ślimaka. Niemniej wciąż rozmyślał
o karze, jaka może spotkać Jędrka, a w najbliższą
niedzielę razem z żoną i chłopakiem poszedł do
kościoła, aby u ludzi, lepiej obeznanych z sądami,
zaczerpnąć opinii.
W domu
został Owczarz bawiąc się ze znajdą i doglądając
garnków na kominie.
Było
już po południu, kiedy na podwórzu w gwałtowny sposób
zaczął ujadać Burek. Pies szczekał, jakby się kto z
nim drażnił. Owczarz wyjrzał przez okno i pod chałupą
zobaczył obcego człowieka w miejskim odzieniu. Miał on
długi szaraczkowy kubrak i rudy kaptur na głowie, przez co niewiele
mu było widać twarzy.
Parobek
wyszedł przed sień.
- A czego
to?
-
Zmiłujcie się, gospodarzu - odparł obcy - poratujcie nas w
nieszczęściu. Niedaleko za waszą chałupą sanie nam
się zepsuły i nawet nie mogę ich naprawić, bo mi dziś
w nocy siekierę z półkoszka ukradli.
Owczarz
przyglądał mu się z niedowierzaniem.
- Z
dalekaśta? - spytał.
-
Sześć mil stąd. Jedziemy z żoną do familii, jeszcze ze
cztery mile. Dobrej wódki wam dam i kiełbasy, jak mnie poratujecie. Na
wzmiankę o wódce podejrzenia Maćka osłabły.
Pokręcił głową parę razy, przeciągnął
się, ale w końcu, chcąc poratować bliźniego,
zostawił znajdę w izbie i z siekierą poszedł za
wędrowcem.
Rzeczywiście,
niedaleko zagrody stały sanie, zaprzęgnięte w jednego konia przy
dyszlu, a na saniach kuliła się baba, jeszcze lepiej opatulona
aniżeli jej mąż. Zobaczywszy Owczarza baba płaczliwym
głosem zaczęła go błogosławić, podróżny
zaś postąpił o wiele zacniej, bo od razu wypił do
Maćka z dużej flaszki.
Parobek,
wymówiwszy się dla ceremonii, pociągnął z flaszki, aż
mu oczy łzami zaszły, i wziął się do naprawy sanek.
Niewiele było przy nich roboty, może na pół godziny; mimo to
wdzięczność podróżnych dla parobka nie miała granic.
Baba dała Owczarzowi kawał kiełbasy i cztery obwarzanki, a jej
mąż tak się rozczulił, że zawołał:
-
Zjechałem przecie szmat drogi, ale nigdziem nie spotkał tak uczciwego
chłopa jak ty, bracie. Za to - zostawię ci pamiątkę. Nie
masz, bracie, butelki?
- W izbie
może bym i znalazł - odparł Maciek niepewnym z radości
głosem, czując, że mu wódki zostawią.
Podróżny
zepchnął babę z siedzenia i wydobył czarną
butelkę z grubego szkła.
-
Idźmy - rzekł do parobka, - Ty mi za fatygę ofiarujesz kilka
bretnali, na wypadek gdyby się jeszcze raz sanie zepsuty, a ja za
twoją pomoc dam ci taki kordiał, że kiep wódka!... Bo to jest i
wódka w nim, jest i lekarstwo.
Szli
żwawo do chaty, a obcy prawił:
- Zaboli
cię głowa, zaboli cię brzuch - łyknij kielich tego trunku.
Nie możesz spać, czy masz zmartwienie, czy cię febra
trząść zacznie, a ty - łykniesz mojego trunku i jak para
wyjdzie z ciebie choroba. Szanujże ten trunek - mówi podróżny - i nie
dawaj go byle komu, bo to specjał. Jeszcze mój dziad nieboszczyk
nauczył się robić go od zakonników w Radecznicy. Nawet na uroki
ono bez mała takie dobre jak woda święcona.
Dosięgli
zagrody. Maciek wszedł do izby po gwoździe i butelkę, a
podróżny został na dziedzińcu, niedbale rozglądając
się po budynkach i oganiając się przed Burkiem, który
wściekle na niego ujadał. W innym czasie ten psi gniew może zastanowiłby
Owczarza, ale dziś trudno było podejrzywać gościa, który za
niewielką pracę dał mu wódki, kiełbasy i jeszcze
obiecał cudownego trunku.
Wyniósł
tedy parobek z izby pękatą butelczynę i uśmiechając
się podał ją podróżnemu; ten zaś nalał mu z
półtorej kwaterki specjału upominając, aby lada kogo nie
częstował i sam używał tylko w ważnych wypadkach.
Wreszcie
pożegnali się. Obcy pobiegł do sanek, a Owczarz zatkał
swoją butelkę gałgankiem i ukrył w stajni pod
żłobem. Brała go ochota pokosztować bodaj kropelkę
cudownego trunku, ale - zapanował nad sobą pomyślawszy:
"Czy
to raz padnie na człowieka słabość? Lepiej na taki czas
odłożyć."
W tej
okazji Maciek okazał niepospolitą moc ducha, bo jak na
nieszczęście Ślimakowie zasiedzieli się w kościele i
biedak nie miał nawet do kogo gęby otworzyć. Zjadł obiad
bawiąc się przy nim dłużej niż zwykle,
kołysał do snu znajdę, znowu budził i opowiadał jej to
o szpitalu, gdzie mu wyreparowali złamaną nogę, to o
podróżnych, którzy sprawili mu tak hojny poczęstunek. Lecz pomimo
wszelką ostrożność wciąż przychodził mu na
myśl ukryty pod żłobem specjał zakonników z Radecznicy.
Gdzie spojrzał, wszędzie go widział. Pękata butelka
wyglądała spomiędzy garnków na kominie, zieleniła się
na ścianie, błyszczała pod ławą, nieledwie pukała
do okna, a biedny Maciej tylko mrużył oczy i myślał:
"Dać
spokój! przyda się ono na gorsze czasy."
