|
Popęd
naśladowczy jest najbardziej charakterystyczną cechą
człowieka na niskim stopniu jego rozwoju. Im kultura jest niższa, tym
naśladownictwo bardziej rozwinięte. Wysoka cywilizacja stwarza
kreację oryginalną. Na drugim końcu drabiny życiowej, w
sferze geniuszu następuje przezwyciężenie wpływów i
naśladownictwo ustaje. Dziecko jest naśladowcą
bezwzględnym. Wspólność w niemocy, ubóstwo inicjatywy i
samodzielności, łączność w słabości i
niedoli znakomicie odzwierciedlają języki słowiańskie co do
dwu stanów, - pierwotnego niewolnictwa i dziecięcości: nazwy chłop
i chłopiec, rab i rebionok z tego samego wypływają
źródła 1.
W górach
świętokrzyskich, w okolicy wsi Jeleniowa istnieje naturalne w ziemi
zagłębienie, rodzaj rozległej półkolistej areny, gdzie
swego czasu stale przebywały półkoczownicze rodziny cyganów ze swymi
miechami i kowadłami. Wykuwali w tym miejscu koziki z żelaznym
ostrzem, osadzonym w trzonku z jałowcowego pręta, zaopatrzonym w
rowek na ostrze nożyka, oraz w nacięcia zabarwione na czerwono i
zielono. Koziki te, które na rzemyku, zawieszonym u pasa, nosił każdy
mężczyzna tamtych okolic, wykonane przez cyganów, nosiły
nazwę "cyganków". Zdaje się, iż w kształcie
zacięć, rowków, w barwie ozdób cyganka mamy najpierwotniejszy chyba
"prymityw" zdobienia rzeczy ludzką ręką wykonanej. A
jednak i te najpierwotniejsze ozdoby - "cerwiniuśkie, kieby krew,
zieleniuśkie, kieby trowa", - najprostszego z przyrządów
były produktem jakiegoś wzoru, - a dla mieszkańca tamtych okolic
cyganek był przedmiotem nie tylko pożytecznym, lecz i pięknym,
ozdobą, zbytkiem, przybyszem z obcego świata do jednostajnej i
smutnej pustki. Twórca ozdób na trzonku cyganka nie wykonywał ich
według własnego widzimisię, lecz powtarzał pewien typ
uznany za doskonały i znajdujący zatwierdzenie w powszechnym upodobaniu.
Tak samo
wzory malowania ciała wzdłuż żeber, na twarzach i goleniach
przez Australijczyków, gdy mają wykonać taniec corrobori, -
najpierwotniejsza ze sztuk zdobniczych, - nie są wymyślone przez
wyspiarzy w każdym poszczególnym wypadku dowolnie, lecz w głównej
mierze są naśladownictwem czegoś, co było przedtem, a musi
być niezmienne, gdyż ma swą zasadę, swe dalekie przyczyny.
Czynność najbardziej egotyczna, tak niemal indywidualna, jak
załatwianie wszelkich innych potrzeb cielesnych, modne malowanie się
wielkoświatowej strojnisi, zabarwianie na różowo warg, wybielanie
twarzy i szyi, ażeby je uczynić bardziej białymi, niż
może być cera człowieka naszej rasy, albo, na odwrót,
zabarwianie twarzy, szyi i ramion pudrem o kolorze tłuczonej cegły,
ażeby nadać skórze pozór opalenia i ogorzałości bardziej
jaskrawej, niż ją może nadać samo słońce i wiatr
górski, nie są przecie indywidualną twórczością danej
osoby, lecz również naśladowaniem niewolniczym pewnego kryterium
piękności. W akcie tym tkwi pewien hieratyzm - aż do
odwołania go przez pewną tajną instancję, Można by
powiedzieć, iż to jakaś zewnętrzna ręka kieruje
ręką, wykonującą kokieteryjne, zupełnie indywidualne
na pozór smugi i plamy. Najpierwotniejsze ornamenty na przedmiotach i broni
Buszmenów i Eskimosów są naśladownictwem szczegółów, czerpanych
ze świata zwierząt i nie mają wcale cechy figur swobodnie
pomyślanych. Na narzędziach i maczugach widać wyryte zarysy
kangurów, jaszczurów, wężów i ryb. Na przyrządach
kościanych Eskimosów - renifery, foki i wieloryby. "Wyspiarze
adamańscy, którzy omazują się mieszaniną tłuszczu i
ziemi kolorowej, mają ku temu praktyczną rację, gdyż
powłoka z farby ochrania ich skórę od upału i komarów" 2.
Naśladownictwo czyni z tej potrzeby ozdobę, a wreszcie sztukę.
Tak samo ma się rzecz z tatuowaniem skóry za pomocą nakłuć
i zranień. "Często znaki na skórze służą do
innych celów, niż do ozdoby, jak na przykład w Afryce, gdzie
długa blizna na udzie mężczyzny może oznaczać, że
dowiódł męstwa w bitwie". Dopiero pochodnym celem tatuowania
skóry jest piękność. Życie zewnętrzne i uwidocznione
przez poprzedników ślady walki człowieka z przyrodą panują
nad pomysłem zdobniczym najpierwotniejszego z artystów, kierują
ręką, która ozdobę wykonuje i zmusza ją do wykonania w
sposób wskazany. Rysunki na tarczach wojowników amerykańskich są
częstokroć znakami, zaczerpniętymi ze świata
zewnętrznego, podobiznami zwierząt, czy wężów, lecz
przekształconymi na figury totemiczne, opiekuńcze symbole plemienia,
czy rodu. Nie chodzi tam, jak w figurach, widniejących na naszych herbach,
o naturalistyczną wierność. Rysunek zwierzęcia, czy
jaszczura zamienia się na symboliczny znak i znowu, jako taki
ściśle jest kopiowany.
