|
1
Spał
świat głęboko, nocą otulony.
Obchodząc
wartą ciemne człeka gniazdo,
W milczącej
części szła gwiazda za gwiazdą;
Niebo przez
chmurne patrzało zasłony:
Ucichły
hasła, łańcuchy drzymały,
Jak martwe widmo
milczał zamek biały.
I młoda
para w małżeńskiej komnacie,
Na
łożu pysznym, na snu majestacie,
Spoczęła
mile wśród puchów zatopu
Osłonionego
w drogie adamaszki,
Co,
fałdowane, śród wiatru igraszki
Spływały
na dół ze złotego stropu.
Ucichło
wszystko pod zamku sklepieniem,
Chyba sen
tęskny ozwie się westchnieniem
I wiatr,
wysłany od nocy szyldwachem,
Smutnym jej
hasłem zawyje pod gmachem.
A potem w
okrąg milczenie na nowo;
Tylko
łagodnie brzęk miły i głuchy,
Jakim powietrzne
igrające duchy
Noc
ożywiają, gra w ciszę zamkową.
2
Któż to
zatętniał, stuknienież to czyje
Dało
się słyszeć za drzwiami komnaty?
Nie pierś
to lubej żądnym sercem bije,
Lecz goniec puka
od granicznej czaty.
Dyszy
pośpiechem, lica trwogą blade.
Wstań,
panie rządco, ciepłe porzuć łoże:
Złe ci
nowiny w tej chwili przywożę;
Wstań i
posłuchaj, i weź jaką radę.
Oto
nadbrzeżne słyszały dziś straże,
Jak się po
Dnieprze pluskały nie kaczki,
Jak coś nie
ptakiem tłukło się w czaharze1:
Wyraźnie
obóz przeprawiał się Szwaczki2,
Co aż
dotychczas cicho stał za wodą.
Niechże
się kokosz wywija przed szkodą,
Kiedy ją
oczy jastrzębia obwiodą.
Zamek choć
mocny, lecz osada mała,
Aby przed silnym
szturmem się ostała,
Zwłaszcza
gdy razem przyjdzie bronić miasta;
Chociaż i w
mieście złego coś wyrasta,
Bo już
gotują i kosy, i noże:
A nawet w
zamku, kto wie, co być może?
Zaradzić
złemu, jak się tylko zjawia,
Leć
do starosty: on śród Bohusławia
Poi
gromady, rozstrzeliwa baby3;
Niechaj tu
przyśle posiłek, choć słaby.
Leć,
nim rozświta, nim się zamek dowie;
A my tu
będziem na wszystko gotowi."
3
Nie mylne
wieści, nie fałszywe trwogi:
Szwaczki to obóz
nie w dobrym zamiarze
Pluskał po
Dnieprze, tłukł się po czaharze.
Gdzie w ciasnym
łożu skręconej odnogi
Wrzący nurt
Rosi i błyska, i pluszcze,
A wiatr
pobrzeżną oszczekiwa puszczę,
A w niej gwar
dziki klekoce ponuro,
A mgła
kłębata, co ciemnieje górą,
Nad jej
sklepieniem w krąg się już rozwlekła -
Jakby tam
anioł śmierci i zagłady
Warzył
dla ziemi nad płomieniem piekła
Wszystkie
domowych zaburzeń szkarady -
Nie darmo
czujne pałają ogniska
I
jacyś zbrojni leżą u płomieni,
Gdy
wieńce borów zrywa wiatr jesieni,
A szron
sędziwy na darniach połyska.
Choć
leżeć oni zdają się spokojnie,
Ach, krwi to
dzieci i myślą o wojnie!
Noże u
pasów, ich czoła w kołpakach;
Dłonie na
nożach, choć oczy uśnięte,
Do pik
utkwionych rumaki przypięte,
A dniem i
nocą siodła na rumakach.
4
A jeden Kozak na
ustawnej straży
Niezgasły
ogień czasami rozżarzy
I na swą
pikę wspiera się bezwładnie.
Słucha i
patrzy. Nic w tym puszczy mroku
Nie ujdzie jego
ni ucha, ni wzroku:
Niech
strzępek szronu na uschły liść padnie,
Niechaj ptak
klaśnie gałęzią z daleka,
Niech pies w
dalekim futorze4 zaszczeka -
Już
on to schwycił w gwarnym borów szumie
I
pochwycone wnet rozróżnić umie.
I znowu
oko zwrócił do ogniska,
I znowu
piką poprawił płomienia:
Kłębią
się dymy, czerwony żar pryska,
Rośnie
wał ognia, noc się zarumienia.
Pośród
bijącej krwawej łuna fali,
Jak
mgliste duchy, cienie drzew się kładą.
Dalej noc
czarna; tylko w ciemnej dali,
Jakby
zaklętą rozsiany gromadą,
Bezwładny
obóz groźnym snem usypia:
Tam
się błysk stosu ostrza piki czepia;
Tu
wpół dobyty nóż czasem zabłyska
Jak
rozdrażnionej gadziny oczyska.
Gdzieniegdzie
znowu spod burki kosmatej
Sen
niespokojny wychylił pół twarzy
I przez
sen widać, co każda z nich marzy,
To z brwi
marszczonych, to z wargi wąsatej:
Na tej
śmiech dziki, klnące słowa na tej.
A tam
przyjaciel i wierny, choć panu,
Koń,
ułożony tuż pod pana bokiem,
Strzeli
niekiedy przebudzonym okiem
Niby
kochanie śród świata tumanu.
