|
Nie tylko w
utworach literackich ostatniej doby brzmią okrzyki na cześć
rewolucji, lecz i w życiu narodowym wynurzają się zjawiska,
naśladujące fenomeny życia Rosji sowieckiej. Raz wraz czytamy
w gazetach o przebiegu procesów przeciwko komunistom w Warszawie, Lwowie,
Krakowie, Lublinie, Radomiu... Dochodzenia policyjne ujawniają tajne
organizacje rewolucyjne wśród młodzieży uniwersyteckiej. Nie mam
tutaj na uwadze czynów i usiłowań, stojących na usługach
wroga, lecz wrzenie ideowe, wywracające ściany państwa dopiero
co wskrzeszonego. Rewolucja nieopatrznie wszczęta w obliczu
zaciekłych wrogów zewnętrznych, wśród których postawiło nas
nieszczęśliwe położenie geograficzne, zabiłaby
naszą niepodległość, ukamienowałaby nas rękoma
Moskali i Niemców, jak żydzi, zaciekli w swej nieubłaganej doktrynie
i pasji, ukamienowali świętego Szczepana, wskrzeszonego i odrodzonego
w duchu. Wciąż jeszcze najcięższy grzech, nie pierworodny
już, lecz uczynkowy, obciąża nas wszystkich: - miliony ludzi
polskich bez roli, komorników i chałupników, taniego najmity,
szlacheckiego, bez możności wyjścia z brudnego bytu na komornym
do przemysłu, czy na roboty sezonowe, - zatruwa życie odrodzonej
ojczyzny groźbą rewolucji socjalnej, niebezpieczeństwem wywarcia
pomsty za swą krzywdę na wzbogaconej szlachcie i wzbogaconym
gburstwie. To jest słuchacz agitatorów bolszewickich, to jest ta
chłonna gleba, gdzie ziarno rosyjskie nie padnie na opokę. W
pierwszych dniach istnienia państwa polskiego ogłosiłem był
pisemko p. t. "Początek świata pracy", gdzie dałem
wyraz swym przewidywaniom, jakby sprawa bezrolnych w Polsce mogła być
rozwiązaną. Dziś, gdy Sejm Rzeczypospolitej inaczej sprawę
rozstrzygnął, niema racji przypominania tamtych pomysłów,
aczkolwiek znalazły pełne zastosowanie, - oczywiście, nie
według moich wskazówek wykonane, - w dobrach rządowych w
Poznańskiem, odebranych od rządu pruskiego. Należy teraz
oczekiwać na realizację reformy rolnej, przyśpieszać
ją głosem opinii publicznej wbrew wrzaskom i wszelakim drwinom
najemników reakcji, bezmyślnych prześladowców najbiedniejszego,
bezdomnego pogłowia we wskrzeszonej ojczyźnie. Polska nie dlatego
powstała, żeby dygnitarz cywilny, czy wojskowy pędząc w
automobilu, obryzgiwał dziadów i żebraków, wtulonych w każdy
kąt, w każde załamanie muru stolicy państwa. Polska nie
dlatego powstała, żeby w jej granicach miała swe rozpostarcie
burżuazyjna fabryka paskarstw, szwindli i oszustw. Polska odrodziła
się ze krwi i pracy męczenników po to, żeby na miejscu, gdzie
stała ciemnica niewoli rozpostarło się najjaśniejsze
pracowisko postępu. Polska nie może zostać w tyle poza swymi
sąsiadami, jak w wieku XVII-ym, gdyż to była i byłaby jej
śmierć, - musi stać nie tylko na równi ze swymi sąsiadami,
lecz ich wyprzedzać. Dziś jeszcze ciąży na nas pierworodny
grzech szlachetczyzny. Dziś jeszcze, gdy wzbogacony niepomiernie ziemianin
wyjdzie o poranku wiosennym na ganek dworu i spostrzeże, że, dajmy na
to, słońce zbyt silnie przygrzewa, a w łanach pszenicy i
żyta tworzą się łysiny w miejscach przypalonych, postanawia
stante pede podnieść cenę "pary" zboża.
Gbur wzbogacony idzie w tym wypadku ręka w rękę z dziedzicem i
skwapliwie go naśladuje. Gdy tylko ta koncepcja w czyn wchodzi, co
prędzej piekarz podnosi cenę chleba. Robotnik fabryczny, wskutek
podwyższenia ceny chleba, żąda podwyższenia swej płacy
dziennej, a skoro mu nie podwyższają, musi strajkować,
ażeby mieć za co chleba kupić. Skoro zaś fabrykant, czy
przedsiębiorca płacę za dzień roboczy podwyższył,
natychmiast skacze cena cegły z dwudziestu tysięcy na
trzydzieści tysięcy za tysiąc - i wyżej. Ktokolwiek
zamierzał wznosić budowle, staje i na czas nieograniczony
odkłada swój zamiar. Pęka Warszawa od nadmiaru mieszkańców,
walą się stare domostwa. A ziemianin poczciwy, zgarnąwszy
papierków bez liku i bez miary, nic nie buduje. W starym swym dworze,
urąga na żydów i czytuje kiedy niekiedy gazetkę co
reakcyjniejszą, co soczystszą w wymyślaniu na strajkujących
parobków, pisaną przez najemnych chwalców starego porządku rzeczy.
