1836-naste | nasz-swiez | swoim-zzieb
bold = Main text
Part grey = Comment text
501 2| dnia -~Cisza ogromna namiot nasz zaległa.~Chyba mysz jaka
502 1| składu kilka namiotów dla naszéj podróżnéj gromadki; a jak
503 2| przeraźliwie, głucho.~Więc natężałem wzrok, serce i ucho;~I z
504 2| grobowy;~I często dziwnym natrafiłem losem~Na głos, co moich
505 1| uniesieniem rozpowiada, starał się natychmiast mój pobyt pod otwartym niebem
506 1| się na koniec niebo, a ja, nauczony doświadczeniem, już nie
507 2| oczyma cichymi błyszczące,~Nawiedzać inne, po namiocie śpiące.~
508 2| serce bijące na sercu,~Ale nazajutrz grom przyszedł uderzyć -~
509 1| płaszczem rycerza Solimy i naznaczał krzyżem czerwonym na piersiach,
510 1| między dwoma swoimi państwami naznaczył myślą na błędnym piasku
511 1| człowiekiem. Pan Steble, tak się nazywał ów lekarz, emigrant włoski,
512 2| przebiegła;~Zgoła innego jęku ni szelestu...~Doczekaliśmy
513 1| ubiorach; w środku zaś doliny niby stożec piaskowy, z którego
514 1| natychmiast mój pobyt pod otwartym niebem jak najwygodniéjszym uczynić;
515 1| Arabów uwiadomił mnie o nowym niebezpieczeństwie: owa rzeczka, gdzie wczora
516 2| rozdarli. -~Ty im to, Boże niebieski, spamiętasz!~Wziąłem ją -
517 2| potwory.~Ani ja słońca na niebieskim sklepie,~Ani mnie ludzie
518 2| Przyszli nade mną płakać nieborakiem~Strażnicy; przyszli mi wydrzeć
519 1| który mnie otaczał. Opodal nieco rzeczka, sucha prawie aż
520 2| lice swoje wrazić~W serca nieczułe, oczy nam przerazić~I wiecznie
521 1| tego i chełpliwy, że był niegdyś tłumaczem Champoliona, Roseliniego,
522 1| pustyni. Ale czymże jest dla niego wspomnienie w niezrozumiałym
523 2| tam nad palmy, z twarzą nielitośną,~Gdy konał mój syn, blady
524 2| Śmierć mi go czarna wzięła nielitośnie.~I już nie wróci! ani mi
525 2| oczyści.~Smutek podobny był do nienawiści~I stanął czarny, wielki,
526 1| następnego poematu potrzeba mi nieodbicie powiedzieć kilka słów o
527 2| przyszli mi wydrzeć to ciało.~I nieostrożni zaczepili hakiem -~Hak padł
528 2| Siedziała trzy dni matka nieruchoma~W kącie namiotu, żółta,
529 2| dziecko na stole, nieżywe,~Nieruchomością śmierci przeraźliwe.~Uczułem
530 2| dziegieć przeszło, choć nieskoro.~Reszta mych dzieci żyła -
531 2| posiwiał.~A żona moja od niespań i troski~Była jak bursztyn
532 1| ów starzec opowiadający nieszczęścia swoje w następnym poemacie.
533 2| ze swego piaskowego stoga~Nieszczęśliwemu ojcu - wielkość Boga.~O!
534 2| żonę - a po żonie~Mnie nieszczęsnego zawoła przed Stwórcę...~
535 2| wszedł anioł pomoru.~O! niewiadoma ta boleść nikomu,~Jaka się
536 1| dla niego wspomnienie w niezrozumiałym języku i wymówione głosem,
537 1| arabskich, których dźwięk niezrozumiany i smutna nuta kołysały mnie
538 2| Leżało dziecko na stole, nieżywe,~Nieruchomością śmierci
539 2| zobaczy! -~I już nie wróci nigdy!- o rozpaczy!!!~ ~Noc przyszła
540 2| O! niewiadoma ta boleść nikomu,~Jaka się w moim sercu dziś
541 2| namiocie ze mną;~Gadałem z nimi, zmyślałem rozmowy,~W których
542 2| zarazy strażnicy,~Ani ja niosłem do Szecha kaplicy,~Gdzie
543 2| cicho, z wolna, schylały się nisko~Nad matki łożem, nad dziecka
544 1| rzeczka, gdzie wczora zaledwo nitka wody sączyła się po piaskowym
545 1| piaskowym korycie, nabrzmiała nocną ulewą i srebrnymi pletwami
546 2| Schować się w cieniu jak nocne potwory.~Ani ja słońca na
547 2| Potem wróciłem do płóciennéj nory~Schować się w cieniu jak
548 1| światło, a wilgotny knot na nowo zapalić się nie chciał.
