| Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library |
| Adam Asnyk Poezje IntraText CT - Text |
Gdzie niegdyś duchom poczynione szkody
Mierzyłem bólem połamanych skrzydeł,
Tam dziś cierpiące odwiedzać narody
Szedłem spokojny pomimo straszydeł,
Pod wodzą mistrza, co z ciemnej otchłani
Wysnuwał tęczę krwawych malowideł.
Przywędrowałem do smutnej
przystani,
Skąd odbijają od ziemskiego lądu
Na niemoc ducha i hańbę skazani.
Zastałem tłumy czekające
sądu,
Co jak spłoszone stada nocnych ptaków
Wzdłuż huczącego wzlatywały prądu.
Tyle tam było przeklętych orszaków,
Żem się aż cofnął z grozy i zdziwienia,
Poznając wszędzie braci i rodaków.
I naraz wszystkie głosy utrapienia
Podziemia jaskiń napełniły zgrzytem,
Aż echem piekieł odwrzasły przedsienia.
Rozpaczy straszna pieśń ponad
rozbitem
Ciał rumowiskiem wzięła wszystkie tony
I urąganiem, męczarnią dobytem,
Związała jęków niesfornych
miliony,
I tak nad duchów kolumną powietrzną
Jakoby sztandar wiała potępiony.
Chociażem wzgardę
poślubował wieczną
Dla istnień światom wymiecionych z drogi,
Przecież ujęty zgryzotą serdeczną,
Zadrżałem z bólu, litości i
trwogi,
Słysząc tę skargę na wieczność rzuconą
I o piekielne odtrąconą progi.
Zachód się palił łunami
czerwono,
I w purpurowym ogniu szpetne głębie
Rozpościerały tajemnicze łono.
Ja szedłem dalej po skalistym
zrębie
Między pierzchliwych widziadeł orszaki;
Wtem otoczyły mnie wieńcem gołębie.
Spojrzałem zdziwień na te czyste
ptaki,
Białe, od krwawych promieni różowe,
Gdy, roztopione wprzód w powietrzne szlaki,
Jak róż girlanda spadły mi na
głowę...
Skądże, myślałem, ich niewinne loty,
Pokierowane w gwiazdy zodiakowe -
I w słońc promiennych wplecione
obroty,
Tu je przyniosły od biegu omdlałe
I gnane wichrem anielskiej tęsknoty?
Czym zawiniły te latawce białe,
Że na tym smutnym znalazły się brzegu,
Skąd nie ma wyjścia już na wieki całe?
Ach! nie na takim spoczywać noclegu
Żeglarzom nieba najczystszych błękitów
I łamać skrzydła jaśniejsze od śniegu
Na ostrzach łzami wzrosłych
stalaktytów,
I ślepnąć w blasku podziemnych płomieni
W owej krainie zatraconych bytów!
Kiedym to myślał, stada srebrnych
cieni
Ponad burzliwe zniżyły się fale
I piły chciwie z ich czarnych strumieni
Gorycz, co na śmierć upaja - i w
szale
Krwawiły piersi, lecąc obłąkane,
I siadły dumać na nadbrzeżnej skale.
Stamtąd wpatrzone w pożary rumiane,
W podziemnych ognisk jaskrawe wytryski,
Myślały może, jasnością oblane,
Że się rumienić poczyna
świt bliski; -
Bo wszystkie naraz zerwały się lotem,,
W płomiennych wężów duszące uściski
Spływając, chwilę purpurą
i złotem
Migały w blasku ubarwionej szaty,
Aż znikły wszystkie pod dymu namiotem.
I tylko pieczar ponure komnaty
Wstrzęsły się śmiechu szatańskiego wrzawą,
Gdy się posypał cichy proch skrzydlaty.
Zanim się nad tą zadumałem
sprawą,
Rzekł mi przewodnik: "Widziałeś tę marną,
Za poświęceniem goniącą i sławą,
Czeredę sylfów, czystą i
ofiarną,
Co chciwie napój wysącza boleści
I w płomień ciska duszy swojej ziarno?
Ich trwanie, ziemskiej pozbawione
treści,
Jest jednym ciągiem pragnień i niemocy,
Błyszczy się chwilę i ginie bez części.