Taki stan budzi gniew w duszach gorących. Istnieje gotowy wzór w Rosji,
więc go chwyta wrażliwa imaginacja młodzieńcza. I oto
wykwita nowa forma snobizmu, snobizm polityczno-społeczny. Wszystko, co
się tam dokonało, gdyby nawet prowadziło do chaosu, głodu,
ruiny miast, ludożerstwa i zamiany pracowitego spożywcy ziarna na
włóczęgę, gotowego zburzyć miasta i pożreć
własne dzieci, - wydaje się być dobrem i godziwym. Jest to
bowiem rewolucja. Czym jest w istocie swej rewolucja, sprawdzałem w swym
życiu dwukrotnie w innej dziedzinie, mianowicie - w bibliotekach.
Było nas dwu młodych bibliotekarzy, którym oddano w ręce nie
największą co do liczby, lecz nadzwyczaj zasobną i bogatą
co do treści bibliotekę muzeum w Rapperswilu. Była ona
nadzwyczaj źle ułożona i ustawiona według tematów
działami na półkach:-teologia, archeologia, geografia, historia,
nauki ścisłe, literatura, poezja, powieść i t. p.
Działy te spisane zostały pracowicie w księgach,
ułożonych alfabetycznie, a wobec szczupłości miejsca i
braku w ogóle półek, dział przystawał do działu, bez
pozostawienia miejsca na przybytki. Był to więc jak gdyby wierny
obraz starego świata, jakieś Chiny, podzielone na kasty, skazane na
wieczystą nieruchomość. Podział zachowany był tak
skrupulatnie przez poprzedników naszych, dawnych kronikarzy, iż powiastka
J. I. Kraszewskiego p. t. "Historia kołka w płocie",
nosząc w swym tytule wyraz historia, zakwalifikowana została
do działu historycznego i tam postawiona na półce. Gdy
przybywała nowa książka z zakresu, dajmy na to geografii,
gdzież ją było postawić, gdy obok ostatniej
książki geograficznej stała w bezpośrednim sąsiedztwie
inna, dajmy na to, z dziedziny chemii? Mój ówczesny zwierzchnik, Zygmunt
Wasilewski, (obecnie redaktor "Gazety Warszawskiej"), który był
przed objęciem posady bibliotekarza w Rapperswilu przeprowadził
gruntowne i poważne studia bibliotekarstwa w Berlinie, przyszedł do
przekonania, które ja, jego pomocnik, a poplecznik, jak zawsze, rewolucji,
gdzie ją tylko wdrożyć było można, - poparłem z
całej siły, iż należy zwalić ten sparciały ustrój
biblioteczny i stworzyć zupełnie nowy, naukowy, wszędzie na
świecie przyjęty, niejako komunistyczny. Zdecydowaliśmy, że
należy ustawić wszystkie książki formatami tomów na
półkach: folianty na dole, ćwiartki wyżej, ósemki jeszcze
wyżej, - spisać całe bractwo na kartkach katalogu alfabetycznego
i dopiero w tym katalogu kartkowym dowolne wprowadzać podziały, czyli
tworzyć katalog realny.
Zburzyliśmy
tedy własnymi rękoma starą Bastylię, wywalając
wszystkie jej kasty z półek na ziemię. Wspaniały to był
widok, gdy "stary porządek się walił", a tak potworna
kupa książek legła na placu. Lecz gdy przyszło "nowy
zaprowadzić ład", przekonaliśmy się, iż jako
twórcy nowego porządku rzeczy, przeceniliśmy swe siły. Nie
wiedzieliśmy tego, że siły ludzkie są ograniczone,
zwłaszcza jeśli są zawarte we dwu całej parady organizmach,
a dzieło rewolucji, o ile ma być dziełem postępu, nie chce
nic wiedzieć o jakimkolwiek ograniczeniu siły, która je tworzy.
Jeżeli sprawa rewolucji ma być wykonaną w istocie, to znaczy -
skoro ma usunąć układ stary i na jego miejsce wdrożyć
nowy, bez porównania znakomitszy, - wymaga natychmiastowej realizacji.