W samej
cichości obraz niespokojny
Nadzieją
mordów kołysanej wojny.
5
Tam gdzie
dąb grubszy i stos pełniej płonie,
Dwóch tam
usiadło; a przy nich dwa konie.
Po tym
wytwornym atamańskim stroju,
Co drogim
złotem czasami odbłyska
Nagłe,
nierówne spojrzenie ogniska,
Po tej postaci
złożonej do boju,
Po wąsie w
czarne puszczonym pokręty,
Po dumie
czoła, po oblicza krasie -
Mściwy
Nebaba zaraz poznać da się.
W milczeniu
siedział, burką wpół opięty:
Spokojnie
trzymał lewicę za pasem
I
głownię noża pogłaskiwał czasem.
"Nożu
mój, nożu! błyskasz do mnie próżno
I próżno,
widzę, naostrzyłem ciebie;
Inni swój snopek
w naszym polu użną,
Nim pospieszymy
z tobą ku potrzebie;
I wprzód rdza
ciebie, wprzód ja siebie strawię,
Niżeli w
męskiej z niewiarą przeprawie
Ducha
radością, ciebie krwią opławię!"
Tak mówił
Kozak, potrząsając głową;
I z nocnej rosy
otarł noża ostrze:
Ale wejrzenie
nagłe, od słów prostsze,
Wydaje, komu
przyciął tą przemową.
6
Naprzeciw niego,
jak odblask poczwarny
W chropawym
lustrze, siedział Kozak drugi:
Na pierś
obrosłą zwieszał się wąs długi,
Całe
pół twarzy ściągał mu szram czarny;
A chociaż
czoło starością bielało,
Młody
rumieniec zalewał twarz całą;
A choć
ogniste, ledwo iskrzy oko,
W zatyłej
twarzy tak siedzi głęboko.
To Szwaczka,
pierwszy śród mieszczan Kaniowa:
Choć
często w ucztach kręci mu się głowa
I ciałem
ciężki, i wiek długi liczy,
Ale ma
piętno rozbojów na Siczy,
Ale od Lachów z
dumy obrzydzony
I dumy Lachów
zwie się wrogiem śmiele;
Więc
chętnie stanął na powstańców czele
I atamanem
chętnie okrzykniony.
Zdaje się
jednak, że (czy brak zapału,
Czy że
kielichem zbytnie się rozgrzewa)
Więcej,
niżeli przystoi, spoczywa;
A tu kozactwo
zraża się pomału;
Częściej
i głośniej słychać między tłokiem:
"Czemu nie
idzie w zamek, co pod bokiem?
Czemu gdy
świeżo z Żeleźniakiem Gonta
Zawieść
hulankę uśpieli tak rączo -
On tylko
gnuśny, myślą się zaprząta:
Złączyć
się z nimi? - Czemuż się nie łączą?"
I nic nie
wiedzieć, korzyść badań zwykła:
Bo przez natrętne
naglony pytanie,
Jak zacznie
szukać mowy w pełnym dzbanie,
Uśnie
wprzód z tajnią, nim język wywikła.
7
Niewiele
tknął się Nebaby żałobą,
Bo już
nadpity dzbanek miał przed sobą;
Jak nie swoimi
popatrzył oczami,
Poważnym
śmiechem kilka razy chrząknął;
Uderzył w
ogień - gdy prysło iskrami,
Wpół
dosłyszanym językiem przebąknął:
"Widzisz te
iskry? słuchaj, atamanie!
Kto chce
szczęśliwym zostać przez kochanie,
Kto zrobić
stałym chce serce kobiece,
Niechaj się
lepiej zakopie w tej dziczy
I liczy iskry, te
wszystkie niech liczy!
Zapomnij z
biesem o twojej Orlice!" -
"Już
ja się pewno toi nie napiję5,
Aby mi serce
wyzdrowiało chore;
Ani mi rady
potrzebne tu czyje!"
I szydnym
gniewem wzrok Nebaby gore.
Czy jest na
świecie Orlika, czy nie ma,
Co nam do
tego! dla nas bliska zima;
My puszcz
tułacze, Polacy przed nami:
Patrzaj na
burki, patrz koniom na grzywę -
Jak twoja
głowa, wszystko szronem siwe!
Słuchaj,
Kozacy jak sieką zębami!
Bo,
biedni, nawet nie mają i tego,
Czym ich
ataman tak często się grzeje;
I głód ich
strawi, i wicher zawieje,
I jak po swoich
Polacy tu zbiegą.
I sami z
głodu, poczekawszy trochę,
Wlecą w
sidełka jak ptaszyny płoche!
Niż
grzać się w zamku czyż to będzie lepsze
Płynąć
bez chęci popod lodem w Dnieprze?
Albo z
gałęzi poglądać w obłoki
I z każdym
wiatrem straszyć w gniazdach sroki?"
A Szwaczka,
ognia poprawiwszy piką,
Ode dna flaszy
bełknął głuchym łykiem
I
nieposłusznym zaczął coś językiem.
Oko Nebaby
zasępione dziko.
Kiedy się
serce zachmurzy urazą,
Wzrok wtedy
błyskiem, piorunem żelazo!
I biada chmurze,
co chce być przeszkodą!
Popruta, zbita,
rozpłynie się wodą.
A ogień
gniewu przejął go aż w szpiku!
