Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library
Kazimierz Brodzinski
Wieslaw

IntraText CT - Text

Previous - Next

Click here to show the links to concordance

IV

 

Idzie Jan z tęsknym Wiesławom na zwiady,

Wiesław daleko przed nim znaczy ślady,

Bo go i miłość, i młodzieńcza siła

Przez góry, doły prędzej prowadziła.

A gdy przybyli, gdzie mieszkała córka,

Taką pieśń nucą za płotem podwórka:

 

"Kwiatami grzęda osuta,

Kwitnie rozmaryn i ruta,

Na okienku wianek leży,

Jest tu córka dla młodzieży.

 

Przyjdzie młodzian z obcych błoni,

Ojcu, matce się pokłoni;

Zerwie panna swoje kwiaty,

Do teściowej pójdzie chaty.

 

Raz ostatni, rozmaryny!

Uwieńczycie skroń dziewczyny;

Zielona ruto na grzędzie!

Nikt cię polewać nie będzie.

 

Schludna chata, choć uboga,

Za rządnością pomoc Boga.

Skrzeczy sroka na jaworze

Panna stroi się w komorze.

 

Otwierajcież! przyszli goście!

I życzliwie w dom zaproście;

Chociaż obcym, bądźcie radzi:

Dobra nas tu chęć prowadzi".

 

Wyjrzała oknem od kądzieli matka,

Skrzypła zapora, otwarła się chatka,

Wszedł Jan sędziwy, Wiesław okazały

Głową wyniosłą dosięgną! powały,

Jadwiga rzekła: "Witajcie nam, goście!

Siądźcie i z Bogiem dobrą wieść przynoście!"

Z komory wyszła Halina z rumieńcem,

Skłoniła głowę przed znanym młodzieńcem,

A Jan powiedział: "Oj! widzę, że godne

I starca drogi lica tak urodne".

Kiedy Halina słyszy taką mowę,

Rumianych wdzięków przybyło połowę;

Koszyk podróżny zdejmuje z młodziana,

Bierze i laskę sędziwego Jana.

Wnet czystą ławkę do stołu przynosi,

A matka gości do spoczynku prosi;

Mówi do ucha stydliwej Halinie:

"Niech się roznieci ogień na kominie,

Niech będzie rychło wieczerza gotowa!"

 

Jan, gdy odpoczął, w te przemówił słowa:

"Niech gospodyni przeto nie obrażę,

Czyniąc, co dawny obyczaj nam każe;

Ojców zwyczaje - toć krewieństwo nasze,

Przeto, Wiesławie! daj z koszyka flaszę,

A gospodyni kubka nam udzieli:

Miernie użyty trunek rozweseli,

Śmielszymi czyni ukrywane chęci

I tajność serca przed oczy wyświęci,

Bo jak oblicze oglądamy w zdroju,

Tak dusza wiernie wyda się w napoju.

Pszczółki na ziemi pierwsze gospodynie,

One po całej opatrznej krainie

Zbiorów szukały; ochronne przy zgodzie

Wzbudziły przemysł i w ludzkim narodzie.

A jak na wiosnę gospodarna pszczoła,

Gdy się sad bieli i wonnieją zioła,

Niesie w ul siostrze uzbierane miody,

Tak niesie" młodzian z rodzinnej zagrody

Kubek słodyczy przy życzliwej chęci

Tej, której serce niewolne poświęci.

Bo równa pszczole jest miłość wieśniacza,

Słodycz i zgodę, i pracę oznacza".

 

Podała matka kubek na te słowa;

Poszła do serca wszystkim Jana mowa.

Bóg go też wielkim rozumem obdarzył,

Już on niejedno krewieństwo skojarzył,

Starostą bywał na każdym weselu

I chrzestnym ojcem zwią go w domach wielu,

Przeto, .gdziekolwiek przyjdzie w odwiedziny,

Jest jakby w domu, u swojej rodziny.

 

W podany kubek nalał Wiesław miodu:

"Przyjmij tę kroplę z obcego ogrodu,

Piękna Halino! jak tobie słodyczy

Na całe życie serce moje życzy".

Na to Halina pytającym okiem

Patrzy na matkę; odwrócona bokiem,

Białe odzienie zarzuca na głowę,

Tak zasłoniona wypełnia połowę,

Połowę Wiesław wypełnił aż do dna;

A jako zorza za gajem pogodna

Kryjąc się błyszczy rumieńcem Halina.

