|
1
Wspaniałe
zamku kaniowskiego1 wieże
Wznoszą
się w chmury jak olbrzyma ramię;
A dzielnej ziemi
powiewa z nich znamię,
A wielkich
granic twarda ich pierś strzeże
Kaniów, po
jarach, górach rozpierzchnięty,
Igra jak dzieci
pod piastunki okiem;
Dumne, że
płyną pod olbrzyma bokiem,
Poważnie
kipią dnieprowych wód męty;
A lasy,
świeże jak powab nietknięty,
Po górach,
dzikich jak rozpaczy czoło,
Rozległe
brzegi obsiadły wokoło.
2
Wietrzna,
jesienna zawyła noc z dala,
Warzą
się wiry w zamąconym łożu;
Wre chmur
kłębami i niebo, jak fala;
Złośliwy
obłęd2 igra po rozdrożu.
Podróżny z
cichym szeptaniem pacierza
Mija
rozdoły świstające trzciną:
W skrwawionych
szponach zgłodniałego źwierza
Dławione
bydlę poryka doliną.
Pod szturmem
wiatru, co silnie dmie górą,
Słychać
skrzypanie głównej szubienicy:
Trup się
kołysze - pies wyje ponuro,
Śmierć
snu osiadła w zamku okolicy.
Szablą
czasami pobrzękując krzywą,
Szyldwach
wisielca wzdłuż płaskiego wzgórza,
Zwijając
wąsy, przechadza się żywo:
To cisza
nocy w myślach go ponurza,
To
szubienicy skrzypnienie ocuci,
A on wzrok
błędny to na trupa rzuci,
Niby
się jego zatrwożył wskrzeszenia -
To jak po
śmiałość kieruje spojrzenia,
Gdzie
baszt zamkowych opiekuńcza gwiazda,
Strażniczy
ogień, czuwa z wierzchu wieży.
Szelest po
krzakach. Czy ptak pierzchnął z gniazda?
Coś
majaczeje3, coś po drodze bieży.
Tfu! W
imię Ojca... To tumany diable.
Po cieniach nocy
wszystko się rozsiało.
Kozak
opatrzył janczarkę4 i szablę
I
dawną drogą chodził dalej śmiało.
3
W
świetle księżyca, co wyjrzy czasami,
Mignął
ktoś bielą i zagasł tam w krzaku:
I
śpiew dziewiczy przeleciał z wiatrami.
Ten
śpiew znajomy budzi dreszcz w Kozaku.
Alboż
to dziwno, że słowa dziewczyny
(Poznać
ją można po jej miłej nucie)
W
burzliwym sercu syna Ukrainy
Ocknęły
nagle burzliwe uczucie?
Oho - już
nie ma Kozaka u wzgórza.
A
księżyc znowu mgłami się zachmurza
I noc mokrymi
tumanami bije,
I szubienica
skrzypi, i pies wyje,
I po
rozdrożu igrają bałwany,
I wicher z
jękiem dmie w zamkowe ściany.
4
Luba puszczyka
siedzi naperzona.
W szczelinie
wieży dawno jęczy ona:
Że
miesiąc ściemniał, wiatry na nią wyły
I na tak
długo odleciał jej miły.
Wszak to lot
jego usłyszała w górze?
Nie; to
dziewczyna przychodzi pod wieżę,
Błądzącą
ręką za mury się bierze,
Plątane
nogi pośród nocy stawia.
"Czyś
tu, Nebabo?" -z cichutka przemawia.
"Tu, tu,
Orliko!" -szepnął głos przy murze.
"O,
jakżem rada, żem wreszcie przy tobie! -
Głośniej
i śmielej dziewczyna wyrzekła. -
Jakże tu ciemno,
jak straszno! jak w grobie.
Chętnie bym
jednak za każdą zręcznością
I do samego
uciekała piekła
Przed tego Lacha
obrzydłą miłością.
Jakże tu
wietrzno i straszno, i ciemno!
Ale mnie dobrze,
skoro jesteś ze mną!"
Kozak tymczasem
uchylił swej burki
I utuloną
do boku przycisnął;
Bo przykry
wicher pośród murów świsnął
I mgliste
jęły podnosić się chmurki.
5
Resztę
rozmowy utaja milczenie.
A i na
wieży miłe posiedzenie,
Gdy
rozkochane zlecą się puszczyki.5
Puszczyk
pierwszy
Skąd
ci ten pospiech i wesołe krzyki?
