| Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library |
| Aleksander Fredro Pan Jowialski IntraText CT - Text |
AKT PIERWSZY
Ogród.
SCENA PIERWSZA
Ludmir, Wiktor.
Obadwa w dreliszkowych szpencerach, słomianych kapeluszach, tłumaczki
na plecach. - Ludmir wchodzi na scenę, oglądając się na
wszystkie strony.
WIKTOR
za sceną
Dokąd! dokąd! - Ja dalej nie idę.
LUDMIR
Jeszcze tylko kilka kroków, panie kolego; dwadzieścia, nie więcej;
tu, pod to drzewo. - Patrz, co za boskie miesce do spoczynku: chłód,
trawnik, strumyk szemrzący...
WIKTOR
wchodzi kulejąc, z tłumoczkiem w ręku
Chmury! Góry! Księżyc! Gwiazdy! - wszystko razem w twojej
głowie, (rzucając tłumoczek i kapelusz pod drzewo) Dobrze mi
tak! Bardzo, bardzo dobrze! - Po kiego diabła mnie było wdawać
się z poetą! Z tym szalonym człowiekiem! (kładzie się
na ziemi koło tłumoczka, Ludmir chodzi nucąc) Kto dobrze wiersze
pisze, myślałem, że i dobrze w głowie mieć musi - ale
gdzie tam! Co inszego papier, co inszego świat, (po krótkim milczeniu)
Śpiewaj sobie, śpiewaj!
LUDMIR
Cóż mam robić?
WIKTOR
Nie słyszałeś, com mówił?
LUDMIR
Słyszałem.
WIKTOR
Ja to do ciebie mówiłem.
LUDMIR
Wiem.
WIKTOR
Przeklęta flegma!
LUDMIR
Nie flegma, ale cierpliwość. - Spocony, napiłeś się
nieostrożnie zimnej wody i paraliż tknął twój rozum, ale ja
zaczekam - mam nadzieję, że wróci do zdrowia.
WIKTOR
zrywając się siada
Ja rozum straciłem? ja? - A to mi się podoba!
LUDMIR
Chwała Bogu, że ci się coś przecie podoba.
WIKTOR
Ale pewnie nie to, że, ubrany jak na redutę, włóczę
się od wsi do wsi. Ale na rozum nigdy za późno, rób więc sobie,
co chcesz, a ja wiem, co zrobię.
LUDMIR
Na przykład?
WIKTOR
Pójdę, najmę wózek...
LUDMIR
Z końmi czy bez koni?
WIKTOR
Z końmi czy osłami - najmę do pierwszej poczty, a stamtąd
pocztą wracam do domu.
LUDMIR
A potem?
WIKTOR
coraz niecierpliwiej
A potem wielkimi literami napiszę...
LUDMIR
Wyrysuj lepiej, bo piszesz nietęgo, a rysujesz ładnie.
WIKTOR
Więc wyrysuję, wyrysuję łokciowymi literami...
LUDMIR
Gotyckimi zapewne, z różnymi...
WIKTOR
Jakimi bądź, nieznośny i przeklęty poeto - ale jak
najwyraźniejszymi: że szalony, szalony i jeszcze raz szalony, kto
się wdaje ze stworzeniami nazwanymi poety.
LUDMIR
A ten łokciowy - wszak łokciowy?
WIKTOR
Sążniowy.
LUDMIR
Sążniowy, wyrysowany napis?
WIKTOR
Zostawię dla dzieci, wnuków, prawnuków.
LUDMIR
Więc chcesz się żenić?
WIKTOR
Być może.
LUDMIR
Bo przecie nie zechcesz mieć wnuków, prawnuków...
WIKTOR
Koniec końców, wracam do mojego cichego pokoiku, do moich obrazów, do
moich ołówków.
LUDMIR
śpiewa
Niemądry, kto śród drogi
Z przestrachu traci męstwo...
WIKTOR
Powiedz mi, po co ja się włóczę za tobą?
LUDMIR
Twoja teka, napełniona rysunkami, za mnie odpowie.
WIKTOR
z przesadą
"Chodź ze mną, Wiktorze! Udamy się w odłogiem
leżącą krainę, tam pierwotną naturę
śledzić będziemy. - Zamki na śnieżnych szczytach
Karpatów, nieme świadki przeszłości - skały zwieszone, co
chwila od wieków grożące upadkiem - potoki rwiące czarne
świerki i kwieciste róże razem - do nowych dzieł natchną
nas obu. Tam, dalecy świata..." Ale gdzie ja mogę sobie
przypomnieć te wszystkie słowa, którymi dnie całe jak syrena...
LUDMIR
Tylko nie - "z Dniestru", bardzo proszę,
WIKTOR
Jak syrena więc z Pełtewy, nęciłeś mnie do tej
nieszczęsnej podróży. - I zamiast zamków, skał, potoków,
jakiejś dzikiej, okropnej i zachwycającej razem natury, której nawet
wyobrażenia mieć nie mogłem - włóczymy się od karczmy
do karczmy. Tam, podparty na ręku, słuchasz godzinami całymi
rozmowy chłopów, Żydów, furmanów i każesz mi rysować
jakiegoś pijanego mularza, rachującego Żyda,
rozprawiającego organistę.
LUDMIR
Ach, organista, organista! ten wart milijona, ten cię unieśmiertelni
- udał ci się doskonale! Tylko trzeba, abyś go trochę
poprawił - podbródek za duży. Wyborny, wyborny organista! pokaż
no go.
WIKTOR
Daj mi święty pokój! Wolisz ty pokazać salceson i wino.
LUDMIR
Aha! otóż i słowo zagadki - pan głodny, pan złego humoru.
Zaraz panu służyć będę. (dostając) Ale to jednak
zakała dla sztuk pięknych, że wy, pęzlikowi i ołówkowi
panowie, tak jesteście chciwi tego materyjalnego pokarmu.
WIKTOR
A wy, kałamarzowi i piórowi, tylko powietrzem żyjecie! tylko
natchnieniem muzy! Uderz więc w złoty bardon, wnieś pieśni
wieszcze - niech kamyki tańcują, drzewa płaczą, a ja
tymczasem jeść będę.
Czas jakiś milczenie.
Powiedz mi, mój kochany Ludmirze...
LUDMIR
Oho! "kochany Ludmirze". - Salceson skutkował.
WIKTOR
Żart na stronę - powiedz mi, czego ty się dobrego spodziewasz w
twoich brudnych karczmach? Czego ty szukasz między prostym ludem?
LUDMIR
Prostego rozumu.
WIKTOR
Piękny rozum! Piją i po pijanemu bają.
LUDMIR
Jedz jeszcze, jedz, kochany Wiktorze, bo z twojej uwagi miarkuję,
żeś jeszcze diable głodny. - Każdy nasz spoczynek,
każdy nocleg w karczmie, nie byłże godnym opisania?
WIKTOR
Szkoda pióra!
LUDMIR
Ach, kiedy też już zejdziemy z tych woskowanych posadzek, na których
ciągle kręcimy się i kręcimy aż do nudzącego
zawrotu głowy. - Znajdziesz, bądź pewny, między prostym
ludem: rozsądek, dowcip, przenikliwość,
przebiegłość, lecz inaczej wyrażone; może za ostro,
ale za to i lepiej. Tam wszystko właściwe nosi nazwisko: kmotr zowie
się kmotrem, a łotr łotrem; tam w każdym wyrazie jest
myśl, dobra czy zła, ale jest. Nie tak jak w naszych salonach -
kwiaty na kwiaty sypią, a dmuchniej, nie ma nic, zupełnie nic.
Dlatego też i my autorowie wolemy trzymać się kwiecistych
nicości - łatwiej stroić niż tworzyć. - Ty wina
pić nie będziesz?
WIKTOR
Dlaczego nie będę pić?
LUDMIR
wypiwszy
Myślałem, że nie będziesz - dla złego humoru; nic tak
nie szkodzi jak wino na żółć wzburzoną.
WIKTOR
Dolejże!
LUDMIR
Jak te Van-Dyki piją! - Oddajże mi szklaneczkę.
WIKTOR
Dopieroś wypił,
LUDMIR
Otóż... coś miałem mówić... (pije) Razem wydamy opis naszej
podróży; do każdego rozdziału ty dołączysz
rycinę.
WIKTOR
Otóż to! to rzecz cała. - Chciał rycin do swoich baśni i
pokazał mi gruszki na wierzbie. A ja, ja głupi, dałem się
uwieść jakimiś zamkami.
LUDMIR
Po części prawda... ale i w Karpatach będziemy.
WIKTOR
Jakbym tam już był,
LUDMIR
Może uda nam się spotkać z Szandorem.
WIKTOR
Z co za Szandorem?
LUDMIR
No, z Szandorem, romantycznym hersztem rozbójników, o którym rozpowiadają
cuda złego i dobrego razem.
WIKTOR
Nie ciekawym poznać pana Szandora.
LUDMIR
Przekonasz się, że jest mnóstwo najpiękniejszych widoków, godnych
twojego pęzla.
WIKTOR
I mnie było być tak ślepym! Mnie było jemu wierzyć!
Mnie o głodzie i chłodzie włóczyć się dla jego rycin!
LUDMIR
z udanym zachwyceniem
Patrz, i tu - nie boskiże to widok? Ten dom w kwiatach - ta rzeka - drzewa
- dalej wioska - w głębi sine Karpaty...
WIKTOR
W samej rzeczy - piękny widok; i światło - jak ładnie pada
na te świerki...
LUDMIR
klękając
Mam ci służyć za stolik? Połóż tekę na mojej
głowie.
WIKTOR
chwyta tłumoczek, potem rzuca
Nie, nie, znowu mnie chcesz zbałamucić.
LUDMIR
z udanym zachwyceniem
To światło! to światło! A ten cień! Ach, jestem w
zachwyceniu!
WIKTOR
A ja nie. - I rób, co chcesz, ja wracam do domu.
LUDMIR
prosząc
Wiktorze, zostań.
WIKTOR
Nie mogę.
LUDMIR
Wiktorku.
WIKTOR
Ledwie postąpić zdołam.
LUDMIR
Wiktoreczku! Van-Dyku! Rubensie!
WIKTOR
Daremne gadanie.
LUDMIR
wstając
Niechże cię kaci porwą, przeklęty bazgraczu! Ale
przynajmniej przyrzekasz, że zastanę rysunki wykończone?
WIKTOR
Ja bazgracz?
LUDMIR
Nie, nie. - Ty wiesz, że jesteś mój Van-Dyk, Salvator Rosa.
WIKTOR
Van-Dyk i Salvator Rosa - co ten plecie!
LUDMIR
Będą rysunki?
WIKTOR
Będą, będą. Adieu!
LUDMIR
Bywajże zdrów, najupartszy człowieku, jakiego kiedy bogowie na ten
padół płaczu w nieprzebłaganym gniewie wyrzuciły.
WIKTOR
odchodząc
Dobrze, dobrze.
LUDMIR
wołając za nim
A organiście popraw podbródek. Pamiętaj.
WIKTOR
za sceną
Pamiętam, pamiętam,
SCENA DRUGA
LUDMIR
sam
Poszedł - szkoda! Za ostro z miesca go zażyłem; wielka dla mnie
strata, (siadając) Tak, od dziś dnia porzucam złocone komnaty,
przenoszę się pod skromne strzechy; tam jeszcze człowiek jest
przejrzystym. Ukształcenie za gęstym już werniksem
przeciągnęło wyższe towarzystwa. Wszystkie charaktery
jednę powierzchowność wzięły; nie ma wydatnych
zarysów. Co świat powie, to jest teraz duszą powszechną.
Skąpiec dawniej w przenicowanej chodził sukni, trzymał ręce
w kieszeni. Teraz sknera sknerą tylko w kącie; troskliwość
o mniemanie przemogła miłość złota, i ubogiego hojnie
obdarzy, byle świat o tym wiedział. - Zazdrosny gryzie wargi i
milczy, tchórz mundur przywdziewa, tyran się pieści - słowem,
wszystko zlewa się w kształty przyzwoitości. W każdym
człowieku dwie osoby; sceny musiałyby być zawsze podwójne, jak
medale mieć dwie strony. - Komedyja Moliera koniec wzięła. - Ale
jakaś para tu się zbliża... Wybaczcie, podsłuchywać
muszę; jeszcze mi kilka rozdziałów trzeba. - Udam śpiącego.
SCENA TRZECIA
Szambelanowa, Janusz, Ludmir.
JANUSZ
Helena kocha mnie, me ma wątpienia. I dlaczegóżby nie miała
kochać? - Jestem dobrze urodzony, jestem młody, przystojny, rozumny i
mam wieś, jakiej daleko poszukać.
LUDMIR
na stronie
Ten, widzę, chce zbijać moje rozumowanie.
JANUSZ
Nie rozumiem zatem tej zwłoki, której żąda, i to już po raz
trzeci.
SZAMBELANOWA
mówi powoli, ale decydująco zawsze
Ja bardzo dobrze rozumiem; ale te wszystkie wykręty na nic się nie
przydadzą. Pójdzie za waćpana, ja za to ręczę. - I już
dawno byłaby pani Januszową, gdyby nie przeciwności, które ja
tylko jedna zwalczyć jestem zdolną i które zwalczę.
Zażywa tabaczkę czasami.
JANUSZ
W ręku pani szambelanowej szczęście moje.
SZAMBELANOWA
W całej rodzinie Jowialskich za grosz rozsądku, to jest rzeczą
dowiedzioną. I lubo mi nie chcą wierzyć, ja im zawsze powtarzam;
bo ja każdemu prawdę lubię powiedzieć, powoli, grzecznie i
wyraźnie. - Stary Jowialski nie pyta się, co się dzieje, jak
się dzieje w domu, byle tylko miał kogo, co by słuchał jego
przysłowiów, bajek i dykteryjek. W jego ręku jednak majątek.
C`est la chose.
JANUSZ
Bardzo mnie lubi.
SZAMBELANOWA
Co on lubi! Jesteś wesoły, siadaj; jesteś smutny, idź za
drzwi. - Stara zaś Jowialska jest to tylko cień swojego
najukochańszego małżonka; na nic nie ma już czucia i
myśli, tylko na dowcipne słowa swojego bożyszcza, z których
śmieje się od lat piędziesięciu po dziesięć
godzin na dzień. C`est une misere!
LUDMIR
na stronie
Ho, ho! tu są charaktery.
SZAMBELANOWA
Mój mąż - dobre stworzenie: cielę, głupkowaty, bez
żadnego zdania, i dlatego poszłam za niego po
nieszczęśliwym przypadku mojego pierwszego męża, śp.
jenerał-majora Tuza. Nie wiem, czy słyszałeś o przypadku,
jakim utonął? Vous savez?
JANUSZ
Słyszałem, słyszałem, mościa dobrodziejko.
SZAMBELANOWA
Mój mąż więc teraźniejszy, którego paniczem w domu
zowią, lubo ma lat piedziesiąt, nie ma żadnego zdania. U niego wszystko:
dobrze, bardzo dobrze - byle nie trudnił się niczym, jak tylko swoimi
ptaszkami, byle jadł dobrze, spał jeszcze lepiej. To jest
człowiek nie do obudzenia, jak worek grysu. Hélas!
JANUSZ
Powiedział mi wczoraj, że bardzo będzie szczęśliwy
mieć za zięcia tak rozumnego człowieka.
SZAMBELANOWA
Trzy razy w godzinie powie czarno, biało i znowu czarno, a nawet nie wie,
że zmienił zdanie. Mon Dieu!
JANUSZ
Zatem robi, co waćpani dobrodziejka rozkaże.
SZAMBELANOWA
Robi, co każę, nie ma wątpienia, bo robić musi: ale za
chwilę zrobi także, co mu jego strzelec każe. Szczerze
waćpanu powiadam, że na wotywę dam, jak się raz z tego domu
wydobędę. Co jednak prędzej nastąpić nie może,
aż Helena za mąż pójdzie; gdyż stary Jowialski, który bez
licznego towarzystwa obejść się nie może, przy naszym
ślubie, wieś nam wypuszczając, położył warunek,
iż póty przy nim mieszkać będziemy, póki Helena za mąż
nie pójdzie. Vous figurez-vous?
JANUSZ
A natenczas?...
SZAMBELANOWA
Ona z mężem tu bawić będzie. Ale trzeba powiedzieć, ni
do dziada, ni do ojca podobna. Dobre dziecko moja pasierbica, lecz ma
swoję wolą i uporek, a ja tego nie lubię. Przy tym główka
trochę romansami i poezyjami zawrócona. I do tego, panie Januszu,
należałoby się trochę stosować. Je vous prie.
JANUSZ
Mając dobrą wieś, mam być romansowym?
SZAMBELANOWA
Zdałoby się,
LUDMIR
na stronie
Romansowa! Co za pole!
SZAMBELANOWA
Helena chciałaby jakiegoś smętnego wielbiciela, trawiącego
nocy śród grobowców. La!
JANUSZ
Na to się nie piszę.
SZAMBELANOWA
Jakaś tajemna tęsknota, skargi na niesprawiedliwość ludzi,
a nawet może i lekka zgryzota sumienia, jak to się dowiedziałam
przypadkiem z jej dziennika, nie zaszkodziłyby wcale.
LUDMIR
na stronie
Jaromir, Alp, Lara - rozumiem.
JANUSZ
To być nie może! Ja jestem uczciwym dziedzicem i honorowym deputatem.
- Ale zdaje mi się, że już czas będzie na śniadanie.
SZAMBELANOWA
W samej rzeczy, chodźmy.
JANUSZ
Służę pani. (postrzegając Ludmira) A!...
SZAMBELANOWA
przestraszona
A! - Co? Żaba?
JANUSZ
Nie; jakiś pan Sans-façons spi sobie pod drzewem.
SZAMBELANOWA
Komuż ma spać, jeżeli nie sobie? Voyons!
JANUSZ
Ale tu, w ogrodzie?
SZAMBELANOWA
Jakiś wędrownik.
JANUSZ
I butelka próżna w krzaku - spił się więc obywatel.
SZAMBELANOWA
Niechże się wyśpi.
JANUSZ
Trzeba by mu jaką sztuczkę spłatać.
SZAMBELANOWA
Ach, znowu! Allons!
Janusz Trzeba się bawić - pan Jowialski cieszyć się będzie.
SZAMBELANOWA
Tym się Helenie nie podobasz.
JANUSZ
Dlaczego, dlaczego? Byle co rozumnego; zaraz... co mu tu zrobić?...
Żebym miał kłaki i papier... Albo... wodą go obleje
SZAMBELANOWA
Na to nie pozwolę. C`est malhonnete.
JANUSZ
Albo... hm, hm... już wiem - każę go przenieść do
pałacu
SZAMBELANOWA
A to po co?
JANUSZ
Widziałem podobną komedyją... Wybornie!... śmiać
się będziemy dzień cały.
SZAMBELANOWA
Mnie się to nie podoba. C`est ordinaire.
JANUSZ
Bądź pani dobrodziejka łaskawa nie wzbraniać niewinnej
zabawy; wszakże sama mówiłaś, że muszę starać
się o łaskę pana Jowialskiego?
SZAMBELANOWA
Nareszcie - rób co chcesz. Ale c`est né rien`!
JANUSZ
Wszystko dobrze będzie, ja ręczę. Każę go
przenieść, przebrać w nasze teatralne suknie, wmówimy w niego,
że jest... że jest... No, o tym naradzimy się wszyscy, tylko
najpierw przenieść go trzeba. Zaraz z ludźmi wrócę po niego
- służę pani. Wyborna myśl! I Helenę to zabawi, (odchodząc)
Rozumny człowiek z wszystkiego korzystać umie.
SCENA CZWARTA
Ludmir
sam
O, Boże! czymże zasłużyłem na dobrodziejstw tyle!
Między jakichże ludzi wiedziesz mnie łaskawie! Jakiś pan
Jowialski - co to za nieoszacowana figura być musi, i jego żona
także dobra, i jego syn, i ten pan Janusz, co ma rozum i wieś,
także niezły... Macocha jenerałowa i pasierbica romansowa. -
Skarby! Ach, skarby! I ja? ja mam zostać celem ich zabawy? Ach, dobrze,
dobrze, będę, z duszy serca. I pod stół wlezę, jeżeli
każecie, bylem z wami dzień jeden przepędził. Niech mnie
niosą, niech przebiorą - spać będę jak zabity.
Kładzie się pod drzewem.
ODMIANA SCENY
Pokój z dwojgiem drzwi w głębi; jedne do pokoju Pana Jowialskiego,
drugie od wchodu; dwoje drzwi bocznych. Okno po lewej stronie od aktorów.
SCENA PIĄTA
Helena
sama
Trzy dni do namyślenia - trzy dni do namyślenia! Biada, biada tej, co
tego czasu potrzebuje, której serce nie uderza radośnie do chwili, gdzie
będzie mogło powiedzieć duszą ukochanemu: jestem
twoją, twoją na zawsze! - Janusza mam zostać żoną, on
moim mężem, on połową duszy mojej! On, on, którego
umysł nigdy się nad poziom wznieść nie zdoła! któremu
zamknięty świat ideałów! który znieważa czystą
miłość, ściągając ją ze stref górnych w
zmysłowości objęcie! - Ach, Heleno! takież to przeznaczenie
twoje? Nie znajdąż twe uczucia oddźwięku nigdzie?
Wszędzieże zimny tylko rozsądek odwzajemniać będzie
gorące uściski wyobraźni twojej?
po krótkim milczeniu
Nie, nie świetnego nadobnością kształtu, nie świetnego
urodzeniem i majątkiem, nie - nie takiego pragnę. Duszy dusza moja
szuka. Im bardziej świat go odtrąci, tym porywczej wyciągnę
ku niemu zbawienną rękę, tym czulej do serca przycisnę.
Ach, światem natenczas, całym światem ja mu się
stanę!
po krótkim milczeniu
Ale wszystko to marzenie, zimni ludzie szaleństwem je zowią. We
wszystkim szala rozsądnej rozwagi być musi. Wszędzie wytarte
koleje; tymi postępuj niewolniczo albo samą zostaniesz, samą na
ogromnej świata przestrzeni!
SCENA SZÓSTA
Helena, Szambelan.
SZAMBELAN
wychodzi, nucąc i podskakując; samotrzask w ręku
Patrz, Helusiu! to mi samotrzask - po dwa ptaszki na raz łapać
będzie.
HELENA
całując go w rękę
Kochany ojcze, chciałabym z tobą pomówić,
zaciągnąć twojej rady względem pana Janusza.
SZAMBELAN
Dobrze, moje dziecię, bardzo dobrze.
HELENA
Sama nie wiem, co mam robić. Chciałabym stosować się ile
możności do świata, w którym żyjemy, a z drugiej strony tam
gdzie idzie o szczęście lub nieszczęście całego mojego
życia...
SZAMBELAN
spuszczając samotrzask; na hałas wzdrygnęła się Helena
Trzask! - już w klatce; jak iskra!
HELENA
Słuchaj mnie, ojcze; ja nie mogę, jak tylko...
SZAMBELAN
Zaraz, zaraz, tylko samotrzask zastawię; zaraz wrócę, na jednej nodze
- interesa przed wszystkim.
Wybiega, nucąc.
HELENA
sama
O, nieba! jakże jestem sama! Jednak z nim tylko jednym mogę
mówić - przynajmniej czasem mnie słucha i pojmuje; przyznaje, że
słuszne moje żądania. - Macocha od niejakiegoś czasu
prawdziwą stała się macochą - bylem się jej tylko z
domu umknęła! Ach, biedna Heleno!
SZAMBELAN
[wchodząc,] do Heleny
Jestem, słucham, (do siebie, nawiasem) Pełno szczygłów i
dzwoniec się odzywał, (do Heleny) Ale cóż to znaczy, że
jesteś sama? Gdzież niewolnik twoich wdzięków?
HELENA
Ach, niewolnik moich wdzięków!
SZAMBELAN
Jakieś bardzo kwaśne "ach".
HELENA
Nienajsłodsze, kochany ojcze.
SZAMBELAN
Nie kochasz go, to nie idź za niego, i kwita. Ja, ojciec, ja ci to
powiadam; rób, co chcesz.