549 1| Arabów uwiadomił mnie o nowym niebezpieczeństwie: owa
550 1| dźwięk niezrozumiany i smutna nuta kołysały mnie do snu. A
551 2| płótna~Straszne się muszą obcym ludziom zdawać.~Śmierć od
552 1| OD AUTORA]~ ~Dla objaśnienia następnego poematu potrzeba
553 2| był dzieciątek głosem.~Z obłąkanego budziły mię śnicia~Po nocy
554 2| Włoska w złocistych na głowie obrączkach;~I ta po dziecku umarłym
555 2| umarłym pamiątka -~Patrzaj! - obrazek ten, co trzymał w rączkach,~
556 2| Dziecko, jak mały aniołek w obrazku,~Karmiło wróble, a ptaszęta
557 1| godzinę drogi ku wschodowi, obróciłem się na siodle, aby raz jeszcze
558 1| pomyślałem, że na te same kwiaty obróciwszy oczy mówił Chrystus do uczniów
559 2| panią!~Ona jak jaśni anieli obrońcę~Najmniéjsze dziecko w kołyseczce
560 2| znów włożyła do trupich obsłónek -~Te upominki i ten pocałunek,~
561 2| jak martwy na ziemię.~I obudziłem się - na dni czterdzieści...~ ~
562 2| losem,~Zaczął smutniejszym obwoływać głosem,~Krzycząc ze swego
563 1| piaskowy, z którego muezin obwoływał donośnym głosem wielkość
564 2| ręce i wołałem głośno:~"Oby nie umarł! lub się był nie
565 1| własnymi siłami wytrzymać, ocalić się lub zginąć, pod okiem
566 2| się wreszcie jak wąż, gdy ochłodnie.~I przechodziły mi dnie
567 2| I teraz chyba je sam Bóg oczyści.~Smutek podobny był do nienawiści~
568 1| spokojnéj pustyni myśli moje odbiegły aż do dalekiéj ojczyzny
569 1| obrazy czytelnik drugi raz odbite znajdzie w następującéj
570 1| Oto jest opis kwarantanny odbytéj przeze mnie na pustyni;
571 1| deszczem piorunów na mój namiot oddalony od ludzi. W smutne i zamyślone
572 2| Ja sam nareszcie zacząłem oddychać;~Bo nie wierzyłem, żeby
573 2| człowieka,~Zaczęło stronić ode mnie z daleka.~Namiotu mego -
574 2| matka miała tyle mocy,~Że odkopała dziecko o północy;~Znalazła
575 2| śmierć już mogła na gwiazdy odlecić.~Dziesięć dni przeszło,
576 2| gorżka wolność i chwila odlotu!~Jam do ciemnego już przywykł
577 2| El-Arish~ ~Trzy razy księżyc odmienił się złoty,~Jak na tym piasku
578 2| Pytać się będą. - Cóż ja im odpowiem?!~ ~Przybyłem. Namiot rozbiłem
579 2| Promienistemu słońcu się odśmiecha,~Wszystko tam leży pod kopułką
580 2| wszystkie zlatywać.~Czy odstraszyło je podarte płótno~Namiotu
581 1| swoje łono czarne i puste. - Odwróciłem się od téj rzeczy, co miała
582 1| patrząc na lilie, które Bóg odziewa.~Oto jest opis kwarantanny
583 2| braci. -~Najstarszy - z ogniem zapalonym w oku~Wstał, dzbanek
584 1| od piorunów, wydawał się ognistym i strzegącym łoża bezsennego
585 2| i tak co dnia -~Cisza ogromna namiot nasz zaległa.~Chyba
586 2| przyszła, dotąd w pamięci ohydna,~Ciemna, od gromów czerwoności
587 2| między mną i żoną?~Pomiędzy ojcem i matką tych dzieci?...~
588 2| patrzéć?~Gdy skonał w moim ojcowskim uścisku,~Chciałem go spalić
589 2| piaskowego stoga~Nieszczęśliwemu ojcu - wielkość Boga.~O! bądźże
590 2| Ratuj mię! ratuj, mój ojcze!"~I miała wtenczas czerwone
591 1| odbiegły aż do dalekiéj ojczyzny mojéj i ku owym dniom, które
592 1| ocalić się lub zginąć, pod okiem ludzi, którzy się mnie i
593 2| zrobiwszy z jedwabiu osnowę,~Około cedru biegała po trawie,~
594 1| ucztach w gronie rodzinnym, okropna burza przewiewana wichrem
595 2| twarzy,~Tylko te sine i okropne Iica,~Które mi wzięła zarazy
596 2| stał się jak kamień.~A tak okropnie po śmierci wyglądał,~Jakby
597 1| ognisku. A mogły nadejść okropniéjsze burze, mogło nareszcie przyjść
598 2| włosów siwych wieniec,~Jakiś okropny ceglany rumieniec,~A oczy
599 2| pogrzebione~Tam, pod grobowcem tym okropnym Szecha -~I wszystkie będą
600 2| się tutaj o brzasku~Jeść okruszyny i kąpać się w piasku;~Odkąd
601 2| zarazy? - ach! to śmierć okrutna!~Zaczynasz własnych braci
602 1| wtenczas - może mnie anioł snów okrywał płaszczem rycerza Solimy
603 1| namiotu, chmury żelazne okrywały niebo i drobny deszczyk
604 2| Najstarszy - z ogniem zapalonym w oku~Wstał, dzbanek wody chwycił
605 2| bez łez i bez serca,~Już omdlałego na boleści świeże,~Już mówiącego: "
606 2| ja, ojciec, spostrzegłem.~On do tamtego stawał się podobny;~
607 2| więcéj boleści powiedzą?~One widziały wszystko! wszystko
608 2| błękitny, i w noc każdą ciemną~Oni tu byli w tym namiocie ze
609 2| raz - ach, boska nade mną opieka!~Patrzę, ktoś w namiot mój
610 1| które Bóg odziewa.~Oto jest opis kwarantanny odbytéj przeze
611 1| chciał. Próżne tu byłyby opisy; albowiem wielkością biblijną
612 2| biegła;~I wszystkie nasze opłakała ciosy,~I wszystkie nasze
613 1| widoku, który mnie otaczał. Opodal nieco rzeczka, sucha prawie
614 1| daleko wysiedział ów starzec opowiadający nieszczęścia swoje w następnym
615 2| I nie zostało mi nic - oprócz Boga;~I tam mój cmentarz -
616 1| kwarantannę strażnicy w jaskrawych orientalnych ubiorach; w środku zaś doliny
617 1| moje napotykały konstelacją Oriona, tak podobną do gwiaździstéj
618 2| podróżnych,~A na nich - patrzaj, osiem juków próżnych,~I nie zostało
619 2| ja tak moich widziałem ośmioro!~I co dnia patrząc na tak
620 1| podobnemu ulec losowi. Po ośmiu dniach drogi przybyłem z
621 2| Kiedy zrobiwszy z jedwabiu osnowę,~Około cedru biegała po
622 2| go tam śmierć zgryzła do ostatka;~I żeby na to nie patrzała -
623 2| Moje najmilsze!... i moje ostatnie!!!~Śmierć mi go czarna wzięła
624 1| ten Arab, z długą brodą, oświecony wzierającym między płótna
625 2| udawali~Myśląc, że Boga oszukamy w niebie,~Że się ten bałwan
626 1| smutnego widoku, który mnie otaczał. Opodal nieco rzeczka, sucha
627 2| I znów się łono piaskowe otwarło,~Gdzie pochowałem matkę
628 1| natychmiast mój pobyt pod otwartym niebem jak najwygodniéjszym
629 2| kaplicy,~Gdzie się nam trupia otwierała brama,~Ale je matka tam
630 1| nowym niebezpieczeństwie: owa rzeczka, gdzie wczora zaledwo
631 1| nas przyszła woda napełnić owe kręgi piaskowe, które jako
632 2| nocy.~I we śnie, w lekkie owinięte chmury,~Ujrzałem moje dwie
633 1| dalekiéj ojczyzny mojéj i ku owym dniom, które dawniéj spędzałem
634 1| lekarz, emigrant włoski, ożeniony świeżo z panną Malagamba,
635 2| Że nie wiedziałem, czy pacierz doleci~Do Pana Boga, co
636 2| nieostrożni zaczepili hakiem -~Hak padł na pierś jéj twardą, krągłą,
637 2| Chodziło co dnia na piasku pagórki~Karmić się chwastem nadmorskich
638 2| Jak pracowity snując się pajączek.~Patrz! i ten pas mój błyszczący
639 1| pożegnać; a czy to ludzie pakując rzeczy, czyli też sam namioty
640 1| pustyni między Egiptem a Palestyną, blisko miasteczka El-Arish.