Puszczyk
drugi
Patrzaj no,
patrzaj, miluchna,
Oczkiem
żywym jak blask próchna;
Patrz no i
śmiej się: bo twe śmiechy miłe,
Jak tej matki
wrzask przestrachu,
Którą
niedawno ostrzegałem z dachu,
Że chory
jej pieszczoszek zalegnie mogiłę!
Jak diabli przy
wisielcu snują się orszakiem,
Co oni
wyrabiają z tym biednym Kozakiem!
Cha, cha,
cha!
Ten
zmaczanym snopem trzciny
Jak na
wszystkie strony macha,
Jakie
grube mgły rozsiewa!
A ten
obudza wiatry dębiny,
Jak biega
wkoło, gałęziami smaga;
A ów mu pomaga,
Jak skrzypi
szubienicą! Aż prawie wyrywa.
Puszczyk
pierwszy
Cóż to
znaczy?
Puszczyk
drugi
Czekaj! widzisz,
pod krzakiem coś białe majaczy.
To
kochanka Kozaka widzieć go przychodzi;
I Kozak wie o
niej, lecz go diabeł zwodzi;
Co tu kobiecych
snuje się postaci,
Głosów
podobnych co tu z każdej stron;
Patrz!
posłyszał ją, ujrzał, bieży rozpędzony
I z oka traci!
Cha, cha, cha!
Puszczyk
pierwszy
Cóż to
znaczy?
Puszczyk
drugi
A tam znowu, na
górze, patrz! jeździec majaczy:
Podjeżdża
ku szubienicy.
Szyldwach do
rusznicy:
Krzemień
klasnął, proch wybuchnął,
Diabeł
dmuchnął,
Wszystko z
wiatrem uleciało:
A przed oczami
szyldwacha
Pożółciało,
pociemniało
I tysiąc
jezdnych dokoła majaczy!
Cha, cha, cha!
Puszczyk
pierwszy
Cóż to
znaczy?
Puszczyk
drugi
Aha! już
Kozak znalazł dziewicę.
Jeździec
pod szubienicę.
Patrz! trup
się urwał; patrz, wisi drugi;
Diabeł
skory do posługi.
W jakiej
się pysze
Wesoły
diabeł kołysze,
Jak zabawia
towarzysze!
Jakie skoki, jakie śmiechy!
Cha-cha! Chy-chy!
Puszczyk
pierwszy
Cóż to
znaczy?
Puszczyk
drugi
Patrz:
jeździec ukradł trupa i pędzi przez błonia,
Aż
mgła wstaje z konia;
Już ledwie,
ledwie majaczy!
Puszczyk
pierwszy
Cóż to
znaczy?
Puszczyk
drugi
Otumanili6
Kozaka,
Poziera spod
krzaka:
I szubienica
stoi, i diabeł się chwieje;
Kozak spokojny,
a diabeł się śmieje!
Puszczyk
pierwszy
Cóż
się stanie z wisielcem, jak kogut zapieje?
Puszczyk
drugi
Parą
się rozwieje.
Puszczyk
pierwszy
A jak trupa nie
znajdzie, co szyldwacha spotka?
Puszczyk
drugi
Zmienić diabła
raczy.
Puszczyk
pierwszy
Cóż to
wszystko znaczy?
Puszczyk
drugi
Szatańska
pustotka!
Cha, cha, cha!
Szyldwach trupa
nie ustrzegł, powieszą szyldwacha.
6
A tam, u
dołu, jakie słychać gwary?
To słodkie
słowa rozkochanej pary.
"Cóż
on ci prawił, moje ty kochanie,
Kiedym was
dzisiaj zeszedł niespodzianie?" -
Pytał
Nebaba. "Jego piosnka stara,
Tak że
już teraz i nie zważam na nią:
Jaka
szczęśliwa byłaby z nas para,
Jak
znakomitą zostałabym panią,
Gdybym
zechciała zostać rządcy żoną.
Prawił jak
dziecku. Szczególne gadanie!
Jak by mię
wkoło szanowano, czczono!
Potem dwór jaki,
a jakie ubranie!
Że
zresztą w szczęściu nie mogę być takiem,
Choćby z
najpierwszym złączona Kozakiem."
- "I
ty go słuchasz, kochana Orliko? -
Przerwał
Nebaba, a nagłe przerwanie
Dosyć
odkrywa, jak wzmianka o panie
O serce jego
odbija się dziko. -
Lepiej
byłoby nie słuchać, Orliko!
Jednak ty
kochasz tylko mnie samego?"