HELENA
Wszakże wczoraj inaczej mówiłeś.
SZAMBELAN
Inaczej?
HELENA
Kiedy matka wzbraniała i tych trzech dni mizernych zwłoki, o które
błagałam.
SZAMBELAN
Prawda. Moja żona życzy sobie, abyś poszła za Janusza.
HELENA
A więc?...
SZAMBELAN
A więc?...
HELENA
Cóż będzie?
SZAMBELAN
Czegóż ty chcesz?
HELENA
Rady, rady, kochany ojcze!
SZAMBELAN
Mojej rady? Dobrze, bardzo dobrze; niechże pierwej słyszę, co ty
myślisz.
HELENA
Ja myślę, że mam lat dwadzieścia.
SZAMBELAN
Za to ręczyć mogę.
HELENA
Że stosując się do poziomych ustaw społeczeństwa, czas
iść za mąż.
SZAMBELAN
Zgadzam się z tobą zupełnie w tej mierze.
HELENA
Im starszą będę, tym mniej będę miała w czym
wybierać. Tak gruby, ciężki rozsądek do mnie przemawia.
SZAMBELAN
Więc rada moja - idź za Janusza.
HELENA
Ale z drugiej strony, iść za mąż nie kochając - rzecz
okropna.
SZAMBELAN
Zapewne; dobra uwaga.
HELENA
Janusza kochać nie mogę.
SZAMBELAN
Ani trochę?
HELENA
Ani trochę.
SZAMBELAN
Cóż masz przeciw niemu?
HELENA
Nic za nim.
SZAMBELAN
Przecie?
HELENA
Nie kocham go, więcej nic.
SZAMBELAN
Człowiek wesoły.
HELENA
Aż nadto.
SZAMBELAN
Nadto?
HELENA
Przynajmniej jego wesołość jest tak pozioma, tak plastyczna,
że nie może wlać w duszę zdroju cichego zadowolnienia.
SZAMBELAN
Tego niekoniecznie rozumiem.
HELENA
Jest często płaskim trefnisiem.
SZAMBELAN
Płaskim? No, ale przez to może być dobrym mężem.
HELENA
Jak dla której.
SZAMBELAN
Ma piękny majątek.
HELENA
Tyle też wszystkiego.
SZAMBELAN
Rozum.
HELENA
Żadnego.
SZAMBELAN
On sam powiada.
HELENA
Żadnego - za to ręczę.
SZAMBELAN
Jednak zawsze uśmiejemy się do rozpuku. Ale jak tylko ci się nie
podoba, nie idź za niego! Nie ma co gadać; odpraw go, ja ci
radzę.
HELENA
Ach, więc piekło domowe ciągle trwać będzie, bo matka
nie tak łatwo odstąpi swojego zamiaru. Dziadunia, ciebie i mnie
nieustannie dręczyć będzie.
SZAMBELAN
Wiesz co, Helusiu, idź za Janusza - taka moja rada!
HELENA
Mnie się zdaje, że najlepiej będzie zwlekać, ile
możności. - Nie uczynię mu żadnej nadziei, ale też i
wzbraniać jej nie myślę. A tymczasem, kto wie - może
nastąpi jaka zbawienna odmiana.
SZAMBELAN
Otóż tak będzie najlepiej. Będziemy zwlekać, a potem
zobaczymy; taka moja rada!
SCENA
SIÓDMA
Pan Jowialski, Pani Jowialska, Helena, Szambelan.
Pan Jowialski, siwy staruszek, ale rumiany i żwawy, równie jak i Pani Jowialska, która bardzo wyprostowana drepci chodząc. Oboje ze staroświecka trochę ubrani, zwłaszcza Pani Jowialska.
PAN
JOWIALSKI
w drzwiach, do żony
Co się odwlecze, to nie uciecze.
PANI
JOWIALSKA
U jegomości zawsze jeszcze figle w głowie.
P.
JOWIALSKI
O, nie uciecze, ręczę jejmości. I stary odmłodnieje, jak
sobie podleje.
P.
JOWIALSKA
Co też to jegomość wygaduje! Mój miły Boże, gdzie
też to myśleć o tym.
P.
JOWIALSKI
W starym piecu diabeł pali, jak mówi przysłowie...
P.
JOWIALSKA
siadając
Oj, figle, figle!
Dobywa z torbeczki pończoszkę, wkłada okulary i zaczyna
robotę. Zawsze bardzo wyprostowana.
P.
JOWIALSKI
Szambelan i Helena całują w ręce Jowialskich.
Dzień dobry, panie Janie; jak się masz, Helusiu. Cóż tam
słychać?
HELENA
Nic, kochany dziaduniu.
P.
JOWIALSKI
Nic - to zbytku nie ma.
SZAMBELAN
Radziliśmy trochę.
P.
JOWIALSKI
Gdy szukasz rady, strzeż się zdrady.
HELENA
Między mną a ojcem tego lękać się nie można.
P.
JOWIALSKI
Zapewne, zapewne, ale przez to przysłowie dobre. I o czymże była rada?
SZAMBELAN
O tym, czy ma iść za Janusza, czy nie iść.
P. JOWIALSKI
Na czymże stanęło? Bo - koniec dzieło chwali.
SZAMBELAN
Jeszcze na niczym - podobno, wszak prawda?
HELENA
Na niczym.
SZAMBELAN
Nie dość jeszcze zna, jak powiada, swojego czciciela.
P. JOWIALSKI
Zjesz beczkę soli, nim poznasz do woli.
HELENA
Właśnie dlatego waham się jeszcze i prosiłam o trzy dni do,
namyślenia się; a jeżeli dziadunio dobrodziej będzie
łaskaw, to mi jeszcze na tydzień zezwoli.
P. JOWIALSKI
Ja nie mam nic przeciwko temu, ale nadto długo nie przewlekaj, moja panno,
bo to - czas płaci, czas traci.
HELENA
Wiem ja to dobrze.
P. JOWIALSKI
A Jeżeli się oglądasz na to, że jaki może lepszy trafi
się zalotnik - rzecz niepewna. Lepszy wróbel w garści niż
kanarek na powietrzu.
HELENA
Ja też zupełnie pana Janusza nie odprawiam, o zwłokę tylko
proszę.
P. JOWIALSKI
Jak czasem przebieranie na złe wychodzi, nauczy mała bajeczka o
osiołku - znacie ją?
WSZYSCY
Znamy.
P. JOWIALSKI
'Wiec słuchajcie:
Osiołkowi w żłoby dano,
W jeden owies, w drugi siano.
Uchem
strzyże, głową kręci,
I to pachnie, i to nęci.
Od któregoż teraz zacznie,
Aby sobie podjeść smacznie?
Trudny wybór, trudna zgoda -
Chwyci siano, owsa szkoda,
Chwyci owies, żal mu siana.
I tak stoi aż do rana,
A od rana do wieczora;
Aż nareszcie przyszła pora,
Że oślina pośród jadła -
Z głodu padła.
P. Jowialska, zdjąwszy okulary, słuchała z wielką uwagą, jak to za każdą bajką - i śmieje się zawsze mocno, ale cicho.
P.
JOWIALSKA
Bodaj jegomości! Co też to zawsze uśmiać się trzeba!
O, dlaboga! (kładąc okulary) Figle! figle!
Pani Jowialskiej wykrzykniki i pochwały nic nie przerywają, albo
bardzo mało, toczącą się rozmowę.
HELENA
Jednak, kochany dziaduniu dobrodzieju, lepiej nie mieć męża, jak
mieć niedobrego.
P.
JOWIALSKI
To nie dowiedzione. - Lepszy rydz niż nic.
HELENA
Nie chciałabym matki obrażać, a i o moję
spokojność, o moje szczęście idzie mi także
niemało.
P.
JOWIALSKI
Między młotem a kowadłem.
HELENA
Może też i matka...
P. JOWIALSKI
sens kończąc
Nie będzie tak uparta. O, tak! - Im kot starszy, tym ogon twardszy.
HELENA
całując w rękę
Mogę zatem mieć nadzieję, że dziadunio dobrodziej
będziesz mnie bronił przeciw niecierpliwej natarczywości pana
Janusza.
SCENA ÓSMA
Pan Jowialski, Pani Jowialska, Szambelan, Helena, Szambelanowa.
SZAMBELANOWA
zastanowiwszy się w drzwiach
O, tak! najlepiej. Słuchaj tylko jegomość panny Heleny, a dobrze
wyjdziemy. - Rozsądne szczęście w domowym zaciszu, przy
ślachetnym, gospodarnym mężu, za mało dla jejmość
panny, która pod nieba lata, kiedy po ziemi chodzić trzeba. - Bronić
przeciw panu Januszowi! Vous figurez-yous? - Dziękować,
dziękować Bogu powinnaś, że on chce ciebie
zaślubić! Bo cóż mu zarzucić? Młody, przystojny, ma
wieś o trzech folwarkach...
P. JOWIALSKI
który kilka razy starał się przyjść do słowa
Ależ, pani synowo, tylko słuchaj: Mądrej głowie
dość na słowie...
SZAMBELANOWA
do męża
I ty, ty zamiast córce prawdę powiedzieć, zamiast rzecz
wystawić, jak jest w istocie, potakujesz tylko wszystkiemu. C`est mal!
SZAMBELAN
Moja Basiu, wszak jegomość był świadkiem...
SZAMBELANOWA
O, ja wiem, co się święci, wiem bardzo dobrze...
P. JOWIALSKI
Czy nie mogę...
SZAMBELANOWA
Bylem powiedziała; biało, cały dom krzyczy jak wrony:
(udając) czarno! czarno!
P. JOWIALSKA
biorąc za rękę syna i synową
Za pozwoleniem - jedno słówko, parę wierszyków:
Kłódkę mąż żonie przywiózł na wiązanie.
- Kłódka? Co za myśl! na cóż to, kochanie?
- Użyj jej, jak chcesz, w jakim bądź sposobie,
Byleś użyła, ja zawsze zarobię.
P. JOWIALSKI
Dla Boga najsłodszego! co też ten jegomość nie wygaduje!
SZAMBELANOWA
Dobrze, pięknie! Rozumiem - kłódkę dla mnie. C`est bien. (do
męża) I ty cierpisz, aby mnie znieważano do tego stopnia! - Ale
daremna praca, ust mi nie zamkniecie i na dziesięć kłódek. (do
męża) Waćpan jesteś pantofel, (do Jowialskiego) A
jegomości o nic w świecie nie idzie, tylko o sposobność
umieszczenia swoich przysłowiów, które mi już kołkiem w
gardle...
P. JOWIALSKI
Kością w gardle - mówi Knapijusz, nie kołkiem.
HELENA
Ja tylko proszę matki, aby tak lekce nie ważyła
szczęścia mojego. Pan Janusz młody - prawda; ależ
młodość nie jest rękojmią szczęścia dla
żony.
P. JOWIALSKI
Stary, ale jary - lepszy czasem od młokosa.
HELENA
Przystojny? - to do gustu.
P. JOWIALSKI
De gustibus non disputandum.
HELENA
Ma majątek - nie przeczę. Ale ja nie dbam o złoto; czystą
tylko miłość, niezawisłą od podłej rachuby,
szacować mogę.
P. JOWIALSKI
Miłość bez pieniędzy, wrota do nędzy.
SZAMBELANOWA
Otóż to jegomość dobrze powiedział! Tres bien!
P. JOWIALSKI
Jeśli moje zdanie, dobrze mówisz, Janie.
HELENA
Nareszcie, ja się nie sprzeciwiam - ale dlaczego tak spieszyć?
P.
JOWIALSKI
Co nagle, to po diable.
SZAMBELANOWA
Nagle, moja panno? Wieleż jeszcze miesięcy, wiele lat jeszcze
wzdychać ma u nóg srogiej wiejskiej Dulcynei człowiek rozumny, który
bywał w świecie...
P.
JOWIALSKI
Bywał Janek u dworu, wie, jak w piecu palą.
HELENA
Ależ, kochana matko, to jest krok stanowczy; łatwo słowo
wymówić, ale co potem?
P.
JOWIALSKI
Dobrze mówisz, Helusiu. Słówko wyleci wróblem, a wróci się wołem
- jak uczy przysłowie.
SZAMBELANOWA
Przy największej cierpliwości trudno wytrzymać i na
szaleństwie trzeba będzie skończyć, (do męża)
Odezwiejże się waćpan przecie - czego stoisz?
P.
JOWIALSKI
Jak na niemieckim kazaniu, jak mówi...
SZAMBELANOWA
A dajże też mi jegomość święty pokój z tymi
przysłowiami bez końca.
P.
JOWIALSKI
uradowany
Prawda, że ich umiem bez końca?
SZAMBELANOWA
Prawdziwie, trzeba wierzyć, że Pan Bóg spuścił jakiś
szał na całą familiją Jowialskich.
P.
JOWIALSKA
Oho! Pani synowo.
SZAMBELANOWA
I ojciec, i matka, i syn, i wnuczka - za grosz rozsądku! Bo lubię
prawdę powiedzieć, powoli, grzecznie i wyraźnie: za grosz, za
grosz - rozsądku.
P. JOWIALSKI
Powiem ci bajeczkę...
SZAMBELANOWA
odsuwając rękę
A ja powiem przysłowie: Nie siej... wiecie co? - sami schodzą!
Odchodzi.
SCENA
DZIEWIĄTA
Pan Jowialski, Pani Jowialska, Helena, Szambelan.
P. JOWIALSKI
wołając za Szambelanową
Pewnie, że wiem, adagium Knapijusza; Nie siej głupich, sami
schodzą.
P.
JOWIALSKA
zdejmując okulary
O, o! co też to gada! Wszyscyśmy niby głupi, proszę
jegomości! Co to za niedobra niewiasta! Wszyscy!... Hm!... Ja, jak ja;
nasz pan syn - no, nie ma co mówić, ale Helusia i jegomość! I
jegomość!... Co to za niewstrzemięźliwy język!
P.
JOWIALSKI
A zawsze - powoli, a do woli. Zupełnie takiego miałem szłapaka -
często brał na kieł i jeźdźca unosił, ale zawsze
stępią, zawsze stępią, noga za nogą.
SZAMBELAN
Basia jest niegrzeczna.
P.
JOWIALSKI
Gniewa się baba na targ, a targ o tym nie wie.
SZAMBELAN
Ja wiem trochę.
P.
JOWIALSKI
Dzięcioł w drzewo kuje, a nos sobie psuje.
SZAMBELAN
z westchnieniem
Kuje! kuje!
P. JOWIALSKI
Wszystkie rozumy pojadła! Głupi ten, kto nie tak rzeczy widzi jak
ona. - Szkoda, że nie będzie słyszała bajeczki o sowie,
którą wam powiem; ale ja jej dziś jeszcze powtórzę. Pewnie nie
znacie tej bajeczki?
HELENA I
SZAMBELAN
Znamy.
P. JOWIALSKI
Słuchajcie więc:
- Głupie wszystkie ptaki! -
Rzekła sowa.
Na te słowa
Jaki taki
Dalej w krzaki;
Miłość własną ma i ptak.
Ale śmielszy stary szpak
Gwiznie, skoczy
Jej przed oczy
I zapyta jejmość pani,
Z jakich przyczyn wszystkich gani.
- Boście ślepi. - Bośmy ślepi?
A któż widzi lepiéj?
- Ja, bo bez słońca pomocy
Widzę w nocy. -
Na to odrzekł stary szpak:
- Widzieć zawsze wszystkim wspak,
To nie chluba,
Sowo luba.
Możeś mądra - niech tak będzie,
Lecz twą mądrość kryje cień,
A tymczasem słychać wszędzie:
Każda sowa głupia w dzień!
P. JOWIALSKA
O, dlaboga! Co też jegomość dalej nie wymyśli,
(kładąc okulary) Figle! figle!
SZAMBELAN
Ja nic u niej nie znaczę - wszystkim rządzi.
P. JOWIALSKI
Gdzie ogon rządzi, tam głowa błądzi.
SZAMBELAN
Powiada, że ja i miotła - obojeśmy sprzęty domowe.
P. JOWIALSKI
Biada temu domowi, gdzie krowa dobodzie wołowi - dawne uczy
przysłowie.
HELENA
Zatem, kochany dziaduniu, mam twoję obietnicę, że mnie
naglić nie będą?
P. JOWIALSKI
Krótko a węzłowato - nie chcesz Janusza?
HELENA
Tego nie wyrzekłam.
P. JOWIALSKI
Ale, moja Helusiu, przysłowie mówi: Prędka odmowa - datku
połowa.
SZAMBELAN
Prawda, i ja tak mówię.
HELENA
Jestże to w mojej mocy? Zawisłamże tylko od siebie?
SZAMBELAN
Dobrze mówisz, Helusiu. Od ciebie, nie od siebie - jak mówi przysłowie.
P. JOWIALSKI
Jakie przysłowie? gdzieś je czytał?
SZAMBELAN
Tak jakoś od śliny.
P. JOWIALSKI
Co waćpan bałamucisz! Mówi się - plecie, co mu ślina na
język przyniesie, ale nie: jakoś od śliny. I co waćpanu
myśleć o przysłowiach! Ho, ho! Także - kuchta do patyny!
(do Heleny) A ty ani tak, ani siak. Oj, dziewczęta, dziewczęta,
wszystkieście szpakami karmione. "Chcę, nie chcę - a ty,
kochanku, stój na smyczy!" Trafi się jaki smuklejszy modniś, z
loczkiem na czole, z zakręconym wąsikiem, z szlufowanym pazurkiem -
"a do budy, ty ze smyczy!" Ale jak się nic lepszego nie nadarzy
- "chodź i waszeć do ołtarza!" Dobry chleb, kiedy nie
ma kołacza.
P. JOWIALSKA
Figle! figle!
P. JOWIALSKI
Róbcie sobie nareszcie, jak chcecie! Jak sobie pościelisz, tak się
wyśpisz. Ale Janusz wesoły, ja lubię Janusza; z nim bawię
się i śmieję, a śmiać się bardzo zdrowo. Jednak
nie ma co mówić, każdy ma swoje wady, przymioty, widzimisię,
słowem - każdy dudek ma swój czubek.
SCENA
DZIESIĄTA
Pan Jowialski, Pani Jowialska, Helena, Szambelan, Janusz, za nim Lokaj.
WSZYSCY
do wchodzącego Janusza w kaftanie tureckim
A to co?
JANUSZ
Czy pani Szambelanowa nic nie mówiła?
SZAMBELAN
Aj, gdzież tam nie mówiła!
P. JOWIALSKI
Ona i przez sen gada.
SZAMBELAN
śmiejąc się
Już widzę, że z czegoś śmiać się trzeba.
P. JOWIALSKI
Cóż znaczy to przebranie? Nasze stroje teatralne - czy grać
będziecie dziś komedyją? Beze mnie?
JANUSZ
I owszem, wszyscy razem grać będziemy i śmiać się do
upadłego.
SZAMBELAN
śmiejąc się głośno
Wszakże mówiłem!
JANUSZ
Sporządziłem naprędce arcyucieszną komedyjkę.
SZAMBELAN
Mówże, jestem niecierpliwy!
P. JOWIALSKI
Ile kto ma cierpliwości, tyle ma mądrości - mówi
przysłowie.
JANUSZ
Wracałem z przechadzki przez ogród z panią Szambelanową, wtem
patrzę, pod drzewem śpi jakiś chłopek czy wędrownik;
zaraz mi na myśl przyszło sztuczkę mu jaką
wypłatać.
HELENA
Najlepsza byłaby, moim zdaniem, obudzić i dać wsparcie; może
głodny, spragniony, we śnie nieborak szukał wypocznienia na
dalsze trudy.
JANUSZ
Wcale nie spragniony, bo opodal w krzaku próżna leżała butelka.
P. JOWIALSKI
Corpus delicti.
SZAMBELAN
Hic, haec, hoc.
P.
JOWIALSKI
A to co?
SZAMBELAN
Po łacinie.
Jowialski wzrusza ramionami.
JANUSZ
I właśnie ta butelka naprowadziła mnie na myśl
arcyszczęśliwą - kazać go tu przenieść i
przebrać po turecku, co się najlepiej udało - śpi jak
zabity.
SZAMBELAN
Wybornie! Cóż dalej?
JANUSZ
Przebierzemy się także wszyscy i wmówimy w niego, że jest
sułtanem albo baszą w jakim nieznanym kraju. - Teraz proszę
sobie wystawić jego zadziwienie przy obudzeniu!
P. JOWIALSKI
Dobry żart tymfa wart.
SZAMBELAN
Czymże ja będę?
JANUSZ
Przebierzmy się pierwej, potem urzęda porozdajemy. I damy zechcą
przychylić się do tej arcydowcipnej zabawy.
P. JOWIALSKI
A, nie ma gadania - wszystkie! (do Lokaja) Dajże kaftan!
Ubiera się.
P. JOWIALSKA
Co też jegomość nie wyrabia! Boże mój najsłodszy!
P. JOWIALSKI
No, pani Jowialska, dalej w szarawary.
P. JOWIALSKA
Fe, fe, panie Jowialski! Zaczynasz trzpiotować, nieprzystojności
wspominasz,
P. JOWIALSKI
Ale jejmość musisz być Turczynką.
P. JOWIALSKA
żegnając się
O, dlaboga!
P. JOWIALSKI
Musisz się zbisurmanić, nic nie pomoże.
P. JOWIALSKA
Panie Jowialski, zaniechajże te psoty.
P. JOWIALSKI
prosząc
Moja Małgosiu!
P. JOWIALSKA
Mój Józieczku, nie nacieraj!
P.
JOWIALSKI
Żwawo do niéj, choć się broni! Jejmość zapomniała
moje przysłowie.
P.
JOWIALSKA
Oj, figlarzu, figlarzu!
P.
JOWIALSKI
Będziesz sułtanką?
P.
JOWIALSKA
Broń Boże!
P.
JOWIALSKI
Tylko na dzisiaj.
P JOWIALSKA
Ani na godzinę.
P. JOWIALSKI
całując ją
Małgosiu, jak mnie kochasz...
P. JOWIALSKA
Józieczku, Józieczku, nadużywasz mojego afektu. Chodź, Helusiu,
przebierzemy się.
JANUSZ
do Heleny
I pani raczysz...
HELENA
Widzę, widzę, że muszę.
SZAMBELAN
Dobrze, bardzo dobrze, Helusiu, trzeba zawsze tak jak wszyscy.
P. JOWIALSKI
Wleziesz między wrony, krakaj jak i ony; ale pani Janowa?
JANUSZ
Przyrzekła dzielić naszą zabawę.
P. JOWIALSKI
Pani Jowialska, pani Janowa i Helusia - wszystkie wdzięczyć się
będą do niego.
P. JOWIALSKA
Co też jegomość dalej nie wymyśli - ja stara!
P. JOWIALSKI
O, Turek na to nie pyta!
HELENA
Nie wiedzieć, co to za człowiek.
JANUSZ
Wszyscy przecie razem będziemy.
P.
JOWIALSKI
Kiedy pan Janusz sam chce i prosi...
JANUSZ
Sam chcę i proszę, bo to powiększy śmieszność
mojego wynalazku.
P.
JOWIALSKI
Nie masz się co namyślać, rób, jak twój wielbiciel
żąda.
SZAMBELAN
Chodźmy go obudzić.
JANUSZ
Hola! Niech panie przebierą się pierwej, a potem tu go przeniosą
i tu w milczeniu wszyscy czekać będziemy, aż się sam
obudzi.
SZAMBELAN
Aż się sułtanem obudzi.
JANUSZ
Chodźmy, chodźmy.
HELENA
Ach, chodźmy!
SCENA PIERWSZA
Pan Jowialski,
Janusz, Szambelan po prawej stronie, w rzędzie. Pani Jowialska,
Szambelanowa po lewej siedzą. Helena za nimi przy stoliku, z
książką w ręku, Ludmir w środku w głebi śpi,
na znak leżąc na kanapie.
Wszyscy w kaftanach tureckich. Czas jakiś milczenie - na migi
rozmawiają i poprawiają swoje ubiory.