Krótko
przed zachodem słońca Owczarz usłyszał na
gościńcu wesołe śpiewanie. Wybiegł przed wrota i
zobaczył rodzinę Ślimaków powracającą z
kościoła. Byli na górze i zdawało się, że ciemne ich
sylwetki schodzą na śnieg z czerwonego nieba. Jędrek z
zadartą głową i założonymi w tył rękoma
sunął po lewej stronie drogi, gospodyni w granatowej katance
rozpiętej, że było widać koszulę i piersi, szła po
prawej stronie drogi, a gospodarz w czapce na bakier, podkasawszy
ręką sukmanę jak do tańca, rwał naprzód, od prawej
strony gościńca do lewej i od lewej do prawej, śpiewając:
Za
stodołom, za śwagrowom,
Dej mi spokój, bo zawołom,
Jak zawołom: "Dyć się wynoś!..."
Aż usłyszy sam jegomość...
Czy zawołasz, nie zawołasz,
Jak się uprę, nie wydołasz.
Aż
parobkowi zrobiło się przyjemnie od ich wesołości i
śmiał się nie z tego, że za dużo wypili, lecz -
że im tak dobrze było na świecie.
- Wiesz,
Maciek!... - krzyknął Ślimak z daleka, spostrzegłszy
stojącego u wrót - wiesz, Maciek, nic nam Szwaby nie zrobią!...
Dobiegł pędem i ciężko oparł się Owczarzowi na
szyi.
- Wiesz,
Maciek - prawił gospodarz idąc z nim ku izbie -spotkaliśmy na
nabożeństwie Jaśka Grzyba. Hycel chłop, ale dobry!...
Jakeśmy mu powiedzieli, że Jędrek przetrącił Hermana,
to z radości postawił aż kwartę wódki i
przysięgał na szczęśliwe skonanie, że sąd
chłopaka uwolni... A Jasiek zna się, bo on pisał przy kancelarii
i sam nieraz za różne szprynce bywał pod sądem. Ho! ho! on
się zna...
- Jakby
mnie, pary, wsadziły do prochowni, to bym ich spalił;.. - dodał
zaczerwieniony Jędrek.
- Nie
pyskuj! - zgromiła go matka - bo jak się kiedy naprawdę
spalą, na ciebie padnie posądzenie...
W takim
nastroju ducha weszli wszyscy do chałupy i zasiedli do jadła. Ale im
się nie wiodło. Gospodyni podając kapuśniak więcej
wylała go na stół aniżeli w miskę; gospodarz nie miał
apetytu, a Jędrek zapomniał, w której ręce należy
trzymać łyżkę. Przekładał ją z prawej do
lewej, pochlapał sukmanę, oparzył ojcu nogę i w końcu
- poszedł spać. Przykładu jego nie omieszkali
naśladować rodzice i wnet cala rodzina Ślimaków spała jak
zarżnięta.
Owczarz
znowu został samotny nie mając do kogo przemówić i - znowu
przypomniała mu się pękata flaszka pod żłobem. Na
próżno dla rozerwania myśli poprawiał dogasające węgle
w kominie albo wysuwał knot trzeszczącego kaganka. Chrapanie
Ślimaków i jego usposobiło do snu, a unoszący się w izbie
zapach wódki napełniał go tęsknotą. Daremnie
opędzał się przykrym myślom, które jak ćmy nad
światłem krążyły mu nad głową. Ledwie
zapomniał o szpitalu, wnet poczynał go trapić smutek nad
opuszczeniem znajdy; ledwie zapomniał o nędzy dziecka, wnet
napadał go żal nad własną biedą.
- Nie ma co -
mruknął - trza i mnie iść spać... Owinął w
kożuch znajdę i poszedł do stajni. Tu legł na swoim
barłogu, ogrzewany ciepłym oddechem koni, przymykał oczy, ale -
wszystko na nic. Sen nie przychodził, bo na sen było za
wcześnie.
Nareszcie,
przewracając się z boku na bok, mimo woli zawadził
ręką o flaszkę z trunkiem zakonników. Odsunął ją,
ale flaszka z pogwałceniem prawa bezwładności coraz natarczywiej
pchała mu się do ręki. Chciał mocniej wetkać w otwór
gałganek, ale ten został mu w palcach, a kiedy machinalnie
podniósł butelkę do oczu, aby w mroku zobaczyć, co się z
nią dzieje - szyjka dziwnego naczynia skoczyła mu do ust i Maciek
nawet nie myśląc, co robi, pociągnął spory łyk
uzdrawiającego specjału.
Połknął
i skrzywił się w ciemności, bo trunek był nie tylko mocny,
ale jeszcze mdły. Zwyczajnie, lekarstwo.
"Było
się też na co łakomić!" - pomyślał Owczarz i
zatkawszy butelkę wsunął ją głębiej pod
żłób. Zarazem postanowił być na przyszłość
wstrzemięźliwszym i bez potrzeby nie pić trunku, który nie
odznaczał się dobrym smakiem.
Zmówił
pacierz i zrobiło mu się cieplej i spokojniej. Przypomniał sobie
powrót Ślimaków z kościoła i - dziwna rzecz - stanęli mu
jak żywi przed oczyma. Wnet Jędrek gdzieś się podział
(Owczarz nie był w tej chwili pewny, czy w ogóle istniał jaki
Jędrek na świecie!). Ślimak poszedł spać, ale
gdzieś bardzo i bardzo daleko, a została przy nim tylko - gospodyni w
rozpiętej granatowej katance, pod którą widać było kilka
sznurów korali, odchyloną koszulę i białą pierś.
Owczarz
zamknął powieki i jeszcze przycisnął je palcami, aby nie
patrzeć. Mimo to wciąż widział Ślimakową, która
uśmiechała się do niego w dziwny sposób. Nakrył
głowę kożuchem - na próżno. Kobieta wciąż stoi i
patrzy na niego tak, że Maćka ognie przechodzą. Serce zaczyna mu
bić gwałtownie, w żyłach czuje war gorący.
Odwrócił się do ściany, wtem (o straszna godzino!) czuje,
że ktoś jest przy nim i szepce: "Posuń się..."
Posunął się tak, że już nie ma miejsca, lecz mimo to
słyszy znowu ten sam głos, który mówi: "No, posuń
się..." "Gdzież ja się posunę, kiej tu
ściana?" - pyta Maciek... "Posuńże się" -
szepce głos cichy a niecierpliwy i jednocześnie ciepła ręka
obejmuje go za szyję.
Teraz Owczarzowi
wydaje się, że jego barłóg poczyna się z nim zapadać.
