Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library
Kazimierz Brodzinski
Wieslaw

IntraText CT - Text

Previous - Next

Click here to hide the links to concordance

III

 

Pospieszał Wiesław i lasem, i polem,

Ale się ostać nie może przed bólem,

Bo gdy chęć jedna raz serce osiędzie,

Daremny namysł i rozsądek będzie.

Przeto co myślał, co czynić przystało,

Stanowi wyznać otwarcie i śmiało.

 

Oczekiwany wjechał do podwórka.

Wybiegi Stanisław i matka, i córka;

Głaszczą koniki i wiążą u płotu,

Cieszą się wszyscy z prędkiego powrotu,

Z taniości kupna i z koników radzi;

Sam je Stanisław do stajni prowadzi,

Rychłą wieczerzę rozkazuje matce.

 

Skoro milczący Wiesław usiadł w chatce,

Matka go z córką o zdrowie pytały;

Milcząc Bronice dał gościniec mały.

 

Przybył też razem i sąsiad ciekawy,

Dobry do rady, dobry do zabawy,

Jan, co za stołem niejednym już siadał,

Jak mądrze myślał, tak i prawdę gadał;

Ale się wszystkim dziwno wydawało,

Że Wiesław smutny i mówi tak mało.

Wszedł i gospodarz, do stołu zasiedli,

Skromną wieczerzę przy rozmowach jedli;

Matka zaś oka nie spuści z Wiesława,

Dziwną w nim jakąś odmianę poznawa.

"Powiedz nam - mówi - co tobie się stało,

Że smutny siedzisz i mówisz tak mało?

Milczący zawsze sam sobie zaszkodzi,

Nigdy młodemu skrytość się nie godzi".

 

On spuścił oczy, wstydem się zapłonił,

Stanisławowi do nóg się ukłonił

I zaczął mówić słowy takowymi:

"Prawda, że szczerze trzeba ze starszymi,

Oni porywczej młodości wybaczą

I mądrą radę zawsze podać raczą.

 

Czemużem w domu nie został na wieki,

Wdzięczen łask tylu i waszej opieki,

Przy waszym pługu chodziłbym spokojny,

Anibym zaznał trudnej z sercem wojny.

Lecz darmo człowiek sam o sobie radzi,

Inaczej myśli Bóg o swej czeladzi;

Prędki, bez wieści spada wyrok boski.

Na mojej drodze pośród jednej wioski

Poznałem druhnę, której wdzięk uroczy

Zabrał mi serce i zniewolił oczy;

I tyle sprawił, że odtąd jedynie

Sercem i duszą jestem przy Halinie.

 

Ojcowie moi już królują w niebie,

Wyście sierotę przyjęli do siebie,

Nie żałowali ni trosków, ni chleba,

Uczyli pracy i bojaźni nieba.

Dziś jedynaczkę córkę w swojej chacie

Dla mnie w zamęście i z wianem chowacie;

Jeszcze - mówicie - byłem dzieckiem małem,

Gdy w tych kątach sobie kołysałem.

Ni mię niewdzięczność, ani harda dusza

Odkryć przed wami boleść przymusza,

Ale mi rada niedościgła w niebie

O Was każe smucić, a zawstydzić siebie.

Puśćcież mię, puśćcie z rękoma gołymi;

Pracować będę pomiędzy obcymi,

Bo bez Haliny nic już nie zarobię,

Niezdatny ludziom i niemiły sobie;

Prędko bym znalazł koniec życiu memu,

Pobłogosławić chciejcież ubogiemu;

Bo ten przed nędzą nigdzie się nie schroni,

Kogo przekleństwo dobroczyńców goni. -

Sprawcie! Bóg za to niech będzie nad wami!"

 

Tu Bronisława zalała się łzami,

Bronika - patrzy dużymi oczyma,

Ciekawość tylko na jej ustach trzyma

Uśmiech pustoty; ale gdy ujrzała,

Że tu i Wiesław, i matka płakała,

Wnet Bronisławę objęła za szyję

I łzy niewinne na jej łonie kryje.

 

Stanisław milcząc podparł siwą głowę

I po ojcowsku rzekł słowa takowe;

"Kiedy twój ojciec żegnał ziemskie życie,

Ciebie mi oddał jak za moje dziecię;

Tak cię też kocham; i widzi Bóg w niebie,

Że nic milszego nie miałem nad ciebie.

A ty, niepomny, że mię starość gniecie,

Chcesz na przygody puszczać się po świecie,

Chcesz mię opuścić za to, żem cię chował,

Żem tobie córkę i dom mój hodował.

Nieszczęście wniesiesz do każdego domu,

Gdy mnie zostawisz śród żalu i sromu;

Młody, niebaczną wziąłeś przed się drogę,

Ja cię przeżegnać, ja puścić nie mogę!"

 

Tu żona płacząc wyszła za próg chatki,

Bo czuła razem srom i miłość matki;

Za nią Bronika z trwogą i łzą w oku,

Wiesław twarz kryjąc stał kornie na boku.

Jan z Stanisławom sam milczący siedział,

Gdy się namyślił, tak mądrze powiedział:

"Stary młodemu wyrozumieć nie chce,

Młodego nowość i swoboda łechce,

Zwiąż go miłością i obsyp go zbiorem,

On dalej patrzy, bo mu świat otworem;

Nieszczęściem jemu najmilsza niewola.

Tak i na wiosnę ptak okrąża pola,

Płochy i dumny, ufny w siłę młodą,

Rzeki i skały przebywa z swobodą,

miłym głosem zwabiony - zostaje

I odtąd jedne zamieszkuje gaje,

Gdzie swoje szczęście i pokój znachodzi;

Te prawa mają, naturę młodzi.

Za nic już wszystko, gdy na całe życie

Wolną mu teraz drogę zagrodzicie.

Nie w nim też może dla Broniki szczęście:

Z woli ma płynąć niewolne zamęście;

Jako kwiat córka obcej ręki czeka

I traf młodzieńca przyniesie z daleka;

Dlatego dajcie wolność Wiesławowi,

O swoim szczęściu sam niechaj stanowi!"

 

Na to Stanisław: "Mądrze wy mówicie,

Ale nie znacie, co to stracić dziécię;

Dla czego ojciec w troskach życie trawi,

Czym się lat wiele utroska, ubawi,

Z czym żyć nawyknie i pracować w domu,

To weźmie przybysz nie znany nikomu.

Weźmie dobytek krwawo dochowany,

Gołe i głuche zostawi im ściany,

Gdzie zapomniani samotne Izy sączą,

Gdy córkę z obcym obowiązki łączą;

Przeto już dawne były myśli moje,

Bym ich przy sobie połączył oboje,

Ażeby matka kiedyś, po mej stracie,

Teściny w obcej nie służyła chacie;

Lecz myśli niczym, gdy Bóg nie dozwoli;

Przeto, Wiesławie! oddaję twej woli:

Uproszę Jana, wezwiej jego rady,

Może sam z tobą uda się na zwiady,

Może się wszystko inaczej wyświeci,

Co z wiatrem przyszło, to z wiatrem przeleci.

Lecz jeśli przyszła serce tobie święci,

Jeśli rodziny poznasz dobre chęci,

Uproś sąsiada, niechaj zacznie swaty,

Jak syn synową przywiedź mi do chaty".

 




Previous - Next

Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library

IntraText® (V89) Copyright 1996-2007 EuloTech SRL