LUDMIR
ziewa głośno i przeciągając się
Tom się wyspał, jaż mi w nosie wierci - oczów otworzyć nie
mogie - musi już być het z południa, (ziewa) Austeryja jak
się patrzy, me ma co mówić, dobrze-em sy dzień przepędziuł.
Wypiułem coś grubo; ba, nie bardzo; na trzech: dwie kwarty wódki,
(zadziwienie wszystkich wzrastające) garniec miodu, dwa garce piewa i
więcej nic... Ba, prawda: kwartę krupniczku.
Ziewa.
P.
JOWIALSKI
na stronie
Niechże go Bóg ma w swojej opiece!
LUDMIR
Grześku! Jaśku! a co? Wy spicie jeszcze, basałyki!
Ty spogląda na bok, a postrzegłszy siedzących, siada. Wszyscy
wstają i kłaniają się nisko. Ludmir przeciera oczy,
wstając i patrząc wkoło i na siebie:
Ja bo taki nie śpię, patrzam się oczami, (zdejmując turban)
Moi państwo wielmożni... Czy ja... czy wy państwo?... Bo...
niech mnie siarczyste pioruny... ja bo nic nie wiem, co to jest...
Śmiech ciągły, ale tajony mężczyzn, czasem i kobiet, w
ciągu sceny.
MĘŻCZYŹNI
kłaniając się
Najjaśniejszy panie!
LUDMIR
A państwo sy drwicie ze mnie!
JANUSZ
Jesteśmy twoi najuniżeńsi słudzy i podnóżki.
SZAMBELAN
Najniższe podnóżki, dobrze mówi pan...
P.
JOWIALSKI
Pst!... Cóż raczysz rozkazać, najjaśniejszy panie?
LUDMIR
Ta bójcie się Boga, ja nie pan!
JANUSZ
Zapewne sen jakiś trapiący odurzył waszą
sułtańską mość.
LUDMIR
Przepraszam pana, ja nie miałem żadnego trapiącego snu, mnie
się śniło tylko, z respektem mówiąc, dużo osłów,
całe stado - a jeden z figlów na mnie wyskoczył, a ja go kijem
sparzyłem - a więcej nic.
Helena śmieje się,
P. JOWIALSKI
Sen mara, Bóg wiara - najjaśniejszy panie.
LUDMIR
Ale bo nie jestem żadny pan, proszę, ta suplikuję
jegomościów i jejmościanek. A ja jestem lgnac Kurek, szwiec. A
byłem sy we Lwowie w terminie, u majstra... ba, nie u majstra, bo
pomarł, tylko taki terminowałem u majstrowy na Horoszczyznie. pod
numerem sto jeden i trzy, kole szynku pana Mikołaja. (do starej Jowialski)
Jejmoscunia znają?
P. JOWIALSKA
przestraszona
Co? co? (przechodząc do męża) Panie Jowialski...
P. JOWIALSKI
Cichoże!
JANUSZ
Wszystko to sen, najjaśniejszy panie.
LUDMIR
A teraz szedłem na wędrówkę, w dalekie drogie, na Węgry. A
mój pas w tłumoczek-em sy schował, jak się patrzy - i jak sy
teraz przypominam, byłem gdzieś, hej w ogrodzie, w gienstwinie
położyłem mój tłumoczek. (do Szambelanowej) Jejmoscunia nie
widzieli?
SZAMBELANOWA
Nie widziałam. Rien` du tout.
P. JOWIALSKI
Najjaśniejszy panie, pozwól, abym powiedział bajkę.
LUDMIR
Powiedzcie mi lepiej prawdę jak bajkę, mój stary jegomościuniu,
bo ja nie wiem, co się ze mną dzieje. - A mnie się wszycko
widzi, że ja zwaryjował i że (oglądając się)
jestem u Pijarów, na górze, w szpitalu waryjatów.
SZAMBELAN
Tam do kata!
JANUSZ
Jesteś, panie, między swymi.
LUDMIR
A to ja waryjat?
P.
JOWIALSKI
na stronie
Niedźwiedź acz głaśnie, to w krzyżach trzaśnie.
LUDMIR
A, moi państwo, powiedzcieże mi, gdzie jestem.
JANUSZ
Kiedy taka wola najjaśniejszego sułtana żarty sobie stroić
z wiernych swoich sług i poddanych i pytać się o to, co mu
aż nadto dobrze jest wiadomo, wiec odpowiadać musze. Jesteś,
panie, w swoim królestwie.
LUDMIR
W moim? A są w nim ludzie?
SZAMBELAN
urażony
Jegomość i ja - przecie nie jakowe zwierzęta...
P.
JOWIALSKI
Ciszej, ciszej.
LUDMIR
A jak się zowie to królestwo?
JANUSZ
Tambambuktuhan.
LUDMIR
Tambamban... to żaden uczciwy człowiek tego nie wymówi. - A mnie
się widzi, że wy, państwo, drwicie sy ze mnie nieboraka.
HELENA
na stronie
Biedny.
LUDMIR
A ja panom nie zawadził w drodze.
JANUSZ
Któż by się na to odważył - drwić!
SZAMBELAN
Z takiego człowieka!
P.
JOWIALSKI
Nie pchaj rzeki, sama płynie - jak mówi przysłowie,
HELENA
do Szambelanowy
Dopókiż tego będzie?
SZAMBELANOWA
Dopóki się starszym podoba. Vous comprenez?
LUDMIR
A więc nie jestem lgnac Kurek?
JANUSZ
Jesteś mirza Ali Mustafa.
LUDMIR
Mustafa, i pan?
MĘŻCZYŹNI
kłaniając się
Pan, pan najjaśniejszy, największy sułtan.
LUDMIR
I mogie rozkazywać?
JANUSZ
Możesz, mirzo Ali Mustafo.
LUDMIR
I wszyćko, co chcę?
JANUSZ
Wszystko.
SZAMBELAN
Wszystko, wszystko.
P.
JOWIALSKI
Ale kto źle rozkazuje, niedługo panuje - uczy przysłowie.
LUDMIR
A wy słuchać będziecie?
JANUSZ
Jako najniżsi słudzy i podnóżki.
LUDMIR
kładąc turban
Ha, niechże i tak będzie.
JANUSZ
do Szambelana
Dopiero będzie zabawa.
SZAMBELAN
I tak ledwo żyję z radości.
LUDMIR
stawia krzesło na środku i siadając
Jestem pan, sułtan, słuchajcie, co każę - jeść,
pić i pieniędzy!
P.
JOWIALSKI
na stronie
Jakby się panem urodził.
JANUSZ
Jeszcze nie czas obiadu, najjaśniejszy panie.
LUDMIR
Co to "nie czas"? Ja, pan, mówię, że czas! Któż z poddanych
powie: nie?
JANUSZ
Zastanów się...
LUDMIR
Ani słowa, bo oberwiesz! Jeść prędko i wina kwartę na
ryńskiego - kiedym pan, tom pan.
P. JOWIALSKI
kontent
Wypełnij rozkazy najjaśniejszego pana.
Janusz wychodzi.
LUDMIR
Stolik tu, przede mnie! No! nie słyszycie? Ty (do Szambelana) w peruce, z
czerwonym baranim nosem, stolik tu postawić.
SZAMBELAN
do Jowialskiego
A to...
P.
JOWIALSKI
Kiedyś grzyb, leź w kosz - służ panu.
LUDMIR
Prędzej!
Szambelan stawia stolik.
W samej rzeczy, mnie się śnić musiało, że byłem
szewczykiem... że byłem ubogi. Chcę o tym zapomnieć.
Słyszycie? Chcę zapomnieć! A kto kiedykolwiek mi przypomni,
każę mu łeb uciąć. Rozumiesz jeden z drugim? Co
było, nie jest, nie pisać w regiest!
P. JOWIALSKI
na stronie, jakby się obudził
Co, co! przysłowie? - Czy diabeł przemówił przez niego?
Wnoszą śniadanie; Janusz wraca.
P. JOWIALSKA
na stronie, do męża
Niechże się jegomość nie bardzo przysuwa, bo to jakiś
zawadyja.
P. JOWIALSKI
Tym większa zabawa.
SZAMBELANOWA
Nie wiem, czy te żarty na dobrym się skończą.
JANUSZ
Ja za to ręczę. Jest trochę zuchwały, ale tym
śmieszniejszy.
SZAMBELANOWA
Jak to wino wypije...
JANUSZ
Kazałem dać z wodą.
LUDMIR
skosztowawszy
Co to za wino? słyszycie! Słyszysz, ty stary Chińczyku!
P.
JOWIALSKI
do P. Jowialskiej, serio
Chińczyku!
P.
JOWIALSKA
Widzisz, jegomość, że to burda.
P.
JOWIALSKI
To jest wino krajowe.
LUDMIR
Dajcieźe niekrajowego! (do Szambelanowej) Słyszysz, klucznico,
weź to wino, a przynieś innego!
SZAMBELANOWA
C`est impertinence!
P.
JOWIALSKI
Weź, weź!
SZAMBELANOWA
Na takie żarty dłużej wystawiać się nie
myślę.
LUDMIR
A to co? Czy i tu kobiety mają swoje widzimisię?
Szambelanowa odbiera butelka i wkrótce inną przynosi.
P.
JOWIALSKI
Muchy w nosie - jak mówi przysłowie - mają, mają,
najjaśniejszy panie.
LUDMIR
Zaraz temu poradzę.
SZAMBELANOWA
Cóż poradzisz, szalony chłopcze? Usuwam się od prostackiej
zabawy, wylęgłej w głowie godnego aspiranta na członka
familji Jowialskich. - Żałuję tylko, że tego od razu nie
uczyniłam! Tres humble servante!
P.
JOWIALSKI
Lepiej późno niż nigdy!
SZAMBELANOWA
ze drzwi
Dla jegomości już zawsze za późno! Odchodzi.
SCENA DRUGA
Ciż sami bez Szambelanowej.
LUDMIR
Cóż to wszystko znaczy? - Ale szynki więcej!
Szturkają się łokciami, nareszcie Szambelan idzie i przynosi.
P.
JOWIALSKI
Pozwolisz sobie, najjaśniejszy panie, zrobić uwagę, czyli raczej
powtórzyć przysłowie: Kto doje, dopije, ten w rozum nie tyje.
LUDMIR
Bajka! Kto pije, długo żyje. Ale przybliż no się, staruszku!
P. JOWIALSKA
Ostrożnie, panie Jowialski.
P. JOWIALSKI
Nie psujcieże nam zabawy, kobiety.
LUDMIR
Cóż wy wszyscy jesteście?
P. JOWIALSKI
Twój dwór.
LUDMIR
Któż ty jesteś?
P. JOWIALSKI
Wielki kanclerz koronny.
LUDMIR
Kanclerz? Cóż to jest?
P.
JOWIALSKI
Jest to effendi od pieczęci i stróż praw krajowych.
LUDMIR
Czy prawami w piecu palisz, że się stróżem zowiesz?
P.
JOWIALSKI
Nie u nas to, najjaśniejszy panie... (na stronie) Wyborny szewczyk!
LUDMIR
A pieczęcią co pieczętujesz?
P.
JOWIALSKI
Rozkazy twoje.
LUDMIR
Chcę, abyś wszystkim głowy popieczętował.
P.
JOWIALSKI
A to na co?
LUDMIR
Aby wszystkie głowy były pod jedną cechą: moją
własną, bez cechy pańskiej ścinać się
będą. (do Janusza) A ty, co małpę udajesz, jaką raz
widziałem w budzie na Krakowskiem?...
JANUSZ
Grzeczność jest tu prawem.
LUDMIR
Dla ciebie, sługo, nie dla mnie, pana! Czym ty jesteś?
JANUSZ
do Jowialskiego
To jest bardzo niegrzecznie!
P. JOWIALSKI
Trzeba trochę znosić dla ogólnej zabawy. Kto chce wygrać
gąsiora, trzeba ważyć kaczora. Zresztą pamiętaj,
że to szewczyk Kurek!
JANUSZ
Jestem wielki ochmistrz.
LUDMIR
Co to Och i Mistrz? - Dlaczego Och, czy dlatego, że ty Mistrzem?
P.
JOWIALSKI
Jest to urząd, najjaśniejszy panie.
LUDMIR
Cóż on robi?
P.
JOWIALSKI
Strzeże, aby wszystko u dworu działo się przyzwoicie.
LUDMIR
I ty to potrafisz?
JANUSZ
Tak jest.
LUDMIR
To jesteś wielki człowiek! Cóż jeszcze robisz?
JANUSZ
Przedstawiam, wszystkich, którzy chcą być u dworu.
LUDMIR
Jak to - przedstawiasz?
JANUSZ
Powiadam ci, najjaśniejszy panie, kto jest ten lub ów i jak się
zowie.
LUDMIR
I powiadasz: - dobry czy zły, mądry czy głupi, łotr czy
poczciwy?
JANUSZ
Nie, tego nie powiadam.
LUDMIR
To jesteś bardzo mały człowiek. - Czymże jeszcze
jesteś?
JANUSZ
Jeszcze? (po krótkim milczeniu) Jestem effendi finansów.
LUDMIR
Finansów? - Ha! to ty oderżnąłeś mój tłumoczek. Z
daleka ode mnie, bo jeszcze mam parę srebrników w kieszeni. Ale prawda, on
się teraz ze mną dzielić będzie, (do Szambelana) A ty, co
się śmiejesz, a nic nie gadasz, masz także dwa rzemiosła?
SZAMBELAN
Jestem wielki kuchmistrz koronny i effendi wojny.
LUDMIR
A! do kuchni i do wojny! - Do siekaninki więc, do siekaninki. Wojny nie
chcę.
P.
JOWIALSKI
Bardzo pięknie, najjaśniejszy panie, bo przysłowie mówi: Gdy
panowie za łby chodzą, poddanemu włosy trzeszczą.
LUDMIR
Doprawdy?
P.
JOWIALSKI
Czego panowie nawarzą, tym się poddani poparzą.
LUDMIR
Ale kuchnią lubię, siadaj, kucharzu. A dobrze ty gotujesz?
SZAMBELAN
Ja nie gotuję, to jest tylko tytuł.
LUDMIR
Musisz gotować! - Ale słuchajcie, gdzież jest rozumnik koronny?
P. JOWIALSKI
Tego urzędu nie ma.
LUDMIR
Któż za was rozum mieć będzie?
P. JOWIALSKI
Ten, komu ty każesz.
LUDMIR
Lubię być chwalonym, jest więc chwalca koronny?
P. JOWIALSKI
Ten urząd jest, samo przez się, przy każdym innym...
LUDMIR
Któż są te panie? I tamta, co się znarowiła?
P. JOWIALSKI
Sułtanki.
P. JOWIALSKA
Przecie jegomość nie zechcesz...
LUDMIR
Moje żony?
P.
JOWIALSKI
Tak jest.
LUDMIR
Jaż trzy!
JANUSZ
Trzy - zawsze nierozłączone.
LUDMIR
Chcę tylko jednę.
JANUSZ
To być nie może, takie prawo.
P.
JOWIALSKI
Co kraj, to obyczaj.
LUDMIR
Trzy! bagatela! Mój majster miał jednę, a Boże zmiłuj
się... (surowo, wstając) Kto wspomniał o majstrze?
P.
JOWIALSKI
Żaden dworak tego nie uczyni.
LUDMIR
siadając znowu
Nalejże wina! (wypiwszy) A teraz idźcie sy het - zostanę z
żoną, (wskazuje na Helenę) z tą.
JANUSZ
do Jowialskiego
Na to pozwalać nie można!
P.
JOWIALSKI
Ale dlaczego, dlaczego?
Rozmawiają przy stronie, Jowialski zdaje się być przeciwnego
zdania, kiedy Ludmir przy drugiej stronie mówi z Heleną.
LUDMIR
na stronie do Heleny
Chciej pani zostać, nie lękaj się, znam granicę żartu
i winne uszanowanie. Słowa nie mówiliśmy z sobą, a dusze nasze
już się rozumieją.
HELENA
Cóż to jest? Co za mowa?
LUDMIR
O chwilę rozmowy śmiem błagać. Niech
błogosławię nieba za sposobność poznania pięknej
Heleny.
HELENA
Tak jestem zdziwiona, że słów brakuje...
LUDMIR
Słowo - dźwięk próżny; tajniejszy język dusza posiada
i tym z tobą, pani, dawno już mówiłem.
HELENA
Czego pan żądasz?
LUDMIR
Nie trwóż się moją przybraną rolą i zostań. -
(głośno) No! Jeszcze tu?
Rozskakują się.
JANUSZ
Odejść nie możemy.
P.
JOWIALSKI
Ale chodźcie!
SZAMBELAN
Zostaniemy, podobno...
Ludmir
A, do sto piorunów! Precz! precz! mówię.
P. JOWIALSKA
Panie Jowialski! Panie Jowialski, strzeż się jegomość!
P. JOWIALSKI
ku swoim drzwiom
Coś brzękła kosa, pewnie kamień. Panie ochmistrzu!
JANUSZ
Pozwól waćpan dobrodziej...
P. JOWIALSKI
Powiedziałem, że nie.
LUDMIR
Precz, bo basy!
Chwyta za krzesło.
P. JOWIALSKI
przy swoich drzwiach
Kto nie ma zbroje, mijaj boje.
JANUSZ
cofając się
To szaleństwo! to nadto! to strach!
LUDMIR
z krzesłem w ręku postępuje. Janusz cofa się za Szambelana,
a Szambelan za Janusza i tak aż za drzwi. Szambelan w cofaniu powtarza
każde słowo Janusza - Jowialski śmieje się.
P.
JOWIALSKI
Chodźmy i my teraz, a miejmy oko przy szparze. - Dawnom się tak nie
śmiał.
Odchodzi.
SCENA TRZECIA
Ludmir, Helena.
LUDMIR
Pojmuję bardzo zadziwienie pani, ale łatwo koniec mu
położę, gdy powiem, że udawałem tylko
śpiącego w ogrodzie, kiedy pan Janusz wpadł na myśl arcyszczęśliwą,
biednego wędrownika uczynić celem igraszki i szyderstwa.
HELENA
Takie to są zawsze prawie jego pomysły, taka wesołość
zawsze; zawsze ją ktoś opłacić musi.
Nieszczęściem, dziadunio, aby miał tylko rozrywkę, nie
bardzo jest przebierający w sposobach do tejże.
LUDMIR
Pani zapewne będziesz mojego zdania, iż w oczach duszy,
szukającej upragnionej estetycznej piękności, każde
uderzenie w ogniwo, łączące ekscentrycznego uczucia zarzewie z
kołem toczącym się zmysłowo w obrębie materyjalizmu,
wyrywa nas z mgły lubej tęsknoty, owej jutrzenki boskości.
HELENA
W samej rzeczy. - I ileż to razy chroniłam się, uciekałam
sama ze siebie przed zimnymi zarysami marmurowych kolei, w których mnie
towarzyskość ołowianym więziła łańcuchem.
LUDMIR
Zdaje się, iż to: jest, które działa w materyjalnej bryle pana
Janusza, pokryte zostało w pierwotnym wyrobieniu pojętliwości
jakoby niejakim pełkiem poziomych oddźwięków dotkliwego
świata.
HELENA
Jest tylko tlejącym kagańca zarzewiem, nieoczyszczonym promieniem
ognia, źródła niezgłębionej wieczności. Zdaje
się, iż jedynie dla plastyki został postawiony ręką
Natury w prądzie czasu.
LUDMIR
Na mnie teraz kolej nurzać się w mętnym morzu podziwienia.
HELENA
Jakichże przyczyn kołowrót mógł wyrzucić kostkę
takiego skutku?
LUDMIR
To odlanie cieniów duszy w giętkie brzmienie mowy, którym raczysz
pieścić ucho moje, odkrywa mi, pani, w tobie istotę
wyższych pojęć skarbem udarowaną. - Jakże się
dzieje, że pan Janusz, którego otrętwiałość
umysłowa młyńskim kamieniem do ziemi przyciska, mógł wnieść
oko żądania ku twojej wysokości? A jeszcze więcej, jak
mógł otrzymać z ust twoich różany promyk nadziei?
HELENA
Nie z moich ust, niestety! Mam macochę - więcej mówić nie
potrzebuję; jestem sama; od kolebki bez matki, idę w świat bez
światła i rady. Pierwszy zaś rzut oka przekonał pana
zapewne, jak zresztą jestem otoczona dobrymi ludźmi, ale tylko
dobrymi, dobrymi i dla złych.
LUDMIR
z prawdziwą czułością
Bez troskliwych nauk matki zaczęłaś drogę życia,
biedna Heleno! Któż ci za złe mieć może mylne wyobrażenie
rzeczy...
HELENA
W czymże mylne?
LUDMIR
Gdyby mylne były... Sierota więc - między krewnymi, a
całkiem obcymi?...
HELENA
Niestety!
LUDMIR
I moje usta nigdy nie wyrzekły "ojcze!" ani "matko!"
Także sierota, od niemowlęcia sam w życie postępuję.
Heleno! wybacz tę poufałość, ale szczerze teraz, szczerze
serce moje przemawia za tobą. Heleno, przyjmiej mnie za brata - rady moje
zdać się mogą; więcej świata widziałem,
więcej go doznałem.
HELENA
Któż jesteś, dziwny człowieku? Z jakiejże ciemnej nocy przemawia
do mnie głos, nie znany, tylko przeczuciem?
LUDMIR
na stronie
Żal mi jej; widać, że matkę za wcześnie straciła.
O, panny, panny, wolicie nie czytać, niż złe czytać.
HELENA
na stronie
Tajemnica jakaś cięży mu na sercu, usta głazem przyciska.
LUDMIR
Kto jestem, pytasz się pani. Ach, gdybym to sam mógł wiedzieć!
HELENA
Słowa kształtem proste - splątaną stają się
zagadką.
LUDMIR
Cóż nie jest zagadką na tym świecie?
HELENA
Jednak pan nie w swoim właściwym stroju podróżowałeś?
LUDMIR
Nie w zwyczajnym, ale może w najwłaściwszym, bo to był
ubiór biednego.
HELENA
I jestżeś nim?
LUDMIR
Nie, źle się wyraziłem; biednym nie jestem, tylko ubogim.
HELENA
Może potrzebny wsparcia? (porywczo, ku stołowi) Nie śmiem...
niewiele... ale chciej!... Daje mu pieniądze.
LUDMIR
Dobrą więc jesteś, Heleno. Jakżeś piękna teraz!
Ale pieniędzy nie potrzebuję - dziękuję ci, stokroć
dziękuję!
HELENA
prosząc
Sierota - sierocie...
LUDMIR
Nie, nie; ale ta czynność twoja w mojej pamięci nigdy nie
zgaśnie - nigdy!
Całuje ją w rękę.
SCENA CZWARTA
Helena, Ludmir, Janusz.
JANUSZ
Panno Heleno, co to znaczy?
LUDMIR
Ja się pytam, co to znaczy panu Sułtanowi przerywać rozmowę
z panią Sułtanową.
HELENA
Wielki ochmistrzu, znasz wolą moich rodziców.
JANUSZ
Czy tak bardzo się podobało?
HELENA
Proszę pamiętać, że wszystko czynię na rozkaz
dziadunia, a na prośbę pana Janusza.
JANUSZ
przymuszając się
Jestem ochmistrzem; do mnie należy przestrzegać wszelkich
uchybień przeciw przyzwoitości.
LUDMIR
Ja ci radzę, nakryj głowę i idź za drzwi.
JANUSZ
Ja - za drzwi?
LUDMIR
I okno otwarte.
JANUSZ
hamując złość
Racz, najjaśniejszy panie, pozwolić jedno słowo do tej pani.
LUDMIR
Mów - a prędko!
Odchodzi w głąb sceny.
JANUSZ
Panno Heleno, co pani robisz? Czemu stąd nie odejdziesz?
HELENA
Nie chce mnie puścić.
JANUSZ
Ależ to nieprzyzwoicie!
HELENA
Sam pan tego żądałeś.