Leci... leci... leci... Boże, gdzie on spada?... Nie, on nie spada, on
unosi się w powietrzu, lekki jak pióro, jak dym. Otwiera oczy i widzi nad
śnieżystym wzgórzem niebo ciemne, roziskrzone gwiazdami. Skąd
niebo, przecie on leży w zamkniętej stajni?... A jednak widać
niebo. Jakim sposobem?... Nie, już nie widać, znowu otoczyła go
ciemność. Chce się poruszyć, lecz nie może. Wreszcie -
po co on ma się poruszać, kiedy mu i tak dobrze? Czy jest na
świecie rzecz dla której warto by nawet zgiąć palec? Nie ma
takiej, a raczej jest tylko jedna - sen, który go w tej chwili ogarnia; sen tak
głęboki, że Owczarz nigdy nie chciałby się z niego
obudzić. Ach... ach... ciężko dyszy i zasypia, zasypia,
zasypia...
Ze snu bez
marzeń, który musiał trwać około dziesięciu godzin,
obudziło Maćka wrażenie bólu. Uczuł silne
wstrząśnienie. Ktoś kopnął go w bok, potem w
głowę, później zaczął szarpać za ręce i
targać za włosy wołając:
- Wstawaj,
złodzieju!... wstawaj!...
Owczarz
machinalnie chciał wstać, lecz tylko przewrócił się na
drugi bok. Wówczas uderzenia w głowę i szarpania powtórzyły
się jeszcze gwałtowniej, a jakiś głos przytłumiony
(tak zdawało się parobkowi) wciąż wołał:
- Wstawaj,
ty!... Bodaj cię święta ziemia nie nosiła!... Maciek
podniósł się i usiadł. Ale że raził go blask dnia, a
głowa ciężyła jak kamień, więc znowu
zamknął oczy i oparł brodę na rękach, siedząc.
Począł zbierać myśli i w pierwszej chwili zdawało mu
się, że zagorzał.
Teraz
został uderzony pięścią w twarz raz i drugi. Z
trudnością odchylił powieki i przekonał się, że
bije go - Ślimak. Chłop szalał z gniewu.
- Czego mnie
bijecie? - zapytał zdumiony Maciek.
- Gdzie konie,
ty złodzieju?... - krzyczał Ślimak.
- Konie?... -
mruknął Maciek. Wypełznął na czworakach ze swego
barłogu na powietrze i jeszcze raz powtórzył: - Konie... Jakie
konie?...
Nagle
porwały go wymioty. Nieco oprzytomniał i spojrzał w
głąb stajni. Zdawało mu się, że w niej czegoś brak.
Potarł czoło, jakby chcąc obudzić leniwe myśli i znowu
spojrzał. Stajnia była pusta.
- A gdzie konie?
- zapytał teraz Owczarz.
- Gdzie?... -
krzyknął Ślimak. - Tam, gdzie ich zaprowadzili twoi bracia,
złodzieju!...
Parobek ze
zdumienia rozłożył ręce.
- Ja koni nie
wyprowadzałem - rzekł - przez całą noc nie ruszyłem
się z tela... Chyba cosik mi się stało, bom jest chory...
I zatoczył
się, aż musiał uchwycić ręką za futrynę
stajni.
- Co ty
gadasz?... Udajesz głupiego, czy nie widzisz, że mi konie ukradli?...
- mówił kipiący gniewem Ślimak. - A przecie ten, co kradł,
musiał bramę otworzyć i przez ciebie stworzenia
przeprowadzać.
- Nikt bramy nie
otwierał, nikt przeze mnie koni nie wyprowadzał, niech mnie Bóg
skarze! - mówił Owczarz bijąc się w piersi. I rozpłakał
się.
W tej chwili zza
stodół nadbiegli Jędrek i Ślimakowa.
- Tatulu! -
wołał chłopiec - za płotem leży Burek
zdechnięty...
- Struły go
złodzieje - dodała kobieta - bo pies toczył pianę...
Aż mu na pysku zamarzła.
Owczarz nie
mogąc stać usiadł na progu stajni.
- A dyć i
temu coś się stało - odparł Ślimak - bo jest jak
nieprzytomny. Ledwiem go dobudził... I jeszcze dostał choroby...
- Śmierci
niech doczeka! - krzyknęła Ślimakowa wygrażając
pięścią. - Spal w stajni i dał konie ukraść...
Bodaj go ziemia wyrzuciła, kiedy zdechnie!
Jędrek
obejrzał się za kamieniem chcąc rzucić w Owczarza, ale -
zatrzymali go rodzice. Przypatrzywszy się lepiej parobkowi, dostrzegli w
nim uderzające zmiany. Miał twarz popielatą, usta blade jak
nieboszczyk i zapadnięte oczy.
- Może i
jego otruli? - szepnęła gospodyni.
Ślimak
wzruszył ramionami, niepewny, co odpowiedzieć. Wreszcie
zaczął badać parobka: czy kto nie był wczoraj w zagrodzie
podczas ich nieobecności i czy go nie częstował?
Powoli i z
trudnością, nic jednak nie ukrywając, opowiedział im Maciek
o podróżnym, któremu naprawiał sanie, tudzież o trunku
księży zakonników z Radecznicy i zakończył szlochając:
- Jużci
zadali mi jakiegoś paskudnego ziela, ażeby konie wyprowadzić...
Ślimak,
zamiast ulitować się, znowu wpadł w gniew.
- Aleś ty
wziął od niego trunek - wołał - i piłeś go?... I
nie przyszło ci do myśli rozpowiedzieć mi o tym, jakeśmy
wrócili z nabożeństwa... Co?...
- Cóżem ja
miał woma gadać - odparł Maciek - kiej sami by lista
odrobinę zaprószeni?...
- Tobie nic do
tego! - wrzasnął Ślimak. - Twoje psie prawo nie patrzyć,
czym ja pijany, ale kiedym się upił, jeszcze lepiej pilnować...
Takiś sam złodziej jak i tamci, nawet gorszy, boś mnie
zdradził, choć przygarnąłem cię, kiedy
zdychałeś z głodu...
- Oj! nie
gadajcie tak... - jęknął Owczarz. Zsunął się z
progu i upadł do nóg Ślimakowi.
- Mam u was -
szlochał - kilka rubli zasług... Mam kożuszynę,
sukmaninę i skrzynkę... Zabierzcie to, ale nie mówcie, żem was
zdradził... Przecie pies nie był ode mnie wierniejszy, a także
go otruli...