Tak wrzące,
nagłe były słowa jego,
Że
między nimi dosyć czasu minie,
Nim na
odpowiedź zbierze się dziewczynie:
"Ach! ty
byś może mniej uwierzył mowie,
Czy ciebie
kocham, niechaj ci to powie!"
I pocałunek
płonącej miłości
Złożyła,
w ogniu, na usta zazdrości.
"Orliko,
słuchaj: niech go niebo strzeże,
Kogo postawi
piekło między nami!
Jutro, dziś
jeszcze!... Widzisz, o! te wieże,
Widzisz, Orliko,
ten bór za wodami?...
A czyliż
darmo i ja noszę szablę?
Jeśli
podszepty uwiodą go diable,
Orliko,
słuchaj, i Bóg nie ustrzeże!"
I dla
uniesień dzikich przyświadczenia
W dziewicze usta
zionął takie żary,
Jakimi drzewo
wypala dłoń mary,
Kiedy niewierny
przeczy jej zjawienia.
A chociaż
ogniem grały jego żyły,
Usta
pałały i oczy iskrzyły,
Pozór krwi
zimnej w głosie swoim chowa
I te do
pierwszych dodał jeszcze słowa:
"Takie, jak
czujesz, nie zgasną upały!
Niechże
się teraz dotknie ich zuchwały!
To
pieczęć klątwy na skarbach twej twarzy!
A kto je
ruszy, piekło go oparzy!"
Nagle
się dziwnie zaśmiały puszczyki:
Pieszczone
cieniem, stworzenia te rade
Słyszeć
wyroki, co niosą zagładę.
A strach
się w sercu obudził Orliki.
I
północ w dzwony zegaru uderzy,
I
kochankowie poszli, gdzie sen woła,
I wszystko
cicho u drzymiącej wieży,
I wszystko
cicho pod zamkiem dokoła;
Chyba
niekiedy puszczyk zachychocze,
Że
syny piekła, do pustot ochocze,
To echo
zamku drażnią swym tupotem,
To znowu,
zęby wy iskrzy wszy smocze,
Błądzące
ognie udają nad błotem.
7
Gwiazdo
świetna, wesoła jak anioł młodości!
Gdy na
złotym promieniu wiedziesz z sobą lato,
Jak jej
nadzieja, wtedy spoczywasz w ciemnosci
Dzisiaj,
mglistą jesieni osłoniona szatą,
Jakże
tęsknie opuszczasz niebo Ukrainy,
Gdzie
wszystko jest pięknością niewinnej dziewczyny,
Gdzie
powietrze, pogodne jak blask jej oblicza,
Czaruje w
swych powiewach urokiem jej tchnienia;
Gdzie wody
odbijają światło jej spojrzenia;
Gdzie
pagórki ponętne jak jej pierś dziewicza;
Gdzie
wietrzyk harmoniją pieśni jej powiewa,
Gdzie
kwiaty płeć jej mają, a jej świeżość drzewa!
Czemuż,
o smutna gwiazdo, w zachodzie jesieni
Jak
konające oko twój się okrąg mieni?
Ponury
jest twój zachód i wschód twój ponury,
Kiedy
się w chmurę kładziesz, kiedy wstajesz z chmury!
Pod
rosą, co się dzisiaj promieni tak świetnie,
Jutro,
przed ranem jeszcze, ten kwiatek zakrzepnie
Jak
śród zdrajczej pieszczoty piękność uwiedziona.
Ten listek, taki
świeży, żalu nie wyszepnie,
Gdy z rodzinnej
gałązki wiatr go raz odetnie,
I na
wywiędłej braci jeszcze dzisiaj skona!
Żegnam
cię więc, o gwiazdo, przed smutnym noclegiem:
Jękiem
listka, co głuchnie nad ogłuchłym brzegiem,
Wielkim hymnem
żurawi, co ciągną ku morzu,
Rykiem
trzody, co rzuca jałowe pastwiska,
Głuchym
szumem, co stęka w zmartwiałych wód łożu,
Konającym
promieniem, co z rosy połyska,
Gdy raz
ostatni drżącą zimny wicher ściska!
8
Otóż
i księżyc spod światów posady,
Jak
cień zmarłego słońca, wyszedł blady:
Żyjącym
ogniem igra Dniepru fala;
Urwistych
brzegów zabielały piaski;
Jak cienie
chmurek majaczą w krąg laski.