Życie nie stoi na miejscu. I w naszej bibliotece życie nie stało
na miejscu, czytelnicy żądali książek, a my nie
byliśmy w stanie przez długi czas żądaniom
zadośćuczynić. Nie mogliśmy we dwu podołać
zburzonej bestii. Samo ustawienie książek według formatów
zajęło wiele czasu, - a dopieroż nowy katalog! Według
starych spisów można było książkę od razu
odnaleźć, - w naszym nowym, znakomitym, naukowym układzie - nie
bardzo, - chyba posiłkując się pamięcią. Ja sam
pisałem fiszki katalogu alfabetycznego w ciągu czterech lat, -
muszę sobie oddać pochwałę - z niemałą
pracą, a przecież część tylko wykonałem. Nie
rewolucję trzeba było wszczynać w starej bibliotece
rapperswilskiej, lecz wymyślić mądrą reformę, która by
ułomną robotę poprzedników ujęła doskonałym
sposobem, ażeby się dał uskutecznić pożyteczny
postęp w tej rzeczy. Takiej to właśnie metody chwycił
się genialny bibliotekarz, mistrz w tej sprawie, oraz świetny znawca
kultury polskiej, Józef Przyborowski, w innej bibliotece, gdzie przez lat
sześć pracowałem, jako sekretarz i urzędnik biblioteczny,
mianowicie w przebogatej bibliotece Ordynacji Zamojskiej w Warszawie. I tam
zastosowany został przez poprzedników, dawniejszych bibliotekarzy,
nieszczęsny podział na półkach. Biblioteka Ordynacji Zamojskiej
ustawiona jest w swych doskonałych, zamykanych i oszklonych szafach alfabetycznie.
Każdy autor idzie do szafy pod odpowiednią pierwszą literę
swego nazwiska. Wywołuje to ten sam efekt końcowy, co w Rapperswilu.
Szafa, dajmy na to, pod literą R zapełniona już
została przez autorów, których nazwiska od tej litery się
zaczynają, albo przez dzieła bezimienne, których pierwszą
literę rzeczownika w tytule litera R stanowi. Przybywa nowy autor -
Rembowski czy Radliński, - cóż z nim począć? Gdzie
postawić jego dzieło? Czy zakładać nową salę dla
alfabetu autorów? Czy zniszczyć cały ów nieopatrzny, niecelowy na
przyszłość, można by rzec, - krótkowzroczny i
lekkomyślny układ?
Profesor Józef
Przyborowski przemyślał swe zagadnienie i znalazł wyjście.
Do alfabetu swych szaf, które nie zawierały litery X, gdyż, -
poza kilkoma wyjątkami, - obecnie ani jedno nazwisko polskie od tej litery
się nie zaczynało, dołączył właśnie
literę X i pod tę literę stawiał wszystkie przybytki
nowe według formatów książek, bez żadnego podziału na
kwestie i nie licząc się z alfabetem. Komunistyczny ów porządek
ustawiania książek wyłonił się,
wypłynął z dawnego układu, stał się
niepostrzegalnym uzupełnieniem starego "ładu". Cała
biblioteka upodobniła się do żywej rzeki, płynącej w
swoją dalekość, zreformowana została bez naruszenia
podwalin, bez zniszczenia dawnego podziału na litery, który dla
szybkości znalezienia książki w trakcie wykonywania samej
reformy, był pożyteczny, niezbędny, opatrzny i celowy. Józef
Przyborowski, ów niezrównany bibliotekarz, istny dobry duch wśród nawału
książek i rękopisów, sztychów i monet, nie przestał
kierować pracą swych następców w księgozbiorze zamojskim
nawet wówczas, gdy po olbrzymiej pracy swej dawno spoczął w grobie.
Każda książka, która do biblioteki wpłynęła i przez
ręce jego przeszła, - a nie było takiej, która by przez jego
ręce nie przeszła, - nosiła na swym tytule znaczek ledwie
dostrzegalny, kierujący ją tam, gdzie było jej miejsce. Ten
świetny językoznawca kontynuował pewne dawniejsze
błędy pisowni, zaprowadzone przez jego poprzedników w układzie
katalogu. Gdyby był poprawił te błędy, karta katalogowa
poszłaby w miejsce niewłaściwe i wypadłaby z systematu.
Dopiero przypadek mógłby ją był wykryć i na miejsce
powrócić.
Są tedy
okoliczności, kiedy rewolucja jest niewskazana, mówiąc z niemiecka,
wykluczona. Jak w tej bezcennej bibliotece, tak samo w bezcennym żywocie
rodu ludzkiego muszą być tolerowane przez genialnych sprawców i
kierowników pewne błędy ustalone drzewiej, pewne haki i pętlice
złego, które się stały koniecznością. Doktor Bovary
chciał rewolucyjnym sposobem wyprostować nogę kulawca - i
zabił go swym leczeniem.