641 2| dzbana,~Powalił się tu jak palma złamana.~Przybiegłem - nie
642 1| morza, za nią szara wstęga palmowych lasów; od północy błękitna
643 2| Zawsze tam wschodzi za lasem palmowym,~Zawsze zachodzi za tą piasku
644 2| nie rodził!" -~A tam nad palmy, z twarzą nielitośną,~Gdy
645 2| tygodnie~Bez żadnych bolów, pamiątek, omamień.~Stałem się twardy
646 2| I ta po dziecku umarłym pamiątka -~Patrzaj! - obrazek ten,
647 2| swojego dzieciątka~Jakiéj pamiątki, kamienia lub kwiatka,~Włoska
648 2| wiedziałem, czy pacierz doleci~Do Pana Boga, co się zakrył chmurą.~ ~
649 1| opowiadał mi o swoich dawnych panach różne drobne szczegóły ich
650 2| Ach, ona była domu mego panią!~Ona jak jaśni anieli obrońcę~
651 1| włoski, ożeniony świeżo z panną Malagamba, sławną pięknością
652 1| że między dwoma swoimi państwami naznaczył myślą na błędnym
653 2| się pajączek.~Patrz! i ten pas mój błyszczący jaskrawie~
654 1| na nich straży namioty, i patrzący na kwarantannę strażnicy
655 2| blady miesiąc wschodził~I patrzał: - tego z pamięci nie zatrzéć!~
656 2| ostatka;~I żeby na to nie patrzała - matka.~ ~Przy konającym
657 2| słońca upiora.~A niebo, które patrzało na zgubę~Mego rodzeństwa,
658 2| jak ten sam miesiąc mógł patrzéć?~Gdy skonał w moim ojcowskim
659 2| ceglany rumieniec,~A oczy pełne takiéj błyskawicy,~Jak ci,
660 2| grzebła.~A od téj nocy tak pełnéj boleści~Naznaczono mi nowych
661 1| Śródziemnego roztrącała się o piasek i smutnym gwarem fal napełniała
662 1| bez żadnego domu, błędnym piaskiem zawiane, mogło prawu ludzkiemu
663 1| podobałem sobie w ciszy piaskowego stepu i w szumie morza,
664 2| głosem,~Krzycząc ze swego piaskowego stoga~Nieszczęśliwemu ojcu -
665 1| środku zaś doliny niby stożec piaskowy, z którego muezin obwoływał
666 1| nitka wody sączyła się po piaskowym korycie, nabrzmiała nocną
667 1| z Kairu na smutną dolinę piaszczystą, abym na niéj przez dni
668 2| za wodę zapłaci,~Bo chcę pić jak pies, bo ogień mam w
669 2| było mi smutno.~Po córce w pięć dni - o Boże mój! Boże!~
670 2| rozdarło na ćwierci -~A piękna była jak anioł - po śmierci!~ ~
671 1| panną Malagamba, sławną pięknością na Wschodzie, o któréj Lamartine
672 1| ziemi u wejścia do namiotu, piękny ten Arab, z długą brodą,
673 1| przede mną i podniosły się z pielgrzymem zadumanym, wyciągając długie,
674 2| zaczepili hakiem -~Hak padł na pierś jéj twardą, krągłą, białą...~
675 2| poznawać,~Potem cię ogień pali, piersi gorą...~Ach! ja tak moich
676 2| nawet nie tknęła połowy,~Nad piersiami się uderzywszy zbladła~I
677 2| Stawał się jak mój trup pierworodzony~Z jasnego blady, z bladego
678 2| ja go tak strzegłem! -~Pierwszy na twarzy znak wystąpił
679 1| obaczyłem z daleka, a doktor pierwszym napotkanym człowiekiem.
