| Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library |
| Kazimierz Brodzinski Wieslaw IntraText CT - Text |
Pospieszał Wiesław i lasem, i polem,
Ale się ostać nie może przed bólem,
Bo gdy chęć jedna raz serce osiędzie,
Daremny namysł i rozsądek będzie.
Przeto co myślał, co czynić przystało,
Stanowi wyznać otwarcie i śmiało.
Oczekiwany wjechał do podwórka.
Wybiegi Stanisław i matka, i córka;
Głaszczą koniki i wiążą u płotu,
Cieszą się wszyscy z prędkiego powrotu,
Z taniości kupna i z koników radzi;
Sam je Stanisław do stajni prowadzi,
Rychłą wieczerzę rozkazuje matce.
Skoro milczący Wiesław usiadł w chatce,
Matka go z córką o zdrowie pytały;
Milcząc Bronice dał gościniec mały.
Przybył też razem i sąsiad ciekawy,
Dobry do rady, dobry do zabawy,
Jan, co za stołem niejednym już siadał,
Jak mądrze myślał, tak i prawdę gadał;
Ale się wszystkim dziwno wydawało,
Że Wiesław smutny i mówi tak mało.
Wszedł i gospodarz, do stołu zasiedli,
Skromną wieczerzę przy rozmowach jedli;
Matka zaś oka nie spuści z Wiesława,
Dziwną w nim jakąś odmianę poznawa.
"Powiedz nam - mówi - co tobie się stało,
Że smutny siedzisz i mówisz tak mało?
Milczący zawsze sam sobie zaszkodzi,
Nigdy młodemu skrytość się nie godzi".
On spuścił oczy, wstydem się zapłonił,
Stanisławowi do nóg się ukłonił
I zaczął mówić słowy takowymi:
"Prawda, że szczerze trzeba ze starszymi,
Oni porywczej młodości wybaczą
I mądrą radę zawsze podać raczą.
Czemużem w domu nie został na wieki,
Wdzięczen łask tylu i waszej opieki,
Przy waszym pługu chodziłbym spokojny,
Anibym zaznał trudnej z sercem wojny.
Lecz darmo człowiek sam o sobie radzi,
Inaczej myśli Bóg o swej czeladzi;
Prędki, bez wieści spada wyrok boski.
Na mojej drodze pośród jednej wioski
Poznałem druhnę, której wdzięk uroczy
Zabrał mi serce i zniewolił oczy;
I tyle sprawił, że odtąd jedynie
Sercem i duszą jestem przy Halinie.
Ojcowie moi już królują w niebie,
Wyście sierotę przyjęli do siebie,
Nie żałowali ni trosków, ni chleba,
Dziś jedynaczkę córkę w swojej chacie
Dla mnie w zamęście i z wianem chowacie;
Jeszcze - mówicie - byłem dzieckiem małem,
Gdy ją w tych kątach sobie kołysałem.
Ni mię niewdzięczność, ani harda dusza
Odkryć przed wami tę boleść przymusza,
Ale mi rada niedościgła w niebie
O Was każe smucić, a zawstydzić siebie.
Puśćcież mię, puśćcie z rękoma gołymi;
Pracować będę pomiędzy obcymi,
Bo bez Haliny nic już nie zarobię,
Niezdatny ludziom i niemiły sobie;
Prędko bym znalazł koniec życiu memu,
Pobłogosławić chciejcież ubogiemu;
Bo ten przed nędzą nigdzie się nie schroni,
Kogo przekleństwo dobroczyńców goni. -
Sprawcie! Bóg za to niech będzie nad wami!"
Tu Bronisława zalała się łzami,
Bronika - patrzy dużymi oczyma,
Ciekawość tylko na jej ustach trzyma
Uśmiech pustoty; ale gdy ujrzała,
Że tu i Wiesław, i matka płakała,
Wnet Bronisławę objęła za szyję
I łzy niewinne na jej łonie kryje.
Stanisław milcząc podparł siwą głowę
I po ojcowsku rzekł słowa takowe;
"Kiedy twój ojciec żegnał ziemskie życie,
Ciebie mi oddał jak za moje dziecię;
Tak cię też kocham; i widzi Bóg w niebie,
Że nic milszego nie miałem nad ciebie.
A ty, niepomny, że mię starość gniecie,
Chcesz na przygody puszczać się po świecie,
Chcesz mię opuścić za to, żem cię chował,
Żem tobie córkę i dom mój hodował.
Nieszczęście wniesiesz do każdego domu,
Gdy mnie zostawisz śród żalu i sromu;
Młody, niebaczną wziąłeś przed się drogę,
Ja cię przeżegnać, ja puścić nie mogę!"
Tu żona płacząc wyszła za próg chatki,
Bo czuła razem srom i miłość matki;
Za nią Bronika z trwogą i łzą w oku,
Wiesław twarz kryjąc stał kornie na boku.
Jan z Stanisławom sam milczący siedział,
Gdy się namyślił, tak mądrze powiedział:
"Stary młodemu wyrozumieć nie chce,
Młodego nowość i swoboda łechce,
Zwiąż go miłością i obsyp go zbiorem,
On dalej patrzy, bo mu świat otworem;
Nieszczęściem jemu najmilsza niewola.
Tak i na wiosnę ptak okrąża pola,
Płochy i dumny, ufny w siłę młodą,
Rzeki i skały przebywa z swobodą,
Aż miłym głosem zwabiony - zostaje
I odtąd jedne zamieszkuje gaje,
Gdzie swoje szczęście i pokój znachodzi;
Te prawa mają, tę naturę młodzi.
Za nic już wszystko, gdy na całe życie
Wolną mu teraz drogę zagrodzicie.
Nie w nim też może dla Broniki szczęście:
Z woli ma płynąć niewolne zamęście;
Jako kwiat córka obcej ręki czeka
I traf młodzieńca przyniesie z daleka;
Dlatego dajcie wolność Wiesławowi,
O swoim szczęściu sam niechaj stanowi!"
Na to Stanisław: "Mądrze wy mówicie,
Ale nie znacie, co to stracić dziécię;
Dla czego ojciec w troskach życie trawi,
Czym się lat wiele utroska, ubawi,
Z czym żyć nawyknie i pracować w domu,
To weźmie przybysz nie znany nikomu.
Weźmie dobytek krwawo dochowany,
Gołe i głuche zostawi im ściany,
Gdzie zapomniani samotne Izy sączą,
Gdy córkę z obcym obowiązki łączą;
Przeto już dawne były myśli moje,
Bym ich przy sobie połączył oboje,
Ażeby matka kiedyś, po mej stracie,
Teściny w obcej nie służyła chacie;
Lecz myśli niczym, gdy Bóg nie dozwoli;
Przeto, Wiesławie! oddaję twej woli:
Uproszę Jana, wezwiej jego rady,
Może sam z tobą uda się na zwiady,
Może się wszystko inaczej wyświeci,
Co z wiatrem przyszło, to z wiatrem przeleci.
Lecz jeśli przyszła serce tobie święci,
Jeśli rodziny poznasz dobre chęci,
Uproś sąsiada, niechaj zacznie swaty,
Jak syn synową przywiedź mi do chaty".