Ale zacięty
Ślimak odepchnął go.
- Nie zawracaj
mi głowy! - mówił gniewnie. - Skrzynkę mi daje i swoje
zasługi, a konie były warte z osiemdziesiąt rubli... Bez
cały rok nie zebrałem tyle, żeby sobie nowe kupić...
Osiemdziesiąt rubli, o Jezu!... Osiemdziesiąt rubli muszę
wydać bez tego hycla... Żebyś ty był moim rodzonym
dzieckiem, nie dopiero przybłędą, jeszcze bym ci nie
darował... Oba chłopcy, choć moi synowie, tyle mnie nie
kosztowali...
Gniew jego
wzrastał. Chłop trząsł się, ściskał
pięści i wołał:
- Co ja się
wreszcie mam frasować! Zgubiłeś konie - odnajdź ich, a nie,
to cię zaskarżę do sądu jak złodzieja... Idź,
gdzie chcesz, szukaj, jak chcesz, ale bez koni na oczy mi się nie pokazuj,
bo moja śmierć albo twoja!... Takeś mi obmierzł za tę
zbrodnię, że jeszcze chwycę siekierę i łeb ci
rozwalę... A i tego szczeniaka zabierz, bękarta Zośki, bo tu
zdechnie - idźta se precz!... Wrócisz z końmi - wszystko ci odpuszczę.
Ale jak masz wracać bez koni, to się lepiej powieś, byłeś
mi już nigdy nie stanął na oczach...
- Będę
szukał - zawołał Maciek i drżącymi rękoma
począł wciągać stary kożuch. - Może mi Pan Bóg
dopomoże...
- Diabła
proś, żeby ci dopomógł, kiedyś taki podlec, że mienia
mnie pozbawiasz! - mruknął Ślimak i odwrócił się
idąc do chaty
- A
skrzynkę zostaw - rzekł Jędrek.
-
Wypłacił się nam za nasze dobre serce! - dodała gospodyni
ocierając oczy fartuchem.
I wszyscy
troje poszli do izby. Ani jedno nie rzuciło na Maćka łaskawego
spojrzenia, choć opuszczał ich może na zawsze.
Maciek
został sam, powoli gotując się do drogi. Ubrał znajdę
w swoją kamizelkę, owinął w kawałek sukmany, a potem w
płachtę. Sam przepasał się pasem i wyszukał na
dziedzińcu grubego kija.
Głowa
go bardzo bolała i czuł taki brak sił, jak po
najcięższej chorobie. Ale mógł myśleć i
wyrozumieć położenie. Nie gniewał się na Ślimaka,
że go pobił i wygnał z domu, bo jużci gospodarz miał
rację; nie lękał się, że od tej chwili nie ma dachu
nad sobą, bo tacy jak on nie posiadają go nigdy. Nie troszczył
się o przyszłość dla siebie i sieroty, bo świat
wielki, a Pan Bóg jest wszędzie. Za to męczył go inny żal:
za skradzionymi końmi.
Konie dla
Ślimaka były maszynami roboczymi, ale dla Owczarza -
przyjaciółmi i braćmi. Kto za nim tęsknił na tym
świecie, kto szczerze witał wchodzącego do stajni albo
żegnał wychodzącego, jeżeli nie Wojtek i Kasztan? Tyle lat
byli razem, cierpieli biedę, pomagali sobie, rozweselali się w
samotności, i oto dziś - już nie ma tych przyjaciół!
Ktoś ukradł ich, wywiódł na nędzę, a on, Owczarz, pozwolił
na to...
Maćkowi
zdawało się, że słyszy ich rżenie. Zmiarkowały
nieboraki, co im jest, i wzywają parobka na pomoc. "Idę!
idę!" -mruknął. Wziął zawiniętą
dziewczynę na jedną rękę, kij w drugą i poszedł
kulejąc za stodoły. Nie obejrzał się na chatę; napatrzy
się, kiedy powróci z końmi.
Za
stodołą zobaczył rozciągniętego Burka, ale nie
miał czasu myśleć o nim, bo oto spostrzegł ślady koni,
wyciśnięte w śniegu jak w wosku. Tu znać duże kopyto
Kasztana - tu zepsute kopyto Wojtka, a tam - wsiedli na nich złodzieje i
pojechali stępa. Jacy pewni swego, jacy bezpieczni! Ale owczarz znajdzie
was, choć kulawy i osłabiony, bo w nim już ocknęła
się chłopska zawziętość. Żebyście uciekli na
kraj świata, on pójdzie na kraj świata; żebyście wkopali
się w ziemię, on rękami wykopie ziemię; żebyście
wylecieli do nieba, on trafi i do nieba i poty będzie milcząc
stał u wrót, poty swoją pokorą będzie naprzykrzać
się świętym, aż rozbiegną się po niebie i konie
mu wydadzą.
Ślady
z pola skręciły na gościniec wiodący do wsi kościelnej,
ale bynajmniej nie znikły. Maciek widział je doskonale i czytał
z nich całą historię wędrówki. Tu Kasztan potknął
się, tu spłoszony Wojtek zeskoczył z drogi, a tu złodziej
zsiadł z Kasztana i poprawił na nim uzdę. Panowie ci
złodzieje! chodzą kraść w nowych butach; szlachcic nie
powstydziłby się jechać w takich na polowanie...
Pod
wsią kościelną poznał Maciek, że złodzieje
zboczyli z gościńca, a co gorsza każdy w inną stronę:
ten, co jechał na Kasztanie - w prawo, ten co na Wojtku - w lewo. Owczarz
pomedytowawszy chwilę skręcił na lewo; może dlatego,
że ślad Wojtka był znaczniejszy, a może - więcej
kochał tę szkapę.
Około
południa, wciąż idąc za odciskami kopyt znalazł
się Maciek niedaleko wsi, gdzie mieszkał sołtys Grochowski, kum
Ślimaka. Ponieważ nakład drogi nie był wielki, więc
Maciek wstąpił do Grochowskiego licząc, że im
jeść dadzą, bo już był głodny, a i sierota
popłakiwała na ręku.