Gdy już
bolszewizm na dobre zakwaterował się w Rosji, wyszła w
przekładzie polskim książka Uljanowa-Lenina o rewolucji i
państwie. W jednym z rozdziałów tej pracy znakomity autor dowodzi
konieczności zniszczenia przez rewolucję przede wszystkim
biurokracji. Stawia to wymaganie na pierwszym miejscu, jako
konieczność nieodzowną powodzenia rewolucji i skuteczności
dzieła naprawy. Utrzymuje, iż nowa biurokracja, to znaczy pewna ilość
indywiduów, spełniających rolę dawnej biurokracji, z
łatwością da się zrekrutować z samychże
robotników, gdyż te zadania, jakie pełnią biurokraci, daleko
są łatwiejsze od zadań i prac, spełnianych przez
robotników. W przekładzie na język polski owa książka i ten
w niej postulat zjawiły się wówczas akurat na naszym rynku, gdy
tenże znakomity geometra, wycinający swe trójkąty i kwadraty w
żywych masach ludzi, jako główny działacz nowego w Rosji ustroju
społecznego i rządu, na gwałt powoływał i osadzał
na urzędach starą biurokrację carską, dopiero co
wypędzoną na cztery wiatry, gdyż bez tego rozsadnika wszelkiego
złego życie państwowe stawało się samą
anarchią, a machina państwowa rozłaziła się w
rękach rewolucjonisty i w proch rozsypywała. Takie to figle nie tylko
w bibliotekach, lecz i w samem życiu rzeczywistość wyprawia
zarozumiałym teoriom. Kto zasiewa rewolucję i wznosi okrzyk na jej
cześć, kto szerzy jej ideę wśród ludzi
nieuświadomionych, musi pragmatycznie wiedzieć, co z jego inicjatywy
wyniknie, musi wiedzieć, jak i kiedy nastąpi zamiana starej formy
przez nową, To zaś jest, niestety, niemożliwe. Cały
świat przekonał się o tej prawdzie na tysiącach
przykładów, zwłaszcza podczas wojny światowej, że
nikt nie przewidzi życia i jego tajnych potęg, gdyż nikt nie
może znać przyczyn huraganu niskich żądz, które
wybuchają w rodzie ludzkim. Pisząc te słowa, uświadamiam
sobie niebezpieczeństwo ich wygłaszania. Konserwatyzm polski,
zaskorupiała reakcja, czyhająca na poparcie praw swego żerowania,
gotowa by oklaskiwać te uwagi w jakich "Kartkach ulotnych",
(czysto warszawskiej odmianie Fliegende Blatter), gotowa by je z
zadowoleniem podkreślać szumnymi piórami heroldów i grasantów
obskurantyzmu. Lecz prawdę swą należy mówić
głośno, nie schlebiając ani - żal się Boże! -
gwelfom i gibelinom polskim, ani rzeczom, ani wypadkom, ani stosunkom, ani
ideom.
Rewolucyjne
uczucie polskie, którego dowodów ród nasz złożył tysiące
tysięcy w czasach niewoli, musi teraz wejść w milion prac,
zamknąć się w krociach wysiłków, wdrożyć się
i wcielić w nieustanne tworzenie. Dom polski musi się osiedzieć,
wesprzeć na wieki na swych starych podmurowaniach i przyciesiach!
Któż jest tak okrutny i szalony, ażeby chciał do tych
świętych ścian zbliżać się z drągiem i
zamiarem ich zdruzgotania! Nie posądzam nikogo o wysługiwanie się
wrogom. Są dusze gorące, którym obmierzł widok biedy, deptanej
przez polskie burżujstwo, tak samo dziś, jak za czasów panowania
wroga. Ale istnieje również snobizm rewolucyjny. Są dusze, którym
pachną piwnice moskiewskie, nalane krwią, dusze tętniące za
możnością pastwienia się, katowania, władania.
Iluż to Dzierżyńskich wzdycha wokół nas za
możnością posiadania nieopisanej władzy!
Któżby
był tak niesprawiedliwy i złośliwy, ażeby twierdzić,
iż reformatorzy moskiewscy pragnęli w duszach swych zniszczenia i
wygłodzenia rosyjskiego ludu. Ale oto na końcu ich marzeń o
uszczęśliwieniu ludzi ubogich tego kraju zjawiła się
jędza ludożerstwa. Z rachunku ich wypadało dobro i piękno,
a rzeczywistość przyniosła śmierć
głodową dziesięciu milionów ludzi, czyli całego
jakowegoś narodu. Pragnęli wygubić najpodlejszą na ziemi
carską tyranię, a zwalali się we krwi po samo serce i nie
wiedzą, gdzie jest koniec ich własnej tyranii.
Polsce zawsze
śmierdział topór i pniak Iwana Groźnego. Tak samo dziś
śmierdzą jej moskiewskie krwawe piwnice i moskiewskie poezje,
sławiące mordowanie. Gdy zajdzie potrzeba stworzenia rewolucji, to
Polska stworzy swoją, lecz nie pójdzie śladem moskiewskiej. Pewnie,
że żywi nieszczęśliwi ludzie nie są
książkami w bibliotece, które mogą do nieskończoności
czekać, aż je kto z miejsca na miejsce przestawi, lecz w Polsce niema
masowego głodu, niema ludożerstwa, straszliwych chorób,
zmiatających całe połacie siedlisk ludzkich i niema potwornego
terroru rządów.