Szwaczka
przemówić na nowo się musił,
Lecz znowu
słowa zaplątał w języku,
Tylko
poważnym śmiechem się zakrztusił.
Tu oczy z wolna w
powiekach zagasły,
Na obie strony
powoli się skłania;
Aż razem
tułów przewalił opasły:
Że jeszcze
żyje, znać z jego chrapania.
Długo
Nebaba po cielsku szerokiem
Spojrzeniem
wzgardy błędne koła pisał;
Długo szum
boru myśl jego kołysał,
Nim w walce
uczuć ozwał się wyrokiem:
"Trzech
diabłów synu, przebrzydły opilcze!
I tobież
dzielną przewodzić młodzieżą?
Chyba mię
sami szatani ubieżą,
Że cię
tu zęby nie skosztują wilcze,
I w bramy zamku
twe pięści uderzą!"
A jakby
żądło piekła go ubodło,
Porwał
się nagłe i skoczył na siodło.
8
Nie drzymie
szyldwach, płomienie ocuca,
A wiatr jesienny
gałęzie mu zrzuca -
I znów, jak
usnął, śród drzewa umilka.
Gdzieś tam
daleko śpiewa kur przed świtem,
Dalej i
głusze j słychać wycie wilka;
Bliżej
Roś pluska kręconym korytem,
Niby sen
cichy tej strony kołysze.
Co za
świst przykry budzi lasów ciszę?
Jak dziki
wicher ocucony w borze,
Takim
zakipiał cały obóz gwarem;
Jako gdy wicher
zaiskrzy pożarem,
Tak
zaiskrzyły w krąg piki i noże,
Kiedy na
nagłe pogwizdnienie trwogi
Spłoszony obóz
porwał się na nogi.
Jeszcze
gwizdnienie: w oka mgnieniu po niem
Wszystkie kopyta
z miejsca zatętniały
I ciasnym
kołem stanął obóz cały,
Gdzie widmo
jezdca mgli się karym koniem.
9
"Co
to, Nebabo? - zaraz go poznali,
Bo
któż by z koniem wydał się wspanialej? -
Co to za
trwoga?" -z obawą spytali.
"Chcę
was pożegnać, bo już ruszam dalej.
Niechże to
dla was nie będzie niemiłem,
Że trwogi
nie ma, a ja ją wzbudziłem.
Lecz jeśli
macie i serce, i głowę,
To nie
będziecie na mą głusi mowę."
Tu go
młódź w węższe otoczyła koło,
Bo się
patrzała i słuchała rada,
Jak męstwem
dumne rozpromienia czoło,
Jak w szczerej
mowie śmiałym sercem gada.
"Nie
myślę długo przed wami ja prawić,
Co
mię przymusza was, bracia, zostawić" -
Zaczął
Nebaba. Wyrosły śród czerni,
Zna jej umysły
i wzruszać je umie;
I tak
przystało mówić jego dumie:
"Atamanowi
swemu bądźcie wierni;
Przy nim
tak dobrze można tutaj drzymać!
A ja nie
mogę dłużej z wami trzymać
I
ziewać z wami; ja jeszcze skłuć mogę
Choć
kilku Lachów, choć dwór jeden złupić;
Wtedy mi
będzie przyjemniej się upić!
To was i
żegnam, i ruszam w swą drogę."
Ostra
przymówka dopięła zamiaru.
Mruk
dobrej wróżby, podobny do gwaru
Pierwszego
lodu, gdy go łamią fale,
Obiegać
począł zawstydzoną zgraję.
Nebaba
ciągnąć mowy nie przestaje:
"Odstąpić
Szwaczki ja nie radzę wcale;
Gdy tak wygodnie
przy tym atamanie -
Któż ze
mną pójdzie, a z nim nie zostanie?
Sam więc
pospieszę, gdzie mię niosą oczy,
Żwawszych
do dzieła znaleźć towarzyszy;
Jednak, co
powiem, niech z was każdy słyszy
I gdy mu zda
się, niech naprzód wyskoczy.
Komu rózgami
ojciec zasieczony,
Czyja się
panu podobała żona,
Komu najmilsza
córka pogwałcona,
Kogo zbawiono
lubej narzeczonej -
Na ojca
boleść, na smutek matczyny,
Na
hańbę dzieci, na łaskę dziewczyny
Tego zaklinam,
wołam po imieniu,
Niechaj wyjedzie
i stanie tu przy mnie!"
I tłum
orężny mieszać się poczyna
Jak
zakłócona dmuchem wiatru trzcina.
"Kto w
pańskim za to umierał więzieniu,
Że jak pies
podły o głodzie i zimnie
Dla usług
jego przemarnował lata,
Kogo
najdroższa boli przez to strata,
Kto chce
odemścić te krzywdy, te zbrodnie
I tylko sobie
odtąd żyć swobodnie
Zaklinam tego na
zemstę, swobodę,
Niech idzie
zaraz, gdzie ja go powiodę!"
Tłum wre
nieładem, gwar nieładu rośnie:
Postrzegł
Nebaba, jak wybór ochoczy
W gęstszych
szeregach dokoła się tłoczy;
A więc z
tryumfem zawołał donośnie:
"Teraz, kto
tylko mołojca ma duszę,
Kto się
chce ogrzać przy zamku pożarze,
Kto chce
opłukać pikę w polskiej jusze,
Kto chce
zaśpiewać przy pańskim pucharze -
Idźcie do
zamku! Ja drogę pokażę!"