Znalazł
sołtysa w chacie, akurat, gdy mu wymyślała żona - tak
sobie, bez powodu. Olbrzymi chłop, siedząc na ławie pod
ścianą, oparł jedną rękę o stół, drugą
na oknie i słuchał kobiecego ujadania z taką powagą, jakby
mu w gminie raport czytano. Powaga jednak nie była szczera, bo ile razy
żona schowała głowę między garnki na kominie.
Grochowski przeciągał się i ziewał albo
zaciśniętą pięścią bił się w łeb
krzywiąc się tak brzydko, jakby mu owo gadanie od dawna
obmierzło.
Przy
obcych żona folgowała sołtysowi, aby nie wystawiać na
szwank jego urzędu. Toteż Grochowski z ukontentowaniem
przyjął Owczarza; kazał mu podać gorącej strawy, a
dziecku mleka. Gdy zaś jeszcze doniósł parobek, że
Ślimakowi skradziono konie i że on, Maciek Owczarz, idąc za
śladem złodziejów wstąpił po radę do swego
sołtysa, Grochowski - poczęstował go wędzonką i
wódką. Gotów był nawet pisać protokół; na
nieszczęście, jak mówił, zabrakło mu w izbie
urzędowych statków i papieru.
Swoją
drogą wziął Maćka na sekretną rozmowę do
alkierza, gdzie z godzinę szeptali. Okazało się, że
Grochowski od dawna tropi złodziejską bandę, a nawet zna jej
dowódców; zrobić im jednak nic nie może, bo żadnego nie
złapał na uczynku, a co gorsza, jakieś silne wpływy
krępują mu ręce. Powiedział on Maćkowi nazwisko
podróżnego, który za naprawę sani tak go wczoraj uczęstował
trunkiem zakonników radecznickich, a nadto objaśnił, że
jadąca z nim baba, niby żona, nie jest ani babą, ani
żoną, ale bratem Joselowego szwagra, przebranym w kobiece szmaty.
Zrozumiał
też Maciek, dlaczego wczoraj młody Grzyb z taką ochotą
podejmował oboje Ślimaków we wsi kościelnej po
nabożeństwie, że wrócili pijani, ale - przysiągł
sołtysowi, że do czasu pary z ust o tym nie puści.
- Przed
sądem - kończył Grochowski - nic nie zrobimy hyclom, ale sami -
damy im radę, byle ino ich na ustroniu przydybać, a najpierwej
wszystkich odkryć. I konie się znajdą, niech cię o to
głowa nie boli.
Owczarz
objął go za nogi i rzekł:
- Wszystko
zrobię, co każecie, sołtysie, choćbym miał
śmiercią nałożyć.
- Zrób tak
- odparł sołtys. - Za śladem koło mojej chałupy nie ma
co iść, bo ja już wiem, że on prowadzi do Joselowego szwagra.
Ale ciekawi mnie tamten drugi ślad, na prawo od gościńca, bo on
może zawiedzie nas do którego z kolonistów, a może do onego
Żyda, co resztek lasu pilnuje. Idźże se ty, bracie, tamtym
śladem, najdalej jak będziesz mógł; a jeżeli gdzie trafisz,
daj mi zara znać. Do jutra powinieneś tu być z powrotem, bo
gniazdo złodziejskie nieduże.
- I
odbierzemy konie?... - spytał Maciek.
- Z
bebechów im wyciągniemy! - odparł sołtys, a oczy groźnie mu
błysnęły.
Było
około drugiej, kiedy Maciek począł żegnać się
odchodząc. Grochowski napomknął, że dobrze byłoby
sierotkę zostawić w izbie, ale żona jego tak się
obruszyła, iż umilknął. Znowu więc Owczarz
zawinął dziewczynę w kawał sukmany i w płachtę,
posadził ją na lewej ręce, kij wziął w prawą i
poszedł.
Wróciwszy
do gościńca od razu odnalazł ślady Kasztanka i po godzinnym
chodzeniu zmiarkował, że stajnia złodziejów musi być
gdzieś blisko, w okolicy, bo ślad biegł bałamutnie. Z
początku oddalał się od gościńca, potem
zbliżył się do niego, znowu oddalał, skręcał do
lasu, a nareszcie wpadł między jary, z drugiej strony kolejowego
nasypu. Mróz ściskał coraz tężej, ale zadyszany Maciek nie
czuł zimna; po niebie od czasu do czasu przelatywały chmury, a na
ziemię to sypał śnieg, to ustawał; ale Maciek szukał
tym pilniej, lękając się, aby nie zatarło śladów.
Szedł wciąż, patrzył pod nogi i nawet nie zważał,
że robi się ciemno, a śnieg sypie coraz częściej i
gęstszy.
Bardzo
zmęczony chwilami przysiadał, ale na krótko, bo zdawało mu
się, że słyszy rżenie Kasztanka. Raz nawet odezwało się
coś tak głośno (może w jego zbolałej głowie),
że porzucił ślad i zebrawszy resztę sił
począł iść na przełaj za głosem. Im prędzej
biegł, tym wyraźniej rżało; więc wdzierał
się na wzgórza, zsuwał z drugiej strony, mocował się z
zatrzymującymi go krzakami, padał, podnosił się i
szedł, wciąż szedł za głosem.
W
końcu rżenie umilkło, a wtedy Maciek spostrzegł, że
jest między jarami, po kolana w śniegu, i że zapadła noc.
Z wielkim
trudem wdrapał się na wzgórze, aby rozpoznać okolicę i nie
zbłądzić. Ale zobaczył tylko śnieg, tu i owdzie
popstrzony krzakami. Śnieg na prawo, na lewo, śnieg za nim, przed nim
i pod nim - a wokoło ciemność. Spoza chmur nie wygląda ani
jedna gwiazda, nawet na zachodzie zgasły wieczorne zorze. Nic, tylko
ciemność i śnieg poplamiony czarnymi krzakami.
Spróbował
zejść ze wzgórza. Tu - wydało mu się zbyt spadzisto, tam
było za wiele gąszczu. W końcu trafił na wygodniejsze
zejście, macając kijem postąpił parę kroków naprzód i
- runął z wysokości kilku łokci. Prawdziwe
szczęście, że śniegu w tym miejscu leżało po pas;
inaczej zabiłby się razem z dzieckiem.
Przestraszona
sierotka zaczęła cicho szlochać (głos miała zawsze
słaby), a do Maćkowego serca zakołatał niepokój.