680 2| zapłaci,~Bo chcę pić jak pies, bo ogień mam w łonie".~
681 1| powietrze; nad morzem zaś, na piramidalnéj piasku mogile, błyszczał
682 2| śmierci!~ ~Przyszli nade mną płakać nieborakiem~Strażnicy; przyszli
683 2| gronie~I najmniéj z dzieci płakany po zgonie.~Toteż Bóg jemu
684 2| czerwony.~Patrzę! - Na twarzy plam żelaznych krocie -~Więc
685 1| mnie anioł snów okrywał płaszczem rycerza Solimy i naznaczał
686 1| nocną ulewą i srebrnymi pletwami prosto biegła roztoczyć
687 2| czterdzieści,~Odkąd do mego płóciennego dworu~W téj kwarantannie
688 2| zmarłą.~Potem wróciłem do płóciennéj nory~Schować się w cieniu
689 2| Podobny grobom szatańskim z płomieni.~Zdawało mi się za burzy
690 1| pogodne, ciche, spokojnie płynące w pustyni. Drogman mój Soliman,
691 1| starał się natychmiast mój pobyt pod otwartym niebem jak
692 2| jeszcze nie zepsutym wcale,~Pocałowała; w usteczek korale~I znów
693 2| obsłónek -~Te upominki i ten pocałunek,~Zazdrosnéj ziemi Szecha
694 2| świeci~Jak jaka skrawa pożaru pochodnia. -~Więc tak bezdzietnym
695 2| morze~I słońca się krąg pochował ponury,~I niebo czarne zaciągnęły
696 2| piaskowe otwarło,~Gdzie pochowałem matkę martwych zmarłą.~Potem
697 2| wielkość Boga.~O! bądźże mi Ty pochwalony, Alla!~Szumem pożaru, co
698 2| Śmierć w namiocie!"~I pochwyciwszy go z takiémi trądy~Wyniosłem
699 2| uprzędły -~Płótna na rosie poczerniały, zwiędły~I podarły się,
700 2| rosie poczerniały, zwiędły~I podarły się, i lekko napięte,~Były
701 2| zlatywać.~Czy odstraszyło je podarte płótno~Namiotu mego? czy
702 1| czarnych widać było głębokie poddanie się ludzi wolnych pod prawo
703 1| zawiane, mogło prawu ludzkiemu podlegać; ale miecz baszy zdawał
704 1| znów uklękły przede mną i podniosły się z pielgrzymem zadumanym,
705 1| zacząłem do mego namiotu i podobałem sobie w ciszy piaskowego
706 1| konstelacją Oriona, tak podobną do gwiaździstéj lutni zawieszonéj
707 1| na wielbłądzie musiałem podobnemu ulec losowi. Po ośmiu dniach
708 1| kilka namiotów dla naszéj podróżnéj gromadki; a jak się późniéj
709 2| oto dziewięć wielbłądów podróżnych,~A na nich - patrzaj, osiem
710 1| Syrii dostać się nie mogą. Podróżując na wielbłądzie musiałem
711 1| różne drobne szczegóły ich podroży i ze mnie zapewne zbierał
712 1| i za uprzejmość dla mnie podziękowałbym tutaj, gdybym wiedział,
713 1| nieszczęścia swoje w następnym poemacie. Historia jego boleści nie
714 1| księżycem, śpiewał mi strofy z poematów arabskich, których dźwięk
715 1| Dla objaśnienia następnego poematu potrzeba mi nieodbicie powiedzieć
716 1| namiot; i przyszły dnie pogodne, ciche, spokojnie płynące
717 2| córki,~Cała rodzina, dzisiaj pogrzebiona,~Przybyła ze mną. Dziewięć
718 2| O dzieci moje, wszystkie pogrzebione~Tam, pod grobowcem tym okropnym
719 1| dwanaście zamieszkał. Zrazu pojąć nie mogłem, jak miejsce
720 2| zostałem z żoną.~Ale czy pojmiesz? - zamiast nas połączyć,~
721 1| Bez dachu, bez ognia, bez pokarmu, doznawszy morskiego prawie
722 1| następującéj powieści; a pokażą się mu we właściwszym świetle,
723 1| skrzydłem powiewał za mną, pokazując mi swoje łono czarne i puste. -
724 1| mnie. A wkrótce zaczęły się pokazywać na piasku lilije białe,
725 2| Wielbłądy moje cicho się pokładły;~Dziecko, jak mały aniołek
726 2| obie;~I pozdrowiwszy mię pokojem w grobie,~Poszły, oczyma
727 2| inaczéj -~Ubyłoby mi z serca pół rozpaczy.~A te już - ani
728 2| pojmiesz? - zamiast nas połączyć,~Boleść, obojgu nam rozdarłszy
729 1| biednym namiotem błędnego Polaka. Dosyć o tym cichym tygodniu
730 1| Śródziemne, gruchnęła w nocy i polała się deszczem piorunów na
731 2| Żona, co nawet nie tknęła połowy,~Nad piersiami się uderzywszy
732 2| zbywszy pamięci i mocy,~Położyłem się i zasnąłem w nocy.~I
733 2| dziewczynę~Obiedwie - ręce położyły sine!~Budzę się z krzykiem
734 2| domu -~W dziedzińcu moim pomarańcza dzika~Zapyta: "Starcze!
735 1| do ratunku; unieśliśmy za pomocą Arabów namioty nasze na
736 2| kwarantannie wszedł anioł pomoru.~O! niewiadoma ta boleść
737 2| zatykałem z dziećmi.~Ach, pomóż ty mi je zerwać - sam jestem!~
738 1| do żyźniéjszéj krainy; i pomyślałem, że na te same kwiaty obróciwszy
739 2| trupa i rzuciłem straży -~Poniosło mi go czarnych dwóch grabarzy,~
740 2| uścisku,~Chciałem go spalić na popiół w ognisku;~Lecz ledwie ogień
741 2| Niech się nikt nie waży!"~Porwałem trupa i rzuciłem straży,~
742 2| strażnikom z namiotu;~I porzuciły nas! - i bez powrotu!...~
743 1| przyjęto i przy gościnnym posadzono ognisku. A mogły nadejść
744 2| sam jestem!~A może tobie posępnym szelestem~Te płótna więcéj
745 2| Bo nachyliłem się był i posiwiał.~A żona moja od niespań
746 2| wtenczas, patrząc na tę postać,~Że gdyby mogło choć tak
747 1| zapewne zbierał zapas małych postrzeżeń, którymi będzie bawił przyszłych
748 2| takiéj jak tamte choroby.~I poszło leżeć między trupy bratnie,~
749 2| pozdrowiwszy mię pokojem w grobie,~Poszły, oczyma cichymi błyszczące,~
750 2| łożem, nad dziecka kołyską;~Potém na moją najmłódszą dziewczynę~
751 2| Przyszła do ognia i wodą z potoku,~Śmiejąc się, lekko trysnęła
752 1| objaśnienia następnego poematu potrzeba mi nieodbicie powiedzieć
753 2| Schować się w cieniu jak nocne potwory.~Ani ja słońca na niebieskim
754 2| wodę wypiwszy ze dzbana,~Powalił się tu jak palma złamana.~
755 2| mówiliśmy do siebie słowa -~Bo powiedz, jakaż być mogła rozmowa~
756 2| Te płótna więcéj boleści powiedzą?~One widziały wszystko!