Jan dziewosłęby w te słowa zaczyna:

"Kiedy tak córka chęć życzliwą dzieli,

Już do was, matko! mówić mię ośmieli;

Gdzie młodzież idzie za serdeczną władzą,

Niech ją z namysłem starsi doprowadzą;

Młodość nie widzi, przyszłości nie bada,

Jako w kochaniu ufność w losie składa,

A to odmienne, nieprzyjazne rzeczy!

Szczęście więc starsi muszą mieć na pieczy,

Wszystko przewidzieć, w szczerości pogadać,

A z resztą ufność na Bogu zakładać.

Poczciwych ojców widzicie tu syna;

Chociaż pod ziemią śpi jego rodzina,

Ma przecie ojców, co litością zdjęci,

Mając kumostwa powinność w pamięci,

Nie żałowali dla sieroty chleba,

Uczyli pracy i bojaźni nieba;

Sprawiał się godnie, że go synem zowią

I część chudoby dla niego stanowią;

Nie jest ci u nich gospodarstwo liche,

Praca sierpowa nie idzie pod wichę,

Co tydzień wniesie, nie straci niedziela,

Bóg też rządności pomocy udziela.

Czystą pszenicę niesie czarna rola,

Wełniste owce zabielają pola,

W schludnych stajenkach bydełko się chowa,

A [w] cztery konie jeżdżą do Krakowa.

 

Z ich to poręki ja do was przychodzę;

Poznał się Wiesław z Haliną na drodze,

Jak pewno wiecie - i ojcom wyjawił,

Że swoje serce w jej sercu zostawił.

Na to Stanisław rzekł mu słowem takiem:

"Lecz jeśli miła serce tobie święci,

Jeśli rodziny poznasz dobre chęci,

Uproszę Jana, niechaj zacznie swaty,

Jak syn synową przywiedź mi do chaty".

Te słowa, matko! wiernie wam odnoszę

I w imię ojców o córkę was proszę.

Niechaj Bóg dobre rodziny jednoczy.

Nie chcę młodego wychwalać wam w oczy;

Często pochwała, choć i słuszna, szkodzi,

Bo lepiej, kiedy nie znają się młodzi,

Za wcześnie już się u celu być mienią,

Raz pochwaleni - przestrogi nie cenią.

Choć pracowity, choć posłuszny w domu,

Bywał i Wiesław szpakiem po kryjomu:

Zajechać drogę, choćby wojewodzie,

Rej nad muzyką prowadzić w gospodzie,

Z karczmy rozpędzać cesarskie wojaki,

Wyśmiać wędrownym góralom chodaki -

Toć były dotąd jego obyczaje.

Młodemu wszystko zarówno się zdaje,

Bo jak na wiosnę pędzi potok w biegu,

Pieni się, szumi i wylewa z brzegu,

Aż dalej cicho płynie w swym korycie,

Tak młodzian siłą udarzon obficie

Musi wyszumieć, aż w troskach stateczny,

Jak jabłoń z czasem traci kwiat zbyteczny.

Zawsze też dobra i stateczna żona

Resztę wychowu w młodzieńcu dokona,

Nauczy myśleć, jak dobytek zbierać,

Jak się na przyszłość niepewną obzierać.

To wam powiadam o naszym Wiesławie,

Bom mu był świadkiem od dzieciństwa prawie".

 

Bacznie Halina, stojąca na boku,

Śledziła prawdy w Wiesławowym oku;

Jan, mówiąc prawdę, wiedział, że nie ranił:

Dziewczęta lubią błędy, które ganił.

 

Ale łza błysła w źrenicy młodziana,

Potem się nisko skłonił do nóg Jana,

Skłonił się matce, milcząc pełen sromu;

I było długie pomilczenie w domu.

Wtenczas Halinie także łzy wytrysły.

Jako na wiosnę nad brzegami Wisły,

Gdy wonny deszczyk obłoki wyleją,

Kwiaty zroszone błyszczą się nadzieją,

A razem słońce za górami świeci,

Tak, gdy z otuchą łzę zroniły dzieci,

Jan z matką na nie podglądali z boku;

Miła pogoda jaśniała im w oku.