Pokój im w cichej zapomnienia nocy!
Ich jest królestwo pośmiertnej pogody,
Aż je odkopią grabarze północy".
Umilkł - i szliśmy dalej ponad
wody,
Co rozwścieklone z rykiem nawałnicy
O skał się tłukły granitowe spody.
Przed nami sterczał najwyższej
iglicy
Lodowy cypel, zatopiony w chmurze
I opasany wstęgą błyskawicy.
Jakby umarłej panując naturze,
Wstrząsał się cały wulkanicznym grzmotem
I głuszył ryki odmętów i burze.
Tam, walcząc z urwisk wstrząsanych
wywrotem,
Pełznąc po głazach strącanych od gromów,
Nie zastraszony burzą ni łoskotem,
Po ostrzach lawy i ostrogach łomów
Piąłem się zwieszon na przepaści krańce,
Jak atom wobec lodowych ogromów.
I tylko wichry - pustyń wychowańce
W ślad mojej drogi wyły po rozdrożach,
Szturmując z lawin usypane szańce
Lub się błąkając w
lodowatych morzach;
Tylko potoki - z rozdartego łona
Olbrzymią raną po kamiennych łożach
Rzucały wody huczącej brzemiona
W zakryte oczom tajemnicze cieśnie,
Skąd tylko pary powiewna zasłona
Zraszała skalne porosty i pleśnie;
Tylko pędzone wichrem mgły przelotne,
Niby widzenia pochwytane we śnie,
Biegły po szczytach w przestrzenie
samotne,
A wypełniając bezdenne obszary,
Porozwieszały swe płaszcze wilgotne.
I dalej - coraz przepaścistsze jary
Porozgradzały straszliwe przystępy,
I coraz bardziej tonęły w mgle szarej
Ciemnych granitów poszarpane strzępy;
Tak, że nareszcie za mną i przede mną
Góry, przepaści, lawiny, skał kępy
Stopniały wszystkie w
nieskończoność ciemną -
Już blisko celu, i srebrzyste ostrze,
Co pracą ogni wewnętrznych podziemną
Rzuciło w błękit swe
dymiące nozdrze,
Wkrótce w ostatnim zdobyte okopie,
Pod stopą moją widnokrąg rozpostrze.
Jestem - i chyba w błękit się
roztopię;
Wpółprzechylony w przymglone powietrze,
W gasnących świateł opływam potopie
I łowię wzrokiem te barwy
wciąż bledsze,
Co w nowe coraz zlewają się tony,
Zanim je wszystkie ręka nocy zetrze.
Zrazu nic widzieć nie mogłem olśniony;
Niebo i ziemia, w szalonym zawrocie,
Spływały w jeden łańcuch nieschwycony,
I w nierozdzielnym powiązane splocie,
Gór rusztowania, niebieskie przestworza,
Doliny ledwie widzialne w przelocie,
Srebrne wód spadki i błyszczące
morza
Migały naraz przed zdumionym okiem -
A nad tym wszystkim jedna wielka zorza.
Od strony morza, nad urwiska bokiem,
Obok krateru, co wieczyście płonie,
Osłonion dymu przejrzystym obłokiem,
Ze łzami w oczach, w błyskawic
koronie,
Na piedestale, z złotą harfą w ręku,
Siedział lutnista na obłocznym tronie.
Nogę swą oparł na liktorskim
pęku
I drżącą rękę kładł na złote struny,
A harfa jego - orężnego szczęku
Pełna, a dla niej przygrywką -
pioruny.
Posąg to w przyszłość obróceń daleką,
Zagadkowymi wypełniony runy;
Przed nim duch ludu trzaska trumny wieko,
A obleczony szatą purpurową,
Na krwawe strugi spogląda, co cieką.
Dalej Polelum, pod jutrznią
tęczową,
Na piersiach brata umarłego trzyma,
Trupią dłoń jego wznosi ponad głową
I u chmur żebrze piorunów oczyma.
Obok na stosie strzaskanych oręży
Przy popielnicy z prochami olbrzyma
Dwie dziewic: jedna wstrząsa
kłębek węży
I nóż skrwawiony, jak Nemezis gniewna;
Woła: "Kto za mną, nim umrze, zwycięży".