W przeciągu
jednego roku szybkość postępu polskiego wykonuje bieg
nadzwyczajny. Ktokolwiek jechał koleją nadwiślańską w
roku 1919 i 1920 i przejedzie tą samą drogą dziś, musi
doznać radosnego zdumienia. Okazuje się, że kolejnictwo polskie
w przeciągu krótkiego okresu czasu zdołało
osiągnąć jedno z pierwszych miejsc na świecie. Na terenach
tak niszczonych w czasie wojny przez wszelakich najeźdźców,
dążą już pociągi z precyzją i
dokładnością, która zdumiewa cudzoziemca. Dwa lata temu podróżni
stłoczeni i sprasowani w przedziałach, korytarzach, wiszący na
stopniach i dachach, zatarasowujący sobą wyjście i wejście,
odpychali się łokciami i wśród obelg wzajemnych przebijali do
okien, ażeby przez nie wyłazić na zewnątrz i
wyciągać swe rzeczy, wobec niemożności dobicia się do
drzwi. Lokomotywy, zniszczone w czasie wojny, ledwie z największym trudem
i niezmiernym opóźnieniem terminu przybycia wlokły wozy o
zniszczonych osiach i powybijanych oknach do gruzów, resztek i ruin stacyjek,
do baraków z desek naprędce skleconych. Podróż w tych warunkach
była torturą, bitwą i kłótnią nieustanną, powodem
chorób i kalectw. Dziś pociąg przychodzi na miejsce przeznaczenia
precyzyjnie, co do minuty, są dla wszystkich miejsca siedzące,
obsługa pociągu jest nienaganna, a nawet (ze słowiańska)
uprzejma. Po drodze widzi się odbudowane dworce kolejowe. Nie wszystko,
oczywiście, na tej kolei, czy na innych w kraju, doskonałe jest i
już bez zarzutu. Lecz postęp jest tak widoczny i ogromny, iż
uprawnia do najdalej posuniętego optymizmu. Poddaje się z
łatwością intelektowi kierującemu martwy materiał i
intelekt pracownika. Jest to materiał doskonały, pracowity i
posłuszny. Dawał mu dotąd rozkazy wróg, a w systemacie pracy
nikt go nie kształcił i nie urabiał. Jedno i drugie jest w
biegu. Niesłuszne tedy są martwe wyrzekania, naśladowanie
starych wyrzekań, dziś już bezprawne a często nawet
bezmyślne, snobizm wyrzekaniowy, tak powszechny i modny.
W dziale
oświaty Polska czyni kroki ogromne. Gdy za panowania moskiewskiego w b.
Kongresówce było dwa tysiące szkół (z wykładem rosyjskim)
już dziś Polska zjednoczona ma z górą 50 tysięcy
nauczycieli szkół powszechnych, a zdąża do wprowadzenia
nauczania powszechnego, co wymagać będzie stu tysięcy
nauczycieli. Za czasów rosyjskich na terenie b. Kongresówki było osiem
seminariów nauczycielskich, dziś jest czterdzieści cztery
państwowe i dwanaście prywatnych, a na terenie całej
Rzeczypospolitej 152 seminaria. Rozpoczęła się już budowa
wielu szkół powszechnych w Warszawie, Łodzi, Sosnowcu, Pabianicach,
Zgierzu, Lublinie, Kole, Kraśniku i t. d., oraz wiejskich szkół w
najrozmaitszych gminach. Poza gimnazjami Polska liczy 700 szkół
zawodowych. Ze snu wiekowego budzą się najpiękniejsze
dzieła ducha polskiego, jak Krzemieniec, a tam, gdzie miał
panować wiekuisty gwałt i przemoc obca, w Wilnie, w Poznaniu, działają
nowe uniwersytety.
Otrzymaliśmy
w spadku po najeźdźcach 50% analfabetów. Jakież to trzeba
podjąć wysiłki, ażeby młody organizm państwowy,
wśród tylu niebezpieczeństw i przeciwności, mógł
pokonać tego najgorszego z wrogów! Gdy ruszy się wreszcie z miejsca
możność budowania, gdy pójdzie wreszcie pełną
parą przemysł, gdy setki kolei przetną martwe dziedziny, gdy
Poznańskie, któremu zaborca niemiecki narzucał swoje wyroby
wielkoprzemysłowe, stworzy swój własny wielki przemysł, w takich
centrach, jak Bydgoszcz, Poznań, - gdy ocknie się zagłębie
krakowskie, nietknięte prawie zupełnie, gdy siła wodna
tatrzańska i karpacka poruszy tysiące fabryk w tej dzielnicy, a
cała Polska na przemysłową Belgię się zamieni, co jej
przeznaczeniem, - wyjdzie ze swego straszliwego bagna sprawa żydowska.