 

Rzewniło matkę niespodziane szczęście,

Lecz nie Halinie bogate zamęście,

Która sierota, bez ojca i matki;

Nie miała wiana ni rodzinnej chatki

W szczerości zatem, jak każe sumienie,

Takie Janowi czyni oświadczenie:

 

"Jest Bóg widzący na niebieskim dworze,

Doświadcza ludzi w szczęściu i pokorze,

Czy kogo zniży, czy w górze osadzi,

Patrzy, jak wszędzie człowiek sobie radzi.

Halina moja, co w ubogim bycie

Przepracowała dotąd ze mną życie,

Nie wierzy słońcu, które niespodzianie

Przed nasze teraz zabłysło mieszkanie.

Na stan jej niski wysoka jagoda,

Nie dla niej kmiecia ręka i zagroda;

Bo nie ma ojców ani przyjacieli,

Co by o wianie dla niej pomyśleli.

Przeto, młodzieńcze! niech cię Bóg poświęci

Za dobre serce i życzliwe chęci.

Teraz słuchajcie o losie Haliny

I to do waszej odnieście rodziny:

 

Gdy się los zawziął na polską Koronę,

Szedł mój mąż z kosą na spoiną obronę

I już nie wrócił. - Obcy bez litości

Grabili dwory, zapalali włości;

Doznał, co trwoga, kto pomni te czasy.

Starce i matki pokryły się w lasy;

Ale i w lesie zajęły się sosny:

Byłci to widok straszny i żałosny,

Gdy ta ostatnia gorzała uchrona;

Na milę wielka rozciągła się łona;

Dzieci i matki błądziły tłumami.

Przy drodze na to patrzyłam ze łzami,

Aże mi dziecię zastąpiło drogę,

Do serca płacząc. Utulam, jak mogę,

Pytam o imię, rodzinę, mieszkanie,

Ale daremna prośba i pytanie.

Dziecię zaledwo znało swoje imię,

Mówiło tylko, że w okropnym dymie

Nieznani ludzie wiedli je do lasu;

Więcej nic nie wiem aż do tego czasu.

Ja, matka niegdyś, pamiętna na Boga,

Wzięłam sierotę, choć sama uboga.

Użyłam trosków, lecz była ich godna,

Wyrosła zdrowa, pracowna, urodna;

Obiedwie teraz pracujem na siebie,

W jednych żyjemy troskach i potrzebie.

Bez skiby ziemi, jałówka, dwie krówek,

Kilka owieczek, cały nasz dochówek.

Brzmią tu wesela na każde odpusty;

Lecz to nie dla niej, nie dla niej zapusty,

Na których pannom kupują pierścienie;

Tam gdzie stodoły i bogate mienie,

Tam zalotnicy; nie zwabi młodziana

Przybysza córka bez ojców i wiana.

Jak była dotąd niebieska opieka,

Tak przeznaczenia u Boga niech czeka.

Ufam, że póki niemoc mię nie strawi,

Już mię Halina samą nie zostawi".

 

Na to Halinie łza z oczu wytryska,

Klęka przed matką i kolana ściska:

"O miła matko! tyś jest moje wiano;

Choćby mi góry ze złota dawano,

Choćbym mieszkała w malowanym dworze,

Jedwabne szaty chowała w komorze,

To bym bez ciebie przepłakała życie".

 

Tak się ścisnęły lejąc łzy obficie.

A Jan milczący bacznie radość chowa;

Wykraść się chciały niecierpliwe słowa,

Bo dusza pełną była ważnych myśli;

Na twarzy tylko wesele się kryśli.

Chciał mówić Wiesław, ale go Jan bacznie

Ostrzegł po cichu i tak mówić zacznie:

"Ważne mi, ważne zwiastują się rzeczy,

Jest Bóg, co ludzkie sprawy ma na pieczy.

Chwała mu wieczna! - Miła gospodyni

Niechaj z ufnością, co powiem, uczyni,

Bo z serca idzie szczera moja rada.

Uproście koni z wozem u sąsiada,

A tę życzliwość hojnie mu wróciemy,

Bo wszyscy w drogę wybrać się musiemy.

Szczęścia spólnego wybiła godzina,

Pozna Halinę Wiesława rodzina".

 




Previous - Next

Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library

IntraText® (V89) Copyright 1996-2007 EuloTech SRL