Druga, w liliowym wianku lutnia śpiewna,
Wiatrom się skarży, że nad sercem ludu
Więcej ma władzy płaczącego drewna
Nieczuły kawał i nadzieja cudu -
Niźli królewska boleść, stos ofiarny
I cała przyszłość spodlenia i brudu.
A z drugiej strony tętni jeździec
czarny
I całun śniegu piersią konia kraje,
Zwrócony biegiem ku gwieździe polarnej,
Grzmiąco przyzywa: "Kto rycerz,
niech wstaje!"
Tak coraz dalej wokoło lutnisty
Widziałem całą białych widem zgraję,
Zarysowaną z lekka w wieniec mglisty,
Który wypełniał ciemne tło obrazu,
Składając jeden długi sen kwiecisty.
Wpatrzony stałem na krawędzi
głazu,
Nie śmiejąc skłócić powietrza westchnieniem,
Nie mogąc znaleźć w swych ustach wyrazu
W zachwycie przed tym cudownym widzeniem;
I chciałem wżyć się w tę całość
natchnioną,
A naznaczoną piekielnym znamieniem.
Niełatwo walką duszy swej
szaloną
Rozgrodzić niebios i piekieł potęgi
I stać na szczycie bólu przed zhańbioną;
Na zatracone patrząc widnokręgi,
Zachować dumy błyskawiczny wieniec,
Nie łamiąc Bogu czynionej przysięgi.
Ten więc przede mną wielki
potępieniec,
Co deptał światów zwyczajne porządki
I duchom wstydu wypalił rumieniec,
Gnając je myślą w genetyczne
wrzątki,
W apoteozie swej posępnej doli
Jaśniał jak niebem gardzące wyjątki.
Ach! wobec niego korząc się -
powoli
Traciłem dotąd niezłomną pogodę,
Chciałem się wyrzec narzuconej roli,
Na wszystkie ciosy mieć znów serce
młode,
I walcząc przeciw naznaczonym sądom,
W piekielnych ogniach walki wziąść nagrodę.
Bo któż się może oprzeć
takim prądom,
Co rozrywają zasklepione rany!
Któż może nędzy niezmiennej zarządom
Spokojnie duch swój powierzyć stroskany?
Z wytkniętych torów nigdy nie wykraczać,
By nieomylnej doczekać wygranej!
Gdy tak sam z sobą bój
począłem staczać,
Wtopiony wzrokiem w chmurną postać mistrza,
Wichry przybiegły po lutni rozpaczać,
I coraz bardziej burzliwa i mglistsza
Fala harmonii spłynęła w błękity,
I niebios coraz jaskrawość ognistsza
Porozciągała swe płonące
świty,
I coraz więcej ciemniały ku górze
Bezksiężycowe posępne zenity.
Tymczasem wulkan w płomieniste róże
Ubrał się cały - i hukiem podziemnym
Wraz z piorunami, które słały burze,
Wtórował pieśni natchnieniom
tajemnym;
A z dołu jeszcze, pod olbrzymią skałą,
Rozbijające się na pasie ciemnym
Morze odmęty swoje
rozkiełznało
I z bezkrańcowej wyjącej przestrzeni
Trzecią pieśń straszną do wierzchołka słało.
Jakby za danym hasłem potępieni
Zaczęli z tajnych wychodzić kryjówek. -
Była to chmura połowicznych cieni,
Co pozbawiona rąk i trupich główek,
Z grobowców nagie szkielety wywlekła,
Do rozpaczliwych zagnana wędrówek.
Straszna je wiedźma po ramionach
siekła,
Pędząc jak trzodę przez płomienie żrące,
By nie uciekły na dno swego piekła.
Tylko się kości kurczyły
płaczące
I w łez przydrożne padały kałuże,
Chcąc tam swe rany ochłodzić piekące;
I ani całej zgrozy nie powtórzę,
Jak wypraszały się widma od męki,
Z jaką niechęcią pełzły pod to wzgórze,
Skąd brzmiały harfy piorunowe
dźwięki,
I jak bolesnym przejmował mię wstrętem
Ten trupi zastęp bez głowy i ręki.
