|
W pół
godziny spasione konie proboszcza stanęły przed zagrodą
Ślimaka. Ksiądz zapalił wydobytą spod kozła
latarkę i ze światłem w jednej, a koszykiem w drugiej ręce,
poszedł do stajni.
Pchnął
drzwi nogą i zobaczył trupa Ślimakowej; Spojrzał w prawo -
na barłogu siedział chłop przysłaniając oczy od
blasku.
- Kto to?
- spytał Ślimak.
- Ja,
proboszcz.
Chłop
zerwał się z ziemi i zarzucił na ramiona kożuch. Na twarzy
jego widać było zdumienie; nie mógł zrozumieć, co się
dzieje. Chwiejnym krokiem przeszedł próg i stanąwszy naprzeciw
księdza przypatrywał mu się z otwartymi ustami.
- Czego tu
chceta, jegomość? - rzekł cichym głosem.
-
Przynoszę ci błogosławieństwo boskie. Wdziej kożuch,
bo zimno, i pokrzep się - odparł ksiądz. Ustawił kosz na
wysokim progu stajni i począł wydobywać chleb, mięso i
butelkę miodu.
Ślimak
zbliżył się do proboszcza, spojrzał mu w twarz,
dotknął rękoma futra i nagle upadł mu do nóg
szlochając:
- Jaki ja
biedny, mój jegomość... jaki ja biedny... Oj! jaki ja biedny...
-
Benedicat te omnipotens Deus - błogosławił go proboszcz. Ale
wnet, zamiast przeżegnać, ujął go w ramiona i usiadł z
nim na progu. I tak siedzieli długą chwilę - nędzny,
płaczący chłop w objęciach eleganckiego księdza.
- No, uspokój
się, bracie... będzie dobrze... Bóg nie opuszcza swoich dzieci...
Pocałował
go i otarł mu łzy. Ślimak z rykiem upadł mu do nóg po raz
drugi.
- Niechże
już zginę... - szlochał. - Niech pójdę do piekła za
moje grzechy, kiej mnie takie szczęście spotkało, że sam
jegomość ulitowaliście się nade mną... A czy ja wart
Tego, ady żebym ja sto lat żył, żebym na kolanach do Ziemi
Świętej poszedł, to jeszcze się nie
odsłużę...
Odsunął
się na klęczkach i bił czołem w ziemię u nóg
księdza, jak przed ołtarzem. I dużo czasu
upłynęło, nim proboszcz zdołał go o tyle
uspokoić, że chłop podniósł się i wdział
kożuch.
- Napij się
- rzekł ksiądz podawszy mu kielich miodu.
- Kiej nie
śmiem, mój serdeczny jegomość...
- No, więc
ja piję do ciebie - i dotknął ustami kielicha. Ślimak
ujął miód drżącymi rękoma i, znowu
uklęknąwszy, z trudnością wypił.
- Cóż,
smakuje ci? - zapytał ksiądz po chwili.
O, dobre! Kieb
arak... - odparł chłop innym głosem i pocałował
proboszcza w rękę. - Korzeni musi być tu sporo - dodał.
Namówiony
zjadł kawałek mięsa z chlebem i wypił drugi kielich miodu.
Posiłek ten widocznie go pokrzepił.
- Powiedzże
mi, bracie, co się z tobą stało - zaczął ksiądz.
-Boć pamiętam, żeś był gospodarz dostatni.
- Dużo by
gadać, mój dobrodzieju. Jeden syn mi utonął, drugi w
haryście, żona umarła, konie mi ukradli, spaliły me... A
wszystkie moje nieszczęścia zaczęły się od tych
czasów, jak dziedzic sprzedał wieś, jak zaczęli budować
kolej i jak przyszły Niemce. Bez tych najpierwszych kolejników, co na
naszych polach tyki ustawiali, rozeźliła się na mnie cała
wieś. Buntował też ich, bo buntował Josel za to, że
mierniki kupowali u mnie kurczęta i insze tam rzeczy. Do dziś dnia
ich buntuje...
- A wy do niego
ciągle chodzicie po radę - wtrącił ksiądz.
- Gdzież
pójść - dopraszam się łaski dobrodzieja? Przecie chłop
nieumiejętny, a Żyd zna się na wszystkim i nieraz mądrze
poradzi.