JANUSZ
Ale teraz już nie żądam i dawno już byłbym
skończył ten żart, za daleko posunięty, gdyby nie pan
Jowialski, którego mój kłopot jeszcze więcej bawi niż ten z
głupia frant.
HELENA
I który bardzo by źle przyjął zerwanie tej niewinnej zabawy bez
jego wyraźnego rozkazu.
JANUSZ
Niewinnej! Ależ ona staje się wcale winna!
HELENA
Ja tego nie widzę.
JANUSZ
Tym gorzej dla waćpanny!
HELENA
Raczej dla waćpana.
LUDMIR
Prędko koniec będzie?
JANUSZ
Panno Heleno, ja od siebie odchodzę - ja się stałem celem
pośmiewiska.
HELENA
Cóż ja mogę poradzić?
JANUSZ
Nie pozwalać tyle poufałości temu prostakowi.
HELENA
Wcale nie prostak.
JANUSZ
Coraz lepiej; i ja jeszcze grać muszę komedyją!
HELENA
Jeżeli cenisz przyjaźń dziadunia...
JANUSZ
Podoba się więc szewczyk Kurek?
HELENA
Panie Janusz!
JANUSZ
Podoba się?
HELENA
I jakim prawem to pytanie?
JANUSZ
Prawem, prawem, że waćpannę kocham, że chcę
żenić się z nią, że z kimkolwiek tak długie
rozmowy sam na sam żadnym sposobem podobać mi się nie mogą!
HELENA
Wszak sam pan chciałeś.
JANUSZ
Chciałem, chciałem... Bodajbym był nigdy nie chciał!
LUDMIR
Wynoś się, Och i Mistrzu!
JANUSZ
Zaraz, zaraz.
LUDMIR
A, do stu piorunów siarczystych!
Dobywa pałasza.
JANUSZ
cofając się szybko
Poczekaj, hultaju!
LUDMIR
Precz!
JANUSZ
wracając zza drzwi
Panno Heleno!
LUDMIR
Jeszcze!...
Janusz wychodzi.
SCENA PIĄTA
Helena, Ludmir.
HELENA
Nie mogę prawdziwie utrzymać się teraz od śmiechu. - Sam
zaplątał się w swoje sidła; niech w nich siedzi!
Przynajmniej tym zemszczę się za tysiączne nieprzyjemności
doznane z jego powodu, a które gorzko zatruwają jasne dnie wiosny mojego
życia.
LUDMIR
I ja bardzo bym żałował, gdyby pan Jowialski już
położył koniec temu żartowi.
HELENA
O! tą trwogą serca kołatać nie można. Dziadunio nie
tak łatwo zmienia przedmioty swoich zabaw. Nie raz to już pierwszy,
że ledwie nie na klęczkach wszyscy błagać musiemy, aby jaki
bądź żart zaprzestał.
LUDMIR
Mogę więc wpuścić do duszy nadzieję, iż jeszcze
dzień cały ze mną bawić się będą?
HELENA
Wychodzi to z wszelkiego obrębu niepewności.
LUDMIR
Nie widzę zatem potrzeby odkrycia, iż nie jestem szewczykiem, co by
popsuło zabawę dziadunia dobrodzieja.
HELENA
I mnie się zdaje, że nie ma potrzeby. Przy tym i my, odwetem
wzbudziwszy wesołość, jej rosą odświeżymy duszy
spiekotę. - Ale mogęż spytać o nazwisko?
LUDMIR
Ludmir.
HELENA
na stronie
Wdzięczne imię!
LUDMIR
Co się tyczę - skąd jestem, kto jestem, długiego
potrzebowałbym czasu na opowiedzenie dla mnie tylko ważnych
zdarzeń. A wkrótce nadejdzie Janusz, którego brać na męki
zazdrość zaczyna.
HELENA
Zazdrość? Być może - tym lepiej.
LUDMIR
Nie moglibyśmy wejść do ogrodu, odpocząć trochę?
HELENA
DIaczegóż nie, ogród przed oknyma - tymi drzwiami.
LUDMIR
podając rękę
Służę pani!
HELENA
Zazdrość! .. Mnie to bawi.
Odchodzą w drzwi lewe od aktorów.
SCENA SZÓSTA
JANUSZ
sam; zagląda, potem wchodzi.
Nie ma!... Gdzież się podzieli? - Rzecz dziwna!... (otwiera drzwi
prawe) Nie ma... (patrzy przez okno) A, otóż są w ogrodzie!
Rękę jej podaje... brat za brat... nie trzeba tu oszaleć?
(chodzi) Panna Helena niech mi wybaczy, ale kaducznie nieostrożna... za
daleko posuwa chęć zabaw, jeżeli tylko - zabaw! (przy oknie) I
chodzą sobie, chodzą - a ja głupi tu stoję! Głupi mimo
mego rozumu! (chodzi) Wszakże "sam pan chciałeś" -
prawda, że chciałem, ale... (przy oknie) O, o!... Nachylają
się ku sobie... śmieją się! (chodzi coraz prędzej)
Śmieją się!... Jak Boga kocham, śmieją się!... I
wszyscy spokojni... i wszyscy...
SCENA SIÓDMA
Janusz, Szambelanowa.
JANUSZ
Ach, pani, pani dobrodziejko łaskawa, zmiłuj się, radź,
ratuj! Co się tu dzieje, to nie do wytrzymania!
SZAMBELANOWA
Sam pan tego chciałeś.
JANUSZ
Wszyscy dali sobie słowo - jedno mi powtarzać.
SZAMBELANOWA
Mój pierwszy mąż, śp. jenerał-major Tuz, był to
człowiek charakteru...
JANUSZ
Cóż byłby zrobił - co, mościa dobrodziejko, w takim
przypadku?
SZAMBELANOWA
Nie byłby nic zrobił, bo będąc charakteru przezornego,
dziesięć razy się cofnął, nim raz naprzód ruszył.
Nie byłby rozpoczynał. C`est cela.
JANUSZ
Mościa dobrodziejko, łaskawa mościa dobrodziejko, ja źle
zrobiłem, bardzo źle, ja głupi jestem - dam na piśmie; ale
już się stało i o to idzie, jak przerwać ten kłopot. -
Oto patrz, pani - panna Helena, panna Helena, którą kocham, przechadza
się po ogrodzie sam na sam z tym hultajem, jak gdyby nic... jak gdyby nic!
SZAMBELANOWA
Proszę, proszę! Romansowa panna Helena, której wszystko było za
poziome, znajduje przyjemność w rozmowie z tym nieokrzesanym
parobkiem. C`est extraordinaire!
JANUSZ
Wziął panią szambelanowę za klucznicę.
SZAMBELANOWA
Idź waćpan i zawołaj tu Helenę! Nous verrons!
JANUSZ
tak - "zawołaj", kiedy ma pałasz i już raz dobył
go na mnie; ledwie że uciekłem - powoli.
SZAMBELANOWA
Mój pierwszy mąż, śp. jenerał-major Tuz, byłby
powiedział: ne fait rien`.
JANUSZ
przy oknie
O, o! Patrz, patrz, pani - w rękę pocałował!
SZAMBELANOWA
Nic nie znaczy, może ją o co prosi.
JANUSZ
Diabła tam prosi! Dziękuje, dziękuje, mościa dobrodziejko,
ja stąd widzę.
SZAMBELANOWA
Jednak Helena będzie żoną waćpana, wcześniej,
później trochę...
JANUSZ
Jak to później? Tego sobie nie życzę!
SCENA ÓSMA
Szambelanowa, Janusz, Szambelan
SZAMBELAN
nucąc, podskakuje jak zawsze
Cóż, wielki ochmistrzu, gdzie jest nasz sułtan?
SZAMBELANOWA
Powiedz, czego się śmiejesz?
SZAMBELAN
O! przepraszam. Nie postrzegłem cię, Basiu.
SZAMBELANOWA
Nie wiesz, prawda?
SZAMBELAN
Tak dalece...
SZAMBELANOWA
Śmiechu tu nie ma, wkradł się w dom jakiś człowiek...
SZAMBELAN
Wkradł? - Pan Janusz kazał go przynieść; to ty nie wiesz,
ze to on sprawił nam...
SZAMBELANOWA
Słuchać proszę! Człowiek ten, prostak w najwyższym
stopniu, znalazł jednak sposób, nie mówię: podobania się, ale
zajęcia Heleny.
SZAMBELAN
Ale wszakże ona pełni tylko wolą Janusza
JANUSZ
Jest! znowu, moje wolą pełni!
SZAMBELAN
Wszakże sam chciałeś!
JANUSZ
Chciałem, chciałem, do stu czartów! Chciałem, i głupio
chciałem, ale teraz nie chcę.
SZAMBELAN
A więc dobrze, jak się podoba.
Chce odejść.
JANUSZ
Przez Boga żywego, panie szambelanie, jesteś przecie ojcem.
SZAMBELAN
Wszyscy tak mówią.
JANUSZ
Użyjże swojej powagi.
SZAMBELAN
Dobrze, bardzo dobrze.
JANUSZ
Zakaż córce, by sam na sam z tym człowiekiem nie rozmawiała.
SZAMBELAN
Oho! Sam na sam?...
JANUSZ
prowadząc do okna
Przypatrz się - przypatrz!
SZAMBELAN
Ha!...
JANUSZ
Prawda?
SZAMBELAN
Dwa szczygły w samotrzasku!
Wybiega.
SCENA
DZIEWIĄTA
Janusz, Szambelanowa.
JANUSZ
Szczygły! Oszaleję, oszaleję! Szczygły!... Żebym przynajmniej
nie był mu pałasza przypasać kazał!... Szczygły! -
Pani dobrodziejko, pani łaskawa, zmiłuj się nade mną,
radź!
SZAMBELANOWA
Mój pierwszy mąż, śp. jenerał-major Tuz, nauczył mnie
postępować zawsze roztropnie i gdyby nie był, niestety, za
wcześnie utonął... Słyszałeś waćpan kiedy o
tym okropnym przypadku?
JANUSZ
patrząc w okno
Słyszałem, słyszałem już dwa razy, trzy razy
słyszałem!...
SZAMBELANOWA
Ale pewnie nie z wszystkimi szczegółami. - Roku 1807 nocowaliśmy w
karczmie nad samym brzegiem Wisły, gdyż kry idące przewozu na
żaden sposób nie dozwalały. Wtem koło północy - hałas
- łoskot, szum nadzwyczajny budzi nas i trwoży. - "Woda!
Woda!" - krzyczą... Zrywamy się - woda już w sieni - noc
najciemniejsza! Służąca porywa kołyskę z naszym
synkiem. Wybiega - krzyczy... Pierwszy mój mąż, śp.
jenerał-major Tuz, który komenderował francuską brygadą,
złożoną du douxieme et quinzieme de chasseurs cheval, biegnie,
morbleu, skąd krzyk. Ja mdleję! - Przyszłam do siebie na bliskim
wzgórzu. Dzień już był - karczmy ani znaku - zaparte kry...
JANUSZ
Weszli do altany!
SCENA
DZIESIĄTA
Ciż, Pan Jowialski, Pani Jowialska.
JANUSZ
do Jowialskiego
Weszli do altany, mości dobrodzieju! Zmiłuj się, pozwól, niech
się to wszystko już skończy; dłużej wytrzymać nie
mogę!
P.
JOWIALSKI
Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma.
JANUSZ
prosząc
Panie dobrodzieju! (do Pani Jowialskiej) Pani dobrodziejko! (do Szambelanowej)
Pani szambelanowo!
P.
JOWIALSKI
Ale wszakże sam chciałeś!
JANUSZ
A! już zginę, umrę, skonam, z tym wiecznym "sam
chciałeś"!
P.
JOWIALSKI
śmiejąc się
Jakiegoś piewka nawarzył, takie wypij. - I to wszystko, nie
stosując jednak do osób, przywodzi mi stosowną jednę
bajeczkę na pamięć.
JANUSZ
Jeżeli mnie jutro nie pochowają, wiecznie żyć
będę.
P. JOWIALSKI
Słuchaj że, panie Janusz.
JANUSZ
Słucham, słucham, (na stronie) Ach, żeby kto do mnie w ten
moment z armaty wypalił, w rękę bym go pocałował.
P. JOWIALSKI
Powtarzam jeszcze, że nie stosuję do osób; zaczynam:
Rada małpa, że się śmieli,
Kiedy mogła udać człeka,
Widząc panią raz w kąpieli,
Wlazła pod stół - cicho czeka.
Pani wyszła, drzwi zamknęła;
Małpa figlarz - nuż do dzieła!
Wziąwszy pański czypek ranny,
Prześcieradło
I zwierciadło -
Szust! do wanny.
Dalej kurki kręcić żwawo!
W lewo, w prawo,
Z dołu, z góry,
Aż się ukrop puścił z rury.
Ciepło - miło - niebo - raj!
Małpa myśli: "W to mi graj!"
Hajże! - kozły, nurki, zwroty,
Figle, psoty,
Aż się wody pod nią mącą!
Ale ciepła coś za wiele...
Trochę nadto... Ba, gorąco!...
Fraszka! - Małpa nie cielę,
Sobie poradzi:
Skąd ukrop ciecze,
Tam palec wsadzi. "Aj, gwałtu! Piecze!"
Nie ma co czekać,
Trzeba uciekać!
Małpa w nogi,
Ukrop za nią - tuż, tuż w tropy,
Aż pod progi.
Tu nie żarty - parzy stopy...
Dalej w okno... Brzęk! - Uciekła!
że tylko palce popiekła,
Nader szczęśliwa. -
Tak to zwykle małpom bywa.
P.
JOWIALSKA
O, dlaboga! Co też to w głowie!
JANUSZ
Do kogóż to ma być zastosowane?
P.
JOWIALSKI
Uderz w stół, nożyce się odezwą.
JANUSZ
Widzę, że do mnie zmierza.
P.
JOWIALSKI
Na złodzieju czapka gore.
JANUSZ
Takaż to wdzięczność za moje usiłowania, aby
zabawić waćpana dobrodzieja?
P. JOWIALSKI
Nie gniewaj się, nie gniewaj. Wiesz, że lubię
pożartować - a potem: Co bardziej dokuczy, to rychlej nauczy.
SZAMBELANOWA
Aż nadto lubisz jegomość żartować - powiem szczerze,
bo lubię prawdę powiedzieć, powoli, grzecznie i wyraźnie,
fartowi poświęcasz przyzwoitość, a może i co
więcej, cierpiąc, aby Helena w takim znajdowała się
towarzystwie. C`est mal.
P. JOWIALSKI
na stronie
Woda jest, będziemy pytlować.
JANUSZ
To jest prostak bez najmniejszej grzeczności.
P. JOWIALSKI
Skądże chcecie, aby ją miał? To tylko u Francuzów
trafiają się przykłady nadzwyczajnej grzeczności, jak to
nas uwiadamia następująca dykteryjka.
JANUSZ
Ach!
P. JOWIALSKI
- Przebacz waćpan niezgrabność! - mówił kat łotrowi -
Pierwszy raz dzisiaj wieszam, jestem nowym katem.
- Proszę się nie żenować - łotr grzecznie odpowié -
Pierwszy raz mnie wieszają, nie poznam się na tem!
P. JOWIALSKA
Bodajże jegomości! Figle, figle!
JANUSZ
Waćpan dobrodziej może nie wiesz, że już od godziny ów pan
Kurek z panną Heleną sam na sam rozmawia.
P. JOWIALSKI
Pewnie ją to bawi, albo raczej stosuje się do twojego
żądania. Wszakże sam chciałeś.
JANUSZ
Znowu! Panie Jowialski! Łaskawy panie! Królu! Nie powtarzaj tych słów
"sam chciałeś", bo zmysły utracę!
P. JOWIALSKI
Zatem będę mówił: sam nie chciałeś, aby Helusia
odsunęła się od tego żartu. Tak, dobrze?
JANUSZ
Nie ma ratunku, muszę cierpieć. Ale proszę się
zastanowić, że tu coraz gorzej...
P. JOWIALSKI
Im dalej w las, tym więcej drew.
JANUSZ
Porwał się na mnie do pałasza!
P. JOWIALSKI
Doprawdy?
P. JOWIALSKA
Nie chodźże tam, panie Jowialski!
P. JOWIALSKI
Któż dał pałasz?
JANUSZ
Ja kazałem.
P. JOWIALSKI
A więc sam chcia... nie, nie, sam nie chciałeś, aby nie
miał pałasza. Ale co to za dziecinna trwoga! Co w moim domu,
śród tylu ludzi może zrobić biedny szewczyk? Rozumie on dobrze
teraz, co się z nim dzieje, ale zawsze mnie bawi. (na stronie) A
więcej Janusz, (głośno) Helusia zaś nie dziecko, wie, co
robi.
SZAMBELANOWA
Mój pierwszy mąż, śp. jenerał-major Tuz, zwykł
był mawiać:
dowód dobrego wychowania - umiarkowanie w żartach. Vous comprenez?
P. JOWIALSKI
Z żartem - jak ze solą, nie przesadź, bo bolą. Zatem
obiecuję wam, że tylko do obiadu trwać będzie. Ale za to wy
przyrzekniejcie, zwłaszcza Janusz, że swój plan własny...
JANUSZ
Ach, mój!...
P. JOWIALSKI
Troskliwie utrzymywać będzie. Przyrzekasz? - Inaczej aż do
jutra!...
JANUSZ
patrząc na zegarek
Pół do pierwszej - godzina jeszcze - niech i tak będzie! (na stronie)
Ale potem każę przeciągnąć hultaja za jego
niewidzianą bezczelność!
P. JOWIALSKI
No, wypogódź czoło i pomagaj do zabawy, bo ja bawić się
lubię. Każde zaś uchybienie z twojej strony pociągnie za
sobą jednę godzinę przydłużenia tej komedyji.
SCENA JEDENASTA
P. Jowialski, P. Jowialska, Szambelanowa, Janusz, Szambelan.
JANUSZ
Gdzież są?
SZAMBELAN
Zamknąłem w moim pokoju.
JANUSZ
Razem? razem?
SZAMBELAN
Razem.
JANUSZ
Razem - panie szambelanie! Panie Jowialski, pani szambelanowo, pani Jowialska -
razem ich zamknął!
P.
JOWIALSKI
To zanadto, panie Janie! Zbytek kazi pożytek, jak mówi przysłowie.
P. JOWIALSKA
Panie Janie! Panie Janie!
SZAMBELAN
Cóż złego, mamuniu?
SZAMBELANOWA
Mój pierwszy mąż, śp. jenerał-major Tuz, roku 1807...
JANUSZ
Może i tego chciałem, proszę państwa, proszę
najpokorniej? - Czy i tego chciałem? Biegnę...
SZAMBELAN
Hola! Po co?
JANUSZ
Otworzyć.
SZAMBELAN
Może wypuścić?
JANUSZ
Puść mnie pan!
SZAMBELAN
Co panu do moich szczygłów?
JANUSZ
Tu nie o szczygłach mowa.
SZAMBELAN
O czymże?
P. JOWIALSKI
Jeden sa, sa! drugi do lasa. Hola, stójcie! Wielki kuchmistrz koronny mówi o
ptaszkach, które pewnie złowił, a wielki ochmistrz pyta się o
swojego pana, sułtana mirzę...
SCENA DWUNASTA
Pan Jowialski, Pani Jowialska, Janusz, Szambelan, Ludmir.
Helena i Szambelanowa, po kilku słowach w głębi, wychodzą razem.
LUDMIR
Bardzom kontentny, że tu wszyccy jesteście. - Kucharzu wielki, pan
jeść chce - obiad gotów?
SZAMBELAN
Jeszcze nie, najjaśniejszy panie.
LUDMIR
Cóżeś robiuł dotychczas? Każę cię
połaskotać rzemieniem, (do Jowialskiego) Stróżu
pieczętarzu, ckni mi się.
P. JOWIALSKI
Cóż rozkażesz?
LUDMIR
Baw mnie! (wyciąga się na dwóch krzesłach) Och i Mistrzu, fajki!
SZAMBELAN
Najjaśniejszy pan woła.
LUDMIR
do Janusza
Zapominasz się w usłudze, każę cię w śniegach
zakopać! - Fajki przynieś!
JANUSZ
Przeklęty...
P. JOWIALSKI
grożąc
Godzina!
JANUSZ
Zaraz przyniosę... (na stronie) hultaj!
LUDMIR
A zatem, pieczętarzu! gadaj mi co uciesznego, ja sy będę
drzymał.
P. JOWIALSKI
Dobrze, najjaśniejszy panie! (na stronie) Ucieszne stworzenie! (do syna)
Panie Janie, słuchaj!
Najczęściej sprzeczka z niczego się wznieci,
Jak to między małżeństwem raz poszło o dzieci.
Mąż utrzymywał, że lubo nadobne,
Jednak do niego całkiem niepodobne.
Żona zaś powtarzała: "Podobne z urody
Do swego ojca jak dwie krople wody."
O cóż im chodzi? Wszystkich sprzeczką zadziwili
Bo żona prawdę mówi, a mąż się nie myli.
P. JOWIALSKA
O, mój Boże! Co też ten jegomość nie wygaduje! Figle!
figle!
LUDMIR
do podającego fajkę Janusza z odwróconą twarzą
Hubka jest?
JANUSZ
przez zęby
Jest.
LUDMIR
Podmuchaj!
JANUSZ
na stronie
Ach, dmuchnąłżebym cię, dmuchnął!
LUDMIR
No, staruszku! więcej! Ładnie gadasz - gadaj dalej.
P. JOWIALSKI
do Janusza i Szambelana
Uważacie, jakie wrażenie robi dowcipne słowo. Natura każe i
prostakowi znajdywać upodobanie w moim sposobie mówienia.
SZAMBELAN
Zamieniał stryjek za siekirkę kijek.
P.
JOWIALSKI
Co to?
SZAMBELAN
Przysłowie.
P.
JOWIALSKI
Ale do czego stosujesz?
SZAMBELAN
Do niczego.
Pan Jowialski wzrusza ramionami.
LUDMIR
Co wesołego, staruszku.
P.
JOWIALSKI
po krótkim milczeniu
Ażeby dostać kawałek kiełbasy,
Zgodnym sposobem wziął chłopiec trzy basy.
Ledwie się strzepnął i skarbem nabytym
Łzy ocierając, powąchał go przy tym,
Biegnie ze szkoły wygłodniały żaczek:
- Stój! - krzyczy - nie jedz, odkupię przysmaczek.
- Mądryś! - odpowie właściciel kiełbasy -
Dopiero za nią dostałem trzy basy.
- Dajże mi pięć, a daj ją zjeść! -
Targ w targ - wyrzepił mu sześć
I dał,
Co miał.
Grosz na groszu - lichwa czysta,
Jednak kapitalista,
Rozważywszy sobie,
Coś się w głowę skrobie. -
Nie tylko to szkolne żaki
Biorą z handlów skutek taki;
Często
Gęsto,
Los szalony
Gdy z rachubą pójdzie w tuzy,
Stratą - plony;
Zyskiem - guzy.
P. JOWIALSKA
O, dlaboga! guzy! Co też ten pan Jowialski dalej nie wymyśli.
LUDMIR
No, teraz kolej na ciebie, Och i Mistrzu! Co umiesz? Tańczyć -
śpiewać? co? - Pan zakazuje w swoim państwie smutku; kto
dobrowolnie nie zechce być wesołym, będzie do tego przymuszony.
JANUSZ
Ja nic nie umiem.
LUDMIR
Jesteś hebes? Co? (wstając) Dosyć więc tego!
innym tonem
Usiłowania wasze, panowie Moi, miłymi są sercu Naszemu
ojcowskiemu. Staraliście się zabawić Mnie wszelkimi sposobami i
trzymając się rzetelnej średnicy, zaspokoiliście
zupełnie Moje obawy, wynikające z położenia rzeczy.
Przyjmijcie, panowie Moi, stokrotne podziękowanie i bądźcie
przekonani o Naszej niezmiennej ku wam łasce i życzliwości.
Zadziwienie powszechne.
Dziwicie się, iż innym językiem przemawiam niż dotąd?
- Dotknięcie tronu zmienia człowieka; czym byłem, nie jestem.