"Zbłądzić,
nie zbłądziłem - myślał - bo to przecie znana okolica,
nasze jary. Ale jak z nich wyjść?..."
Znowu
począł iść, ale już wąwozami mając
śniegu to po kolana, to po kostki, to wyżej kolan. Szedł z
pół godziny, aż trafił na miejsce wydeptane.
Przykląkł, obmacał ręką i poznał, że to jego
własne ślady.
- To ci
dopiruj mylna droga! - mruknął i skierował się w inny
korytarz wąwozów. Znowu szedł przez kilka pacierzy i znalazł
jakby wykopisko w śniegu pod górą. Obmacał ręką
ścianę góry i formę jamy i pomiarkował, że jest to
miejsce, gdzie niedawno upadł z urwiska.
Wytężył
ucho, bo zdawało mu się, że słyszy szmer. To krzaki
szeleszczą mu nad głową. Tam w górze zerwał się wiatr
i naganiał chmurę sypiąc śnieg drobny, lecz ostry, który
ciął go po rękach i po twarzy jak rój komarów.
"Czyby
już ostatnia godzina nadeszła?..." - pomyślał. - I
-ni... - szepnął - przecie muszę pierwej kunie
znaleźć, żeby mnie za złodzieja nie mieli.
Otulił
sierotę, która bez względu na ruch i niewygodę twardo mu na
rękach zasnęła, i począł iść wąwozem
bez celu, aby tylko iść.
- Nie
głupim siadać - mruczał - bo niechbym ino usiadł,
zmarznę, a przecież kuni u złodziejów nie zostawię...
Ostry
śnieg padał coraz gęściej i ubielił Maćka od stóp
do głów. Słysząc wiatr szumiący po wierzchołkach
wzgórz chłop cieszył się, że go zawiejka nie spotkała
na polu, tylko w jarach, gdzie zawsze jest trochę cieplej.
- Nawet
wcale jest ciepło - ale zawdy nie siądę, ino przechodzę do
rana, boby m zmarzł.
Było
jeszcze daleko do północka, kiedy Owczarzowi nogi odmówiły
posłuszeństwa; nie mógł już nimi śniegu
odgarnąć. Więc stanął i począł dreptać
w miejscu. Ale że i dreptanie zmęczyło go, więc
zbliżył się do jakiegoś urwiska i oparł się
plecami o glinianą ścianę.
Punkt ten
zdawał mu się wybornym. Był trochę wzniesiony nad
wąwóz, posiadał niewielkie wgłębienie, akurat na
człowieka; ze wszystkich stron otaczały go krzaki, więc nawet
śnieg nie bardzo dokuczał. Na domiar zalet tego miejsca, gdy mu
się raz nogi obsunęły, poczuł Maciek, że na prawo, w
zagłębieniu, jest jakby szeroki kamień, tej wysokości co
stołek.
"Siąść,
nie siądę - myślał - bobym zmarzł. Ale
przysiąść można. Co prawda - dodał w sobie po chwili -
na mrozie to ino spać się nie godzi i ligać, ale siedzieć
nie jest rzecz szkodliwa."
Usiadł tedy
śmiało, pociągnął czapkę na uszy, mocniej
zawinął sierotę, która wciąż spala, i rozmyślał,
że - jak chwilę tu odpocznie, to chwilę podrepcze, znowu
odpocznie, znowu podrepcze i tak doczeka rana.
"Byle ino
nie zasnąć" - mruczał.
W tym
zagłębieniu śnieg już go nie dosięgał, a nawet
zdawało się, że jest trochę cieplej na dworze. Maćkowi
zmarznięte nogi odtajały, a zamiast zimna czul, że mu coś
chodzi po podeszwach jakby mrówki. Mrówki owe przełazłszy między
palcami poczęły szemrać po całej stopie; potem weszły
na złamaną nogę, później na zdrową i
dosięgły kolan.
Nie wiadomo
skąd jedna taka mrówka poczęła mu chodzić po nosie.
Chciał ją zrzucić, ale wnet cały ich rój usiadł mu na
tej ręce, gdzie spała znajda, a potem na drugiej. Owczarz nie
spędzał ich, raz, że chodzenie to nie pozwalało mu
zasnąć, a wreszcie - że robiło mu przyjemność.
Aż uśmiechał się czując, że figlarny owad
sięga mu do pasa i bynajmniej nie pytał: skąd się mrówki
wzięły? Wiedział przecie, że siedzi w jarach, między
krzakami, gdzie o mrowisko nietrudno, a o zimie jakoś - zapomniał.
"Byle ino
nie zasnąć... Byle nie zasnąć" - powtarzał. Ale
nareszcie przyszło mu na myśl: dlaczego nie zasnąć? Jest
noc, jest przecie w stajni... Tak, jest w stajni, lecz zaraz mają tu
przyjść złodzieje. Więc Maciek czeka na nich z okrutnym
kijem w garści i ażeby nie zaspać, nie kładzie się,
lecz siedzi na pieńku.
Oho!...
słychać szepty... Już idą złodzieje. Już nawet
otworzyli bramę stajni i widać śnieg na dziedzińcu. Maciek
tuli się do ściany i ściska swój kij... To im da!...
Ale
złodzieje pomiarkowali widać, że Maciek czuwa, i odeszli.
Bogać tam odeszli! naprawdę uciekli i pędzą, aż
szumi... Owczarz roześmiał się i pomyślał, że
już teraz może zasnąć, a przynajmniej zdrzemnąć
spokojnie. Poprawił się na siedzeniu, wtulił się w kąt
i obu rękoma przycisnął znajdę do piersi, aby mu nie
spadła. Potrzebuje tylko chwili snu, gdyż jest bardzo znużony.
Potem zaraz obudzi się, bo ma coś robić; ale co?...
"Co ja
miałem robić?... - marzył. - Orać?... - Ni - przecie
już zorane... Kunie napoić?... Jużci, że kunie..."
Po północy
wiatr rozegnał chmury i na niebie ukazał się skrawek
księżyca. Mdły jego blask padł prosto w oczy Maćkowi,
ale chłop - nie ruszył się. Wkrótce księżyc
schował się za wzgórza, nadciągnęły nowe chmury ze śniegiem,
ale Maciek jeszcze się nie ruszył. Siedział we
wgłębieniu góry, z głową opartą o ścianę,
obejmując rękoma znajdę.