Proletariat
żydowski, - ów niby to kupiec, a w gruncie rzeczy nędzarz, -
gnijący w małych, beznadziejnie brudnych mieścinach,
zatruwający siebie i te miasta, wyruszy stamtąd do fabryk i zmiesza
się z tłumem robotników. Synowie chłopów, ukończywszy
studia, staną się twórcami kultury nieszlacheckiej, nowej, nieznanej.
Polska nie ma swojej doktryny, to też nie ucina głów przeciwnikom
zbawczej, jakoby, doktryny. Jest ona w położeniu swego bibliotekarza,
Józefa Przyborowskiego, który się biedzi nad sposobami znalezienia
wyjścia ze starych niedorzeczności. I Polska, jak on, szuka swojej
litery X, która by była jej własnym sposobem, jej
środkiem wyjścia w drogę bezkrwawego postępu,
miłość człowieka mającego za hasło. Do
znalezienia swojego własnego X pomaga jej kilka ostrzeżeń
z przeszłości, kilka wyrazów świętych, które z
otchłani cierpień niewoli wynieśli na światło nobiles
ducha polskiego, eupatrydzi, ojcowie.
- "Im
bardziej polepszycie i powiększycie duszę waszą, tym bardziej
polepszycie prawa wasze i powiększycie granice ".
I
najważniejszy ze świętych wyrazów:
- "
Każdej rodzinie rola domowa pod opieką gminy".
Niewidzialnymi
drogami, otworami tajemniczych porów wstępuje tęgie zdrowie w
ciało ojczyzny. Słońce i powietrze je karmi, wiatr je podpiera,
a niepojęta siła życia podwaja i potraja w każdej minucie
siły. Rzeczywistość postępu polskiego tworzy się sama
wszędzie, na całej szerokości ojczyzny. Tworzą ją
ludzie prości, niegłośni, można by powiedzieć,
pospolici, gdyby nie to, że owocność i
pożyteczność ich pracy wynosi ich na czoło: nauczyciel,
inżynier, majster, technik, żołnierz, policjant... Stwarza
ją nieustępliwa, a zawsze ta sama praca uczonych, którzy z
czterech końców świata zeszli się oto i w ciężkiej
biedzie, zaiste proletariackiej, po swojemu budują. Rzesze mechaników,
urzędników i robotników, w najtrudniejszych warunkach, gdy wszystko
sprzysięga się przeciwko tworzeniu przedmiotów i wartości
nowych, stwarzają je w sposób widoczny. Buduje się paliszcze i tworzy
morska ostoja w Gdyni, pobiegła kolej na Hel i na Śląsk, wkrótce
wyjdą nasze własne lokomotywy z fabryk chrzanowskich,
kłębią się dymy nad Łodzią i Warszawą.
Któż kiedy zdoła wypowiedzieć poświęcenie
Ślązaków, nie tylko powstańców, ale zwykłych kolejarzy,
którzy swą pracę musieli wykonywać w walce z wrogiem! Gdy my
wszyscy spokojnie w naszych domach zasypiamy, polski policjant wychodzi na
walkę nocną, na śmiertelny bój i wyścig z bandytą, ze
straszliwym pomiotem wojny, dzikim skolimowskim zbójem. My, którzy żywymi
oczyma patrzyliśmy na ruszczenie i niemczenie dzieci polskich w szkole
ludowej, którzyśmy sami przeszli ohydną szkołę
rosyjską, oglądamy żywymi oczyma narodową szkołę
wędrówki młodzieży po kraju, pielgrzymki jej do morza, do tych
starych miast, polskich z prawieku, które wróg przez tyle lat dziedziczył,
- o czym, jako o ideale nieziszczalnym, marzyliśmy za dni
młodzieńczych. Na drogach ich staje przeszłość
tysiącletnia, jakby wyłoniona spod potopu wód, zawarta w odwiecznych
katedrach, kościołach, zamkach. Rozkładają się przed
nimi szlaki dalekie, prowadzące do dziedzin znajomych, jakby ze snu:
ziemia chełmińska i katedra w Chełmnie, z jej dziką i
straszliwą legendą, w której wszystko jest podstępem, zdradą,
napaścią po nocy i krwawą rzezią, - zwaliska krzyżackiej
warowni między dwoma jeziorami Sztumu, Grudziądz i biskupi Kwidzyn,
Gniew i Toruń, po wtóre, jak za Kazimierza Jagiellończyka, wydarty ze
szponów wroga, - Śląsk w przedziwnym zachowaniu piastowskiej mowy
podobny do zamkowej kaplicy w Lublinie, mowy, której cudność
wyłania się spod niemczyzny, jak tamtej malowidło spod wapna, -
Malbork, w którego wnętrzu, dziedzińcach, grobach, krużgankach,
salach i tajnych schodach czyha takie samo dziś, jak przed pięciuset
laty zaklęte sprzysiężenie na Polskę. Malbork, którego
kilkuset obywateli polskich wśród zalewu niemieckiego bohatersko
głosowało podczas plebiscytu za należeniem do Polski, - a w
trakcie pisania tej pracy miejsce zjazdu wszechniemieckiego z udziałem
korporacji, młodzieży uniwersyteckiej i szkolnej dla obchodzenia
uroczyście rocznicy rozbioru Polski. Na marienburskiej wieży dzwoni
nieumilkły dzwon naszej zagłady. Walka na śmierć odmienna
jest w formie, ale w treści swej ta sama. Czatowanie na nas Henryka von
Plotzke, dybanie na naszą zgubę Ulrycha von Jungingen jest bliskie i
dzisiejsze. Te widma i dziś na nas godzą. "Gruba Berta",
ustawiona w Szczytnie w ciągu paru pierwszych godzin pierwszego dnia po
wypowiedzeniu nam wojny może zburzyć Warszawę, gdyż ta odległość
wynosi sześćdziesiąt kilometrów. Ziemia mazurska jest nasza z
krociami ludu, który mówi polską mową taką samą, jak w
Płocku i na Kurpiach. To też hasłem każdej duszy,
idącej szlakami Polski, czującej, młodej, świadomej, winno
być hasło:
- Patrz w
Szczytno!