Bo, szanowny kanclerzu, zapewne jest ci znane przysłowie:
Przybądź szczęście, rozum będzie!
Pan Jowialski zadziwiony, nie mogąc słowa wymówić, cofa się
krok, Ludmir za nim; za każdym przysłowiem toż samo.
Jak szczęście dogrzeje, i kapłon zapieje! Ale też i
przeciwnie, mój kanclerzu: I mądry głupi, gdy go nędza z
łupi - bo: Lepszy funt szczęścia niż cetnar rozumu.
P. JOWIALSKI
odurzony kłania się, serio
Najjaśniejszy panie! (do żony) Małgosiu, to jakiś wielki
człowiek!
SZAMBELAN
na stronie
Panie Janusz, co to znaczy?
JANUSZ
na stronie do Szambelana
Źle znaczy, coraz gorzej! - Teraz rozumiem Helenę.
SCENA TRZYNASTA
Ciż sami. Lokaj.
LOKAJ
Wójt przyprowadził jakiegoś wędrownika.
P. JOWIALSKI
Po co? na co?
LOKAJ
Chciał we wsi konie najmować.
LUDMIR
na stronie
Co słyszę! Wiktor!
LOKAJ
Nie mając drobnych pieniędzy, chciał zmienić dukata.
LUDMIR
na stronie
Wybornie!
LOKAJ
Wójta to uderzyło w oczy, spytał się o paszport - paszportu nie
było.
LUDMIR
na stronie
Wierzę, bo jest u mnie.
LOKAJ
Dlatego wójt pyta się, co pan każe z nim zrobić.
LUDMIR
Niech tu przyjdzie.
LOKAJ
Pan każe?
LUDMIR
Ja każę.
SZAMBELAN
do Janusza
Może każesz go przebrać?
JANUSZ
Dajże mi pan pokój!
SCENA CZTERNASTA
Ciż sami, Wiktor.
WIKTOR
cofa się z zadziwienia, potem po wszystkich spogląda. - Chwila
milczenia.
LUDMIR
Bliżej!
WIKTOR
I ty tu! Ale cóż to jest?
LUDMIR
Tambambuktuhan.
WIKTOR
Właśnie mnie żarty w głowie! - Kto jest gospodarzem?
LUDMIR
Mirza Ali Mustafa.
WIKTOR
do drugich
Proszę panów...
LUDMIR
Kto jesteś?
WIKTOR
Szalony!
LUDMIR
Gdzie jest mój kasjer? Niech wyliczy temu młodzikowi dwieście bizunów
w pięty.
WIKTOR
Oddaj mi mój paszport, potem szalej sobie do woli.
P.
JOWIALSKI
Któż jesteś, przyjacielu?
WIKTOR
Jestem niczym. Ale zowie się Wiktor. Podróżowałem, diabli
wiedzą po co, z łaski tego szaleńca, który spokojnie gra
komedyją, kiedy mnie jak łotra ze wsi przyprowadzono. - Za
pozwoleniem, siędę, bo ledwie stoję.
SZAMBELAN
do Janusza
Brawo! drugi taki sam.
JANUSZ
do Szambelana
Niedobrze, niedobrze.
LUDMIR
Dość tych żartów. - Tak jest, panowie, to jest mój przyjaciel i
towarzysz.
P.
JOWIALSKI
Ale kto waćpan jesteś? Bo, nie urażając, przysłowie
mówi:
Cygan świadczy się swoimi dziećmi.
LUDMIR
Ja jestem amator poezyji, on - malarstwa; ja zowie się Ludmir, on -
Wiktor; resztę, jeżeli potrzeba, wyjaśnią nasze papiery.
P.
JOWIALSKI
Żaden Polak w swoim domu o paszport nie pyta.
LUDMIR
Teraz wypada mi przeprosić wszystkich panów po kolei, iż
pozwoliłem sobie użyć prawa odwetu.
P
JOWIALSKI
Wet za wet, darmo nic - byka za jędyka.
LUDMIR
Nie spałem w ogrodzie, ale dałem się przenieść, aby
nie psuć zabawy.
P.
JOWIALSKI
Widzisz, Januszu: Nie każdy kąsa, co wąsem potrząsa.
SZAMBELAN
Ja się cieszę.
P.
JOWIALSKI
Nie taki diabeł czarny, jak go malują.
JANUSZ
Oj, czarny, czarny, mości dobrodzieju!
P.
JOWIALSKI
Nadto dobrze bawiliśmy się, nie znając się, abym,
poznawszy, zezwolił na prędkie rozstanie. Dzisiaj nie puszczę.
JANUSZ
na stronie
Otóż macie!
P. JOWIALSKI
Koła każę pozdejmować.
LUDMIR
To za trudno, bo pieszo podróżujemy; ale musu nie potrzeba - chętnie
w tak miłym towarzystwie parę dni zabawimy.
JANUSZ
na stronie
Parę dni! Drugi powie - tydzień.
WIKTOR
Nic jeszcze nie rozumiem, ale bylem dalej nie szedł, wszystko dobrze.
P. JOWIALSKI
Cóż, Januszu? jeszcześ ponury, (do drugich) Ma na sercu, że mu
się nie powiodło. A mnie się zdaje, że się bardzo
powiodło. - Nareszcie, mój kochany, najczęściej plany ludzi, jak
i twój, na śnie zbudowane. Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi.
JANUSZ
Nim ta myśl przyszła, wolałbym, żeby pioruny...
P. JOWIALSKI
Hola, hola! - byś tak nie skończył jak ów kłamca...
Słuchajcie:
- Jeżeli kłamię, niech mnie piorun trzaśnie! -
Tak zaczął kłamca. Wtem zagrzmiało właśnie,
A on, czym prędzej dokończając mowy:
- Żem zawsze kłamał i kłamać gotowy.
P. JOWIALSKA
Figle! figle!
P. JOWIALSKI
Chodźmy rozbisurmanić się teraz. - Panie Janie, pokaż panom
gościnne pokoje
SCENA PIERWSZA
SZAMBELAN
sam
Szambelan siedzi przy stoliku, na którym leży kilka patyków, i nucąc,
jeden struże, potem przymierza do już ustruganego.
Jeszcze trzeba strugać, (nuci i struże; po krótkim milczeniu) Gruby
można zestrugać, ale cienki, zje kaduka, kto grubszym zrobi! (po
krótkim milczeniu, rozśmiawszy się) Pewnie, że nikt nie potrafi.
(po krótkim milczeniu) Z tego by nawet można przysłowie
wymyśleć, na przykład: Łatwo grubemu kijkowi... Nie! -
Łatwiej cienki... źle! - Gruby cienkiego kijka... Nie, nie! -
Łatwo kijek grubowego... Bodaj cię! Z grubego na gruby... czy kaduk
nadal, (śmieje się) ani rusz! (przymierza patyki) Tymczasem
dość będzie.
SCENA DRUGA
Szambelan, Helena.
Helena wchodzi
zamyślona i rzuca okiem, jakby kogo szukała, potem, oparłszy
się na poręczy krzesła, patrzy na robotę ojca.
HELENA
po krótkim milczeniu
Co to będzie, mój ojcze?
SZAMBELAN
Klatka, moja córko.
HELENA
Byłabym nie zgadła.
SZAMBELAN
Tak będzie cztery kijki jak słupki - rozumiesz? A tu dwa - rozumiesz?
A tu pręciki - rozumiesz?
HELENA
Teraz rozumiem.
SZAMBELAN
To dla tych kanarków, co to jeden z czubkiem, drugi z ciemną
łatką. Wiesz?
HELENA
Wiem.
SZAMBELAN
Co teraz wiszą nad moim łóżkiem.
HELENA
To będzie bardzo ładne.
SZAMBELAN
zawsze strużąc i przymierzając
Zobaczysz, jak skończę.
HELENA
po krótkim milczeniu
Pan Janusz nie potrafiłby tego.
SZAMBELAN
Wierzę.
HELENA
Nie cierpi ptaszków.
SZAMBELAN
Gbur.
HELENA
On nawet nie rozpozna gila od szczygła.
SZAMBELAN
Cymbał.
HELENA
Prawda, kochany ojcze, że ja nie pójdę za niego?
SZAMBELAN
Nie pójdziesz, nie pójdziesz, jak tylko nie zechcesz, już ci raz
powiedziałem - a co powiem, tom powiedział.
Helena chce go w rękę pocałować.
Czekaj no! bo sobie popsuję.
HELENA
po krótkim milczeniu
Czy długo tu zabawi pan Ludmir?
SZAMBELAN
Zapewne parę dni albo parę tygodni.
HELENA
Parę tygodni.
SZAMBELAN
Cieszy cię to?
HELENA
przynajmniej nie smuci.
SZAMBELAN
przypatrując się swojemu kijkowi
Jeszcze nie oskrobany.
HELENA
"Nie oskrobany"! Nieokrzesany, chcesz mówić, to jest - zanurzony
jeszcze w nocy nieukształcenia? Ach, nie, drogi ojcze! Jego uczucia
już przechodzą w idealizm, dźwięki jego duszy są tak
czyste, tak lube, iż mimowolnie słuch zachwycony pociągają
za sobą.
SZAMBELAN
Ty mówisz o Ludmirze?
HELENA
Tak jest.
SZAMBELAN
Bo ja mówiłem o kijku, (po krótkim milczeniu) Podoba ci się
więc?
HELENA
Kijek?
SZAMBELAN
Ludmir.
HELENA
Komuż, posiadającemu wyższe pojęcie dobrego, nie
podobałby się taki człowiek?
SZAMBELAN
To idź za niego.
HELENA
Żartujesz, kochany ojcze.
SZAMBELAN
Dlaczego żartuję?
HELENA
Nie wiemy, kto on jest.
SZAMBELAN
Prawda, nie wiemy.
HELENA
Ale możemy się dowiedzieć.
SZAMBELAN
Nic łatwiejszego.
HELENA
Starać się będę poznać go dokładnie.
SZAMBELAN
Staraj się, moja córko, dokładnie.
HELENA
Powierzchowność ma ujmującą.
SZAMBELAN
W samej rzeczy, ma powierzchowność.
HELENA
Gdyby chciał odjeżdżać, nie pozwolisz na to; prawda, ojcze?
SZAMBELAN
Nie pozwolę! na żaden sposób.
HELENA
Będzie uciechą całego domu.
SZAMBELAN
Nic z niego nie będzie - hm, hm!...
HELENA
A to dlaczego?
SZAMBELAN
W jednym końcu nadpsuty - patrz!
Pokazuje strugany kijek.
HELENA
Łatwo o inny.
SZAMBELAN
Łatwiej grubego kijka, który... tak, łatwiej gruby... Gdzież
idziesz?
HELENA
Przejdę się po ogrodzie.
SZAMBELAN
Idź, moja Helusiu, przyślę ci Ludmira, jak go zobaczę.
Helena odchodzi w lewe drzwi.
SZAMBELAN
sam
Oho, ho!... Inaczej tu trzeba wziąść się do interesu.
Już dłużej wytrzymać nie mogę. Myślisz, że
ze mną można robić, co się podoba? - Nic z tego! Pójdziesz
mi, panie gilu, do osobnej klatki! Zięba zostanie z dzwońcem,
czyżyk przejdzie do czeczotki - kosa dam na pieczyste.
SCENA TRZECIA
Szambelan, Janusz.
JANUSZ
Dobrze, że pana samego zastaję, właśnie chciałem z nim
pomówić.
SZAMBELAN
Dobrze, bardzo dobrze, siadajże.
JANUSZ
Nie może być dla mnie rzeczą przyjemną widzieć
tę, którą za żonę sobie wybrałem, w towarzystwie ludzi
z drogi zebranych.
SZAMBELAN
Bardzo dobrze mówisz.
JANUSZ
Zwłaszcza gdy jeden z nich ośmiela się mnie, mnie pod nosem,
zalecać się do osoby, którą od dawna za narzeczoną
uważałem.
SZAMBELAN
Zaleca się! Pod nosem! Proszę!
JANUSZ
A co gorzej, że panna Helena uwłacza swojej godności,
pozwalając na ogniste wejrzenia i rozmowy sam na sam.
SZAMBELAN
Doprawdy?
JANUSZ
Wszak sam pan widziałeś.
SZAMBELAN
Prawda, widziałeś.
JANUSZ
Chciej zatem pan przełożyć córce...
SZAMBELAN
Bardzo dobrze, wszystko jej przełożę.
JANUSZ
Mogę więc spuścić się na jego obietnicę?
SZAMBELAN
Z wszelką pewnością.
JANUSZ
zatrzymując go
Jeszcze jedno słowo.
SZAMBELAN
Nie mam czasu; muszę... muszę pójść po pręciki do
ogrodu.
JANUSZ
Po pręciki! Ależ tu o córkę idzie.
SZAMBELAN
Klatka córce nie przeszkadza.
JANUSZ
Jedno tylko słowo.
SZAMBELAN
Chcesz, chodź ze mną! Ja czasu tracić nie lubię - masz
nóż przy sobie?
JANUSZ
Idę więc, idę. (na stronie) Dobrze mówiła Szambelanowa!
Odchodzą w lewe drzwi.
SCENA CZWARTA
Ludmir z środkowych, Wiktor z lewych drzwi, później trochę.
LUDMIR
A to co? Włóczę się od kąta do kąta - nikogo
spotkać nie mogę. Cóż oni myślą, że ja tu rok
bawić będę dla ich opisania? (do Wiktora) Nie
widziałeś jakiej gałązki ze szczepu Jowialskich?
WIKTOR
złego humoru
Spotkałem Szambelana i Janusza, poszli do ogrodu.
LUDMIR
Każda chwila, spędzona bez kogokolwiek z tego domu, jest stratą
dla mojego dzieła. Chodzę za nimi, szukam - nikogo znaleźć
nie mogę. - Cóż mówisz na nasze dzisiejsze wypadki?
WIKTOR
Bardzo ucieszne.
LUDMIR
Ty gniewasz się jeszcze, a wcale niesłusznie.
WIKTOR
Mów, co chcesz, ja nadto znam ciebie, abym mógł przypisać jedynie
przypadkowi zatrzymanie mojego paszportu.
LUDMIR
Na honor, że przypadkiem; ale wyznam szczerze, że byłbym pewnie
to zrobił, gdyby mi przyszła była wtenczas myśl tak
szczęśliwa, (po krótkim milczeniu) Miałem już
rozdziałów jedenaście; teraz następuje rozdział XII:
"Przybycie do Pustakówki i rozłączenie się z
Wiktorem".
WIKTOR
Proszę mnie nie wymieniać!
LUDMIR
To się rozumie, to tylko tymczasem. Dam ci inne, stosowne jakie nazwisko.
WIKTOR
Stosowne - jakież to będzie?
LUDMIR
Na przykład - Płomieniec.
WIKTOR
śmiejąc się
Szalony!
LUDMIR
Rozdział XIII: "Wniesienie Ludmira do domu Jowiałskich".
WIKTOR
A Ludmir jak się zwać będzie? Ja go nazwę albo rysunków
nie dam.
LUDMIR
Dobrze, nazwij! Tylko pamiętaj, że to bohater dzieła -
śmiesznego nazwiska dać nie można.
WIKTOR
Wyszukam stosowne.
LUDMIR
Rozdział XIV: "Maskarada", etc. - Rozdział XV:
"Helena"... Wiesz ty, że Janusz zazdrosny? Muszę dlatego do
Heleny zalecać się trochę, to mi da rozdział XVI.
WIKTOR
Godziż to się?
LUDMIR
Dlaczego nie? Ja zbieram kłosy na moim polu, na polu
śmieszności.
WIKTOR
Ale to nie śmieszność: różnić kochających
się wzajemnie.
LUDMIR
Wcale nie wzajemnie. Helena Janusza nienawidzi, a ja ją za to więcej
szanuje, bo cóż też nieznośniejszego - jak ta figura, dubeltówka
głupstwa; gdyż raz głupia, bo nie ma rozumu, a drugi raz, bo
myśli, że ma rozum. Helena ładna, w głowie trochę
przekręcono, ale zasoby są wielkie, można by je łatwo
wykształcić.
WIKTOR
Podaj się za guwernera!
LUDMIR
Żeby mnie tylko przyjęto.
WIKTOR
Spróbuj, wszakże to dom waryjatów.
LUDMIR
Helena romansowa, nawet kaducznie romansowa, ja także...
WIKTOR
Ty romansowy?...
LUDMIR
Udawać muszę. - Nigdy nie dasz skończyć.
WIKTOR
Ależ bo ty i udać romansowego nie potrafisz. Ty miałbyś
pojąć, co to jest uniesienie uczucia? Ty, który byś groby
otwierał, gdybyś wiedział, że tam ziarko
śmieszności znajdziesz.
LUDMIR
Oho! Widać, żeś jeszcze zły na mnie, bo tak nie
myślisz. Wesołość czucia nie wyłącza. Autor za
swoje myśli odpowiadać jako człowiek nie może, bo taką
rzeczą za każda kartkę chłostałby go kto inny. A ty,
kiedy naśladowałeś obraz sławnego Guido Reni
"Rzeź niewiniątek", byłżeś złym
człowiekiem i - byłże twój mistrz zabójcą?
WIKTOR
O, wymowa jest, i dlatego że jest, ja tu dzisiaj siedzę z
bolącymi nogami.
LUDMIR
Ale rozdział XVII będzie koroną dzieła: "Powrót
mimowolny Płomieńca".
WIKTOR
gniewnie
Znowu zaczynasz?
LUDMIR
Utniej mi język albo mówić pozwól! Co za zdarzenie! Nawet szkoda, go
na prozę. Jakże to było? Powtórz. Ty chciałeś
nająć ów wózek, który miał cię przenieść do
twojego cichego, lubego pokoiku, do twoich ołówków, pęzli, obrazów,
gdzie miałeś ów napis sążniowy wyrysować -
ręczę, że kształt jego cały miałeś w
głowie... Aż tu pan wójt: "Hola!" - Cóż ty na to?
WIKTOR
Ludmirze!
LUDMIR
Znowu się gniewasz. - No, już cicho, cicho.
WIKTOR
Ja ci tego nie daruję!
LUDMIR
Wiktorze! ty masz duszę z kamienia, kiedy tyle skarbów dotknąć
jej nie może: Jowialski, ów klejnot oryginałów, Jowialska, cień
jego - para doskonała, jak tych papug, Które zowią les inséparables;
Szambelanowa, niegdy jenerałowa, z przekręconą francuszczyzną,
ale najrozsądniejsza, Szambelan, ta nula, ten próżny pęcherz w
peruce, Janusz z intrat rozumny, Helena w eterze krążąca -
wszystko to nie może wymazać z twojej pamięci małe
przeciwności, które przypadkiem, na honor, przypadkiem doznałeś.
SCENA PIĄTA
Ludmir, Wiktor, Helena.
LUDMIR
na stronie do Wiktora
Helena nadchodzi, zostaw nas samych - wiesz, że w troje jakoś nie
idzie.
WIKTOR
jakby nie słyszał
Pani wracasz z ogrodu, używasz pięknej pogody?
HELENA
Tak jest, byłam u moich kwiatów; wzniosłam skromny fijałek,
którego dumna róża zaćmiła. Rezedę złączyłam
z tulipanem - tu woń, tam kształt, razem będą jedną
doskonałą całością. Liliją czystej
białości zasłoniłam od blasku - w cieniu
szczęśliwa, równie jak niewinność, której obrazem.
WIKTOR
Lube zatrudnienie - pielęgnowanie kwiatów.
LUDMIR
na stronie
Odejdź, proszę cię, Wiktorze.
WIKTOR
jak wprzódy
I tym więcej użycza przyjemności, im więcej kto jest
zdolny, nadając im duszę stosowną, nowy świat uczucia
koło siebie tworzyć.
LUDMIR
na stronie
Odejdźże, mój Wiktorku.
HELENA
Dobra uwaga; między tymi nowoutworzonymi duszami wyobraźnią
naszą - można znaleźć rzetelne szczęście. Tam nie
ma zdrady, obłudy, niewdzięczności.
WIKTOR
Nie trzeba zanadto...
LUDMIR
na stronie
Idźże do diabła, proszę cię!...
WIKTOR
Nie trzeba zanadto oddawać się myślom zbyt bolesnym, jakoby
świat był tylko złem napełniony, a pani do tego zdajesz
się zmierzać.
LUDMIR
Przynieś pani kilka kwiatów. Jako znawca, będziesz umiał
najlepiej dobrać ich kolory i malowny nadać kształt wonnemu
bukietowi. (na stronie) Idźże, idź, do stu piorunów!
HELENA
Ach, nie; proszę kwiatów nie zrywać! I tak krótkie chwile ich
życia - jeden tylko uśmiech wieczności, na cóż
porywczą ręką przyspieszać zniszczenie. Kwiat, gdy raz
opadnie, przyszłości już nie ma.
WIKTOR
Śmiejże się teraz, Ludmirze.
LUDMIR
Z czegóż mam się śmiać?
WIKTOR
Wszak zawsze śmiałeś się, kiedy ja podobnie
zachwycałem się pięknością natury.
LUDMIR
cicho do Wiktora
Zdrajco!
WIKTOR
Nazywałeś to szaloną romansowością.
LUDMIR
Ja? Ja? (do Wiktora, na stronie) Co ty robisz? człowieku!
WIKTOR
Nie uwierzysz pani, jakie między nami zawsze kłótnie, lubo pewnie nie
ma w świecie lepszych przyjaciół. Ludmir wszystko bierze tak, jak
zmysły podają.
Ludmir trąca go łokciem.
Nie przypuszcza żadnego uniesienia władz duszy za krańce
dotykalnego, a przynajmniej zocznego świata.
LUDMIR
na stronie
Morderco!
HELENA
Zdziwiasz mnie pan niewymownie. Byłam wcale innego przekonania; i z
rozmów, które miałam ukontentowanie mieć z panem Ludmirem, wcale inny
wróżyłam charakter.
LUDMIR
Ale i tak jest w istocie.
WIKTOR
0n teraz dla przypodobania się pani gotów udawać.
LUDMIR
na stronie
Wiktorze, nadto tego.
WIKTOR
Gotów unosić się po najdalszym przestworzu idealizmu, kiedy tymczasem
po ziemi chodzi, aż w niej grzęźnie.
LUDMIR
do Wiktora
Gubisz mnie.
HELENA
Pozwól pan, że to wezmę za żart tylko, prześladujący
przyjaciela. Udawanie od prawdziwego uczucia łatwo rozpoznać i
dosyć być z kim pół godziny, aby uchwycić wątek jego
sposobu myślenia.
WIKTOR
Ale nie - autora.
LUDMIR
śmiejąc się głośno, z przymuszeniem
Co to za głowa! Co za pustota! Nieprzebrane koncepta! Pani nigdy byś nie zgadła,
widząc tę dziką i ponurą fizis, że to jest jeden z
najweselszych, z najrozpusniejszych, powiem, ludzi. On jeden posiada dar
rozpędzać chmury żalu, kiedy czasem opadną na horyzont
uczucia mego. Bo któż nie zna owej błędnej tęsknoty,
ogarniającej całą istotę naszę, a której przyczyny
odgadnąć trudno - owego pragnienia, żądania czegoś,
czego nawet przeczucie w przyszłości ledwie dostrzec może, tak
jak oko w mgłę rzucone, kiedy ściga światełko, co
gdzieś... (oznaczając oddalenie) gdzieś... gdzieś...
WIKTOR
Scenę pisze, ręczę pani.
LUDMIR
Wiktorze!
WIKTOR
I nie scenę, ale rozdział. - Który to - XVIII czy XIX?
LUDMIR
na stronie
Czyś ty oszalał!
WIKTOR
Wie pani, co mi ciągle szepce?
LUDMIR
To głośno powtórzę: Czyś ty oszalał - tak daleko
żart posuwać przed osobą, której być znanymi nie mamy
zaszczytu, a której dobre mniemanie zawsze liczyć będę za jedne
z najkosztowniejszych zdobycz w moim życiu.
HELENA
Prawdziwie - teraz nie wiem, co myśleć. Dzień dzisiejszy zdaje
się przeznaczony na same zawikłości, które tylko...