Nareszcie
słońce wzeszło, ale Maciek i teraz nie ruszył się.
Zdawało się, że zdziwiony patrzy na plant drogi żelaznej,
która leżała o kilkadziesiąt kroków od niego.
Słońce
stało wysoko, kiedy na plancie kolei ukazał się dróżnik.
Spostrzegł chłopa, i zawołał; ale że Maciek
milczał, więc dróżnik zbiegł z nasypu i zbliżył
się do siedzącego. Obszedł go z daleka, krzyknął
parę razy: "Hej! hej! ociec, czyście się upili?..." -a
nareszcie, jakby nie wierząc własnym oczom, wszedł w
zagłębienie wzgórza i dotknął Maćka ręką.
Twarz
chłopa była twarda jak wosk i twarz dziecka była twarda jak
wosk; szron siedział na rzęsach chłopa, a na ustach dziecka
szkliła się zamarznięta ślina.
Dróżnikowi
ręce opadły ze zdziwienia. Chciał krzyczeć, ale
widząc, że jest sam, zwrócił się i począł
pędem uciekać w stronę, skąd przyszedł. Zaraz za
wzgórzem widniały wesoło ścielące się po niebie dymy
tej wsi, gdzie była kancelaria gminna. Tam pobiegł dróżnik.
W parę
godzin sprowadził sanie z sołtysem i strażnikiem i zabrano
zwłoki. Ale że Maciek zmarzł, jak siedział, i nie
można mu było z powodu dużego mrozu ani rąk otworzyć,
oni nóg wyprostować, więc włożono go na furę, jak był.
I tak jechał, i tak zajechał do kancelarii gminnej, niby siedząc
z dzieckiem na ręku, z głową opartą o tylną
poręcz sanek, z twarzą zwróconą do nieba, jak gdyby,
skończywszy z ludźmi rachunki. Bogu opowiadał swoje krzywdy i
nędzę.
Gdy
żałosny kondukt stanął na miejscu, przed kancelarią
zebrała się garść bab i chłopów, paru Żydków, a oddzielnie
od nich wójt, pisarz i sołtys Grochowski. Grochowski, który od razu
domyślił się, kto to zmarzł z dzieckiem, poznał
Owczarza i markotny opowiedział zebranym historię parobka.
Słuchając
ludzie żegnali się, baby jęczały, nawet Żydki
pluły na ziemię, a tylko Jasiek Grzyb, syn bogacza Grzyba, palił
sześciogroszowe cygaro i uśmiechał się. Trzymał
ręce w kieszeniach barankowej kurtki, wystawiał naprzód to
jedną, to drugą nogę, ozutą w buty wyżej kolan,
dymił cygarem i uśmiechał się. Chłopi patrzyli na niego
z niechęcią, mrucząc, że nawet dla śmierci nie ma
uszanowania. Ale baby, choć zgorszone, nie miały do niego
nienawiści, bo chłopak był jak malowanie. Wysoki, barczysty,
zgrabny, na twarzy krew z mlekiem, oczy jak chaber, wąsy i bródka blond
jak u szlachcica. Rządcą mógł być tak śliczny
chłopak albo choć gorzelanym, a tymczasem ludzie szeptali między
sobą, że jest to hycel, który kiedykolwiek zginie przy drodze.
- Musi, że
Ślimak niedobrze zrobił, co wygnał nieboraków na taki ziąb
- odezwał się wójt, uważnie obejrzawszy zwłoki.
- Jużci
niedobrze - zaszemrały baby.
- No,
zeźlił się, bo mu konie ukradli - wtrącił jeden z
chłopów.
- Konie mu
się i tak nie wrócą, a co dwie dusze zgubił, to zgubił! -
krzyknęła starsza z bab.
- Od Niemców
tego się nauczył! - dodała druga.
- Sumienie
będzie go gryzło do śmierci! - rzekła trzecia.
Grochowskiemu było coraz markotniej, więc odezwał się:
- I... nie tyle
go ta Ślimak wygnał, ile on sam rwał się, żeby
wytropić złodziejów, co nam konie kradną...
I brzydko,
choć nieznacznie spojrzał na Jaśka Grzyba, który
odzerknąwszy mu, odciął:
- Tak
będzie z każdym, co się nadto za koniarzami ugania. Ich nie
połapie, a sam zginie.
- Przyjdzie i na
nich termin -,rzekł Grochowski.
- Nie
przyjdzie!... Bo to jakieś pary sprytne - odparł Jasiek Grzyb.
- Da Bóg,
że przyjdzie - upierał się Grochowski.
- Nie gadajcie
tak głośno, bo i was kiedy okradną - zaśmiał się
Jasiek.
- Może i
okradną, ale niech Boga proszą, żeby na mnie twardy sen
spuścił.
W czasie tej
rozmowy strażnik odszedł do kancelarii, pisarz gminny z wielką
uwagą oglądał nieboszczyków, a wójt krzywił się, jakby
pieprz gryzł. Wreszcie odezwał się wskazując na sanie:
- Trza tych
nieszczęśników od razu zawieźć do sądu. Tam je
naczelnik, felczer i niech se robią z nimi, co wypada... Jedź, stójka
- zwrócił się do właściciela sani - a ja was z pisarzem
dogonię. Pierwszy raz zdarzyło mi się, żeby w gminie tak
zamarzli...
Właściciel
sani poskrobał się w głowę, ale musiał
słuchać -Wreszcie do sądu było ledwie parę wiorst.
Wziął więc lejce do ręki i zaciął konie, sam obok
sanek idąc piechotą i nie bardzo oglądając się na
swoich pasażerów. Wraz z nim poszedł sołtys i jeszcze jeden
chłop, który miał w sądzie sprawę o zepsucie wiadra u
cudzej studni. Strażnik widząc, że już ruszyli, wybiegł
z kancelarii i dopędził ich konno.
W tym czasie,
kiedy wójt z gminy wyprawił do sądu nieboszczyków, powiat ciupasem
odsyłał gminie "głupią Zośkę". W
parę miesięcy po zostawieniu dziecka na opiece Owczarza Zośka
dostała się do więzienia. Za co? - jej nie było wiadomo.