757 1| poematu potrzeba mi nieodbicie powiedzieć kilka słów o kwarantannie
758 2| syna trzeciego cierpienia~Powieki bez łez i serce z kamienia.~
759 1| znajdzie w następującéj powieści; a pokażą się mu we właściwszym
760 1| kołów z piasku i skrzydłem powiewał za mną, pokazując mi swoje
761 1| kraju serce zaczęło wchodzić powoli przerażenie... Szeleszczący
762 2| I porzuciły nas! - i bez powrotu!...~A jak dorosłym przystoi
763 2| zgrozy~Będę wyrywał koły i powrozy,~Które... (o Boże wiekuisty,
764 2| Boleść już była jako chleb powszedni.~I pod oczyma mi konał mój
765 2| ręce trzymając się obie;~I pozdrowiwszy mię pokojem w grobie,~Poszły,
766 1| miejsce wysokie, aby mnie pożegnać; a czy to ludzie pakując
767 2| Zaczynasz własnych braci nie poznawać,~Potem cię ogień pali, piersi
768 1| podróżnéj gromadki; a jak się późniéj dowiedziałem, rączki jego
769 1| żółtawa białość nadawały mu pozór kościotrupa. Z innych stron
770 1| morza, do którego brzegów pozwalano mi chodzić wziąwszy z sobą
771 2| cedru biegała po trawie,~Jak pracowity snując się pajączek.~Patrz!
772 1| poddanie się ludzi wolnych pod prawo strasznego człowieka. Przybył
773 1| piaskiem zawiane, mogło prawu ludzkiemu podlegać; ale
774 2| lekko napięte,~Były jak próchna z ludzkich trumien zdjęte.~
775 2| dziecko karmiła mi żona,~Prócz tego dziecka, trzech synów,
776 2| dzisiaj tam - gdzie ta mogiła~Promienistemu słońcu się odśmiecha,~Wszystko
777 2| Z dzbankiem na głowie, prościutka jak trzcina.~Przyszła do
778 1| gdzie byli ludzie, ani prosić, aby mię pod dach jaki przyjęto
779 1| ulewą i srebrnymi pletwami prosto biegła roztoczyć się po
780 1| zapalić się nie chciał. Próżne tu byłyby opisy; albowiem
781 2| jeśli reszcie Pan Bóg nie przebaczy,~Jeśli anioła śmierci przyszle
782 2| Chyba mysz jaka w księżycu przebiegła;~Zgoła innego jęku ni szelestu...~
783 2| jak wąż, gdy ochłodnie.~I przechodziły mi dnie i tygodnie~Bez żadnych
784 2| pamięci!~I nie zawiodło przeczucie żałoby!~Umarło - z takiéj
785 1| Wielbłądy moje znów uklękły przede mną i podniosły się z pielgrzymem
786 2| twarzą, co woła: "Jesteście przeklęci!" -~ ~Skonał. Myślałem wtenczas -
787 2| wyjęty!~I tak rozumny! i taki przeklęty!!!~Żeśmy oboje biegli gromem
788 2| się rączkami na szyję;~I przekonałem się, że Hatfe żyje,~Słysząc
789 1| piersiach, a zaś Araba tego przemieniał w giermka śpiewającego smutne
790 1| cichym tygodniu życia - przeminął. - Wielbłądy moje znów uklękły
791 1| zaczęło wchodzić powoli przerażenie... Szeleszczący od wichrów
792 2| wzrok, serce i ucho;~I z przerażeniem rozmyślałem w sobie,~Jak
793 2| serca nieczułe, oczy nam przerazić~I wiecznie zostać w rodziców
794 2| namiotem,~Wszystkie jęczące przeraźliwie, głucho.~Więc natężałem
795 1| sucha prawie aż do dna, przerzynała piasku dolinę i szła do
796 2| złocistych warkoczy~Tak przesłaniała, że patrzałem na nią~Jako
797 2| dzieci zaczęło ubywać,~Po żer przestały się wszystkie zlatywać.~
798 1| powietrze. Ale nie tu był koniec przestrachów; krzyk Arabów uwiadomił
799 1| zaniesie w krainę cichą - przeszła jednak ta bezsenna noc zgrozy,
800 2| Że się ten bałwan zarazy przewali. -~Powrócił! - Anioł powrócił
801 1| rodzinnym, okropna burza przewiewana wichrem z Morza Czerwonego
802 1| błękitnym niebie nad głową moich przewodników Arabów, bo przybywszy na
803 2| dziecko głośno.~ ~I tak przeżyłem smutnych dni czterdzieście;~
804 2| boleści!~Trzy razy wieków przeżywszy czterdzieści,~Odkąd do mego
805 2| się tu jak palma złamana.~Przybiegłem - nie czas już było ratować. -~
806 1| prawo strasznego człowieka. Przybył doktor z miasteczka El-Arish;
807 2| rodzina, dzisiaj pogrzebiona,~Przybyła ze mną. Dziewięć dromaderów~
808 2| czterdziestu.~I kwarantanny przybyli lekarze,~Głęboko patrząc
809 1| przewodników Arabów, bo przybywszy na dolinę kwarantanny kazali
810 2| jadły,~Aż do rąk prawie przychodząc dziecinie. -~Widzisz tę
811 1| prosić, aby mię pod dach jaki przyjęto i przy gościnnym posadzono
812 1| okropniéjsze burze, mogło nareszcie przyjść morze i zatopić wzgórze,
813 2| twarz moja biedna? -~Nie przyleciała z ptaszyn ani jedna~I spostrzegłem
814 2| powrotu!...~A jak dorosłym przystoi dziewicom,~Włosami ziemię
815 2| przebaczy,~Jeśli anioła śmierci przyszle po nie:~Dziecko mi weźmie -