Lecz z
przeciwnego dnieprowego brzega,
Jak
nawałnica, gdy się na świat zwala,
Grożąca
ciemność czarny bór zalega:
A tylko
czasem między jego cieniem,
A tylko
czasem nad jego sklepieniem,
Jak
płomyk błędny, światło jakieś błyska
I
jaśniej buchnie łuno7 od ogniska.
9
Gdy ziemia
uśnie, księżyc wartę trzyma
I nocne
wiatry oblatują ciszę,
I sen
ciemięzcy czujność ukołysze;
Bezpieczna
wtedy pod jego oczyma,
Ochoczą
młodzież radość przywoływa,
Gdzie na
nią czeka swoboda szczęśliwa.
Poniżej
miasta, ponad brzegiem, dołem,
Sędziwe
lipy, Dniepru wód strażnice,
Stoją
poważnie z płowiejącym czołem:
Tam
się na huczne schodzą wieczornice
Rześcy
parobcy i hoże dziewice.
A gdy nad
jasnym sinych wód rozlewem
I brzeg
zasiędą, i uwieńczą wzgórki,
I wiatry
Dniepru poślą z cichym śpiewem,
I wnet
uderzą w piszczałki, bandurki,
Wierzysz
natenczas, że to czarów siła
Zaklętą
ucztę w nocy wyprawiła.
10
Lecz niech
piszczałki i bandurki dzwonią,
Niechaj
się płocho rozkochani gonią,
Niech
ziemia tętni, gdy taniec zakręca
Z lekszej
młodzieży uplecione koło,
Niech na
ustroniu dziewczę, skryte połą,
Bijącym
łonem rozgrzewa młodzieńca:
Tam, pod
drzewami, posiedzenie cichsze,
Tam skłonne
serca i kielich godowy
Kupią
płci obie na ważne rozmowy:
Tam
nieszczęśliwy, znikły we złym wichrze8
Czerwony upior,
co północną chwilą
Krew sennych
dzieci wydają z odźwierka9;
Widma, oczami
wartowana tylą,
Co rosę z
kwiatów na śmietanę cyrka10;
Jęcząca
w górze nieochrzczona dusza;
Latawiec,
gwiazda, co kobiet wysusza,
Litość
i trwogę budzą na przemiany.
11
Cyt!
"Ho-hop! ho-hop!" - odgłos smutny, znany,
Smutny jak
odgłos sowy pośród cienia,
Coraz
wyraźniej, coraz bliżej woła.
"Topielec
Ksenia!11 ach, topielec Ksenia
Zbliża
się do nas!" - wołano dokoła.
Razem
ustały i tańce, i śpiewy:
Ciasnym
okręgiem skupiły się dziewy,
Wzrok
niespokojny zwrócili parobcy
W stronę,
skąd słychać głos ten, ziemi obcy.
"Ho-hop,
Nebabo! ho-hop, atamanie!" -
Bliżej i
bliżej, i bliżej hukanie.
Aż oto
razem i straszydło stanie!
Jakby
skrzydłami pijanych szatanów,
Śród takich
leci konwulsyjnych tanów.
Postać
szkieleta, dzikość ma w spojrzeniu;
Łachmanów
strzępy wiszą po odzieniu;
W
wywiędłe kwiaty, w wypłowiałe wstęgi
Utkała
gęsto warkocz skołtuniony;
Gwizdnęła,
klasła i z wietrznymi kręgi
Nagle we
wszystkie rzuciła się strony.
"Ho-hop,
Nebabo! ho-hop, atamanie!"
A jaki
wkoło strach i pomieszanie!
Gdzie tylko
zwróci, gdzie się tylko zbliża,
Jak przed
szatanem robią znaki krzyża;
Bo choć
diablica ma postać człowieka,
Jednak od
krzyża ze wstrętem ucieka.
I gnać
ją trzeba, bo mu nie najlepiej,
Z kim ona
blisko, przy kim się uczepi.
"Ho-hop,
Nebabo!" - dokoła huknęła
I jak tu
spadła, tak stąd i zniknęła.
12
Już to
zamkowi lękać się potrzeba,
Gdy ją
zesłało, ciężkiej kary nieba.
Dziwna istota!
co z pewnego czasu
Ciągle
przebiega miasto z końca w koniec
Z hukiem
wędrowca, gdy błądzi śród lasu.
Kto wie, czyli
to nie złej wróżby goniec?
Bo cera u niej
od śmiertelnej bledsza;
Jak myśl
rozpaczy, tak się zjawia, znika;
Dziwna jej
żywość, jak radość puszczyka;
Głos jak
psa wycie, kiedy trupy zwietrza.