Ksiądz
poruszył się. Chłop, podniecony miodem, prawił dalej:
- Jak pana nie
stało, urwały mi się dworskie zarobki i jeszczem musiał
oddać Niemcom dwa morgi łąki, com arendował od dziedzica.
- Aaa!... -
przerwał proboszcz. - Czy nie tobie chciał dziedzic sprzedać za
sto dwadzieścia rubli łąkę wartającą ze sto
sześćdziesiąt?
- Jużci
mnie.
- I
dlaczegożeś nie kupił? Nie wierzyłeś mu. Wam się
zdaje, że panowie tylko o waszej krzywdzie myślą...
- Kto ich wie,
co oni myślą, dobrodzieju? Między sobą śwargocą
jak Żydy, a z człowieka ino se kpinkują. Przecie pamiętam,
kiedy z okazji tej łąki zaczął pan z panią i
śwagierkiem nade mną wydziwiać, tom się tak
zaląkł, żebym i za sto rubli tego kawałka nie wzion.
Wreszcie gadali ludzie w onych czasach, że mają grunta rozdawać.
- I tyś
uwierzył?
- Czy ja
się na tym rozumiem, kiedy ze wszystkich stron idzie samo bałamuctwo,
a rzetelnej prawdy nikaj się człowiek nie dowie? Nowięcej to
się rozumieją Żydy; ale raz gadają tak, drugi raz inak, a
chłop wierzy w to, z czym mu lepiej.
- Hm! a przy
kolei nie miałeś zarobków?
- Nawetem grosza
nie widział, tak mnie odepchnęły Niemce.
- Nie
mogłeś to przyjść do mnie! - obruszył się
proboszcz. -Przecież u mnie cały czas mieszkał naczelny
inżynier...
Dopraszam
się łaski dobrodzieja, czym to ja wiedział? Wreszcie i
chodzić na plebanię nie miałbym śmiałości.
- Hm! hm! Czy i
Niemcy ci dokuczali?
- Oj! oj! -
westchnął chłop. - Od swego przyjścia tutaj mordowały
mnie, żeby im grunt sprzedać. Tak mnie nachodziły, tak się
przypominały, że kiedy zesłał Pan Bóg ogień, tom
nareszcie uległ i z żoną przeniosłem się do nich...
- I
sprzedałeś?...
- Bóg
uchronił i moja nieboszczka. Wstała ze śmiertelnej
pościeli, wyciągnęła mnie od nich i tak zaklęła,
że już wolę zginąć niż sprzedać. Ale
też zrobią oni mi zemstę... - dodał Ślimak, smutnie
zwieszając głowę.
- Nic ci nie
zrobią.
- Nie oni, to
stary Grzyb. Bo jakby Hamer stąd wyszedł, to Grzyb folwark po nim
obejmie. A on gorszy od Niemca.
"O, tom
dobry pasterz! - pomyślał ksiądz. - Moje owce gryzą
się między sobą jak wilki, Niemcy ich trapią. Żydzi im
radzą, ja zaś jeżdżę na zabawy!..." -
Zostańże tu, mój bracie - rzekł głośno - a ja
wstąpię na wieś.
I podnosił
się z progu. Ślimak jeszcze raz ucałował mu nogi i
odprowadził do sani.
- Jedź za
most - zwrócił się proboszcz do furmana.
- Za most?...
Już tam nie pojedziemy? - dziwił się woźnica, taki pyzaty,
jakby go pszczoły pokąsały.
- Ruszaj, gdzie
ci każę! - odparł ksiądz niecierpliwie i rzucił
się na siedzeniu.
Sanie
odjechały. Ślimak został sam i oparłszy się na
płoche jak niegdyś za lepszych czasów, przysłuchiwał
się milknącym dzwonkom i myślał:
"Skąd
dobrodziej o nas się dowiedział? Widać, że przed
księdzem to jak i przed Panem Bogiem nic się nie skryje... Strach!...
Bo jużci ludzie mu nie donieśli ani Niemce, ani Sobieska... Może
by Jojna? Dobry on Żyd i litościwy, nawet krowy mi napoił, ale
gdzie by mu się chciało latać po nocy stąd aż na
plebanię! Wreszcie on szedł do wsi. Niebywała rzecz, sam
dobrodziej zajechał do chłopa, nakarmił go, napoił i
jeszcze utulił. O la Boga, aż mi markotno, żebym ja zaś
obłapiał się z taką osobą... Ech! nawet do organisty
nie miałbym śmiałości."