816 1| postrzeżeń, którymi będzie bawił przyszłych wędrowników. Wieczorem zaś,
817 2| odlotu!~Jam do ciemnego już przywykł namiotu;~Z uczuciem smutku,
818 2| moja Hatfe!"~Przyszła jak ptaszek cicho po kobiercu,~Rzuciła
819 2| obrazku,~Karmiło wróble, a ptaszęta jadły,~Aż do rąk prawie
820 2| biedna? -~Nie przyleciała z ptaszyn ani jedna~I spostrzegłem
821 2| Ziemi wyziewem i słońca purpurą,~Że nie wiedziałem, czy
822 2| Szecha -~I wszystkie będą mię pytały echa,~I wszyscy ludzie,
823 1| Bożego Narodzenia (1836 r.), kiedy z téj spokojnéj
824 2| robiła - i te smutne oczy~Ona rąbkami złocistych warkoczy~Tak
825 2| lilijowych brała chłodzić rączek,~Kiedy zrobiwszy z jedwabiu
826 2| obrazek ten, co trzymał w rączkach,~Te włoski złote i tak dzisiaj
827 2| kobiercu,~Rzuciła mi się rączkami na szyję;~I przekonałem
828 1| się późniéj dowiedziałem, rączki jego żony grzęzły w białéj
829 2| a ptaszęta jadły,~Aż do rąk prawie przychodząc dziecinie. -~
830 2| niewieści~I naliczyliśmy ranków trzydzieści.~Nareszcie zbywszy
831 1| donośnym głosem wielkość Boga rano, wieczorem i w nocy. Wszystkie
832 2| Przybiegłem - nie czas już było ratować. -~Siostry go chciały martwego
833 1| chwil czasu zostawało do ratunku; unieśliśmy za pomocą Arabów
834 2| zaraz - matka - ja - oboje razem -~Rzuciliśmy się, gdzie
835 2| wydarła!~I ta mi córka na rękach umarła!~A była jedna najstraszniejsza
836 2| założonymi na piersiach rękoma~Siedziała trzy dni matka
837 2| o rozpaczy! -~Że jeśli reszcie Pan Bóg nie przebaczy,~Jeśli
838 2| przeszło, choć nieskoro.~Reszta mych dzieci żyła - wszystko
839 2| Rzuciliśmy się, gdzie robaczek lichy...~A choć dziecięcia
840 2| błyszczący jaskrawie~Ona robiła - i te smutne oczy~Ona rąbkami
841 2| które patrzało na zgubę~Mego rodzeństwa, moich trojga dzieci:~Tak
842 2| wytraca~I bierze syny z łona rodzicielki.~O Allach! Akbar Allach!
843 2| Włosami ziemię zamiotły rodzicom.~ ~Widzisz te słońce w niebie
844 2| przerazić~I wiecznie zostać w rodziców pamięci~Z twarzą, co woła: "
845 2| nie umarł! lub się był nie rodził!" -~A tam nad palmy, z twarzą
846 2| synów, trzy córki,~Cała rodzina, dzisiaj pogrzebiona,~Przybyła
847 1| śpiewającego smutne dumy z ziemi rodzinnéj. Lecz dosyć już o tym śnie
848 2| Najmniéj kochany w mém rodzinném gronie~I najmniéj z dzieci
849 1| spędzałem na ucztach w gronie rodzinnym, okropna burza przewiewana
850 1| niegdyś tłumaczem Champoliona, Roseliniego, Fresnela i wielu innych,
851 2| go uprzędły -~Płótna na rosie poczerniały, zwiędły~I podarły
852 2| czemu,~Że słońce słońcu nie równe złotemu;~I już nie takie,
853 2| weselna?~Lecz dla mnie jest to równina piekielna!~Przez tę równinę,
854 2| równina piekielna!~Przez tę równinę, przez te piasku kupy~Ciągnięto
855 2| czerwone usteczka~Jak młoda róża, kiedy się rozchyla. -~I
856 1| morskiego prawie na ziemi rozbicia, nie mogłem jednak udać
857 1| miecza zmusił wolne Beduiny rozbijać w tym miejscu namioty i
858 1| głosem, który zaledwo się tak rozchodzi, jak kręgi na wodzie po
859 2| Jak młoda róża, kiedy się rozchyla. -~I tak umarła ta moja
860 2| gęste sieką deszcze,~Jak się rozciąga, jak głucho szeleszcze,~
861 2| Tu ją pod mymi oczyma rozdarli. -~Ty im to, Boże niebieski,
862 2| dzieweczka,~Że mi się serce rozdarło na ćwierci -~A piękna była
863 2| połączyć,~Boleść, obojgu nam rozdarłszy łono,~Zaczęła jakieś jady
864 1| téj rzeczy, co miała serce rozdarte po mnie. A wkrótce zaczęły
865 2| się obojgu głośny~I tak rozdarty, i taki żałosny,~I tak z
866 2| patrzałem na nią~Jako na róże przeze łzy i słońce.~Ach,
867 2| dzbankiem,~Synowie moi ogień rozkładali,~Żona, z synaczkiem przy
868 2| wielki, między nami.~Więc rozłączeni byliśmy i sami.~I nie mówiliśmy
869 1| européjskim nie zabrakło. Rozłożywszy się pod namiotem przywykać
870 2| zmyślałem rozmowy,~W których rozmawiał ze mną tłum grobowy;~I często
871 2| powiedz, jakaż być mogła rozmowa~W pustym namiocie między
872 2| Gadałem z nimi, zmyślałem rozmowy,~W których rozmawiał ze
873 2| i ucho;~I z przerażeniem rozmyślałem w sobie,~Jak moim dzieciom
874 1| o swoich dawnych panach różne drobne szczegóły ich podroży
875 2| z twarzą tak litośną,~Że rozpłakałem się jak dziecko głośno.~ ~
876 1| Lamartine z takim uniesieniem rozpowiada, starał się natychmiast