LUDMIR
Oddźwięk uczucia rozplątać może.
SCENA SZÓSTA
Ciż sami, Szambelan wbiega nucąc, z pękiem prętów w
ręku.
SZAMBELAN
Patrz, Helusiu.
LUDMIR
na stronie
Zabiłeś, morderco, najlepszą sposobność z nią
mówienia!
WIKTOR
na stronie
Doprawdy? Czemuż nie powiedziałeś?
LUDMIR
na stronie
Dawnożeś ogłuchł?
WIKTOR
na stronie
Nie gniewaj się, to przypadkiem, prawdziwie przypadkiem.
SZAMBELAN
do Heleny, kończąc rozmowę cichą
Rozumiesz teraz? (kładzie pręty) Panowie wypoczęli sobie z
podróży?
LUDMIR
Zupełnie.
WIKTOR
na stronie, ironicznie
Zapewne.
SZAMBELAN
Bardzo się cieszę, że jakiś czas zostaniecie z nami, bardzo
miło mi będzie zabrać dalszą z nimi znajomość. -
Pan Ludmir... (całuje go z obu stron) Pan książki piszesz?
WIKTOR
O, pisze! I teraz nawet...
SZAMBELAN
nie dając skończyć uściśnieniem
Pan Wiktor...
LUDMIR
Jeden z najsławniejszych malarzy.
SZAMBELAN
Hm!
LUDMIR
Skończył niedawno wielkie dzieło. Zostanie zaszczytem narodu, a
nawet i wieku, w którym żyjemy. - Jego kompozycja, pęzel i koloryt
zachwycają wszystkich znawców. Jeżeli pan dobrodziej masz jakie
obrazy, racz mu pokazać - niczym go więcej nie
uszczęśliwisz.
SZAMBELAN
Obrazów tak dalece nie mam.
LUDMIR
Może ryciny?
SZAMBELAN
"Cztery pory roku" tylko i "Cztery części
świata".
LUDMIR
Ach, to jego ulubione! Idź, Wiktorze - zobacz (do Szambelana) Ale pan
szambelan niech nie myśli, że to przyjaźń każe
chwalić. To jest nowy Rafael-Tycyjan-Guido-Correggio-Salvator Rosa.
WIKTOR
Sama przesada pochwał dowodzi żart mego przyjaciela.
SZAMBELAN
Więc nie malujesz?
WIKTOR
Owszem, maluję: przesadną byłoby skromnością
zapierać się talentu, który uszczęśliwia moje życie.
Ale daleki od wzorów, których podobało się dowcipnie panu Ludmirowi
wymieniać, jestem dopiero zaczynającym uczniem.
SZAMBELAN
No, ale przecie potrafisz pomalować klatki?
WIKTOR
do Ludmira obracając się
A to co? Czy to obelga?...
LUDMIR
Jak to, czy potrafi? On całe życie tylko to robił!
SZAMBELAN
Doprawdy?
WIKTOR
Kto? Co? Ja?
LUDMIR
do Wiktora, na stronie
Chcesz się kłócić?
SZAMBELAN
całując z obu stron Wiktora
Bądźże pan łaskaw nie urażać się
zbytnią moją śmiałością i pomalować...
LUDMIR
Będzie najszczęśliwszy...
WIKTOR
do Ludmira, na stronie
Milczże, przeklęty człowieku!...
SZAMBELAN
prosząc
Parę klateczek - raczy pan dobrodziej?
LUDMIR
Parę? Dziesięć pomaluje! Jemu się już oczy
śmieją na wspomnienie malowania.
SZAMBELAN
Zatem mogę się spodziewać tej wielkiej łaski?
WIKTOR
Ale pęzlów nie mam. (na stronie) Nie chciałbym go urazić, a
znowu...
LUDMIR
do Wiktora, na stronie
Zmiłuj się, nie zrób jakiej niegrzeczności - tak nam są
radzi!
WIKTOR
do Ludmira, na stronie
Przynajmniej ty nic nie mów!
SZAMBELAN
Pęzle znajdziemy - niedawno posadzki woskowano.
LUDMIR
Niech pan będzie tylko łaskaw pokazać mu klatki, on i ptaszki
namiętnie lubi!
WIKTOR
na stronie
Boże, nie opuszczaj mnie! Zachowaj przy cierpliwości!
SZAMBELAN
A, tym mogę cię zabawić! I kiedy ptaszki lubisz, to lubisz i
klatki, a kiedy lubisz klatki, to je pomalujesz, nie ma wątpienia.
Całuje Wiktora.
LUDMIR
On jest jeden z najzawołańszych ptaszników. Niechże mu pan
pokaże swój zbiór ptaków; poradzi nawet, jeżeli któremu co
brakuję - przekłuć umie, gdy tam co trzeba.
WIKTOR
na stronie, do Ludmira
Poczekaj! Odpłacę ci! na Boga, odpłacę.
SZAMBELAN
bierze pręty i Wiktora pod rękę
Służę ci, służę.
WIKTOR
Zmiłuj się pan...
SZAMBELAN
pociągając za sobą
Zobaczysz krzywonosa rzadkiej piękności, jak mała papuga. Nie
wiem także, czy znasz ów gatunek wróbli z małymi czubkami...
Odchodzą na prawo.
LUDMIR
Ha! przecie!...
SCENA SIÓDMA
Helena, Ludmir.
LUDMIR
Cóż pani na to?
HELENA
Ja się pytam.
LUDMIR
To jest jeden z najdziwniejszych oryginałów, jakie się znajdują
pod słońcem. Do wszystkiego i od wszystkiego - jak mu przyjdzie do
głowy.
HELENA
Prawda, że dziwny człowiek.
LUDMIR
Duch sprzeciwieństwa w najwyższym stopniu!
HELENA
Jak to nigdy z pierwszego wejrzenia sądzić nie można.
LUDMIR
Kto okiem poznaje, myli się często; kto sercem, rzadko
błądzi.
HELENA
Jak to mam rozumieć?
LUDMIR
Mówię to do sympatyji i antypatyji.
HELENA
W nic tyle nie wierzę, ile w sympatyją.
LUDMIR
Mnie dziś podobne uczucie wiodło do ogrodu. Ale tą razą
zawiedziony zostałem.
HELENA
A to w czym?
LUDMIR
Spodziewałem się zastać tam kogo, z którym by dusza moja
rozmawiać mogła. Ach, to tak rzadko się wydarza, że
powinnaś przebaczyć, piękna Heleno, jeżeli ci się
natrętnym staję.
HELENA
Byłam w ogrodzie.
LUDMIR
Kiedy mnie już nie było; Janusz był szczęśliwszy.
HELENA
Ach, Janusz! Widziałam go z daleka, rozmawiał z moim ojcem.
LUDMIR
Jak tłumaczyć to westchnienie?
HELENA
Nienajlepiej dla niego.
LUDMIR
Ma jednak nadzieję.
HELENA
Tylko też nadzieję.
LUDMIR
radośnie
Co słyszę! Skończy się tylko na nadziei?
HELENA
Pewnie! Jego miłość jest mi nieznośną.
LUDMIR
Na pierwszy rzut oka, zoczywszy go obok ciebie, pani, głos tajemny
przemówił we mnie: nie, to być nie może - ona go nie kocha.
HELENA
Dawno już byłabym odmówiła jego rękę, gdyby nie
macocha, która upiera się rzucić mnie koniecznie w jego poziome
objęcie.
LUDMIR
A gdy cię lepiej trochę poznałem, poznałem razem, jak
czystej, wyniosłej, bez granic miłości trzeba, aby się
twojej godną stała. - Ale i jemu za złe mieć nie
można; któż by się nie pokusił o tak wielkie
szczęście, szczęście nad pojęcie.
HELENA
Pochlebstwo.
LUDMIR
Nie, Heleno, nie pochlebstwo! Pomny na lot i upadek Ikara, powinien bym,
uchodząc stąd jakby przed samym sobą, ujść szalonej
myśli. Ale nie mam już władzy. Klika dni tu spędzonych,
choćbym je potem miał wieczną wynagrodzić
tęsknotą, będę uważał jak wykradzione z paszczy
przeciwnego mi zawsze losu.
HELENA
Wesołe towarzystwo w domu moich rodziców ukoi zapewne smutek, którym pan
zdajesz się mieć duszę zranioną.
LUDMIR
Nie chcesz mnie pani rozumieć.
HELENA
Może i nie wypada...
LUDMIR
Wszak niczego nie żądam, nie błagam, jak tylko przebaczenia,
że nie mam władzy wyrwać się z miesc uświetnionych
przytomnością twoją.
HELENA
Na to przebaczenia nie trzeba; goście, przyjemni rodzicom, dobrej córce
przykrymi być nie mogą.
LUDMIR
całując ją w rękę
Ach, gdyby mi wolno było wykryć głębią mojej duszy,
gdybyś chciała odgadnąć zamęt jednym twym wejrzeniem
sprawiony, pojęłabyś, jak obok siebie mieścić się
mogą; i najsłodsza rozkosz, i najboleśniejsza męka.
HELENA
Panie Ludmirze, nadużywasz moich przyjaznych uczuć. Ja odejdę.
LUDMIR
Zasłużyłżem na tę karę? Także zimna jest i
ciężka żelazna ręka przyzwoitości tego poziomego świata,
iż wzbrania wyjawienia najczystszego szacunku... przyjaźni...
uwielbienia... ach, na cóż próżnych słów szukać -
najgorętszej miłości!
SCENA ÓSMA
Helena, Ludmir, Pan Jowialski, Pani Jowialska.
P. JOWIALSKI
Dobre arcystaroświeckie polskie przysłowie: Gość w dóm, Bóg
w dóm. Lepiej mi kawałek chleba smakuje, kiedy go z kim dzielę.
LUDMIR
Gdzie taki gospodarz, o gości nie trudno.
P. JOWIALSKI
Nie każdy też to gość miłym gościem. O niejednym
można powiedzieć: Głaszcz ty kotowi skórę, a on ogon w
górę! Ale jeszcze nie widziałeś mojego ogrodu.
LUDMIR
Owszem, dopiero tam byłem.
P. JOWIALSKI
Chodź więc. Nigdy nie zapomnę dnia dzisiejszego. Jak nas
zręcznie w pole wyprowadziłeś! Co też ja się nie
naśmiałem z kłopotów Janusza. Sam sobie biedy narobił. Bo
kto w ul dmuchnie, temu pysk spuchnie - jak mówi proste przysłowie.
Gdyż zapewne miarkowałeś, że między nim a
Helusią... Rozumiesz?
LUDMIR
A, tak, rozumiem.
P. JOWIALSKI
I zazdrośny trochę; ale to, mój panie, chcieć dziewczynę na
swoje kopyto przerobić - to jest: sitem wodę czerpać.
LUDMIR
spoglądając na Helenę
Jednak, kiedy jest szczera miłość...
P. JOWIALSKI
Miłość gorąca, sanna droga, krogulcze pole - niedługo
trwają - jak mówi przysłowie.
P. JOWIALSKA
Aj, Józieczku, Józieczku!
P. JOWIALSKI
No, nie gniewaj się, Małgosiu; ty jesteś feniksem, ja to zawsze
mówię. - Życzę ci mieć taką żonkę, panie
Ludmirze. Ale to wszystko los. Niech Bóg radzi o swojej czeladzi.
LUDMIR
Ach, oby dobrze o mnie poradził!
P. JOWIALSKI
Jest czego westchnąć, i szczerze, bo to w małżeństwie
- jednemu gody, drugiemu głody.
LUDMIR
Zapewne, zapewne.
P. JOWIALSKI
Przysłowie mówi: Dobra żona, męża korona, ale zła -
krzyż to wielki, mój panie. Zła żona, zły sąsiad,
diabeł trzeci - jednej matki dzieci.
LUDMIR
Piękna familija!
P. JOWIALSKI
W tym to sensie następujące cztery wierszyki:
- Miły deszczyk - rzekł rolnik - życie niesie wszędzie,
Wszystko nam z ziemi dobędzie.
- Boże uchowaj! - krzyknął sąsiad przestraszony -
Ja tam mam trzy żony.
P. JOWIALSKA
Bodaj też jegomości! O, dlaboga! - "przestraszony"! Figle!
figle!
P. JOWIALSKI
Służę panu do ogrodu.
SCENA DZIEWIĄTA
HELENA
sama
Cicho, serce, cicho, bijesz za gwałtownie! Zamkniejcie się, oczy; nie
poglądajcie w nowy świat, jeszcze dla was blask za ostry! Ludmirze!
głos twój - głosem anioła. Echo jego w mojej duszy wiecznie
żyć będzie. Jakaż cię to dręczy tęsknota?
jaki smutek objął twoje młode życie? Czemuż mi ich nie
zwierzysz? Ja ciebie zrozumiem. Ja wezmę chętnie połowę,
większą połowę twoich trosek, byłeś mi
wdzięcznym nagrodził uśmiechem. - Ach, Janusz! przykre
obudzenie.
SCENA
DZIESIĄTA
Helena, Janusz.
JANUSZ
Panno Heleno!
HELENA
Panie Janusz!
JANUSZ
Nie wiem, od czego zacząć.
HELENA
Najlepiej nie zaczynać.
JANUSZ
Ten ton nic mi dobrego nie wróży.
HELENA
Nie zwodzi.
JANUSZ
Inaczej wczoraj było.
HELENA
Dzień różnicy.
JANUSZ
Taż nagroda mojej miłości?
HELENA
Miłości!...
JANUSZ
Czy wątpisz?
HELENA
Wątpię.
JANUSZ
Jednak liczne dowody...
HELENA
O które nigdy nie prosiłam.
JANUSZ
Wola rodziców.
HELENA
Macochy.
JANUSZ
I ojca.
HELENA
Wcale nie.
JANUSZ
Dopiero co z nim mówiłem.
HELENA
Widziałam.
JANUSZ
Przyrzekł mi twoją rękę.
HELENA
Przyrzekł?
JANUSZ
Solennie.
HELENA
A ja - solennie odmawiam.
JANUSZ
Zastanów się pani, że pani Szambelanowa...
HELENA
Wieczny postrach, któregoś waćpan bardzo nieślachetnie
używał.
JANUSZ
Jak to - nieślachetnie?
HELENA
Ślachetniej byłoby pierwej starać się o moję niż
o jej przychylność i nie straszyć dom cały upartą
macochą.
JANUSZ
Zdawało mi się, że godnie miesce matki zastępowała.
HELENA
Prawda, aż do tego czasu.
JANUSZ
Nie starałżem się podobać wszelkimi sposobami?
HELENA
Nienajlepszymi.
JANUSZ
Kto inny znajdzie lepsze.
HELENA
Być może.
JANUSZ
Ja wszystko widzę.
HELENA
Nie wątpię.
JANUSZ
Mam przecie rozum...
HELENA
I wieś.
JANUSZ
Rozumiem, co się dzieje.
HELENA
Cóż się dzieje?
JANUSZ
Ale, panno Heleno, ja kocham!
HELENA
Dziękuję.
JANUSZ
Ja bardzo kocham!
HELENA
Jestem wdzięczna.
JANUSZ
Niewdzięczna, powiedz!
HELENA
Skończmy tę rozmowę.
JANUSZ
Zastanów się, że ten awanturnik...
HELENA
Kto?
JANUSZ
Ten Ludmir.
HELENA
Cóż ten Ludmir?
JANUSZ
Nie wiedzieć skąd jest, kto jest.
HELENA
Cóż mnie to obchodzi?
JANUSZ
Ach, bardzo obchodzi, na nieszczęście nas obojga.
HELENA
Panie Janusz!
JANUSZ
Jest jakiś hultaj!
HELENA
Gość w domu moich rodziców więcej względów wymaga.
JANUSZ
Taki gość wymaga karku skręcenie! I ty, ty, Heleno, dajesz mu
się bałamucić.
HELENA
Bałamucić?
Zmierzywszy go oczyma, odchodzi.
SCENA JEDENASTA
JANUSZ
sam
Nie ma wątpienia, ten przeklęty Ludmir zajechał jej w
głowę. - Otóż to panny w tych czasach! Przyjedzie w zaloty jaki
uczciwy obywatel: cztery konie z kozła, kocz wiedeński, kozak z
tyłu, ekstrakt tabularny czysty - krzywią się,
przeglądają, przenicują. Ale strać zdrowie w
rozpuście, a majątek w karty, staniesz się ofiarą
prześladującego losu i łatwo się podobasz. Ja mam rozum i
wieś - ona nie pyta, bo mam rumieniec, jem dobrze i śpię
wyśmienicie. Wczoraj miałem wszelką nadzieję - dziś
żadnej. Ale Szambelanowa przyrzekła - gdybym nie był...
Przeklęcie! szczypałbym się, gryzłbym sobie palce ze
złości... żeby nie tak bolało!
SCENA DWUNASTA
Janusz, Wiktor.
WIKTOR
z kilką klatkami
A, już dłużej i anioł nie wytrzyma! (rzuca klatki o
ziemię w głąb sceny) Panie, jak się zowiesz, można tu
koni dostać do najęcia? Janusz, spojrzawszy, dalej chodzi. - Wiktor
głośniej:
Czy tu dostanie koni do najęcia?
Janusz milczy. - Wiktor w złości:
Panie, ja grzecznie pytam się po raz trzeci...
JANUSZ
Pytaj się waćpan furmana o konie, nie mnie.
WIKTOR
Można grzeczniej odpowiadać.
JANUSZ
Jak mi się podobać będzie.
WIKTOR
O, niekoniecznie!
JANUSZ
Doprawdy?
WIKTOR
Niegrzecznych do grzeczności przymuszają.
JANUSZ
Idźże sobie, (porywczo) proszę grzecznie.
WIKTOR
Pójdę, jak mi się podoba.
JANUSZ
Czego waćpan chcesz ode mnie?
WIKTOR
Żebyś waćpan był grzeczny.
JANUSZ
ironicznie
W samej rzeczy! mam być z kim.
WIKTOR
Z kim? z kim? Co to z kim? Co waćpan rozumiesz przez to: "z kim"?
JANUSZ
Oso! daj mi pokój.
WIKTOR
Ja się pytam, co znaczy to: "z kim"?
JANUSZ
To znaczy, że nie potrzebuję być grzecznym z jakimiś
awanturnikami, którzy mącą pokój uczciwego domu.
WIKTOR
wstrzymując pasje
Awanturnikami! awanturnikami! powiadasz.
JANUSZ
Najmniej.
WIKTOR
Najmniej, najmniej, powiadasz?
JANUSZ
Powiadam.
WIKTOR
Ale waćpan sam chciałeś...
JANUSZ
wybuchając złością - kłótnia coraz
głośniejsza
Co! I ty, ty mi będziesz dokuczał tym: "sam
chciałeś"? Chciałem, do stu piorunów, z drugiego takiego
jak ty zrobić igraszkę!
WIKTOR
krzycząc
Nie tak głośno, ty mośpanie!
JANUSZ
krzycząc
Bo z takich zawsze żartowałem i żartować będę -
ale nie wiedziałem, że wilka puszczam do owczarni.
SCENA
TRZYNASTA
Janusz, Wiktor, Szambelan, za nim Szambelanowa.
SZAMBELAN
wbiegając
Co się tu dzieje?
SZAMBELANOWA
C`est vacarme!
WIKTOR
do Janusza
Wilk kąsa, pamiętaj!
SZAMBELANOWA
O co idzie? Powoli, grzecznie...
JANUSZ
do Wiktora
Precz stąd! precz!
SZAMBELAN
przez okno
Jegomość! Tatuniu! Jegomość!
WIKTOR
wstrzymując się
Gdybym nie uważał na przytomność tej damy...
JANUSZ
To co?... to co?
SZAMBELAN
przez okno
Kłócą się! Chcą się bić! -
WIKTOR
Nie, do tego stopnia nie zapomnę się nigdy. Racz pani
przebaczyć, uniosłem się w jej przytomności; wyznaję
moję winę! (do Janusza) Zobaczymy się!
JANUSZ
Zobaczysz się, zobaczysz, wiem z kim.
SZAMBELANOWA
Januszu! ani słowa! Ja chcę, ja każę! - cóż to za
karczemne obyczaje? Wstydź się waćpan! Ten pan pierwszy
uznał swój błąd i przeprosił za uchybienie należytego
uszanowania damie. Taisez-vous!
SCENA CZTERNASTA
Ciż sami. Pan Jowialski, Pani Jowialska, Ludmir.
Pan Jowialski z żoną w środku, po lewej Wiktor i Ludmir, po
prawej Janusz i Szambelanowa. W głębi Szambelan zbiera i ogląda
klatki.
P.
JOWIALSKI
Któż się kłóci? Od fuków przyszło do puków. Co? kto z kim?
SZAMBELANOWA
Pan Janusz, taki grzeczny - z tym panem! - Fi! C`est misere.
P.
JOWIALSKI
Od słowa do słowa, aż boli głowa.
WIKTOR
Uniosłem się zanadto, to prawda.
P.
JOWIALSKI
Zaraz wam powiem bajeczkę. Słuchajcie:
Na dziedzińcu przy kurniku
Krzyknął kogut - kukuryku!
Kukuryku! - krzyknął drugi,
I dalej w czuby!
Biją skrzydła jak kańczugi,
Dzióbią dzioby,
Drą pazury
Aż do skóry.
Już krew kapie, pierze leci -
Z kwoczką uszedł rywal trzeci.
A wtem indor dmuchnął: - Hola! -
Stała się jego wola.
- O co idzie, o co chodzi?
Indor was pogodzi. -
Na to oba, każdy sobie:
- Przedrzeźniał się mej osobie.
- Moi panowie -
Indor powie -
Niepotrzebnie się czubiło,
Przedrzeźniania tu nie było;
Obadwa z jednej zapialiście nuty,
Boście obadwa koguty. -
Kiedy głupstwo jeden powie,
Głupstwo drugi mu odpowie;
Potem płacą życiem, zdrowiem.
Co rzec na to? Wiem - nie powiem.
P.
JOWIALSKA
O, mój Boże! Koguty! Figle! figle!
LUDMIR
do Wiktora
Cóż się stało?
SZAMBELANOWA
do Janusza
O co poszło?
WIKTOR
do Ludmira
Wszystko to z twojej łaski.
JANUSZ
do Szambelanowej
Powiedział: "sam chciałeś".
LUDMIR
do Wiktora
Ale jakiżeś gorączka!
WIKTOR
do Ludmira
Ty mnie lodem dziś nie okładasz.
SZAMBELANOWA
do Janusza
Trzeba mieć przecie uwagę na jakowąś konweniencyją.
Mon Dieu!
P.
JOWIALSKI
cicho do Ludmira
Coś twój przyjaciel diable prędki.
LUDMIR
podobnie
To tak na upał.
P.
JOWIALSKA
Hę?
P.
JOWIALSKI
To tak na upał.
P. JOWIALSKA
Proszę! proszę!
P. JOWIALSKI
Dawne przysłowie mówi: Mając gościa w domu, nie czyńmy gomonu.
Nie pytając się, o co poszło - zgoda, panowie!
JANUSZ
Ja tylko prawdę powiedziałem.
WIKTOR
do Ludmira
Słyszysz?
P. JOWIALSKI
O, mój panie, nie zawsze prawda - co się prawdziwym wydaje. A choćby
też i tak było - kto o prawdzie j dzwoni, ten na guza goni. - Ale
inaczej trzeba tę rzecz skończyć - po staroświecku. Panie
Janie, każ waćpan przynieść butelkę wina, z drugiej
piwnicy - kasztelańskiego - wiesz?
SZAMBELAN
Wiem.
P. JOWIALSKI
Do mojego pokoju! - Pójdzie myszka między koty. Kieliszek wadzi, kieliszek
radzi. - Znacie tę piosneczkę?
Jak mnie kochasz, dolej szczerze,
Bo cię kuflem w łeb uderzę!...
Wypijemy sobie po kieliszku i zgoda! Rybom woda, ludziom zgoda, bez niej nic.
Proszę do mnie, proszę.
SZAMBELANOWA
Bez kłótni, bardzo proszę, bo kwita z przyjaźni! Vous comprenez?