A oko
jego, jakby bitwy hasło,
Nagle w
każdego zabłyszczało oku:
"Wszyscy
my, wszyscy do Nebaby boku!" -
Wrzące
kozactwo dzikim tonem wrzasło.
Podobny
odgłos wędrowca krew ziębi,
Gdy go
wilczyca, zwietrzywszy w puszcz głębi,
Przeciągle
wyciem ozwie się ponurem,
A za
nią głodni zalotnicy chórem.
I razem
głębie zastękały ziemi
Pod
rumakami ciężko tętniącemi.
I
długo, długo wrzało nieprzerwanie,
A coraz ciszej,
i koni chrapanie,
I chrzęst
oręża, i stękanie ziemi;
A ognie
straży konały za niemi,
A echa puszczy
wołały za niemi,
Kiedy
huknęli piosenkę pochodu
Nowemu wódzcy,
co harcował z przodu.
10
Pośród
puszcz gęstwy, pośród jarów cieśni
Mściwy
Nebaba swoje szyki wiedzie.
Jak czuł
koń jego, że na wszystkich przedzie!
Jak w piersiach
jezdca rozigrane serce
Dzikiej,
wojennej wtórowało pieśni!
Kiedy
myślami w przyszłość uniesiony,
Pożary w
każdej dostrzegał iskierce,
Co błyska
za nim, skoro lustro stali
Od
miesięcznego oka się zapali;
Kiedy
zwycięskie odgadywał tony
W dzikich
odgłosach wojennego pienia!
"Stójcie!"
Od wschodu dzień się zapłomienia.
Księżyc
rumiany niby się krwią zbroczył,
W
posępne chmury, jak do śmierci łoża,
Na cichych
ranku wiatrach się zatoczył,
I jak
złej wieszczby wyszła drżąca zorza.
"Stójcie!
Słów kilka!" Tu zemsty drużyna
W
krąg atamana zawinęła kołem,
Gdzie
się okrągli bezdrzewna równina
Śród
ramion boru i przed boru czołem.
"Baczność!
Coś wichrem zaszumiało w lesie.
Jeden to z
naszych gęstwą się przerzyna."
Pilnował
skrzydła. Jakież wieści niesie?
Jego pierś
robi, jego biegun w pianie.
Między drzew
szumem słyszał otrąbianie.
Czyżby
Polacy tak blisko być mieli?
"Wytrwałość,
dzieci! Bądźcie tylko śmieli,
Naszym to
będzie, co mamy przed nami!
Pod samym
miastem ten ba j rak, czy wiecie6,
Co się
rozrasta pomiędzy jarami?...
Tam do godziny
zmierzchu doleżycie.
Ja później
będę, skoro do wieczerzy
Wezwie nas
gwiazda, co w zamku na wieży!
No! w imię
Trójcy! ruszaj, gdzie kto może!"
Jak w tuman
iskier rozdęte płomienie,
Jak
śpiących nagle przerwane widzenie -
Tak razem
zgaśli zwinni jezdcy w borze:
Tu się w
promieni tysiąc rozskoczyli,
Tu między
pniami jeszcze majaczyli,
A tu i
śladu po żadnym już nie ma;
Niby
zaklętych pochłonęły drzewa
Przed
śmiertelnego słabymi oczyma.
Pusto - sam
tylko duch boru powiewa.
A za nim nagie
klaskają konary;
Pod nimi rumak
majaczeje kary,
A na nim
jeździec pręży pilne ucho:
Z tej strony
trąbka zdaje się grać głucho;
Lecz
głuchszy jeszcze słychać dźwięk z tej strony,
Ranne go wiatry
krętym jarem7 wloką.
Jeździec
posłuchał, pomyślał głęboko:
Jak mu nie
poznać! To kaniowskie dzwony
Szczęśliwą
wieszczbą do niego mówiły.
Razem się
pomknął w sklepienia milczące,
Wnet drzew
sklepienia czczością się zaćmiły;
Jeszcze przez
chwilę echa w czczości biły,
Lecz go już
teraz nie znajdzie i słońce.
11
Ponuro echa
okoliczne trąca
Zamkowa
trąba wieczór witająca,
Gromadząc
zbrojnych na modły wieczorne.
Wielkim
kościoła natury sklepieniem
Już,
już gdzieniegdzie lampy wieków płoną.
Odkryto
głowy, bronie opuszczono,
Utkwiono w
ziemię spojrzenia pokorne,
Słów
uroczystych słuchano z milczeniem.
"Amen!"
I "amen" powtórzono z skruchą.
Echa zamkowe
ozwały się głucho:
"Amen".
Ich "amen" tak smutny, niemiły,
Jakby go po raz
ostatni odbiły.
Zagrzmiał
ryk działa i skonał wśród boru.
Na wieży
ogień zajął się strażniczy,
Milczący
szyldwach ciche kroki liczy.
po oknach
błysły światełka wieczoru.
Mile zamkowa
służebna drużyna
Wieczór -
niestety, ostatni! - zaczyna.
Jak błysk
jej światła, ciche jej wesele,
Kiedy
zasiędzie każda przy swym dziele.
O! co za rozkosz
obejrzeć te grona,
Gdy, za prababek,
bawiły się pracą:
Tu gazy blaskiem
złota się bogacą,
Jak biała
zima mrozem uiskrzona;
Tam
czarodziejka, u krosien schylona,
Tchu nie da
słyszeć, nie zwróci spojrzenia -
I trzeba
wierzyć, widząc jej oblicze,
Że blask
tych oczu, to tchnienie dziewicze,
Cudowną
władzą kwiat wiosny rozplenia.