"Niech Bóg
odwróci diablicę przebrzydłą!
Niech Bóg
ustrzeże od niej atamana!" -
Przebąkiwała
drużyna zmieszana,
Zmieszana
jeszcze, choć znikło straszydło.
13
Gdzież jest
ataman, że w gronie mołojców
Na
wieczornicę dotąd nie przybywa?
Gdzie jest
ataman? - każdy zapytywa.
Ataman:
stary w kole starych ojców;
Jak sam
pan polski, przed panem tak hardy;
Prędki
jak połysk, co biegnie żelazem,
Lecz w
swojej zemście jak żelazo twardy;
Czczony od
swoich zarówno z obrazem:
Duszą
jest dziewcząt i wieczornic razem!
Ten czarny
wąsik, co w drobnym pierścieniu
Nad
różowymi ustami się zwija,
Ten wzrok,
co przy brwiach ciemnych tak odbija
Jak blask
południa przy północy cieniu,
Ten
kształt postawy, co, burką opięty,
Tak
się wydaje w wspaniałym pochodzie
Jak maszt
bajdaku12, gdy żagiel rozdęty
Mknie go z
wiatrami po dnieprowej wodzie.
Szczęśliwa,
którą zaczepi uprzejmie;
Szczęśliwsza,
którą uściskiem obejmie;
Szczęśliwsza
jeszcze, najszczęśliwsza w świecie,
Czyją
wstążeczkę w sełedec13 zaplecie!
14
Gdzież
jest, co robi ataman Nebaba,
Pierwszy z
Kozaków starosty nadwornych?
Siedzi on,
cichy, w ciemnościach wieczornych,
Gdzie wrzawa
miasta dolatuje słaba,
Gdzie na dnie
jaru, ścian zamkowych spodem,
Cicha krynica
drzymie pod osiką -
Tam
przyszedł czekać jeszcze przed zachodem,
Jak się
umówił ze swoją Orliką.
Jakkolwiek
sercem unosisz się dzikiem,
Wlecze cię
miłość piękną rzęsą jedną,
Jednym
westchnieniem, jednym ócz promykiem.
Już
słońce zaszło, zmierzchłe nieba bledną,
Ziemia
ciemnieje, a Orliki nie ma,
A zakochany, w
oku, w uchu wszystek,
Tak w okrąg
strzela okiem i uszyma,
Czy wiatr
przeleci, czy upadnie listek.
Kochane widmo
marzy jego dusza!
I wiatr
przelata, i liść się przerusza,
Orliki jednak
jak nie ma, tak nie ma.
Już po sto
razy wzrokiem wypatrzonym
Witał
wstające nad wzgórzem obłoki,
Już po sto
razy rozeznał jej kroki
W bliskiego
zamku zgiełku przytłumionym:
I zawsze
błądził; aż błądząc wokoło,
Nad ciche źródło
schylił ciemne czoło.
I tak
głęboko myśli w nim zanurzy,
Jakby w
zwierciedle serca swego burzy.
A tam
błękity maluje odbicie
I obraz jego w
odbitym błękicie,
Jakby go
ręka stworzyła malarza.
Łuno tam
słońca w zachodzie się mieni;
Obłędnym
blaskiem gasnących płomieni
Mierzchnące
nieba gasi, to rozżarza.
A kochankowi tak
czas jakoś idzie,
Jakby się
patrzył na lubą we wstydzie.
W górze
liść zwiędły nagiej osiczyny
Sam na
gałęzi posępnie szeleści;
Tak od
umarły od lubej rodziny
Sędziwy
ojciec, bez pociech, w boleści,
Podobnie
zwiędły, samotny podobnie,
Do grobu dziatek
utęsknia żałobnie.
Gęściejszym
zmierzchem już się niebo mroczy,
Mroczy się
niebo i na dnie przezroczy
W bledszym
zachodzie zorza zaigrała;
I przez
gałęzie bezlistnej osiki
Zadrżały
w wodzie żywe jej promyki:
Ach, jakie
żywe! to oko Orliki!
Otóż
się jawi i postać jej cała:
Widzi, jak
z góry krok przyspiesza skory,
A od
pośpiechu lica żywiej płoną,
A od
radości częściej bije łono,
A od
powiewu, co plącze kędziory
I
kraśne wstęgi po plecach rozwija,
Z
cienkiego stroju stan smukły przebija.