Stał,
myślał i szeptał:
- Musiało
tęgo zmienić się na świecie, kiedy taki duchowny nie
wstydził się siadać z chłopem za pan brat i jeszcze na
progu pod stajnią. Czyby znowu grunta dawano?... Czyby już
szlachtę ze wszystkim skasowali?... Ale uczciwy dobrodziej, serdeczny.
Rychtyg jak ten święty biskup, co Łazarza własnymi
rękami podnosił i rany mu opatrywał. On chyba także
będzie święty i nawet już jest, kiedy ma jasnowidzenie i
widzi, co się o pumili dzieje. Teraz mi nikt nie da rady, boby go
spotkało nieszczęście... Oj! żeby mnie jeszcze dobrodziej
rozgrzeszył z nieboraka Owczarza i znajdy, już bym się niczego
nie bojał.
Westchnął
i przez długą chwilę patrzył na niebo zasypane gwiazdami.
-
Ciekawość - mruknął - czy w niebie bez noc gromnice
palą, czy ono tak samo świeci?
Z daleka, od
mostu, znowu zadźwięczały dzwonki, parskały konie i wkrótce
przed zagrodą zatrzymały się sanki proboszcza. Chłop
wybiegł na gościniec.
- Ty,
Ślimaku?
- Jo,
dobrodzieju.
- Będzie
jutro u ciebie stary Grzyb z pomocą. Pogódźcież się i
więcej nie swarzcie. A ku wieczorowi trzeba zrobić pogrzeb
nieboszczce. Po trumnę już posłałem do miasteczka.
- O, mój
wybawicielu!... - jęknął chłop.
- Ruszaj,
Paweł, co koń wyskoczy - rzekł ksiądz do furmana.
Wydobył repetier, a usłyszawszy, że jest trzy kwadranse na
dziesiątą, mruknął:
-
Spóźniłem się, ale jeszcze zdążę!... I znowu
zobaczył przed sobą zielonawe oczy to na powierzchni śniegu, to
między gwiazdami, to na plecach otyłego furmana.
- Boże,
bądź miłościw... Boże, bądź
miłościw... - szeptał ksiądz pasując się z
nagabaniami szatana.
Ślimak
stał na gościńcu, dopóki w ciemności nie
rozpłynęły się sanki. Gdy zaś w powietrzu zaległa
cisza, poczuł znużenie i nieprzepartą chęć do snu. Z
wolna powlókł się do stajenki, ale - nie wszedł tam. Bał
się spać obok zmarłej żony i legł w obórce.
Sny miał
posępne, jakim zwykle człowiek ulega po silnych
wstrząśnieniach. Marzyło mu się, że gdzieś spada,
to znowu, że topi się w bardzo zimnej wodzie, to, że
błąka się po okolicy, w której nigdy nie było dnia, tylko
wieczny półzmrok - a w końcu, że żona opuściwszy
stajenkę usiłuje wedrzeć się do obory, już to
otwierając po cichu drzwi, już to odsuwając deskę w
ścianie.
Obudził
się zmęczony i smutny i nawet przez chwilę zdawało mu
się, że nocna wizyta proboszcza była tylko przywidzeniem. Z
trwogą zajrzał do stajenki i uspokoił się dopiero wówczas,
gdy spostrzegł chleb, mięso i napoczętą butelkę miodu,
którą ksiądz zostawił wczoraj. Blask świtającego dnia
padł na nieboszczkę i odbił się dwoma mdłymi
promieniami w jej nie domkniętych oczach.
"Ni,
jużci ona nie ruchała się w nocy" - pomyślał
chłop i westchnął za duszę zmarłej.
Nagle
jakieś sanki przejeżdżające gościńcem
zatrzymały się u wrót. Niebawem weszli na podwórko dwaj ludzie z
wielkim koszem. Ślimak zdumiał się zobaczywszy, że ów kosz
dźwiga stary Grzyb i jego parobek.
- Jedź
tera, Kuba, do miasta po trumnę, ino wnet - odezwał się Grzyb do
parobka, gdy postawili kosz niedaleko obory.
Parobek
odszedł, Grzyb zwrócił się do Ślimaka, ale siwa głowa
trzęsła mu się i niespokojnie biegały żółtawe
oczy.
- Moja wina -
rzekł uderzając się w piersi. - Moja wina!... I co... jeszcze
się gniewata?...