W tej
białych rękach drut jasny i gładki
Wydaje w
mgnieniu różnowzore siatki,
Niby od wiatrów
i z wiatrów tworzone,
Tak
są przejrzyste i lekkie jak one.
A tutaj
okrąg głośniejszej roboty:
Tutaj
burzliwe furczą kołowroty,
Tutaj
wrzeciono ze lnami miękkiemi
Brzmieje
nieznacznie i gwiżdże po ziemi.
A pienie w
prostej, melodyjnej nucie,
Lube jak
pierwsze miłości uczucie,
Ciche jak
łono, co nie zna kochania,
Tęskne jak
pamięć rodzinnej zagrody,
Pełne z tym
miejscem, z tą godziną zgody,
Sferą
harmonii urok ich osłania.
12
Czy nie po panu
zatęskniła pani?
Że
między nimi, a nie kwitnie na niej
Ta, co na
wszystkich kwitnie w pełni - radość:
Słabość
w jej oku, w jej obliczu bladość.
Jak chmur
odbicie z mokrego dna stoku,
Wyziera dusza
spoza łez w jej oku.
Cerę,
co zgasła, wargę, co pobladła,
Z
milczącą skargą mgła serca osiadła.
Czy
się kto kiedy przypatrzył gangrenie?
Jak
utajona, tląc w serca głębinie,
Na trupim ciele
wyjdzie małą plamą,
Jak coraz
szerzej, coraz ciemniej mgleje,
Aż stosu
śmierci dymem twarz odzieje.
Z młodej
rządczyni smutkami toż samo:
Przez nieme
wargi, przez ciemne spojrzenia,
W mgłach
coraz grubszych, widać, jak się wloką;
A choć
pierś westchnień, a łez pełne oko,
Jakby
walczyły z nimi pierś i oko,
To
łez nie puszcza, to więzi westchnienia.
Ach!
pierwsza rozkosz tak bardzo nie zmienia!
Nie gasi jagód,
nie mrozi spojrzenia,
Żałobą
duszy czoła nie ubiera,
Ciężkim
westchnieniem piersi nie zapiera;
Ach! pierwsza
rozkosz w lubego objęciu,
Kiedy kochana i
kocha, dziewczęciu
Daje czuć
duszę życia anielskiego.
Lecz kiedy
słabą żądze gwałtu zbiegą
I co drugiemu
sobie wypieszczono,
W zmierzłej
lubości obca rozkosz skradnie,
Piekło
natenczas wciska się tam zdradnie
I
śmierć zapładnia oblubieńcze łono.
Może
uważną pracą zaprzątnięta
Zapomni smutku:
usiadła za krosna;
Może
miłosna, może pieśń żałosna
Posępną
dumą utuli natręta,
Jak się
utula pieszczoszek wrzaskliwy.
Dobre
dziewczęta rozpoczęły śpiewy.
Już na
źrenicy łezka zabłysnęła:
Zbiera się,
zbiera, toczy i stanęła;
Jakby z
pogodą igrać jej niemiło,
Jakby ją
zimno smutku zamroziło.
Już
dłużej swego ciężaru nie wstrzyma:
Powstała z
miejsca, lecz tak martwa cała,
I znów
stanęła z takimi oczyma,
Jakby się w
izbie obłędu lękała.
Wlecze,
mdlejąca, z wolna krok rozchwiany
I obcym
rzutem ciska się do ściany.
U okna
przecie. Nadstawiła ucha:
Niby jej
wietrzyk, co przez szyby dmucha,
Niósł
od przyjaźni słowa pociech miłe;
Powoli
widać w poruszeniach siłę,
Promyk
nadziei w spojrzenia światełku,
Tęcza
radości mgliła się z jej czoła.
Źle z
nagłą zmianą! Pojrzała dokoła,
A wszystko
przed nią w rozpaczy i zgiełku.
13
Już
po Kaniowie straszna wieść latała:
Jak
się wzburzyła Ukraina cała,
Jak
zdradą Gonty dobyto Humania,
Ile tam
mordów, ile krwi rozlania;
Jak samo
Lachów zda się ścigać piekło,
A nigdzie
schrony przed czernią zaciekłą.
Skoro
wieczorem powstały tumany
Od
nasępionej strony Zaporoża
I
mglistą bielą osłoniona zorza
Z
rózgą komety, jak lampa złej doli,
Gasnąć
w obłokach zaczęła powoli;
Zdwoił
się w mieście przestrach niesłychany:
Głuszej
się zdały bełtać Dniepru szumy,
Jęczeć
okropniej wichry Ukrainy
I
groźniej ciemnieć sklepienia dębiny.
Jak po cmentarzu
nieme duchów tłumy,
Snują
się milczkiem po ulicach miasta
Tłumy
mieszkańców trwogą omroczone;
A wieszczba
klęski, w którą pojrzysz stronę!
Tam dziecię
pyta: Skąd ten tuman wzrasta
I w takie
kształty miesza się olbrzymie,
Jak Lucyfera
wojsko w piekła dymie?
Cytnęła
matka; wywróżyć się lęka.
Dwóch się
przyjaciół zbiegła oto ręka -
I zimno
śmierci ich uściski ziębi;
Dwojga kochanków
spotkało się oko -
I męty
śmierci widać w spojrzeń głębi,
I jęki
śmierci z westchnieniem się wloką.