877 1| srebrnymi pletwami prosto biegła roztoczyć się po dolinie, na któréj
878 1| szarfa Morza Śródziemnego roztrącała się o piasek i smutnym gwarem
879 1| gdzie budząc się, przez roztworzone płótno oczy moje napotykały
880 2| wnętrzności wyjęty!~I tak rozumny! i taki przeklęty!!!~Żeśmy
881 2| wieniec,~Jakiś okropny ceglany rumieniec,~A oczy pełne takiéj błyskawicy,~
882 1| anioł snów okrywał płaszczem rycerza Solimy i naznaczał krzyżem
883 1| uklęknąć wielbłądom, a w twarzach ich czarnych widać było
884 1| wzgórza na tryumf téj biednéj rzeczki, a patrząc tak, dziwnego
885 2| dziecinie. -~Widzisz tę małą rzeczułkę w dolinie?~Od niéj wracała
886 2| chwycił w drżące dłonie~I rzekł: "Sam Bóg ci za wodę zapłaci,~
887 2| Dziecina stała się blada i rzewna;~Bo mleko matki zaczęło
888 2| Tam gdzie zaraza pierwsze rzuca strupy -~Zdrów byłem. -
889 2| ptaszek cicho po kobiercu,~Rzuciła mi się rączkami na szyję;~
890 2| matka - ja - oboje razem -~Rzuciliśmy się, gdzie robaczek lichy...~
891 2| niewieści,~Zaniosłem w namiot i rzuciwszy brzemię~Upadłem przy niéj
892 1| jak kręgi na wodzie po rzuconym do niéj kamieniu?~ ~
893 2| Zaczęła jakieś jady w serca sączyć,~I teraz chyba je sam Bóg
894 1| wczora zaledwo nitka wody sączyła się po piaskowym korycie,
895 1| i pomyślałem, że na te same kwiaty obróciwszy oczy mówił
896 2| dni czterdzieści.~ ~Téj saméj nocy Hafne i Amina~Umarły
897 2| Więc rozłączeni byliśmy i sami.~I nie mówiliśmy do siebie
898 2| pod kopułką Szecha.~A ja samotny wracam - o boleści!~Trzy
899 2| wróciłem do płóciennéj nory~Schować się w cieniu jak nocne potwory.~
900 2| śpiące.~Szły cicho, z wolna, schylały się nisko~Nad matki łożem,
901 2| założonymi na piersiach rękoma~Siedziała trzy dni matka nieruchoma~
902 2| Słyszę, jak namiot gęste sieką deszcze,~Jak się rozciąga,
903 1| to trzeba było własnymi siłami wytrzymać, ocalić się lub
904 2| śmierci, co dotknięciem sinem...~Wszak ty nie jesteś,
905 1| wschodowi, obróciłem się na siodle, aby raz jeszcze spojrzeć
906 2| grabarzy,~I lepiéj mu tam przy siostrach i bracie.~Od tego zgonu
907 2| czas już było ratować. -~Siostry go chciały martwego całować;~
908 2| Na głowie miała z włosów siwych wieniec,~Jakiś okropny ceglany
909 2| z wichrem na brzegi nie skacze,~Dla ciebie szemrze tylko -
910 1| albowiem tam, w jego lochach, składano umarłych z dżumy; a zaś
911 1| najwygodniéjszym uczynić; wydał ze składu kilka namiotów dla naszéj
912 2| ja słońca na niebieskim sklepie,~Ani mnie ludzie widzieli
913 2| żadnych omamień.~Skonał i skościał, i stał się jak kamień.~
914 2| gdzie teraz świeci~Jak jaka skrawa pożaru pochodnia. -~Więc
915 1| wyrwał kilka kołów z piasku i skrzydłem powiewał za mną, pokazując
916 1| kręgi piaskowe, które jako ślady naszych zerwanych domów
917 1| świeżo z panną Malagamba, sławną pięknością na Wschodzie,
918 1| pustyni. Drogman mój Soliman, sławny z tego i chełpliwy, że był
919 1| nieodbicie powiedzieć kilka słów o kwarantannie na pustyni
920 2| wycia~Tam nad trumnami... i słuchałem blady,~Jak nad trupami płacze
921 2| dnia było płacz w kołysce słychać.~A ta pustynia - nie masz
922 2| przekonałem się, że Hatfe żyje,~Słysząc jéj serce bijące na sercu,~
923 2| do snu nie zawarły,~A nie słyszałem, jak obie umarły.~I nawet
924 2| Córka! - Ja myśleć nie śmiałem o córce!~I trwoga o nią
925 2| do ognia i wodą z potoku,~Śmiejąc się, lekko trysnęła na braci. -~
926 1| dotknąć nie mogli i nie śmieli. Wyjaśniło się na koniec
927 2| chyba je sam Bóg oczyści.~Smutek podobny był do nienawiści~
928 2| przywykł namiotu;~Z uczuciem smutku, boleści i zgrozy~Będę wyrywał
929 1| namiotem przywykać zacząłem do smutnego widoku, który mnie otaczał.
930 2| mym ulitował losem,~Zaczął smutniejszym obwoływać głosem,~Krzycząc
931 2| spostrzegłem to - i było mi smutno.~Po córce w pięć dni - o
932 2| głośno.~ ~I tak przeżyłem smutnych dni czterdzieście;~Przyszli
933 1| roztrącała się o piasek i smutnym gwarem fal napełniała ciche
934 2| te piasku kupy~Ciągnięto śniade moich dzieci trupy.~A tam
935 2| Z obłąkanego budziły mię śnicia~Po nocy hyjen przeraźliwe
936 1| wtenczas - może mnie anioł snów okrywał płaszczem rycerza
937 2| po trawie,~Jak pracowity snując się pajączek.~Patrz! i ten
938 1| pozwalano mi chodzić wziąwszy z sobą jednego z kwarantanny strażników.