-
Niechże wam Bóg da wszystko najlepsze, iżeście mnie w takiej
zgryzocie nawiedzili - odparł Ślimak i nisko mu się
ukłonił.
Staremu
chłopu podobała się ta pokora. Schwycił Ślimaka za
rękę i mówił nieco życzliwszym tonem:
- Jo woma
godom: moja wina! bo tak mi kazał dobrodziej. Toteż pierwszy do was
przyszedem, chociem stary, i godom: moja wina! Ale też i wy, kumie (czego
nie wymawiam), tęgoście mi dokuczyli.
-
Wybaczcie mi wszyćko, com ino komu zrobił złego - rzekł
Ślimak schylając się do ramienia Grzybowi ~- ale co prawda,
już i me pomnę, w czym bym was samych uszkodził?
- Jo
przecie do was nie zakładam żadnej pretensji. Zawdy z kolejnikami
handlowaliśta beze mnie...
- I tylem
zhandlowal... - westchnął Ślimak wskazując na pogorzelisko.
- No, Bóg,
nasz Ojciec niebieski, ciężko was spróbował, i dlatego ja
mówię: moja wina! Aleście wy też mogli wtedy przed
kościołem, co to nieboszczka fulary se kupiła (wieczne jej
odpocznienie!), mogliście choć pukwaterek postawić na
szczęście, nie zaś tak hardo odpowiadać mnie staremu...
- Haj!...
prawda, żem pyskował niepotrzebnie.
- I z
Niemcamiśta się bratali bez potrzeby - pochwycił Grzyb. -
Jędrek nawet z nimi pił (pamiętacie, wtedy co zaczęli
miejsce na dom wytykać?), a wyśta się z nimi modlili za pan
brat...
- Inom
czapkę zdjął. Przecie Bóg jest jeden ich i nasz. Grzyb
potrząsnął ręką około swego ucha.
- Tak
się mówi, że jeden - odparł. - A ja se gadam, że ich Bóg
musi być inakszy, kiej do niego trza po niemiecku śwargotać...
Ale co tam - nagle zmienił ton - przeszło, skończyło
się i nie wróci. A dobrodziej wczora mi powiedział, że macie
zasługę, boście Niemcom ziemi nie wydali. I prawdę
rzekł. Bo już był u mnie wczoraj Hamer, że na
święty Jan chce sprzedać swój folwark.
-
Może i tak!...
- A
jużci. Hycle Szwaby - pogroził stary pięścią - rok
temu gadały, że nas wszystkich po trochu wykurzą z tela,
gęsi mi strzelały na łące, bydło mi raz
zajęły, a tera masz!... Wywróciły się bestie na
dziesięciomorgowym chłopie, z wielką swoją ambicją!...
Za to samo. Ślimaku, warciście łaski boskiej i przyjaźni
ludzkiej. Cóż nieboszczka?
-
Leży w stajni.
- Niech z
Bogiem spoczywa, nim ją w poświęconym miejscu pogrzebiemy.
Nieraz ona was przeciwko mnie buntowała, ale ja ta do nikogo żalu ni
mom... A tu - zmienił Grzyb rozmowę - tu wam przywiózem ze wsi, od
nas wszyćkich, trochę prowizji. Macie krupy - mówił
wskazując jeden woreczek - mąkę, groch, krzynkę
słoniny...
Na
gościńcu, tym razem z góry, rozległ się tętent i
skrzyp sani, które znowu zatrzymały się obok zagrody.
- Czyby
dobrodziej?... - pytał Grzyb, uważnie nasłuchując.
- Ni, to
chłop - odparł Ślimak. - A idzie coś tak ciężko,
jakby sołtys Grochowski.
Istotnie
ukazał się Grochowski, który na widok Grzyba zawołał:
- O!... i
wyście tu? Bo do was jechałem...Aż tobą co, Józek?
-zwrócił się do Ślimaka.
- Kobieta mi
zmarła, i tyło.
- Pedział
mi to Jojna wczoraj, alem mu nie uwierzył. Patrzajta się!... I
gdzież ona?... A m...
Zobaczywszy
nieboszczkę sołtys zdjął czapkę i ukląkł na
śniegu. Grzyb zrobił to samo. Przez chwilę słychać
było szept pacierzy i ciche szlochanie Ślimaka. Potem chłopi
podnieśli się, powzdychali, pochwalili cnoty nieboszczki, wreszcie
sołtys zwrócił się do Grzyba.