A topielicy
skrwawione widziadło,
W skrwawionej
szacie, ze skronią rozpadłą,
Ciągle
Kaniowa przelatuje bruki,
W dziwniejszych
ruchach, z dziwniejszymi huki:
Jak co się
wyrwał z łona ziemi matki,
Nieprzetoczone
unosząc ostatki:
Bo jak nad
trupem krążą nad nią kruki.
14
Z rękami w
niebo płakał lud skruszony
Śród
poświęconych sklepień Wszechmocnego:
Ściany
świątyni wtórzyły płacz jego,
Księża
śpiewali pokutnymi tony.
Kaniowskich
dzwonnic jęczały wciąż dzwony,
W każdym
ołtarzu światła wciąż pałały.
Nieocenione
słano zewsząd wota
Z drogich
kamieni, ze szczerego złota.
Wielkie ofiary,
bo i strach niemały!
Płakali
wierni, płakali niewierni.
Wprzódy
niżeli noc barwy poczerni,
Dzieci Solimy
przed arką bożnicy,
Bez płci
różnicy, bez wieku różnicy,
Upadli na twarz,
w pogrzebowej bieli,
Jakby od gniewu
Bożego olśnęli,
I w pyle ziemi
czoła ponurzywszy,
Podnieśli
głucho lament żałośliwszy,
Niźli go
słyszał świata wiek daleki
Na obcych
brzegach babilońskiej rzeki.
I łzy
Dawida z ich się ócz polały.
Szczere to
płacze, bo i strach niemały!...
. . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Syny mej ziemi,
o rodacy mili!
Wy szczerej
wiary nie dacie poecie
I sami
pojrzeć na przyszłość nie chcecie,
Na ucztę
długo tłumionej swobody.
Wasi dziadowie
widzieli te gody!
Dwory ich
były smutnymi świadkami,
Ach, zapomnianej
zbyt prędko igraszki.
Kiedy ze
stalą, jak z zemsty żagwiami,
Krew żywej
piersi lano w trupie czaszki
I
każdą łezkę na pana wylaną
Jej
dymiącymi kroplami spłacano.
15
Długo, zbyt
długo myślom zostawiona,
Stała u
okna młoda rządcy żona.
Czy nie zły
wicher szeptał ci, Orliko?
Masz w oczach
radość, ale radość dziką.
Ciężkieś
westchnienie na łono stoczyła:
Jakby w obawie,
aby skrytość cała,
Którąś
w milczeniu tak długim warzyła,
Wcześnie
przestraszyć świata nie zechciała.
"Ho-ha!"
Bicz klasnął, brzęknęły łańcuchy,
Opadły
mosty, bruk zagrzmiał, bicz klaska,
Rośnie po
zamku, zbliża się grzmot głuchy:
"Ho-ha!"
Bicz klasnął, stanęła kolaska.
Raduj się,
zamku! rządca wesół wrócił,
Widać,
że drogę prędką jazdą krócił,
Bo z wszystkich
koni tak się opar dymi.
Ale z
wieściami powrócił dobrymi.
Skoro
pomówił z kaniowskim starostą,
Wnet wyprawiono
dwa oddziały na raz:
Jeden z nich
Szwaczkę miał otoczyć zaraz,
A drugi
ciągnie do Kaniowa prosto.
Pan wojewoda z
Gontą kończy dzieło8;
Wkoło
szubienic stawia tysiącami;
Opatrzne oko
zeszło już nad nami,
By kres
bezbożnej swawoli wytknęło!
Jemu więc do
snu ufnie zdajcie życie
I w
łoża wasze wstępujcie spokojnie,
Bo w
świetle szczęścia oczy otworzycie;
Zaśniecie z
wojną, wstaniecie po wojnie!
Otóż i nowy
goniec pędem zmierza.
Coraz
pomyślniej. Przybiega z oddziału,
Co
śledził Szwaczkę u Rosi nadbrzeża:
Bez hasła
bitwy, bez jednego strzału
Znikł on z
obozem, jakby wpadł do ziemi;
I tak bez
śladu, że nasi, zdumiali,
Już nie
wiedzieli, gdzie go szukać dalej,
Aż go
odkryto między lasy tymi:
I wkrótce
przyjdzie do rozprawy z nimi.
Lecz męstwu
naszych można ufać śmiele,
Że to
spotkanie kres położy wojnie.
Więc
dzwony, działa niech głoszą wesele!
A zamek z
miastem zasypia spokojnie.
16
Już w
głuchej nocy opóźnioną porę
Przyćmiona
lampa słabo się rozżarza;
Tak po
miesiącu okna różnowzore
Błyszczą
w kaplicy pośrodku cmentarza.
Łoże
małżeńskie zapłonione blado
Światłem,
co mdlało, buchało, znów mdlało,
Tak się w
półcieniach dziko wydawało,
Jakby to
łoże, gdzie umarłych kładą.
Po dniowym
trudzie małżonek śpi mocno:
Zmrużonym
okiem po co żona czuje?
Czy jak duch dobry
jego snu pilnuje?
Zegar wybija
dwunastą północną.
"Czego to,
gdzie to dzwony uderzyły?" -
Porwał
się nagle rządca przebudzony.
"Zdało
się tobie; to zegaru dzwony."
I oczy
rządcy znów się snem zakryły.