Już
staje obok, już ją oto ściska,
Aż
nagle zorza chowa się w obłoku;
Widmo
zniknęło, ciemność na dnie stoku:
I o wiek
cały szczęśliwość tak bliska!
A u Kozaka
taka myśl ponura,
Jakby mu w
duszy osiadła ta chmura.
Nie wie
dlaczego. Odsunął się w stronę,
Oparł na
ręku czoło zamyślone;
Znowu się
rzucił, jakby w nagłym gniewie,
I razem
ostygł; czemu wszystko? - nie wie.
A potem
dobył kinżału zza pasa,
Obracał w
ręku, igrał z blaskiem jego,
Próbował
ostrza: nie wiedzieć dlaczego.
15
"Ho-hop,
Nebabo!" - diabeł wichrem hasa.
Niechże
cię smołą rozleje krzyż Pański!
I tu ofiarę
zwietrzył nos szatański!
Poznał
ataman po przelocie ptaszka;
A że
mieć z diabłem sprawę nie igraszka,
Trzeba tu
uwieść tę szatańską córkę.
Więc
się przeżegnał, obwinął się w burkę
I, przyczajony,
czekał pod osiką,
Aż się
wykrzyczy i dalej pomacha
Lucyferowa
opętana swacha14
W diabelskim
tańcu, z diabelską muzyką.
"Ho-hop,
Nebabo!" - a ona dokoła,
"Ho-hop,
Nebabo!" - a ona go woła,
A okiem
błyska i martwo, i sino;
Tak krople
siarki z wolnym ogniem płyną.
Masz pułk
szatanów, jeszcze ich miej tyle,
Wytropić
jego nie jesteś ty w sile!
Kiedy więc
długo hukała, klaskała,
Z hukiem i
klaskiem dalej poleciała.
Uniknął
przecie strasznego widzenia,
Lecz
trwożne serce niedobrze coś wróży;
Orliki nie ma, a
wabiła Ksenia.
Wszystko
niedobrze. Nie czas myśleć dłużej
I
dłużej czekać, bo hasłem wiadomem
Z zamkowych
ganków trąba się ozwała
I strzał
wieczorny zamkowego działa
Zatrząsł
Kaniowa okolice gromem.
16
Czy się
spodziewać starosty przybycia15,
Czyli patrona
pana rządcy święto,
Że tak
zamkową salę wyprzątnięto?
Stół
ustrojono w kosztowne nakrycia,
Jasnym go
srebrem suto zastawiono;
A tak jak
wielka, przez stołową salę
To na
zwierciadłach, to w rżniętym krysztale
Jarzące
światła rzęsnym blaskiem płoną.
I sam pan
rządca wieczorem, przebrany
W nową
czamarę, w pas złotem kapiący,
Rozkazał,
aby strojono torbany,
By czystą
odzież oblekli służący,
Hojną
wieczerzą by zastawić stoły,
Odeprzeć
lochy warowne żelazem,
Wytoczyć na
dwór kilka beczek razem -
Aby ten wieczór
wszystkim był wesoły.
17
Lecz na cóż
tutaj długie tajemnice?
Młoda
Orlika już jest rządcy żoną.
Tylko co
ślubne światła pogaszono
I ksiądz
zdjął stułę, i zamknął kaplicę.
Wszyscy się
dziwią nad skrytym powodem
Tak pospiesznego
tego rządcy czynu,
Choć dobrze
znana jego miłość stała,
Ale
Orlika! to to dziw dla gminu!
Co jeszcze
dzisiaj przed słońca zachodem,
Niż
zostać Polką -umrzeć by wolała...
Za godzin kilka,
nad samym wieczorem,
Wysławszy
służbę surowym rozkazem,
Został
się rządca sam z Orliką razem
I coś
poważnym zaczął rozhoworem.
Prędko i
przykro wrzasnął głos Orliki,
Jakby
nagłego przestrachu wrzask dziki.
Rządca
wciąż mówił; dziewczyna milczała;
Ucichł;
dziewczyna znowu zaszlochała:
I
słychać było długo, nieprzerwanie
Mieszane
ciągle jej słowa i łkanie,
I
wzdłuż komnaty poważne stąpanie.
I znowu potem
groźna rządcy mowa,
Jak huk
stłumiony, rozległa się wnętrzem:
Prędzej
urywał, prędzej chwytał słowa;
I ucichł,
jakby odpowiedzi czeka:
A gdy
dziewczyna, widać, ją przewleka,
Uderzył
krokiem o podłogę prędszym.