Zarzucano zaś jej żebraninę, włóczęgostwo,
nierząd, zamiar podpalenia i po odkryciu każdego nowego występku
przeprowadzano ją z więzienia do aresztu, z aresztu do
więzienia, z więzienia do szpitala, ze szpitala znowu do aresztu, i
tak przez cały rok.
W
wędrówkach tych Zośka zachowywała się całkiem
obojętnie. Tylko gdy ją przeprowadzono do nowego lokalu, przez kilka
pierwszych dni troszczyła się: czy dostanie robotę?
Następnie wpadała w apatię i większą
część doby przesypiała albo na tapczanie, albo pod
tapczanem, albo w korytarzu, albo na podwórku więziennym. Zresztą
było jej wszystko jedno.
Niekiedy
budziła się w niej tęsknota do swobody i myśl o porzuconym
dziecku, a wówczas wpadała w furię. Raz w takim stanie nie jadła
przez tydzień, drugi raz chciała się obwiesić na chustce, a
za trzecim razem o mało nie podpaliła więzienia. Oddano ją
więc do szpitala i wyleczywszy zastarzałą ranę w nodze, po
upływie kilku miesięcy (w ciągu których poznała parę
nowych więzień) odesłano na miejsce urodzenia, pod dozór.
Szła tedy
Zośka z powiatu do rodzinnej ziemi, pod opieką dwu chłopów, z
których jeden niósł o niej pismo, a drugi mu towarzyszył. Szła
gościńcem mając na jednej nodze but, a na drugiej sandał,
na grzbiecie dziurawą sukmanę, a na głowie chustkę jak
rzeszoto. Ani silny mróz, ani widok znanej okolicy nie wywierały na niej
wrażenia. Patrząc przed siebie nie wiadomo na co, podkasała
sukmanę, wysunęła się przed swoich dozorców i szła
tęgim krokiem, jakby jej do domu było spieszno. Gdy nadto
wybiegła naprzód, dozorca wołał za nią: "A co tak
lecisz?" Wówczas zatrzymywała się i stała jak słup na
gościńcu, dopóki znowu iść nie kazano.
- Musi, że
ona zupełnie głupia - rzekł jeden z towarzyszących jej
chłopów, ten, co niósł pismo z powiatu.
- Taka zawdy była,
choć do prostej roboty nie najgorsza -odparł drugi, który
Zośkę znał od dawna, bo pochodził z tej samej gminy.
I znowu
poczęli rozmawiać o czym innym. Do kancelarii gminnej nie było
dalej jak wiorsta i spoza śnieżystego wzgórza już
przeglądały ciemne kominy chałup, kiedy naprzeciw Zośki i
jej dozorców ukazał się konny strażnik, a za nim sanki ze
zwłokami Owczarza i dziecka. Zośka, wciąż idąc
naprzód, wyminęła korowód, ale dozorcy spostrzegłszy
niezwykłe widowisko zatrzymali ją i poczęli rozmawiać z
sołtysem.
- O la Boga! -
zawołał jeden - a cóż to za nieszczęśnik?
- Owczarz,
parobek Ślimaka - odparł sołtys. - Zośka! -zwrócił
się do konwojowanej - a dyć to twoja dziewucha z Owczarzem!
Zośka
zbliżywszy się do sani poczęła zrazu obojętnie
przypatrywać się zwłokom. Powoli jednak spojrzenie jej
nabrało ludzkiego wyrazu.
- Co to na nich
padło? - rzekła.
- Zmarźli.
- Czegóż
oni zmarźli?
- Bo ich
Ślimak wygnał z domu.
-
Ślimak?... Ślimak wygnał z domu?... - mówiła
przebierając bezmyślnie palcami. - Jużci to Owczarz, a to...
musi, że moja dziewucha... Moja!... ino trochę od tych czasów
urosła... Słyszał kto, żeby zaś takie dziecko
zamrozić?... No, prawda, że jej od razu zły koniec był
sądzony... Jak mi Bóg miły, tak, to moja dziewucha!.... Patrzajta
się!... Moja dziewucha, no - i utrupili ją... Chłopi
kiwając głowami przysłuchiwali się gadaniu Zośki.
Wreszcie odezwał się sołtys:
- Trza nam w
drogę, bywajta zdrowi. Jedźta, kumie Marcinie.
Kum Marcin
zebrawszy lejce podniósł w górę bat, a w tej samej chwili Zośka
poczęła wsiadać na sanie, do nieboszczyków.
- Co ty robisz?
- krzyknął dozorca i schwycił ją za sukmanę.
- Przecie to
moja dziewucha! - zawołała Zośka rwąc się na sanki.
- Co z tego,
że twoja? - rzekł sołtys. - Tobie inna droga, a jej inna...
- Moja dziewucha!...
moja dziewucha!... - poczęła krzyczeć Zośka trzymając
się oburącz sani.
Konie nagle
ruszyły i Zośka upadła na śnieg; ale schwyciła
się płozów i sanie pociągnęły ją za sobą.
- O, nie
wariowałabyś! - zawołał dozorca i pobiegł za
Zośką z sołtysem i swoim towarzyszem.
- Moja
dziewucha!... Dajcie mi moją dziewuchę!... - krzyczała szalona
nie wypuszczając płozów.
Chłopi
ledwie ją oderwali, a sanie ruszyły. Chciała podnieść
się i biec za dzieckiem, ale jeden z dozorców przykląkł jej na
nogach, a drugi schwycił za ramiona.
- Co ci z tego,
głupia? - perswadowali. - Przecie dziecka nie ożywisz...
- Moja
dziewucha!... Ślimak ją zamroził!... Bodaj go Bóg
skarał!... Bodaj on tak zmarzł!... - krzyczała Zośka
wyrywając się dozorcom.
W miarę
jednak oddalania się sani głos jej cichnął, sina z gniewu
twarz przybierała barwę miedzianą, a blaski oczu przygasły.
W końcu
uspokoiła się i wpadła w zwykłą apatię. Gdy
zaś i szmer odjeżdżających ucichnął,
podniosła się ze śniegu i obojętna, jak pierwej, tęgim
krokiem poczęła iść ku gminnej kancelarii, niekiedy
ciężko wzdychając.
- Już
zapomniała - mruknął chłop niosący za nią
papiery.
- Inny raz to
głupiemu najlepiej na świecie - odparł jego towarzysz.
Potem obaj
umilkli przysłuchując się skrzypiącemu pod nogami
śniegowi.
|