P. JOWIALSKI
Pokażę drogę.
Odchodząc.
LUDMIR
chce zatrzymać Wiktora, który mu się wyrywa. - Zostając ostatni:
Ja wzbudzam zazdrość, a ten mało guza nie dostał. Cóż
ja winien? Dzień feralny dla niego. - Rozdział ośmnasty...
SCENA PIERWSZA
Ludmir, Wiktor.
Wiktor
rysuje, Ludmir chodzi zamyślony wzdłuż sceny.
WIKTOR
Przyznajże, eks-sułtanie, a rzeczywisty tajny radzco szaleństwa,
iż jestem jeden z najpoczciwszych, z najłagodniejszych ludzi.
Zasłużyłeś na mój gniew, ogromnie
zasłużyłeś, a ja dla ciebie pracuję. - (na stronic)
Ale ci odpłacę, (po krótkim milczeniu, oglądając się)
Cóż tak rozmyślasz?
LUDMIR
patrząc na rysunek Wiktora
Nie; Jowialski nie udał ci się zupełnie - nie ma tego
uśmiechu rozlanego po całej twarzy - każdy zmarszczek u niego
powiada, że ze śmiechu powstał.
WIKTOR
zawsze rysując
Ale pozwólże, mój kochany - pierwej przecie trzeba głowę
zrobić, a potem włosy; pierwej nos, a potem krostę na nosie,
jeżeli notabene krosta jest sine qua non.
LUDMIR
I pani Jowialska nie dość wyprostowana.
WIKTOR
Jeszcze włos, a w tył się wywróci.
LUDMIR
Zróbże jej okulary.
WIKTOR
Idźże do kaduka! proszę cię!
Ludmir znowu chodzi.
Od czasu swojego panowania nabrał jakiegoś tonu
rozstrzygającego. - Ale dlaczegóż ty nie piszesz? Masz czas -
bibuły tu dostaniesz.
LUDMIR
stając przed Wiktorem, po krótkim milczeniu
Wiesz co, Wiktorze?
WIKTOR
I niejedno.
LUDMIR
Helena podoba mi się.
WIKTOR
A mnie nie.
LUDMIR
Ja bym się z nią ożenił.
Wiktor kładzie ołówek, obraca się i patrzy mu w oczy. Ludmir
wykrzywiając się
A!! (chodzi znowu) Nie cierpię, kiedy kto na mnie oczy wytrzyszczy!
Wiktor śmieje się coraz mocniej za każdym słowem Ludmira.
O, śmiej się, śmiej - jeszcze lepiej! O, tak - do rozpuku - ha,
ha, ha!
WIKTOR
Jakże? chciałbyś się ożenić? Tak - ex abrupto,
może dla zakończenia godnego dziea?
LUDMIR
Powiedzże mi, dlaczego nie miałbym się ożenić?
WIKTOR
Czy ty żartujesz?
LUDMIR
Na honor, nie!
WIKTOR
Daj tu rękę.
LUDMIR
Cóż to będzie?
WIKTOR
Puls wolny - gorączki nie ma.
LUDMIR
wyrywając rękę
Rysuj!
Chodzi znowu.
WIKTOR
Nie dziwiłbym się, gdybym mógł przypuścić
podobieństwo, że ci się podobała.
LUDMIR
Dlaczegóż nie, mości Van-Dyku?
WIKTOR
Kto? Ta górnolotnym stylem prosząca nawet o śklankę wody, ta
miałaby ci się podobać?
LUDMIR
Śmiesznym sposobem wyraża często dobre myśli, ale to
wszystko łatwo zmienić.
WIKTOR
Jakież wielkie przymioty odkryłeś w niej w tak krótkim czasie?
LUDMIR
Piękna.
WIKTOR
To do gustu.
LUDMIR
Dobra.
WIKTOR
Jak wiesz?
LUDMIR
Wiem - jestem pewny. Ma przy tym wiele pojęcia i nieuparta; a gdzie jest
pojęcie, a uporu nie ma, wszystko da się zrobić.
WIKTOR
Ale choćby była aniołem dobroci i piękności,
choćby najrozsądniejszy pragnął ją na żonę,
jeszcze przez to twoją nie będzie.
LUDMIR
Jeżeli się podobam...
WIKTOR
Ma rodziców.
LUDMIR
Starego łatwo zawojować: parę bajek - i mój!
WIKTOR
Ojciec...
LUDMIR
Mniej niż nic.
WIKTOR
Macocha...
LUDMIR
To jeden orzech do zgryzienia.
WIKTOR
Trzeba by tęgich zębów.
LUDMIR
Ale trafiają się jednak przypadki.
WIKTOR
W romansach.
LUDMIR
Najgorzej...
WIKTOR
po krótkim milczeniu
Najgorzej?
LUDMIR
Że nie wiem, kto i skąd jestem.
WIKTOR
I to nie fraszka u takich ludzi; a potem - majątek!
LUDMIR
chodząc
Żebym miał tylko imię i majątek!
WIKTOR
Tak! żeby tylko... "żeby" - małe słówko.
LUDMIR
Próbować jednak będę. - Bardzo by mi to było na
rękę. Pewny, że jedynie miłości winien jestem jej
rękę, żyję najszczęśliwiej. - W tych pokojach
mieszkamy, tam, gdzie teraz stojemy, moja kancelaryja - dalej nasze dzieci. Ona
trudni się gospodarstwem - ja piszę. Ty z nami bawisz czas jakiś
- jak mnie kochasz, zabawisz; no, przyrzeknij - parę miesięcy -
słowo?
WIKTOR
Za kogóż twoję córkę wydajesz? z kim się twój syn
żeni? - Bodaj to być poetą! Kocha się, żeni, obejmuje
rządy domu, ma dzieci, zaprasza przyjaciół - wszystko jednym tchem.
LUDMIR
Jak tylko nie ma światła i cieniu, kresek tu i owdzie, to wszystko
szaleństwo - prawda?
WIKTOR
Być może - i nigdy więcej, jak w tej chwili, nie chciałem,
aby światło padało na ciebie, w cieniu został Janusz z macochą,
a po wszystkich stosunkowych przyzwoitościach towarzystwa kreski tu i
owdzie pociągnięte były.
LUDMIR
Chciałbyś szczerze, aby mi się udało?
WIKTOR
Dlaczegóżbym miał nie chcieć?
LUDMIR
Poczciwy Wiktorze! Moje dzieła podadzą cię
nieśmiertelności.
WIKTOR
Jeżeli tylko ręce dość długie mieć
będą.
LUDMIR
Nie ma jak z malarzami mieć do czynienia; to są rodzeni bracia
poetów. - Wiktorku! wyrysujesz mi portret Heleny?
WIKTOR
Wiesz, że portretów nie umiem robić, chyba w karykaturze.
LUDMIR
Co za myśl!
WIKTOR
Mogę ją umieścić w alegorycznym obrazie, wystawiającym
na przykład - przyjęcie ciebie na członka familiji Jowialskich.
W środku Jowialski uwieńczony unosić się będzie na
lekkiej chmurze; z jednej strony przy nim JENIJUSZ, młodzieniec ze
skrzydłami, płomieniem na głowie, u nóg księgi i
orzeł. Z drugiej strony HILARITAS jedną ręką potrząsa
róg obfitości, drugą ciągnie za sobą, z pomocą
ślepego HYMENA, starą Jowialską. Dwoje dzieci uzupełni
środek: jedno z nich trzymać będzie różdżkę
palmową, po którą ty, klęcząc, w kaftanie tureckim, w
udzwonkowanej czapce, pokornie sięgasz. Na przedzie obrazu Helena w
postaci IMAINACYJI: oczy w niebo zwrócone, ręce w krzyż
złożone, włosy w nieładzie na barki spuszczone, korona na głowie
z małych figurek, wychodzących z jej mózgu, złożona. Którym
figurkom, notabene, będzie można dać twoję twarz,
jeżeli zechcesz. - U nóg Heleny MELANCHOLIJA - siedzi zamyślona nad
trupią czaszką, wróbel na głowie. - W głębi Janusz
jako ZAWIŚĆ, w sukni nasadzonej oczami i uszami, w ręku pęk
cierni, na ramieniu kogut zdjęty złością. - Przy Januszu
Szambelanowa z przepiórką, Szambelan z księżycem w ręku -
pierwsza ZŁOŚLIWOŚCI, drugi GŁUPSTWA oznaka.
LUDMIR
A w kącie SZYDERSTWO rysuje... Ale ty, co tak biegły jesteś w
alegorycznych obrazach, nie wiem, czy wiesz, jak SZYDERSTWO wystawiono? -
WIKTOR
Wiem, wiem.
LUDMIR
Jako osła z wyszczerzonymi zębami, jeśli się nie mylę.
WIKTOR
Podobno, że tak.
Śmieją się obadwa.
LUDMIR
Jowialscy nadchodzą; cofniej się wgłąbsz, popraw niektóre
rysy!
Wiktor prędko zbiera rysunki, cofa się wgłąbsz sceny,
przypatruje się i klęczący przy krześle rysuje, potem
siada.
SCENA DRUGA
Pan Jowialski, Pani Jowialska, Ludmir, Wiktor.
P. JOWIALSKI
Szukam cię, mój panie, jak swój swego. - Musisz mi przecie przeczytać
co z dzieł swoich. Ja się znam trochę.
LUDMIR
Przeczytać nie mogę, bo nic nie mam tu ze sobą. Ale pierwsze
dzieło, które wydam i które już jest bliskie końca,
przypiszę waćpanu dobrodziejowi.
P. JOWIALSKI
Mnie?
LUDMIR
Jeżeli waćpan dobrodziej raczysz pozwolić, aby imię jego
zaszczyciło pracę moję.
P. JOWIALSKI
Mnie? mnie? chcesz całe dzieło przypisać?
LUDMIR
Jeżeli pozwolisz.
P. JOWIALSKI
Jeżeli pozwolę?... O, człowieku, człowieku! czymże
zasłużyłem na taki honor! Ale prawda, nie zasłużony,
ale szczęśliwy bierze. - I wydrukujesz to dzieło?
LUDMIR
To się rozumie.
P. JOWIALSKI
ściskając go
Żądaj ode mnie, czego chcesz! Słyszysz, pani Jowialska -
będę wydrukowany!
P. JOWIALSKA
zdejmując okulary
Wydrukowany? proszę!
LUDMIR
Żądać tylko będę, abyś pozwolił spisać
wszystkie przysłowia i wierszyki, których tyle umiesz i tak ładnie
deklamujesz.
P. JOWIALSKI
Bierz pióro, pisz. Powiem ci zaraz jednę bajkę.
LUDMIR
Bardzo proszę.
P. JOWIALSKI
Dwie...
LUDMIR
Co za szczęście!
P. JOWIALSKI
Trzy...
LUDMIR
Zginę z radości.
P. JOWIALSKI
odprowadzając na stronę i pokazując żonę
Za jednę będzie się trochę gniewać.
LUDMIR
Oho!
P. JOWIALSKI
Ale to półżartem. - Nie uwierzysz, co to za nieoszacowana
białogłowa! Co to za dowcip!
LUDMIR
Sam to uważałem.
P. JOWIALSKI
Poznać pana po cholewach - tak i rozumnego.
LUDMIR
W samej rzeczy.
P. JOWIALSKI
Jak tak długo z nią będziesz jak ja, to jeszcze lepiej ją
poznasz.
LUDMIR
Jakże to długo?
P. JOWIALSKI
Piędziesiąt jeden lat.
LUDMIR
Tylko!
P. JOWIALSKI
Ale wracając do bajki - słuchajcie:
Z pięknej róży motyl płowy,
Wychyliwszy trochę głowy,
Zwołał braci rój niestały.
Nuż prawić morały,
Stałość wychwalać,
Do cnoty zapalać,
I we wszystkim, co rozprawiał,
Siebie za przykład wystawiał;
Słowem - nagadał i nałajał tyle,
Że o poprawie myśleć zaczęły motyle.
Wtem jakiś młodzik na fijałku siada
I tak powiada:
- Nie wierzajcie, co on prawi;
Ja powiem, czemu latać go nie bawi:
Oto przed kilką chwilami,
Gdy aż do znoju swawolił z kwiatkami,
Nadszedł starzec, co kosą wszystko w swojej drodze
Wycina i niszczy srodze,
Co ciągle idzie, nigdy nie odpocznie w trudzie,
Ten to sam, co go Czasem nazywają ludzie.
Nadszedł, a wkoło ostrym tnąc żelazem,
Podciął i braciszkowi skrzydełka zarazem;
Dlatego stałość chwali, jednę lubi różę,
Bo sam już latać nie może. -
kłaniając się z pierwszym następującym wierszem
żonie
Nie jest tu moją myślą, młode, piękne panie,
Często zbyt płoche pochwalać latanie,
Ale słuchając niejednej matrony,
Trzeba wyznać z drugiej strony,
Że i to motyl...
ciszej do Ludmira
ale motyl obarczony.
LUDMIR
Doprawdy?
P. JOWIALSKI
Asekuruje reputacyją.
P. JOWIALSKA
Boże, zmiłuj się! co też jegomość dalej na nas
nie wymyśli.
P. JOWIALSKI
głaszcząc pod brodę
No, no, nie gniewaj się, Małgosiu - ty jesteś motylkiem, ale
moim motylkiem, moją przepióreczką.
Całuje ją w czoło.
P. JOWIALSKA
Oj, psotnisiu! psotnisiu! (grożąc okularami) tobie jeszcze w
głowie chychotki, łaskotki.
P. JOWIALSKI
Ja na to jak na lato - prawda, pani Jowialska?
P. JOWIALSKA
wkłada okulary
Dajże pokój, Józieczku, przy tym kawalerze!
P. JOWIALSKI
O, o, raczka spiekła - pokaż oczęta.
P. JOWIALSKA
zdejmując okulary
Cóż będzie?
P. JOWIALSKI
O! jakie figlarne! Oj, ty... ty... ty... (szczypiąc policzki)
Zjadłbym Cię.
P. JOWIALSKA
Józieczku, miejże przecie kontenans.
LUDMIR
Ja odejdę, jeżeli przypadkiem...
P. JOWIALSKI
Nie, nie; pójdziemy razem do mojego pokoju, bo ja w moim krześle najlepiej
deklamuję. A tobie miło co powiedzieć, ty słuchasz nie tak
jak drudzy: Mnie z ust, a jemu mimo uszy - szust!
LUDMIR
I o czym innym myśli.
P. JOWIALSKI
Ja mu gadam o słońcu, a on myśli o słoniu; ja swoje, on
swoje. Mów wilku pacierz, a on woli kozią macierz. Ale chodźmy.
Ułożymy sobie cały plan dokładnie, będziemy
wspierać się wzajemnie, my autorowie. Bo to widzisz, kochanku, na tym
świecie człowiek człowieka potrzebuje. Ręka rękę
myje. Jak ty czynisz, tak dla dębie czynić będą.
LUDMIR
Jaką miarką mierzysz, takąć odmierzą.
P. JOWIALSKI
Jak ty komu, tak on tobie. - A propos tego przysłowia, znasz
powiastkę o Gawle i Pawle?
LUDMIR
Znam.
P. JOWIALSKI
Słuchaj więc:
Paweł i Gaweł w jednym stali domu,
Paweł na górze, a Gaweł na dole;
Paweł, spokojny, nie wadził nikomu,
Gaweł najdziksze wymyślał swawole.
Ciągle polował po swoim pokoju:
To pies, to zając - między stoły, stołki
Gonił, uciekał, wywracał koziołki,
Strzelał i trąbił, i krzyczał do znoju.
Znosił to Paweł, nareszcie nie może;
Schodzi do Gawła i prosi w pokorze:
- Zmiłuj się waćpan, poluj ciszej nieco,
Bo mi na górze szyby z okien lecą. -
A na to Gaweł: - Wolnoć, Tomku,
W swoim domku. -
Cóż było mówić?
Paweł ani pisnął, Wrócił do siebie i czapkę
nacisnął.
Nazajutrz Gaweł jeszcze smacznie chrapie,
A tu z powały coś mu na nos kapie.
Zerwał się z łóżka i pędzi na górę.
Sztuk! puk! - Zamknięto. Spogląda przez dziurę
I widzi... Cóż tam? cały pokój w wodzie,
A Paweł z wędką siedzi na komodzie.
- Co waćpan robisz? - Ryby sobie łowię.
- Ależ, mośpanie, mnie kapie po głowie!
A Paweł na to: - WoInoć, Tomku,
W swoim domku. -
Z tej to powiastki morał w tym sposobie:
Jak ty komu, tak on tobie.
P. JOWIALSKA
O, dlaboga! Co też on ma tego w głowie! Figle! figle!
P.
JOWIALSKI
No, chodź, jejmość.
P.
JOWIALSKA
chowając robotę
Zaraz, serdeńko.
P.
JOWIALSKI
Służę ci, mój panie! (odchodząc) I za parę
miesięcy nie spiszesz wszystkiego; zimować tu będziesz, ja ci
przepowiadam!
SCENA TRZECIA
WIKTOR
sam; jakby mówił do Jowialskiego
Myślisz, że nie będzie zimował? Będzie, będzie,
tylko go poproś! Ale jeżeli myślisz, że cię do
komedyji nie wsadzi z twoją Małgosią razem, to się bardzo
mylisz, (po krótkim milczeniu) Szalona głowa! Ale ja ci mego nie
daruję - zemścić się muszę. Siedziałem ja w
kozie, będziesz i ty siedział. Dla mnie jeden rozdział, dla
ciebie drugi... Papiery u mnie. - Dobrze; pokażę, że i ja umiem
zawiązać i rozplątać intryżkę. Szkoda tylko,
że świadkiem mego dzieła być nie mogę. - Schowam
się w ogrodzie i tam, choćbym miał trzy godzin siedzieć w
gęstwinie, będę siedział i cierpliwie czekał.
SCENA CZWARTA
Wiktor, Szambelan.
SZAMBELAN
Powiedzże mi, panie Wiktorze, jakim sposobem te klatki zostały
uszkodzone?
WIKTOR
Bo upadły.
SZAMBELAN
Aha, upadły! A długo tu zostaniecie?
WIKTOR
Wątpię.
SZAMBELAN
Jakież upodobanie mieć możecie w tak dziwnym sposobie
podróżowania?
WIKTOR
Upodobanie?
SZAMBELAN
Ludmir powiadał, że to jedynie z upodobania.
WIKTOR
Ludmir?... Zapewne tak mówić wypada.
SZAMBELAN
Czy tak nie jest?
WIKTOR
Inaczej mają się rzeczy.
SZAMBELAN
Proszę pana - inaczej?
WIKTOR
Wiele zagadek na tym świecie.
SZAMBELAN
Ja żadnej nigdy zgadnąć nie mogę.
WIKTOR
Czasem los zgadnąć przymusi.
SZAMBELAN
Przymusi?
WIKTOR
I krwawo, okropnie.
SZAMBELAN
Tylko proszę krwi nie wspominać, bo zaraz mi się słabo
robi!
WIKTOR
I ja jestem zagadką. Igrzyskiem losu i nieszczęścia.
SZAMBELAN
na stronie
Coś do pieniędzy zmierza... (głośno) Oj, czasy, czasy teraz
ciężkie. Pszenica po niczemu, o wódkę nikt się nie spyta -
nikt nie chce kupić.
WIKTOR
Ale wydrzeć, wydrze.
SZAMBELAN
cofając się
Oho, ho!
WIKTOR
Panie szambelanie! Dłużej milczeć sumienie mi nie każe.
Zwierzę ci straszną tajemnicę!
SZAMBELAN
Może... lepiej mojej żonie?
WIKTOR
Mnie wszystko jedno - dla mnie los nie zmieni się przez to - zemsta mnie
czeka, ale mówić będę.
SZAMBELAN
cofając się
Pan się zapalasz.
WIKTOR
porywając go za rękę
Ludmir - Ludmir - wiesz, kto jest?
SZAMBELAN
Jest podobno... pan Lu... Ludmir.
WIKTOR
oglądając się
Jest - (wstrząsając mocno ręką.) człowiek
niebezpieczny! - Strzeżcie się! - Bo biada wam, biada! Karpaty blisko
- biada!
SCENA PIĄTA
SZAMBELAN
sam; po długim milczeniu, przyszedłszy do mowy
Masz teraz! "Biada!" - Ale jak, co? - jakże mi łydki
latają! - I on sam nie bardzo bezpieczny, w oczach ma coś
barbarzyńskiego. - Jakże mi się nogi trzęsą! (siada)
"Tajemnica" - rzekł, ale ja tej tajemnicy zachować nie
mogę. Ja dawno mówiłem, mówiłem wyraźnie... to jest, nie
mówiłem, ale myślałem, myślałem... No, prawda - nic
nie myślałem, ale to jest jednak zdarzenie nie bardzo wesołe. -
I co wiem pewnie, to - że się boję potężnie.
SCENA SZÓSTA
Szambelan, Janusz, Szambelanowa.
JANUSZ
Racz tylko waćpani dobrodziejka wysłuchać mnie cierpliwie!
Wierzę, iż jej sposób postępowania najlepszy... ale...
SZAMBELAN
Słuchajcie...
Za każdą razą przebiega od Janusza do Szambelanowej.
JANUSZ
Ale panna Helena dzisiaj wyraźnie mi rękę odmówiła i nie
mogę wątpić, że ten Ludmir...
SZAMBELAN
Za pozwoleniem...
JANUSZ
Głowę jej zawrócił i że ja z całą
cierpliwością na lodzie osiędę.
SZAMBELAN
Rzecz arcyważna!...
JANUSZ
Ludmir nie kryje się z tym, że mu się Helena podobała.
Panna Helena wcale go nie unika - i koniec końców, jeżeli Ludmir ma
wieś, ja mam rywala niebezpiecznego.
SZAMBELAN
Niebezpiecznego, właśnie...
SZAMBELANOWA
Nie widzę nic w tym dziwnego, że młody człowiek stara
się podobać młodej pannie - masz rywala i cóż stąd?
Rien` du tout.
SZAMBELAN
Bójcie się Boga!...
SZAMBELANOWA
Mój pierwszy mąż, śp. jeneral-major Tuz, czy myślisz,
że tyle tylko miał przeciwności, nim mnie zaślubił?
Comment?
SZAMBELAN
Rzecz okropna!...
SZAMBELANOWA
wskazując głową
Za niego zaś żem poszła, to mnie moi bracia namówili. - Bodaj im
Pan Bóg tego nie pamiętał!
SZAMBELAN
Dziękuję ci, moja Basiu, ale słuchaj...
JANUSZ
Ludmir wkręca się zręcznie w łaskę pana Jowialskiego.
SZAMBELAN
Daremnie proszę, za nic mnie nie mają.
SZAMBELANOWA
Dwie drogi masz waćpan przed sobą: albo nakłonić starę
Bajkę w postaci pana Jowialskiego, aby oddaliła z domu ulubionych
gości, albo użyć ogólnego lekarstwa, jak mawiał pierwszy
mój mąż, świętej...
JANUSZ
porywczo kończąc
Pamięci jenerał-major Tuz.
SZAMBELANOWA
Tak jest. - A tym ogólnym lekarstwem jest: cierpliwość.
JANUSZ
No, jeżeli ja nie jestem cierpliwy, to i te mury są niecierpliwe.
Szambelan, nie mogąc przerwać rozmowę, uderza kijem w stół.
SZAMBELANOWA
Ach!
SZAMBELAN
Inaczej nie można było przerwać waszego zacietrzewienia -
Słuchajcie mnie, dlaboga! bo to nie są żarty - tu idzie o nas
wszystkich.
Staje między nich - patrzy w prawo i lewo i milczy.
SZAMBELANOWA
Cóż więc?
JANUSZ
Słuchamy.
SZAMBELAN
Cóżem to miał mówić?... Na poczciwość,
zapomniałem.
SZAMBELANOWA
ironicznie
Miły chłopiec.
SZAMBELAN
A, otóż wiem. - Wiecie, kto jest Ludmir?
SZAMBELANOWA
Wiemy tyle, co i ty.