I chciał
wyjść pewnie, bo klamka zabrzękła;
A tu Orlika, jak
przybita, jękła.
Musi być
zadość srogiemu żądaniu,
Bo wrócił
nazad i jak najłagodniej
Tulił
ją długo w ciągłym jej szlochaniu
I z taką
dumą, tak rad wyszedł od niej!
Chłopak, co
spieszył na zamek z torbanem,
Tak, koło
okien przystrojonej sali,
Ciemno, otwarcie
mówił z atamanem;
Mówił, jak
wiedział, jak mu nagadali.
18
Jeśli
są słowa, co, jak gromu ciosy,
Niosą
śmierć nagłą w najczerstwiejsze zdrowie:
Czuł je
Nebaba w tej chłopaka mowie.
Jak szatan
zgrozy natęża mu włosy!
Jak we mgle
żółtej wzrok jego słupieje!
Niby
dłoń śmierci za serce chwyciła,
Taki po ciele
zimny pot się leje,
A lodem zda
się stygnąć każda żyła.
Usta mu drgają,
kolano przyklęka,
Tylko się
wierna za nóż chwyta ręka.
19
Śród gwarów
tłumnych, śród blasku powodzi
Widać po
ruchu tych cieni tysiąca,
Które maluje
ściana pałająca,
Że już
do sali weszli państwo młodzi.
Po skręcie
służby, po dźwięku talerzy
Widać,
że młodzi siedli do wieczerzy.
A teraz w kolej
puszczono puchary;
Bo tak powstali
z miejsca godowniki
I tak
zabrzmiały wiwatne okrzyki,
Aż echem
wieków dzwoni zamek stary.
Ucichło
trochę; teraz na przemiany
Z wesołym
śpiewem słychać teorbany.
20
I nad dnieprowych
sinym wód rozlewem
Igrają
wiatry ze dźwiękiem i śpiewem.
W kolejne czarki
napój się rozlewa;
Snują
się kołem rozpląsane grona,
Aż ziemia z
głębi ciężko przyhukiwa,
Jak zadyszana
poważna matrona.
Ataman
śpieszy, burką obwinięty,
Jak cień
obłoku, gnany od wietrzyka;
Minął
już ulic spadzistych zakręty,
Teraz przez
tłumy brzegiem się przemyka,
Ni go
bandurki, co brzęczą do skoku,
Ani
miłośne dumy zatrzymają;
Z wiatrem
u uszu, z ponurością w oku
Między
ciekawą przemyka się zgrają.
21
Czy to cień
jego po rzece żegluje?
Że mimo
częstych, wikłanych obrotów
Tak
nieodstępnie Kozaka pilnuje,
Jakby co chwila
u brzegów być gotów.
To pianę
wirów gwałtowniej roztrąca,
To igra wolniej
w odbiciu miesiąca,
To znów
spokojnie na falach się wiesza;
W prawy bok, w lewy,
w przód, w tył drogę miesza,
A pierś
się jego nie ozwie piosenką;
Z cicha brzmi
wiosło i pluska czółenko.
Spomiędzy
nurtów, co miesiącem świecą,
Tak się w
nierównym polocie wydaje
Jak cień
jastrzębia, gdy nad okolicą
Krąży
za łupem przez podniebne kraje.
22
Kozak w
pochodzie razem się zatrzyma;
Nadstawi ucho i
strzeli oczyma:
Za nim to, za
nim złowrogie klaskanie!
Więc razem
w miejscu wstrzyma się i stanie,
I rzecze z
cicha: "Ha! szatańskie plemię,
Raz ty ostatni
straszysz żywa ziemię!
Próżno
przeklęci piekłem ciebie zbroją,
Skoro do skroni
przyłożę pięść moją;
Chociażby
wszyscy grozili wleźć we mnie,
Już ja
się ciebie nie dotknę daremnie!
Zaraz tu razem i
z tobą ulecą;
Tylko chodź
bliżej, tylko bliżej nieco!"
Otóż i
marsem błysk oczu przymracza,
Szyderskim
śmiechem słodzi twarz surową;
A tu tymczasem
burkę precz odtacza
I
odwiedzioną trzyma pięść gotową.
23
Wesele Kseni
musi być niemałe,
Że,
obleciawszy w okrąg miasto całe,
Znajduje
wreszcie, co tak długo szuka;
Wesele Kseni
musi być niemałe,
Bo raźniej
skacze, bo donośniej huka;
I kłami
piekła dłonie larwy klaszczą,
I oczy larwy
skrzą się piekła paszczą.