Za czasów
niewoli każda budowla, każdy złom muru z lat potęgi Polski
był jedynie zabytkiem i przeżytkiem, kształtem martwym i
już niemym przez swą od nas dalekość, gdy na powierzchni
ziemi wyrastały wciąż przed oczyma cerkwie, zielone dachy
gmachów w stylu "czysto rosyjskim", albo pruskie koszarowe ogromy z
berlińskimi wieżami i blankami. Stare polskie budowania były tak
dalece nieżywe, niemal obce wszystkiemu, co się działo, iż
raczej w nieporadności swej bolały i raziły, niż pokrzepiały
widokiem swojej ruiny, czy bytem zagasłym w przeszłości, tak
niepomiernie dalekiej. Dziś, gdy naleciałość zostawiona na
naszej ziemi przez wrogów, ulega zmieceniu, lub zagarnięta jest przez
władzę, wzięta w służbę, - tamte dawnowieczne
zarysy, kształty, formy wynurzyły się ze swej pomroki,
zajaśniały, posiadły swoją moc dawną i
zbliżyły się do nas na minimalną odległość.
Patrzymy na romańskie kościoły, na mury Kazimierza Wielkiego,
jak na początek tego, co jest dzisiaj, i co jutro objawiać się
będzie w całej potędze. Każdy ułamek muru, wieża,
brama, pomnik, nawet rumowisko, ma swe miejsce i wymowę, stało
się bowiem ogniwem żywego łańcucha. Od zjawiska do zjawiska
idziemy w głąb dziejów, w dal, dokąd pociąga nas
ciekawość nienasycona, do ciemni, zasłanej mgłą
pierwotnych mitów, podań i wierzeń. Jesteśmy wszyscy, jak
Zoryan Dołęga-Chodakowski, przed którym świat niezmierny
się otwierał, kraina czarów, obiecana ziemia dla artystycznej
twórczości.
Współczesna
twórczość polska, jak to mówią, nie pali się do tych
światów. Jest to jej prawo. Nikt nie ma prawa narzucać artyście
ani metody, ani formy, ani tym mniej tematu, nawet sympatii. Ale istnieje
również naturalne prawo przemawiania o tym, iż są jeszcze inne
tematy i inne rodzaje, metody, sposoby twórczości artystycznej poza
istniejącymi i modnymi,- że mogą istnieć inne
czynniki i inne fakty, mogące otworzyć inne sympatie poza
decydującymi obecnie o możliwości artystycznego działania.
Któż bowiem może wiedzieć, czy od wpatrzenia się z
pasją i wzruszeniem w dzieje i życie wyjarzmionej ziemi, w życie
ludu, w jego obyczaj tak wieloraki na tym szerokim zagonie, nie wy kwitnie w
duszy artysty rodzaj nowy, sposób nieznany na świecie i może
nareszcie nasza własna polska sztuka, nie przyniesiona zza granicy, nie
czerpana z innej narodowej twórczości. Okazało się przecie,
iż w Rosji, tak decydującej o naszych "kierunkach" taka
właśnie nowa sztuka wyczarowana została z życia, mowy i
wierzeń ludu przez Jesienina i innych. Może ten argument będzie
miał jakie znaczenie.