SZAMBELAN
Przepraszam cię, Basiu, tą razą wiem więcej.
JANUSZ
Proszę więc mówić - może mnie co pomoże.
SZAMBELAN
Diabła pomoże! (oglądając się) Ludmir jest człowiek
niebezpieczny. - Biada!
SZAMBELANOWA
Jak to - niebezpieczny?
SZAMBELAN
Jego przyjaciel Wiktor dopiero stąd odszedł - przestraszył mnie,
że aż usiąść musiałem i dotychczas jeszcze
niepewnie stoję na nogach.
JANUSZ
Cóż mówił? Ludmir ma wieś?
SZAMBELAN
Mówił: "Przestrzegam was - strzeżcie się - Ludmir
człowiek niebezpieczny - lękam się zemsty. - Biada wam!" -
i wiele innych rzeczy, których nie pamiętam, bo byłem, jak powiadam,
arcymocno pomieszany.
SZAMBELANOWA
Wiktor to mówił?
JANUSZ
Przecie coś więcej musiał jeszcze powiedzieć.
SZAMBELAN
Nic ważnego - ile mi się zdaje, bo także nie był
spokojny... Aha! Jeszcze mówił, że kto nie da pieniędzy, temu
wydrą.
SZAMBELANOWA
To jasno! C`est compréhensible.
JANUSZ
Z jakiegoż powodu to mówił?
SZAMBELAN
Czyliż ja mogę powód zgadnąć? - Ale wspomniał coś
o sumieniu.
SZAMBELANOWA
Gdzież jest?
SZAMBELAN
Czyliż ja mogę zgadnąć, gdzie jest? - Wstrząsł mi
rękę, aż w stawach trzasło, i zniknął.
SZAMBELANOWA
Nie trzebaże tu prawdziwego nieszczęścia, aby koniecznie adai się
ze swoim odkryciem do tego zera. C`est malheur!
SZAMBELAN
Radźcie teraz. Do was radzić i zaradzić należy; ja idę
przestrzec Helusię, że Ludmir człowiek niebezpieczny; sam
zaś uzbroję się dla osobistego bezpieczeństwa.
SCENA SIÓDMA
Janusz, Szambelanowa.
JANUSZ
Pani dobrodziejko! to nie są żarty.
SZAMBELANOWA
Zapewne, że nie żarty.
JANUSZ
Cóż począć?
SZAMBELANOWA
Siadaj waćpan na konia, we wsi stoją dragony; jeżeli ich jest
dziesięciu, musi być kapral (ja to wiem doskonale od mojego pierwszego
męża, śp. jenerała-majora Tuza). Powtórz wyznanie jego
własnego towarzysza; nareszcie - rób, jak chcesz, byleś tu
sprowadził zbrojną siłę. C`est ça.
JANUSZ
wracając
Jeżeli to żart Wiktora?
SZAMBELANOWA
Je ne plaisante jamais - mawiał pierwszy...
JANUSZ
prędko kończąc
Mój mąż, jenerał-major Tuz. Ale jeżeli żart? dajmy na
to.
SZAMBELANOWA
Żart, nie żart - będą musieli złożyć
papiery. Dowiemy się przynajmniej, co to są za ludzie.
JANUSZ
Ale co powie pan Jowialski?
SZAMBELANOWA
Idę go o wszystkim uwiadomić.
JANUSZ
O, Heleno!
Odchodzi.
SZAMBELANOWA
Co z tego będzie - sama nie wiem; ale odetchnę, jak mundur przy sobie
zobaczę. - Co to za różnica jenerał-major, a ten szambelan!...
We wszystkim, we wszystkim wielka różnica. Sans comparaison!
Odchodzi do pokoju Pana Jowialskiego.
SCENA ÓSMA
LUDMIR
sam; który spotkawszy w drzwiach Szambelanową, nisko się
ukłonił.
Kaducznie z góry na mnie spogląda pani Szambelanowa dobrodziejka. I to
jest podobno skała, o którą moje łódkę roztrzaskam. (po krótkim
milczeniu) Jak do niej przystąpić? Co lubi? Czym ująć?
(woła w lewe drzwi) Wiktorze! Wiktorze!... Gdzież się
podział? - Z Jowialskim interesa idą jak najlepiej, szalenie we mnie
zakochany. - Historyją mego życia opowiedziałem mu
dokładnie, słuchał z rozczuleniem i nad spodziewanie nie
znalazłem w nim uprzedzeń, tyczących się majątku i
urodzenia. Kilka dni jeszcze, a śmiało o rękę Heleny
będę mógł prosić. - Helena zaś, albo ja źle
widzę, źle czuję, źle pojmuję, albo nie będzie od
tego. Otóż i ona!
SCENA
DZIEWIĄTA
Ludmir, Helena.
HELENA
na stronie
Otóż jest! Igraszka losu! Ojciec mój swoim odkryciem okropnie uderzył
w serce, ukołysane najsłodszą nadzieją. Straszne przeczucia
porywają mnie w nieprzejrzany zamęt!
LUDMIR
na stronie
Nie widzi mnie - w idealnym przestworzu krąży jej dusza.
HELENA
na stronie
Jeżeli tak jest - ratować go muszę; podam rękę
nieszczęsnemu, którego kochać nie wolno, a wiecznie kochać
będę.
LUDMIR
na stronie
Jeszcze muszę być smętnoromansowym - nie pomoże! Teraz
ująć ją trzeba, a po ślubie poprawa, (do Heleny, która
wzdrygnęła się na jego głos) Pięknie dla mnie dzisiaj
jutrzenka zajaśniała - łagodny wietrzyk szczęścia
pieszczotliwie mnie owionął, kiedym wstępował w te progi.
Jak różdżką czarnoksięską tknięty, innym się
stałem, jak byłem dotąd.
HELENA
oczy ku niebu wznosząc
Jak był dotąd!
LUDMIR
Pozwól, piękna Heleno, niech w mglistym życiu gwiazda nadziei dla
mnie zaświeci.
HELENA
Ni pogodna jutrzenka pogodnego wieczora, ni spokojnie błyszcząca
gwiazda pogodnego ranka rękojmią być może. Chmury,
niosące burze, zawsze są w odwodzie, zawsze nas trwożyć
powinny.
LUDMIR
Ach, nie trwożyć; bo jeżeli pogoda, równie i burza nie jest
trwałą.
HELENA
Ale burza często niszczy.
LUDMIR
Zniszczenie i śród pogody uderzyć może - na to każdy
człowiek przygotowany być powinien. - Nikomu może tyle, ile
mnie, los cierni nie narzucał na drogę życia, jednak
postępuję śmiało.
HELENA
Czy tylko nie zbyt śmiało?
LUDMIR
To wkrótce okazać się musi.
HELENA
z trwogą
Wkrótce? wkrótce? Jestże jakie przedsięwzięcie?
LUDMIR
Wielkie przedsięwzięcie, którego skutek stanowić będzie
całą moję przyszłość, który nagrodzi zdroje
goryczy pojącej mnie dotychczas, (z przesadą) Albo wtrąci w
czarną otchłań dzikiej rozpaczy, (na stronie) O, tak!
HELENA
niespokojnie
Tak-że wielkich doznawałeś pan nieszczęść?
LUDMIR
Ja? czy wielkich nieszczęść doznawałem? (na stronie)
Bądźmy więc bohaterem nadzwyczajnych nieszczęść i
zgryzot! (do Heleny) Na cóż okropny obraz stawiać przed oczy, które
nie znają, jak lube farby wiosennej tęczy, jak w harmoniją siane
kolory kwiatów, co na dziewiczej piersi radosne serca liczą uderzenia.
HELENA
Okropny obraz!
LUDMIR
Tak jest, okropny. Igrzyskiem szalonego losu wyrzucony z kolebki w odmęt
świata, między milijonami ludzi szukałem człowieka -
daremnie!... Błagałem o serce, o jedno litosne uderzenie serca. -
Wszędzie głucho, wszędzie ciemno! Odepchnięty, wzgardzony,
napojony trucizną, rzuciłem się... rzuciłem...
HELENA
Gdzie? przebóg!
LUDMIR
Rzuciłem się na bryczkę i kazałem jechać, gdzie konie
pobiegną. (na stronie) Potknąłem się podobno.
HELENA
I dokąd? dokąd?
LUDMIR
Udałem się w najniedostępniejsze góry.
HELENA
W Karpaty?
LUDMIR
W Karpaty.
HELENA
Nieba!
LUDMIR
Tam - ni snu, ni spoczynku!... Błąkałem się po urwiskach;
nieraz jak widmo stawałem się w nocy przestrachem spokojnych
mieszkańców...
HELENA
Ha! Szandor!
LUDMIR
Co?
HELENA
Zbójco!
LUDMIR
Ja?
HELENA
Ty!
Ludmir parscha śmiechem.
Nieszczęsny! nie pokrywaj śmiechem!... Wyjawiłeś - com,
niestety, przeczuła! Niedaremnie wczoraj moja prababka spadła z
kołka! Uchodź, uchodź, nieszczęsny - za pół godziny
już późno będzie.
LUDMIR
na stronie
Tego honoru nie spodziewałem się wcale.
HELENA
Za kwadrans może już Helena nic, całkiem nic dla ciebie
uczynić nie potrafi.
LUDMIR
Dlaczegóż za kwadrans?
HELENA
Twój towarzysz cię zdradził.
LUDMIR
Jaki towarzysz?
HELENA
Wiktor.
LUDMIR
Wiktor? zdradził?
HELENA
Zdradził cię - wyznał tyle, ile potrzeba było, aby
przedsięwzięto środki grożące twojej wolności.
LUDMIR
Cóż Wiktor powiedział?
HELENA
Że Ludmir "człowiek niebezpieczny - strzeżcie się -
gdyż biada wam, biada!"
LUDMIR
O, Van-Dyku przeklęty!
HELENA
Vandyk się więc zowie?
LUDMIR
I gdzież jest?
HELENA
Zniknął.
LUDMIR
Zemścił się.
HELENA
Właśnie, wspominał o zemście. - Uchodź, uchodź,
nieszczęśliwy, ofiaro czarnych losów! Lecz w chwili wiecznego
rozstania nie waham się wyznać, iż nie sam jeden ulegasz pod
krwawym ciosem. - Serce Heleny towarzyszyć ci będzie. Jej modły
ulatywać będą nad twoją drogą głową. - Oby
się stać mogły niezłomną tarczą! Oby mogły
wyjednać dla ciebie przebaczenie i spokojne nadal życie!
LUDMIR
Heleno! serce więc twoje odpowiada mojemu. Nie zwiodły mnie wejrzenia
twoje. - Ach, powtórz, powtórz, że kochasz, że wierzysz, iż
jesteś kochaną - pozwól mieć nadzieję...
HELENA
Żadnej, żadnej; uchodź, nie trać czasu!
LUDMIR
Jedno tylko słowo - kochasz mnie?
HELENA
Niestety!
LUDMIR
Gdyby rodzice zezwolili...
HELENA
Ach, na cóż wznawiać krótkie ułudzenie duszy! Żegnam
cię, żegnam, ty, którego nazwać nie śmiem!
LUDMIR
Słuchaj mnie więc!
HELENA
Nie - każda chwila dla ciebie droga!
LUDMIR
Ależ pozwól...
HELENA
Uchodź - las w bliskości - przez ogród!...
LUDMIR
Miejmy nadzieję!
HELENA
wskakując na niebo
Tam!
Odchodzi.
SCENA DZIESIĄTA
LUDMIR
sam
O, bazgraczu! poczekaj! Chciałeś mnie kłopotem nabawić, ale
ci się nie udało; więcej zyskałem, niż straciłem.
Wiem teraz, że mnie Helena kocha. - Czegóż mam się
lękać? Każą stawić mi się przed władzą
miescową - mam papiery jasno świadczące... (szukając)
Gdzież... cóż to?... Jeżeli... to znowu żart za gruby!
Łba mi nie utną, ale zawsze niemiło i parę godzin być
źle uważanym. Może odjechał? - Nie, to by zanadto
było... Ale kto wie... Janusz mścić się będzie... ma
za co... W samej rzeczy, żart trochę za gruby.
SCENA JEDENASTA
Ludmir, Szambelanowa.
Szambelanowa,
wybiegłszy z pokoju Pana Jowialskiego, jak w obłąkaniu chwyta
Ludmira za piersi.
SZAMBELANOWA
Masz myszkę na łopatce? masz myszkę na łopatce?
LUDMIR
cofając się
Za pozwoleniem...
SZAMBELANOWA
Człowieku, odpowiadaj - masz myszkę na łopatce?
LUDMIR
Ależ, mościa dobrodziejko! za pozwoleniem - mój surdut - ja nie
rozumiem...
SZAMBELANOWA
Czy masz na prawej łopatce znak myszy, pytam cię się
wyraźnie raz jeszcze.
LUDMIR
Rzecz dziwna!
SZAMBELANOWA
Odpowiadaj, na Boga jedynego, odpowiadaj!
LUDMIR
Jeżeli o to idzie koniecznie - mam.
SZAMBELANOWA
I wszystko prawda, coś Jowialskiemu powiadał?
LUDMIR
Co do słowa.
SZAMBELANOWA
Przysięgniesz?
LUDMIR
Ależ, za pozwoleniem...
SZAMBELANOWA
Mów, bo oszaleję!
LUDMIR
Przysięgnę, jak tego trzeba będzie, (na stronie) Co to jest!
SZAMBELANOWA
Płynącego w kolebce Cygani złapali?
LUDMIR
Tak jest.
SZAMBELANOWA
Potem zostawili chorego?...
LUDMIR
U pana Żaby w Litwie.
SZAMBELANOWA
I ten później okupił u nich wiadomość, skąd cię
wzięli?
LUDMIR
Tak jest.
SZAMBELANOWA
Że z Wisły?
LUDMIR
Tak jest.
SZAMBELANOWA
I razem przedali krzyżyk, który miałeś był na szyi?
LUDMIR
Krzyżyk?
SZAMBELANOWA
Srebrny?
LUDMIR
Tak jest.
SZAMBELANOWA
Z literami B. B.?
LUDMIR
Rzecz dziwna! tak jest w istocie.
SZAMBELANOWA
Pokaż, pokaż prędko, prędko. - B. B. - Barbara Bobkówna.
LUDMIR
Miałażby jaką wiadomość o moich rodzicach?...
(dając krzyżyk) Oto jest.
SZAMBELANOWA
rzucając się na szyję
Syn! syn mój!
LUDMIR
Ja jestem?...
SZAMBELANOWA
Młody Tuz, syn jenerała-majora Tuza. O, Charles, Charles! Ja od
siebie odchodzę, ty stoisz jak martwy. Mon fils!
LUDMIR
Zadziwienie - w tym domu może żart?...
SZAMBELANOWA
ściskając
Ach, żartem serce tak nie bije - to serce matki!
LUDMIR
Matko! (klękając) pobłogosław syna.
SZAMBELANOWA
ściskając go
Gdzież miałam oczy? Wszakże to żywy portret mojego
pierwszego męża, śp. jenerała-majora Tuza! Mon Charles,
ożenię cię z Heleną.
LUDMIR
Nie dziwuj się, matko, że skąpo wyrażam uczucia moje -
nadto, nadto ich wiele na raz!
SZAMBELANOWA
Wszak Helena ci się podobała?
LUDMIR
Kocham ją.
SZAMBELANOWA
Ona nie będzie przeciwną?
LUDMIR
Spodziewam się.
SZAMBELANOWA
Niechże cię jeszcze uściskam, żywy obrazie biednego
jenerał-majora nieboszczyka.
Ściska go.
SCENA DWUNASTA
Szambelanowa, Ludmir, Szambelan.
Szambelan, przy szpadzie, cofa się kilka kroków, zobaczywszy
uściśnienie żony.
SZAMBELAN
na stronie
A to co?
SZAMBELANOWA
Kochany Karolu!
SZAMBELAN
na stronie
Pójdę poskarżyć się jegomości.
SZAMBELANOWA
Powiedzże mi, powtarzaj każdy szczegół twojego życia. -
Ach, ileż to ja szczęścia straciłam!
SCENA TRZYNASTA
Ciż sami. Pan Jowialski, Pani Jowialska.
P.
JOWIALSKI
Nieśmiało wychodzę, bo nie wiem, czy się smucą, czy
się weselą.
SZAMBELAN
Smucą się.
SZAMBELANOWA
Weselą się! Oto jest Charles, mój syn, syn jeneral-majora...
SZAMBELAN
Co słyszę!
P. JOWIALSKI
Bogu dzięki!
P. JOWIALSKA
Cuda, cuda!
P. JOWIALSKI
Przecie waćpani teraz rozśmiejesz się czasem i drugim za
złe wesołości brać nie będziesz.
SZAMBELANOWA
Wszystko teraz ze mną zrobicie.
SZAMBELAN
Wszystko? - Kochany synek! I ja się cieszę, że się
znalazł.
P. JOWIALSKI
Bardzo się cieszę, że z nami zostaniesz.
SZAMBELAN
Łatwiej kijek gruby... Łatwiej grubemu... Łatwiej kijek...
SCENA CZTERNASTA
Ciż sami i Helena.
HELENA
Nieba! czy go biorą?
SZAMBELANOWA
Nie, nie! On ciebie weźmie, jeżeli dziadunio pozwoli.
HELENA
Pan... jakże mam nazwać?
LUDMIR
śmiejąc się
Nie Szandor - żarty to były Wiktora. Znalazłem, droga Heleno,
matkę, a jeżeli pan Jowialski zezwoli, znajdę ojca i
żonę.
P. JOWIALSKI
Od dawna zostawiłem Helusi zupełną wolą w wyborze
męża.
SZAMBELANOWA
Od ciebie więc, Heleno, zależy.
P. JOWIALSKI
Nie naglijcieże na nią. - Wiecie, jak się od tego wyprasza. Dajcież
jej przynajmniej parę miesięcy do namyślenia.
HELENA
Jeżeli dziadunio każe - to ja już zwłoki nie będę
prosiła.
P. JOWIALSKI
Aha! Wyszło szydło z worka - ze smyczy kochanek do budy. Lepszy gil
niż motyl - prawda?
SCENA
PIĘTNASTA
Ciż sami, Janusz, Wiktor, dwóch żołnierzy.
WIKTOR
papiery w ręku, kulejąc
Jakiż obmierzły, przeklęty dzień dzisiejszy! Już drugi
raz jak włóczęga jestem prowadzony. Pokazuję papiery - nie;
chodź! - Czy wszyscy dziś zdrowe zmysły utracili?
Siada; żołnierze na znak Jowialskiego odchodzą.
JANUSZ
do Szambelanowej
Wypełniłem rozkazy - teraz działać na panią.
LUDMIR
do Wiktora
Cóż się z tobą działo?
WIKTOR
Zabrałem twoje papiery, przestraszyłem Szambelana i schowałem
się w ogrodzie, ale przez ciekawość nie mogłem na miescu
usiedzieć. Wyglądałem z gęstwiny co moment, tak mnie
też ujrzał kapral.
P. JOWIALSKI
Zdybał jak czajkę na gnieździe.
WIKTOR
Osądził za postępowanie nader podejrzane i kazał
iść z sobą.
P. JOWIALSKI
Kto pod kim dołki kopie, sam w nie wpada.
WIKTOR
I proszę się, przekładam rzecz całą - nie! Od furtki
ogrodowej - przez całą ulicę - przez cały dziedziniec
prowadzą mnie między końmi jak ostatniego urwisza.
LUDMIR
Ale żebyś wiedział, jak mnie dokuczyłeś!
WIKTOR
Niech się przynajmniej tym pocieszę.
LUDMIR
Znalazłem matkę.
SZAMBELANOWA
A ja syna.
JANUSZ
Tam do kata!
SZAMBELAN
I będzie można z nią robić, co chcieć.
WIKTOR
Ten człowiek w czypku się urodził - a mnie...
P.
JOWIALSKI
Tak to zawsze. Jednemu szydła golą, drugiemu i brzytwy nie chcą.
LUDMIR
I Helena będzie moją.
JANUSZ
O, za pozwoleniem!...
HELENA
Tak jest, dusze nasze zrozumiały się od pierwszego dotknięcia.
Rodzice zezwalają na uzupełnienie naszego światowego
szczęścia.
JANUSZ
do Szambelanowej
Mościa dobrodziejko, to może jakie oszukaństwo?
P. JOWIALSKI
na stronie
O, długo pokuka, kto babę oszuka.
SZAMBELANOWA
Ach, serce moje mnie nie zwodzi i podobieństwo jego do pierwszego mojego
męża, śp. jenerała...
JANUSZ
Ale obietnica, mościa dobrodziejko.
P. JOWIALSKI
na stronie
Obiecanka cacanka, a głupiemu radość.
SZAMBELANOWA
dawnym sposobem mówienia
Dziwi mnie, że waćpan ośmielasz się żądać,
abym z krzywdą własnego syna i wbrew jego dobru dotrzymywała w
innych stosunkach uczynionej obietnicy. C`est drôle!
SZAMBELAN
na stronie
Oj, coś znowu po dawnemu.
P. JOWIALSKI
Bliższa koszula niż suknia ciała, mówi przysłowie.
LUDMIR
Pierwej sobie, potem tobie.
P. JOWIALSKI
Pierwej Sobkowi, a potem Dobkowi.
JANUSZ
Widzę, że wszyscy bawili się i bawią dotąd moim
kosztem.
P. JOWIALSKI
Wszyscy tańcowali, a tyś skrzypka zapłacił.
WIKTOR
O, i mój grosz wpadł do skrzypców.
P.
JOWIALSKI
Ale to oddane rzeczy, mój panie. Nie turbuj się, i ty znajdziesz
żonę, bo przysłowie mówi: Każda Marta znajdzie Gotarta.
JANUSZ
Mam wieś dobrą.
P.
JOWIALSKI
I abym cię pocieszył, powiem ci bajeczkę. - Znacie o
czyżyku i ziębie?
WSZYSCY
Znamy.
P.
JOWIALSKI
Słuchajcie więc.
JANUSZ
Wiem, wiem.
P.
JOWIALSKI
przytrzymując go za rękę
Słuchaj:
Na ciemnym jarzębie
Młody czyżyk siadł przy ziębie;
A że zawsze myśl w nim płocha,
Ledwie zoczył, już ci kocha.
Lecz uważa prócz urody -
W tym już baczny, lubo młody -
Że ptaszyna ma w udzielę
W swym mieszkaniu ziarna wiele.
Tym mieszkaniem domek mały,
Drobne kratki go składały,
I szczeblikiem drzwi podparte
Stały otwarte.
SZAMBELAN
okazawszy, iż zrozumiał
Samotrzask!
P. JOWIALSKI
Uważał czyżyk dość długo, a potem,
Lekkim zbliżywszy się lotem,
Nuci, śpiewa, bawi,
O miłości prawi,
Wzajemności żąda,
A na proso wciąż pogląda;
Zięba zaś swoim zwyczajem
Wdzięczy się nawzajem.
Zięba nadobnej była urody,
A czyżyk młody.
Pokarm był piękny, liczny, dorodny,
A czyżyk głodny.
Nie myśląc więc wiele
Posunął się śmiele;
Lecz ledwie przy kratce...
Trzask! - czyżyk w klatce.
Zrazu pieszczoty zięby, jej głos miły
Myśli niewoli z główki oddaliły;
Lecz niedługa
Ta usługa:
Jakby nie ta co z początku,
Dumała gdzieś w swoim kątku,
A gdy czyżyk grzecznie, ładnie
O śpiewanie ją zagadnie,
Huknie,
Puknie:
- Ja póty wabię, pókim sama w domu,
Póki mi trzeba podobać się komu. -
Choć westchnął czyżyk nad dzielnością mowy,
Nie stracił głowy. Wspomniał o prosie;
Wziął się do niego. Lecz - o, smutny losie!
O, nadziejo marna!
Dużo tam łupek, a niewiele ziarna.
Westchnął jeszcze i wzdychał, ale nic nie zmienił. -
Niejeden jest czyżykiem, co się dziś ożenił.
P. JOWIALSKA
Figle! figle!
Janusz odchodzi.