Ptaka wam
wieżę - rzekł - ino trochę postrzelonego, ale nie bardzo.
- Hę?
- spytał Grzyb.
- Co
hę?..- Jaśka waszego przywiózem, bo mi dziś w nocy konie krad i
dostał parę śrucinów.
- O
hycel!... Gdzie on?...
- Siedzi w
sankach na gościńcu.
Grzyb
pobiegł ciężkim kłusem w tamtą stronę.
Usłyszano parę uderzeń, krzyk i wnet ukazał się stary
prowadząc za czuprynę Jaśka, który pomimo swego wzrostu i urody
płakał jak dziecko.
Jego
wyszywana kurtka była podarta, wysokie buty unurzane w gnoju; na lewej
ręce miał skrwawioną szmatę, a na twarzy plaster.
-
Kradeś konie sołtysowi?... - pytał rozgniewany starzec.
- Com nie
miał kraść? kradem.
- Ale mu
się nie udało - wtrącił Grochowski. - Za to całkiem
ukrad konie Ślimakowi i udało mu się.
- Tyś
ukrad?... - wrzasnął Grzyb i począł syna okładać
pięściami.
- Jużci,
że ja, ino się nie gniewajcie, tatku - płakał Jasiek.
- La Boga, co
się dzieje! - wołał Grzyb.
- Co się ma
dziać? - odparł lekceważąco Grochowski. -Chłopak
zdrów, dobrał sobie kamratów i w kolej wszystkich okradał, dopókim go
wczoraj nie ustrzelił.
- I cóż
teraz będzie? - zawołał Grzyb, znowu okładając
Jaśka pięściami.
- Już ja
się, tatku, poprawię... Już się ożenię z
Orzechowszczanką i osiądę na gospodarce...
- Rychło w
czas! Teraz pora iść do kryminału, nie do wesela -odparł
Grochowski.
Stary Grzyb
zadumał się.
- Jakże, to
wy go oskarżycie? - spytał sołtysa.
- Wolałbym
nie skarżyć, bo się z tego interesu w całej okolicy
zakotłuje. Ale jak mnie nie odszkodujeta, to zaskarżę. Grzyb
znowu pomyślał....No, a cóż by to kosztowało?
- Od stu
pięćdziesięciu rubli grosza nie odstąpię - odparł
sołtys rozkładając ręce.
- O, la Boga! -
oburzył się Jasiek. - Strzeliliście do mnie z jednej lufy, a
już chcecie tyle pieniędzy jak za armatę.
- Kiedy tak -
wtrącił Grzyb - to niech se idzie do kryminału, bo ja za hycla
sto pięćdziesiąt rubli nie zapłacę.
- Mnie sto
pięćdziesiąt za sekret - rzekł Grochowski - a
Ślimakowi osiemdziesiąt rubli za skradzione konie. Grzyb znowu
zaczął bić chłopaka.
- Ty rozbójniku!...
Gadaj, kto cię do tego namówił?...
- Wiadomo,
że Josel... Dajcie spokój - lamentował Jasiek - bo już i wstyd
przed obcymi ludźmi, że się ino bijecie i bijecie.
- A tyś po
co Josela słuchał?..,
- Bom mu winien
sto rubli!
- Chryste Panie!
- jęknął Grzyb targając się za włosy.
- No, nie macie
czego dopuszczać sobie do głowy - odezwał się Grochowski. -
Razem trzysta trzydzieści rubli dla mnie, dla Ślimaka i dla Josela.
Niewielga to u was rzecz.
- Ni, ja tyle
nie zapłacę! - wołał Grzyb.
- Ja przecie sam
zapłacę, jak się ożenię z Orzechowszczanką
-odparł Jasiek.
- Chorobę
zapłacisz!... Niedoczekanie twoje!... - jęczał stary.
- Ha,
kiedy tak - rzekł rozgniewany sołtys - to chodź, Jasiek, do
sądu. Tyś nas kradł nie na żarty, i ja z tobą nie
będę żartował. Zabieraj się!
I
ujął olbrzymiego chłopca pod rękę.
- Tatku,
zmiłujcie się!... przeciem ja u was jeden - biadał Jasiek.
Stary Grzyb
kolejno spoglądał to na syna i Grochowskiego, to na Ślimaka.