Przyszedł nareszcie i w kole
przeklętem
Naprzeciw mistrza rozpostarł się tronu;
Tu, jakby pieśni porwany zamętem,
Stracić miał pamięć
haniebnego zgonu,
Cały się łańcuch ożywił występny
I w takt dzikiego kołysał się tonu.
Z trwogą patrzałem na taniec
posępny,
Na te szkielety, wsłuchane ciekawie
W tok pieśni dla ich bytów niedostępny;
I kiedy lutnia zagrzmiała o sławie,
Żywiej zabłysła ich próchen bielizna
I w wojowniczej stanęły postawie. -
A kiedy lutnia wyjękła:
"Ojczyzna",
Poodrzucały swe skrawione płótna,
I silniej od nich wionęła zgnilizna.
Gdy coraz bardziej pieśń
szalała smutna
W pourywane chaotyczne spadki,
Na ziemię padła czereda pokutna
I wszczęła wyciem głośno
wzywać matki!
Aż dreszcz przejmował patrzeć na te wstrętne
Spróchniałych kości skrzypiące ostatki,
Jak się w targania rzucały
namiętne,
Jak się przykrzyły niebu swymi modły
I o zniszczenie błagały doszczętne.
Długo się w bólach pasował
proch podły,
Nim się odważył powstać o swej sile,
I tam, gdzie harfy natchnienia go wiodły,
Iść - na wiekowej oprzeć
się mogile;
Lecz przy odgłosie wulkanicznych grzmotów
Zerwał się przecież - i wrzeszcząc opile,
Straszne przysięgi składał,
że już gotów. -
Ruszyły naprzód te krzywoprzysiężne,
Rożna mi ętnione do niezwykłych lotów
Mary wpółsenne, liche,
niedołężne,
Gnane boleścią, przestrachem, rozpaczą,
Jako upiorów hufce bezorężne;
I kędy orły nad grobowcem
kraczą,
I kędy tylko nad przepaści łonem
Porozwieszane czarne świerki płaczą,
W miejscu grobową ciszą
uświęconem,
Na okrwawiony szaniec uroczyska
Biegły ohydne za nikczemnym zgonem.
I wnet się smutne zatrzęsły
zwaliska -
I cichych westchnień przedarły się tony -
I w głębi lochu trumna czy kołyska
W gwiazd się jaśniejsze
przybrała korony -
I całą martwość grobowego świata
Oświecił z góry księżyc przerażony.
Srebrna mgła, duchów niewidzialnych
szata,
Rozfalowana tajemniczym drżeniem,
Ponad grobami zawisła skrzydlata,
Trącana widzeń wzlatujących
tchnieniem;
A na niej blade zakwitły postacie,
Narysowane miesięcznym promieniem.
I pełno było w tej obłocznej
szacie
Zaledwie przeczuć dających się szmerów,
O pohańbionym teraz majestacie
Rozmyślających dawnych bohaterów;
I pełno wonnych przeszłością podmuchów,
Z nadziemskiej sfery płynących eterów.
Coraz się więcej rozszerzał
krąg duchów,
Jakby się wieków otchłanie otwarły,
Jakby się wydarł ze swoich łańcuchów
I tu na świadka stanął
świat umarły -
W tej sybillicznej nocy zatracenia
Z pogardą patrzeć na bezgłowe karły.
Wszystkich żywiołów zmieszały
się tchnienia
I wszystkich potęg nadzmysłowe straże
Przyszły do ziemi szturmować sumienia,
A rozgrzebując milczące cmentarze,
Zajrzeć w ludzkości zapleśniałe serce,
Czy nic - prócz pleśni - więcej nic pokaże.
W takiej szalonej widziadeł rozterce
Trwoga i boleść wiały nieskończone,
Jakby w przeklętej od nieba szermierce
Miały być struny przeczuć
potrącone
I w rozstrzygnięciu krwawego dramatu
Poza tryumfem piekieł nie skażone;
Wschodzące słońce miało
wskazać światu,
W długim szeregu zatraceń i zniszczeń,
Od legendowych rajów Eufratu,
Drogę - wśród ciągłych
bojów i oczyszczeń
Do tej anielskiej ojczyzny wszech ludów,
Co wolna, w chwili osiągniętych ziszczeń
Spłynie z rozbitej dziś kolebki cudów.