Jakże
być wielkie musi jej wesele,
Że bardziej
zbliża krok i tak już bliski:
Wszakże mu
ona gotuje uściski,
Widać
w jej ruchach, widać to w jej oku.
Kozak na
wszystko odważa się śmiele;
Nie zmruży
powiek, nie cofnie się w kroku.
Już,
opętana, w konwulsyjnym rzucie
Ma w jego ustach
złożyć ust swych czucie,
Już chwyta
szyję dłońmi wywiędłemi,
Już... i,
omdlała, leży już na ziemi...
Tylko pod
pięścią skronie zachrupały,
A na oblicze
zdroje krwi buchały.
"Ho-hop,
szatanie, bierz teraz, co twoje!" -
Mruknął
ataman i szedł w drogę swoję.
24
"Tam,
tam! gdzie widać ognie pod tą puszczą,
Do niej
się kieruj; zawsze, zawsze do niej!
Tylko
niech prędzej twoje wiosło goni,
Tylko
niech ciszej wody przy nas pluszczą.
Przeprawa
trudna, a drogi czas krótki,
Ciszej, a
prędzej!" Tak Kozak ostrzega,
Kiedy u brzegu
wstępował do łódki,
Kiedy
pospiesznie odbijał od brzega.
Woda dnieprowa
poważnie się toczy,
Częstym
całunkiem o pierś łódki pluska;
Na
niespodzianej, na drżącej przeźroczy
Łamie
się księżyc jak ognista łuska.
Za lotnym
dębem drobne wiry gonią;
Nadbrzeżne
echa dźwiękiem wiosła dzwonią,
Jakby na
zbiegłych żeglarzy wołały.
Szybko za nimi
cofa się brzeg cały:
Głuszej ich
wrzawa dolata Kaniowa,
Częściej
po jarach światełko się chowa,
Już i szum
puszczy zawiał im donośnie.
Cóż to za
nimi coraz bardziej rośnie,
Im bardziej z
brzegiem umykają góry?
Zamek to
rośnie; zna go wzrok ponury,
Co jeszcze
z łódki popatrzył ku niemu.
25
O, jak wspaniale
za nocy zasłoną,
Jak rzęsnym
światłem okna jego płoną!
"Niech
sobie płoną, niech i rzęśniej płoną!
Jak mnie
dziś, jutro przyjdzie ciemno jemu!
Jutro, pojutrze
zaświta inaczej:
Biedny, kto
mojej zapragnął rozpaczy!"
Aż mu
się piekłem krew zajęła cała,
Aż mu
się czapka od włosów podniosła,
Od jego dreszczu
aż się łódź zachwiała,
Aż się
obejrzał rybak, co u wiosła -
Kiedy te
myśli, jak piekła zarzewie,
Przeszły
piorunem przez Nebaby głowę,
A to gdy
światła obaczył zamkowe.
Już
gniew ostyga w kipiącym przelewie:
Ale jak
piekieł mieszkańca zjawienie,
Choć
zniknie, długo powietrze zaraża,
Tak
choć przelotne, gniewu uniesienie
Gorzkim
jątrzeniem długo myśl rozraża.
"Lepiej
by było, moja pani miła,
Sto razy
lepiej - jakem ci kochankiem! -
Abyś
lat tysiąc czerepianym 16 dzbankiem
Tę
wodę z rzeki dla siebie nosiła;
Lepiej by
było dla twej jasnej doli,
W grubej
siermiędze z nieochajnym chłopem,
O
głodzie, chłodzie pracując w niewoli,
Krwią
się rozpływać nad nie swoim snopem,
A potem
płakać pod skopconym daszkiem
Rano i
wieczór, że twe białe ciało
Od mrozu,
skwaru do krwi popadało -
Niż
będąc tobą, pobracić się z Laszkiem!
Niż
przespać jednę noc pod adamaszkiem!"
Plusnęły
o brzeg rozpędzone wały,
Daleko
naprzód chyża wbiegła łódka;
Prędko
Kozaka dumy się przerwały,
Prędko
mu przeszła rozkosz zemsty krótka.
Szkoda! bo
wiele niosły mu ulżenia
Jęk,
rozwaliny, trupy, krew, pożary,
Są to
własności jak zemsty, tak chwały,
Że
najzgubniejsze, najdziksze marzenia
W cnoty i
szczęścia powaby ustroją:
Tak, gdy
chcą uwieść, kuszące nas mary
Światłem
aniołów barwią szpetność swoją.
|