- A
tożeście, tatku, skąpi!... Za marny grosz gubita mnie na
całe życie! - mówił Jasiek.
- Widzisz,
że ci rura zmiękła - drwił sołtys. - Pamiętasz,
jakeś przy kancelarii ciągnął cygar i kpinkował,
że mnie okradną?... Ja zaś gadałem, że nie
okradną, i stanęło na moim, a ty teraz płaczesz jak baba.
Kpinkujże se... No, chodź. Zobaczymy, czy twój ojciec nie
dopędzi nas w drodze.
- Zara, zara!...
- odezwał się Grzyb widząc, że sołtys naprawdę
ciągnie chłopca do sanek.
Odchodzący
zatrzymali się. Grzyb skinął na Ślimaka i obaj
odstąpili do szopy.
- Ja wam cosik poradzę,
kumie - zaczął Grzyb zniżonym głosem. - Jeżeli
między nami ma być sąsiedzka zgoda, to wiecie, co zróbcie...
- Bo jo wiem?
Skąd j o mogę wiedzieć?
-
Ożeńta się z moją siostrą.
- Z
Gawędziną? - zapytał Ślimak.
- Jużci. Wy
wdowiec i ona wdowa, wy macie dziesięć morgów, a ona
piętnaście i jest bez dzieci. Ja wezmę jej grunt, bo dotyka
mego, a wam oddam piętnaście morgów z części Hamera i
będziecie mieli dwadzieścia pięć morgów w jednym kawałku.
Ślimak
zamyślił się.
- Kiej mnie
się zdaje - rzekł - że tamta ziemia, niby Gawędziny, jest
lepsza od Hamerowskiej,
- To wam
dam więcej łąki. Zgoda?... - nalegał Grzyb.
- Bo jo
wiem? - odparł Ślimak drapiąc się w głowę.
- No, to
zgoda - pochwycił Grzyb. - Ale wy za moją dobroć zapłacicie
sto pięćdziesiąt rubli Grochowskiemu i sto Joselowi. Ślimak
zawahał się.
- Jeszczem
swojej kobiety nie pochował, a już z drugą mam się
żenić? - westchnął.
Wahanie to
oburzyło starego.
- Nie
bądźże głupi! - krzyknął. - Cóż to?...
obejdziesz się bez baby na gospodarstwie? Nie ożenisz się to
nodali za puroku? Nieboszczka zmarła i kaput! Ale żeby mogła
się tera ozwać, sama by ci pedziała: "Żeń
się, Józek, nie kręć nosem na takiego dobrodzieja jako
Grzyb!"
- Czego
się ta swarzycie? - spytał podchodząc do nich Grochowski.
- Gadam
mu, żeby się ożenił z moją siostrą, z
Gawędziną, a on mi się przekomarza - odparł Grzyb.
- Ba! ale
chceta, ażebym z własnej kieszeni spłacił Grochowskiego i
Josela - odpowiedział Ślimak.
- A
piętnaście morgów mienia, a śtyry krowy, a para koni i wszelaki
domowy dostatek, to co? - zaperzył się Grzyb.
- No,
jużci warto - wtrącił Grochowski. - Ino jakże on
będzie gospodarował na dwu ziemiach?
- Jo im
wymienię - pochwycił Grzyb. - Siestrzyne grunta wezmę na siebie,
a im dam piętnaście morgów, tu, przy Ślimakowej chudobie.
- Przecie
to Hamerowe - rzekł Grochowski.
- Jakie ta
Hamerowe! - zawołał Grzyb. - Dziś mi sprzedadzą, a
nopóźniej po niedzieli zajedziemy do rejenta i kupię od Hamerów
cały folwark. Dla tego hycla!... - dodał pokazując
głową na Jaśka.
- To oni
już uciekają z tela? - spytał Grochowski.
- Iii....
siedzieliby do końca świata - odpowiedział Grzyb - ale że
im Ślimak nie odstąpił swoich gruntów, więc im się
wszyćkie rachuby pomieszały. To bankruty...
Grochowski
medytował.
- No, to
się żeń, Józek, nie ma co - rzekł nagle do Ślimaka.
-Będziesz miał dwadzieścia pięć morgów i niczego
żonkę.
- Phi!...
Rozłożysta kobieta - dodał Grzyb.
- I dostatki ma
- rzekł Grochowski.