Ale poczwara,
przeczucie złowrogie,
Pod snu
zasłony złośliwie się wkrada
I z bezzasadnych
cierpień duszy rada,
Niewieścią
w mężu ciągle budzi trwogę.
"Czego
to trąby tak nagle zagrały?" -
"Ach,
Pan Bóg z tobą! świat jak umarł cały,
To
zabrzęczała mucha obudzona."
I znów od
zmysłów popłoszone zgiełku
Cichnące
czucia wróciły do łona;
Tak zgraja
piskląt od kani spłoszona
Tuli
się ufnie w matczynym skrzydełku.
Usnął.
Rządczyni wciąż mruga powieka:
Jak góra
westchnień ciężkie dla niej łono;
I serce
rwie się, jakby je męczono,
I pot
gwałtownych miotań ją ocieka.
Cóż
to tak przykro podrażnia jej oczy?
Czegoż
pot mdłości z jej się lica toczy?
Jakaż
na pierś jej mogiła się tłoczy?
Czy to nie
szatan igra z nią w beześnie,
By owoc,
którym pierś przeklętą płodni,
Wykołysany
jej myślami wcześnie,
Stanął
dojrzały na skinienie zbrodni?
Jaśniej
i jaśniej błyszcząca źrenica
Razem w
powiece pełno się rozświeca.
Podniosła
głowę; wyżej, jeszcze wyżej.
Zyzem
nasamprzód przeszyła śpiącego;
Potem swe
oczy do ócz męża zbliży
I
długo, trwożnie bada ruchów jego:
Ostrożną
ręką serca w piersi bada:
Na piersi jedna,
skryta druga ręka.
Patrzy na oczy,
wstaje i usiada.
Znalazła
serce, wstaje i uklęka.
Mignęła
w ręku błyszczącym żelazem.
Mąż
się obudził i zawołał razem:
"O,
jakże sny mię strwożyły niemiło!
Jakby się w
zamku razem zapaliło,
Taką
mniemałem widzieć błyskawicę.
A twoje czego
tak błądzą źrenice?
Ciebie
zmieszało moje pomieszanie.
Był to sen
tylko. Prawda, sen niemiły:
Ale te
myśli, co mię w dzień kłóciły,
Wróciły na
noc. Spij już, śpij, kochanie."
A więc
usnęli. Biada temu, biada!
Kto nazbyt ufny
w trwożną cnotę ludzi,
Przy swoim
sercu, w swym łożu układa
Serce zatrute
śmiertelną obrazą.
Usnął;
a w ręku małżonki żelazo.
Bógże wie,
kiedy i gdzie się obudzi!
17
Pono, nie we
śnie rządcy biły dzwony,
Nie we śnie
rządcy trąby grały głośno,
Nie we śnie
rządcy płonęły pożary:
Trudno jest
poznać śród nocy zgęszczonej,
Ale nad
miastem jakieś dymy rosną
I
zasłyszane wrą tam jakieś gwary.
"Czyż
zaraz każde ma trwożyć zjawisko?
Milczenie
nocy jest nocy kapłanką,
Milczenie
nocy jest marzeń kochanką,
W niemym jej
łonie próżnych mar siedlisko.
Com
wziął za oręż, za tętnienie koni,
Ani to konie,
ani błysk oręży."
Szyldwach
zamkowy, gdy oko snem cięży,
Tak sobie
myślał i usnął na broni.
Lecz zawsze
błyska, lecz zawsze coś dzwoni,
Niby blask
stali, niby tętent koni;
I coś
się wznosi podobne do huku -
Tutaj przed
zamkiem, a tu już po bruku.
Razem
zagrzmiało, wrzasło, zabrzęczało:
Zginąłeś,
zamku! Piekło się zaśmiało!
Bramy rozbite,
straż wycięta w chwili;
A hajdamacy w
zamek się wtłoczyli
I w tejże
chwili srogość rzezi cała
Z blaskiem
pożaru wkoło się rozlała
Śród nocnej
ciszy: wściekłych wrzasków wrzenie,
Tętent
konnicy, brzęk broni, dział grzmienie,
Łupanych
murów, baszt rąbanych trzaski,
Krwawe
maszkary widne z każdej strony,
Pożogi
wiatrem rozdymanej blaski,
Czarny
sklep nieba łunem zakrwawiony,
Dzwony
kaniowskie jęczące donośnie -
Wszystko
to razem wszczęło się i rośnie:
A
głos watażki9 ryczy nieprzerwanie.
Wszakże
to nie jest Nebaby wołanie.
18
Tak
drogiej chwili piekło mu zazdrości;
Żart
sobie z jego zrobiło wściekłości,
Biesiadę
w zamku Szwaczce przeznaczyło.
Już
wojsko zbiegłe tętniało daleko,
Gdy mu
się oko we śnie wytrzeźwiło
I
zabłyszczało pod wąską powieką.
Jakże
się ciężko, jak wściekle zadumiał,
Gdy
się sam ujrzał na tę puszczę całą!
Dziełem
to czarów z początku rozumiał:
Żegnał
się, żegnał -nic nie pomagało.
Teraz, jak
było, poznał rzeczywiście:
I wnet
pogonią chciał lecieć, za nimi;
Ale mu
śladu nie da zwiędłe liście,
Więc
się drogami puścił pewniejszymi:
.Wprost do
Kaniowa. Skrycie tam przybyły,
Dla wrzącej
czerni był to gość zbyt miły.