939 1| płynące w pustyni. Drogman mój Soliman, sławny z tego i chełpliwy,
940 1| okrywał płaszczem rycerza Solimy i naznaczał krzyżem czerwonym
941 2| pod namiotu żagle?! -~Grom spadał hucząc po gromie i nagle~
942 2| wiem, że także téj nocy nie spała.~Rankiem obiedwie sine jak
943 2| ojcowskim uścisku,~Chciałem go spalić na popiół w ognisku;~Lecz
944 2| Ty im to, Boże niebieski, spamiętasz!~Wziąłem ją - i sam zaniosłem
945 1| owym dniom, które dawniéj spędzałem na ucztach w gronie rodzinnym,
946 2| Nawiedzać inne, po namiocie śpiące.~Szły cicho, z wolna, schylały
947 1| tego przemieniał w giermka śpiewającego smutne dumy z ziemi rodzinnéj.
948 2| przyszła wieczorna godzina,~Śpiewającegom słyszał muezina:~Jakby się
949 1| między płótna księżycem, śpiewał mi strofy z poematów arabskich,
950 2| górą;~Zawsze te niebo nie splamione chmurą:~A mnie się zdało
951 1| siodle, aby raz jeszcze spojrzeć na mój namiot zielony; obaczyłem
952 1| namiocie, gdzie miałem chwile spokojne, gdzie budząc się, przez
953 1| Narodzenia (1836 r.), kiedy z téj spokojnéj pustyni myśli moje odbiegły
954 1| przyszły dnie pogodne, ciche, spokojnie płynące w pustyni. Drogman
955 2| moim córek moich kwiatki~Spytają: "Starcze! gdzie są twoje
956 1| żony grzęzły w białéj i srebrnéj mące, aby mi na chlebie
957 1| nabrzmiała nocną ulewą i srebrnymi pletwami prosto biegła roztoczyć
958 2| pod oczyma mi konał mój średni,~Najmniéj kochany w mém
959 1| orientalnych ubiorach; w środku zaś doliny niby stożec piaskowy,
960 1| wichrem z Morza Czerwonego na Śródziemne, gruchnęła w nocy i polała
961 1| północy błękitna szarfa Morza Śródziemnego roztrącała się o piasek
962 2| szerzyć?~I te mi dziecko sroga śmierć wydarła!~I ta mi
963 2| omamień.~Skonał i skościał, i stał się jak kamień.~A tak okropnie
964 2| jakby z drewna.~Dziecina stała się blada i rzewna;~Bo mleko
965 1| się po dolinie, na któréj stały nasze namioty; zaledwo kilka
966 2| podobny był do nienawiści~I stanął czarny, wielki, między nami.~
967 1| uniesieniem rozpowiada, starał się natychmiast mój pobyt
968 2| człowieka,~Lecz głowa mego starego wielbłąda.~Spojrzał - i
969 1| gorszą daleko wysiedział ów starzec opowiadający nieszczęścia
970 2| się jako zdziecinniali - starzy -~W pamięci mojéj - żadnéj
971 2| takiémi trądy~Wyniosłem na step, pomiędzy wielbłądy,~Aby
972 1| sobie w ciszy piaskowego stepu i w szumie morza, do którego
973 2| Krzycząc ze swego piaskowego stoga~Nieszczęśliwemu ojcu - wielkość
974 2| przed nami~Leżało dziecko na stole, nieżywe,~Nieruchomością
975 1| w środku zaś doliny niby stożec piaskowy, z którego muezin
976 2| uciekaj! Ja wiem że te płótna~Straszne się muszą obcym ludziom
977 1| ludzi wolnych pod prawo strasznego człowieka. Przybył doktor
978 1| kopułą mały grobowiec Szecha, straszny, albowiem tam, w jego lochach,
979 2| A płacz ten musiał być strasznym wyrazem...~Bo zaraz - matka -
980 2| zabite zarazą,~Wywlec kazałem strażnikom z namiotu;~I porzuciły nas! -
981 1| sobą jednego z kwarantanny strażników. W wigilią Bożego Narodzenia (
982 1| płótna księżycem, śpiewał mi strofy z poematów arabskich, których
983 1| pozór kościotrupa. Z innych stron wzgórza piaskowe i na nich
984 2| twarz człowieka,~Zaczęło stronić ode mnie z daleka.~Namiotu
985 2| gdzie zaraza pierwsze rzuca strupy -~Zdrów byłem. - Ludzie!
986 1| wydawał się ognistym i strzegącym łoża bezsennego cherubinem...
987 2| Najmniéjsze dziecko w kołyseczce strzegła.~I gdzie płacz jaki słyszała,
988 2| zobaczyłem! - Ach, ja go tak strzegłem! -~Pierwszy na twarzy znak
989 2| nieszczęsnego zawoła przed Stwórcę...~Córka! - Ja myśleć nie
990 1| otaczał. Opodal nieco rzeczka, sucha prawie aż do dna, przerzynała
991 2| ciemnicy.~Lekarz nam kazał w sustawy uderzyć,~Tam gdzie zaraza
992 2| obwoływać głosem,~Krzycząc ze swego piaskowego stoga~Nieszczęśliwemu
993 1| jutro i o rzeczy z tego świata, patrząc na lilie, które
994 1| cherubinem... Wicher mi zagasił światło, a wilgotny knot na nowo
995 2| Które... (o Boże wiekuisty, świeć mi!...)~Do tego piasku zatykałem
996 2| tonęło tam, gdzie teraz świeci~Jak jaka skrawa pożaru pochodnia. -~
997 2| Przeszło - nadzieja zaczynała świecić...~Po dzieciach ustał wielki
998 2| włoski złote i tak dzisiaj święte,~W mogiłce z główki maleńkiemu
999 1| pokażą się mu we właściwszym świetle, albowiem, je zobaczy przez
1000 2| Już omdlałego na boleści świeże,~Już mówiącego: "Niech Bóg
1001 1| emigrant włoski, ożeniony świeżo z panną Malagamba, sławną
|