- I jeszcze
może mieć ze sześcioro dzieci - pochwycił Grzyb.
- Będziesz
pan całą gębą - zakończył Grochowski. Ślimak
westchnął.
- Ach! -
odparł. - Nowięcy mi szkoda, że moja Jagna widzieć tego nie
będzie...
- Przecie jakby
ona widziała, ty nie miałbyś dwudziestu pięciu morgów -
zreflektował go Grochowski.
- No, zgoda czy
nie? - spytał Grzyb.
- Wola boska! -
westchnął Ślimak.
- Szkoda,
że nie ma czym przepić - zauważył Grochowski.
- Mom ci ja tu
odrobinę miodu od dobrodzieja - rzekł Ślimak i wolnym krokiem,
ze zwieszoną głową, poszedł do stajenki. Po małej
chwili przyniósł butelkę, zielonawy kieliszek i nalawszy go
zwrócił się do Grzyba:
- No, kumie -
mówił kłaniając się. - No, kumie, przepijam ja do was,
żebyśmy się już od tych pór nigdy nie gniewali. Proszę
też was jak brata, owszem jak ojca, żebyście się za
mną do waszej siostry, do Gawędźmy, wstawili, jako
chciałbym się z nią żenić za waszym pozwoleniem i
błogosławieństwem boskim.
Wypił,
schylił się Grzybowi do kolan i następnie podał mu
pełny kieliszek.
- A jo ci
mówię, bracie Ślimaku - odpowiedział Grzyb - że moja
kochana siostra juże wczoraj, jak był u nas dobrodziej,
pomyślała o tobie. Dziś przysłała ci największy
woreczek krup, pszenną bułkę i osełkę masła i
gadała mi, żebyś u niej mieszkał, pokąd se nie odbudujesz
własnej chałupy. Jo ci też z serca rad jestem jak
najrodzeńszemu bratu, boś ty jeden z całej wsi oparł
się niedowiarkom i niemało we wojnie z nimi ucierpiałeś, co
ci Bóg nagrodzi.
Wypił i
podał kielich Grochowskiemu.
- Bardzom
kuntenty - rzekł sołtys, gdy mu nalano miodu - bardzom kuntenty,
że się tak wszyćko na dobre odwróciło. Zatem, życę
tobie, bracie Ślimaku, szczęścia z nowej żony i z
Jędrka, co go dziś mają z kozy wypuścić. A wam, bracie
Grzybie, życę szczęścia z nowego śwagierka i z tego
oto niecnoty Jaśka, żeby się choć raz bestyja
ustatkował. A tobie, Jaśku, żebyś na nowym gospodarstwie
lepiej gospodarował niżeli Niemce, a do cudzych stajen nie
zaglądał, bo wiem, że na was chłopy się już
zmawiają i w łeb byś dostał przy nopirszy okazji, amen.
- Po niedzieli
kupuję folwark od Hamera, a po świętach zrobię dwa wesela!
- zawołał uradowany Grzyb.
Po tych
słowach czterej chłopi zaczęli się ściskać i
całować, a Ślimak widząc, że już zabrakło
miodu, wysłał parobka Grochowskiego na wieś do Josela po
butelkę wódki i butelkę araku.
- Za mało,
bracie! - ozwał się Grochowski. - Nakaż, żeby ci Josel
przysłał ze trzy garnce wódki i beczułkę piwa, bo na
dzisiejszy pogrzeb nieboszczki pewno zwali się kupa ludu. Ślimak
posłuchał roztropnej rady sołtysa i zrobił dobrze. Gdy
bowiem ku wieczorowi przywieziono trumnę z miasteczka, zebrało
się na pogrzeb Ślimakowej takie mnóstwo ludzi, jakiego najstarsi nie
pamiętali w okolicy.
- - - - - - - -
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Umowę,
zawartą między chłopami, spełniono jak
najściślej. Grzyb w ciągu tygodnia nabył folwark Hamerów, a
jeszcze przed wielkim postem odbyły się wesela Jaśka Grzyba z
Orzechowską i Ślimaka z Gawędziną.
Równo z
początkiem wiosny przybył na wieś jeometra i przeprowadził
wymianę gruntów pomiędzy Grzybem i Ślimakiem. W tej samej
godzinie, kiedy na polach zatknięto pierwszą tykę
mierniczą, z kolonii wyjechały fury uwożące ruchomości
Hamerów.
|