W czasie wojny
wszyscy niemal poeci polscy wojowali, wzywali do boju, wsiadali "na
koń" i chwytali "za broń". Po skończeniu wojny
Polska stała się niemodna w poezji, a wszyscy poeci są na
nią niełaskawi. Przed kilkoma laty snobizm twórczy nawet zajęcie
Warszawy przez Prusaków nakazywał rymami opiewać. "Warszawa
wolna!" - wołał poeta. Dziś-przyłączenie
naprawdę - Śląska - przeszło w poezji polskiej bez
najmniejszego echa. Inny nam w dniu dzisiejszym snobizm miłościwie
panuje. Lecz czy tematy, narzucone przezeń, czyli, według
panujących obecnie opinii, należące jedynie do dziedziny sztuki,
na które patrzymy i które traktowane są w dziełach artystów,
wyczerpują w zupełności życie duchowe, sumę wzruszenia
współczesnego człowieka, jego pasji, namiętności, idei,
ogólną, zbiorową, czynną jaźń ludzką? Czy poza
tą sumą, która należy do dziedziny sztuki niema spraw, tak
dalece wstrząsających nas wszystkich, a wstrząsających
niektórych z nas aż do złożenia życia w ofierze za ich
ukształtowanie według woli i wewnętrznego duchowego rozkazu? Czy
sztuka polska zaznaczyła w jakimkolwiek odłamie swoim, rylcem,
barwą, dźwiękiem, albo choćby gwizdaniem melodii, ten
niebywały fakt, iż ziemia chełmińska wróciła do
Polski? Na tym skrawku nadwiślańskiej ziemi urodziła się jędza
przemocy, wyćwiczyły się wszystkie walki, które kulę
ziemską ogarnęły i wszystkie ludy pchnęły do boju. Na
tym skrawku nadwiślańskiej ziemi Niemiec istotnie, w biały
dzień "pluł nam w twarz". Nie mówię o sztuce
politycznej, patriotycznej, uprawiającej politykę i szerzącej
patriotyzm. Nie mówię również o sztuce opisywania narodowych
wypadków. Dawno, bo jeszcze w roku 1833 znakomicie tę sprawę
rozwiązał Juliusz Słowacki w przedmowie do "Lambra",
mówiąc: "myli się ten, kto sądzi, że
narodowość poezji zależy na opisywaniu narodowych wypadków:
wypadki są tylko szatą, ciałem, pod którym trzeba szukać
duszy narodowej, lub duszy świata". Dusza narodu i dusza świata
leży w tych płonych piaskach i niemych lasach, gdzie się
przewija jeszcze niezadeptany ślad bucefała tyranii, która ludy całe
ogniem i mieczem wytępiła. Śni tam bodziec estetyczny, leży
nietknięty wstrząsający impuls, na każdym zakręcie
drogi tkwi zaczajona wieść. Ujęte w olbrzymie epos, w kolosalny
obraz walk "Lites ac res gestae inter Polonos Ordinemque
Cruciferorum", w kronikę Dusburga, w dzieła prześwietne
naszych historyków Dra Kętrzyńskiego, ks. Stanisława Kujota i
innych - dzieje te przejmują do szpiku kości. Niestety, dla artyzmu
polskiego są niemodne.
A jeżeli te
dziedziny, pajęczyną starości osnute, nie nęcą naszego
artysty, to czy zajęło jego uwagę dzieło najżywsze z
żywych - Śląsk? Zajmował uwagę całej kuli
ziemskiej, doprowadził do stanu wrzenia zimne umysły dyplomatów,
wielkorządców, panów świata, stał się kością
niezgody, o którą furia wojny mogła się rozpętać, lecz
artysty polskiego nie wzruszył. To siedlisko nowoczesności, istny
obraz futurystyczny, ta retorta kolosalna, gdzie się ma wygotować
wielkie życie potężnej Polski, gdzie ma się w żelazie
maszyn narodzić jej wola i wiekuista niezniszczalność jej bytu,
nie została zauważona przez artystę polskiego. Gdy ten
strzęp piastowskiej dziedziny wytargany został zębami i pazurami
śląskich powstańców, oddarty przez sumienie świata z mocy
ostatniego z rozbiorców Polski, angielskiego ministra, gdy dokonał
się ów niezapomniany skok narodu najbardziej skrzywdzonego, w sedno
potęgi, - to dzieło boskie nie obudziło w artyzmie polskim ani
jednego westchnienia, równorzędnego mu co do wielkości i siły.
Najnowsze prądy artystyczne we Włoszech, gdzie się
narodziły, we Francji, w Rosji wchłonęły w siebie
życie polityczne tamtych krajów, a suma żywych wstrząsów i przeżyć
nadała dziełom futurystów (i innych kierunków) na każdym miejscu
inne, swoiste, oryginalne zabarwienie. Tamte kierunki są nowymi w istocie
kartami literatury włoskiej, francuskiej, rosyjskiej. U nas, niestety, są
to "ogryzki" cudze, bezbarwne, nieczytelne, dowody rzeczowe snobizmu.
W rzeczach sztuki - "nikt do nas, - my na wszystkie posyłamy
światy"...
|