Bez trudu krwawe
uiścił zamysły;
A wiódł
rzecz swoją tak skrycie, tak śmiele,
Że skoro
zorza północne zabłysły,
Już go
ujrzano na powstańców czele:
I bramy zamku
pod szturmem rozprysły!
A tak i na
tych, co go odstąpili,
I na
Polakach mści się w jednej chwili.
19
"Hej,
dzieci, dalej na pańskie komnaty!" -
Ryknęły
miedzią atamańskie płuca,
A jak
grzmot działa gradem śmierci rzuca,
Tak
czerń rozjadła rzuciła się tłumem
Z piskiem
wściekłości, z głowni skrzących szumem
Na drzwi,
na dachy, na ściany, na kraty,
A stare echo
zawyło z przestrachu,
Kiedy po
całym rozleli się gmachu
Drzwiami,
oknami, wyłomami dachu.
"A teraz,
dzieci, na rządcy pokoje!
On,
widzę, zamknął przed nami drzwi swoje!"
Ale jak
siłą poparli drzwi całą,
Runęły
z dźwiękiem przykrego gwizdnienia -
Jakby je
żywcem wyrwano z korzenia.
Czemuż
ten Kozak, co wprzód skoczył śmiało,
Jak
śmiało skoczył, tak się cofnął z trwogą?
Cóż to ma
znaczyć ta w ciele diablica?
Ona nie
słyszy, nie widzi nikogo:
Takie
spokojne jej oko i lica.
Przed
nią trup leży w rozrzuconym łożu;
W ręku
nóż trzyma, krew pieni po nożu;
A na niej
całej skrwawiona koszula.
Ona ją
bierze, macza w trupa ranę
I żmie
ją niby, i niby wypiera,
Potem martwego
pościelą otula,
Wymawia z cicha
słowa ucinane,
Zbroczonym
płótnem cała się wyciera
I wolnym krokiem
idzie do zwierciadła.
Stanęła
z lampą w ręce konającą,
Spokojna - tylko
oczy się jej mącą.
Czerń
rozjuszona właśnie wtedy wpadła,
Gdy w tej
postaci stała u zwierciadła.
I konające potępieńca
oczy,
Gdy je
śmierć grzeszna pod swe bielmo toczy,
Już
oblężone katów piekła zgrają,
Piekielnych
krain witane już cieniem -
Nic
groźniejszego widzieć nie zdołają
Przed
ostatecznym na wieki zgaśnieniem.
Ta wpół
kobieta, wpół grobów maszkara,
Z gasnącą
lampą w rękach ubroczonych,
Jak gdyby z
gwiazdą swych dni policzonych;
Ten Kozak za
nią, co jak zbrodni kara,
Choć
piętnem mordu cechowany cały,
Przecież
niewolnie staje osłupiały
Przed
okropnością złoczyńców sumienia;
Ten blask
pożaru; skrwawione tło cienia;
A ci mordercy,
co w głębokiej dali
Pomiędzy
nocą orężem błyskali:
Prawdziwy obraz
pieczar potępienia!
20
"Dalejże,
dzieci! a wam co się stało?"
Był to
głos Szwaczki świeżo przybyłego,
Gdy pozierano po
sobie nieśmiało.
A choć na
chwilę stanął i głos jego,
On by
się zaśmiał do diabła samego.
"Ho, ho!
nie wiecie, co to za diablica,
Nie wiecie tego
- a mój nóż odgadnie.
Patrzcie, jak we
krwi skąpał się już ładnie!
A choć tak
we krwi, jeszcze się rozświeca!
Stójże mi,
widmo! nóż to doświadczony
I poświęcony,
i dobrze ostrzony.
Rzuć
go na wicher, co tańczy po drodze,
A gdzie
się kręcił, świeżą krew zobaczysz!
Jeżeli
tylko dotrzymać mi raczysz,
W Bogu
nadzieja, dobrze cię ugodzę!"
Nóż
błysnął, gwizdnął... Po niewieścim jęku,
Po smutnym
lampy rozbryźnionej dźwięku -
Głucho
i ciemno. Kozacy zdumieli
Jeszcze
krwawego widma nie pojęli,
Kiedy ryk
Szwaczki rozległ się olbrzymi:
"Podajcie
głownię, co się ot, tam dymi!
Zniknęła
larwa, to jej ślad te plamki...
Przyświecaj
lepiej... bliżej... tu, do klamki...
Znać
otwierała... wyszła tymi drzwiami.
Już
to nie diabeł, co uciekł przed nami!"
O, zmykaj,
zmykaj! W zbrodniach tobie równi
Ścigają
ciebie przy iskrzącej główni.
Skopcony
ogniem, krwią ofiar ociekły,
Toczy
się Szwaczka przed rozjadłą zgrają:
Tu jego
usta "łamać drzwi!" wyrzekły -
I tu drzwi
nowe z zawias wypadają.
Długo
trwać będzie ta igraszka dzika:
Ci dobrze
gonią, ta dobrze umyka.
Zbestwiona
pogoń drzwi po drzwiach wysadza:
Tu już
stracili, tu znów krew ją zdradza,
Skoro o
ścianę oprze się jej ręka;
Tu drzwi
łupnęły, tu zasuwa brzęka;
Tu biegiem
skorszym zbudziła podłogę;
Tu prawie
słychać, jak serce jej bije:
Tu ją
dokona przeznaczenie srogie,
Niech tylko
drzwi te wyprze ramię czyje -
Już to
ostatni przytułek za niemi,
Chybaby szatan
schował ją do ziemi!
|