Drugim z
kolei wzorem, uwidoczniającym się w zdobnictwie ludów pierwotnych
jest ornament z dziedziny splatania i wiązania włókien.
Przejście od ozdób na orężu i naczyniu, odtwarzających
zwierzęta i człowieka, czyli naturalnych wrogów wojownika,
myśliwca i łowcy, - do ozdób roślinnych, kwiatowych i splatanych
na wzór włókna, oznacza niezmierną, olbrzymią zmianę w trybie
życia: przejścia do uprawy roli 3. Indusi, Chińczycy, Egipcjanie
stwarzają ozdoby roślinne, jak pierwsi byli twórcami kultury
osiadłej. Ornament roślinny nie zjawia się tedy sam przez
się z prostego wyboru lub natchnienia artysty, lecz jest wynikiem
olbrzymiej społecznej przemiany. Australijczycy i Buszmeni,
zdradzający nadzwyczajne zamiłowanie do plastyki, jako myśliwcy
odtwarzają na łupku, czy na innej powierzchni płaskiego
wnętrza pieczar tylko figury zwierzęce i ludzkie. Jest to
uderzające zjawisko, iż Egipcjanie w swej nieznajomości
perspektywy linii i przestrzeni, w taki sam sposób usiłowali
przedstawić szereg osób, jak dalecy od nich w czasie i przestrzeni
rysownicy buszmeńscy, to jest umieszczając jedną figurę nad
drugą. Rzeźby na rogu renifera z czasów przedhistorycznych, oraz
zadziwiające swą doskonałością rzeźby z
kości, wykonywane przez Eskimosów, odtwarzają tylko świat
zwierząt, albo ryb morskich. Niesłychana wprost pewność,
wprawność, zręczność ręki, w ciągłej
walce osiągnięta, oraz nieomylność oka, nabyta wskutek
ciągłej obserwacji ruchów wroga-zwierzęcia, poparta jest
nieustającym wysiłkiem w czasie przygotowania narzędzi walki.
Pierwotne rzemiosło myśliwskie ćwiczy w ciągu długiego
czasu zdolność plastyczną, podnieca i wytwarza upodobanie do
rysunku, zapala szczególną satysfakcję pieszczenia oka widokiem
pokonanego zwierzęcia, jego kształtem, ruchem, wreszcie samą
jego czystą formą, która z czasem staje się skrótem, schematem,
symbolem i nabiera znaczenia myśli przeniesionej za pomocą obrazka w
czasie i przestrzeni, - czyli pisma.
I poezja
pierwotna posiada w najdawniejszych swoich objawach cechy, jeżeli
można tak się wyrazić, użytkowe. "Myśliwiec
północno-amerykański posiada pieśni, które wyprowadzają go
na trop niedźwiedzia, lub zapewniają mu zwycięstwo nad
nieprzyjacielem" 4.
W poezji pierwotnej najbardziej poziome, materialne uciechy, uczucia
egoistyczno - fizyczne zajmują bardzo wiele miejsca. Tematy drwiące,
wyszydzające, okrutne, niemałą również grają w niej
rolę. Forma pieśni posiada u plemion pierwotnych daleko
większe znaczenie, niż ich treść. Słowa wraz z ich
treścią są tylko dodatkiem, niejako pretekstem, dla
wyśpiewania melodii. Rysem najbardziej charakterystycznym dla pieśni
barbarzyńskich jest powtarzanie się sylab, nie posiadających
żadnego znaczenia. Na każdym naszym pastwisku można
obserwować potwierdzenie tej zasady. Pastuszek, czy pastuszka
wyśpiewuje całe światy swej duszy, owijając melodyjką
nieistniejące słowa:
Oj,-da
moja-da dyna, oj, da-da-da, da-da-da!... Dziecko, cierpiące wśród
ciemięstwa ciężkiej choroby, śpiewa samemu sobie
piosenkę ulgi i pocieszenia, wkładając w swą
własną melodię własne swe słowa, nieistniejące w
języku. Dziecko szczęśliwe, kwitnące wśród szumu drzew
i zapachu kwiatów, śpiewa pieśń radosną,
złożoną z najcudaczniejszych wyrazów, których nikt z
"tamtych", czyli dorosłych, nie może zrozumieć.
Drugie, współuczestnik zabawy, powtarza dźwięk po
dźwięku. Najznamienniejszą cechą formy poezji pierwotnej
jest harmonia naśladowcza, czyli onomatopeja nieświadoma. Znacznie
późniejszym zjawiskiem jest rytm i rym pieśni.
Z tego
świata chłopów-chłopców i rabów - rebionków sztuka szła w
swą nieskończoną, "długą" drogę.
Przybierała najrozmaitsze kształty w ręku Azteków,
Japończyków, Chińczyków, Indusów, Egipcjan, Greków, Rzymian, Maurów,
i narodów Europy w średniowieczu. Kostniała w głuchym
naśladownictwie w kształty hieratyczne perskie, egipskie,
bizantyńskie, romańskie i wyrywała się na nowo w kształty
gotyckie, barokowe i inne. Przebywała olbrzymi zakres rozwoju od
malowideł Australijczyków, wykonanych na jasnych głazach jaskini
czarną farbą z węgla drzewnego, ochrą brunatną i
żółtą, a powleczonych nierozpuszczalną żywiczną
gumą, do wizerunków Mony Lizy Leonarda da Vinci i księcia Norfolk
Tycjana, - i od postaci niewieścich, rytych na zwierciadłach
etruskich do postaci Medyceuszów w ich kaplicy grobowej. Od tych swoich
wierzchołków jakież to światy przebyła,
zdążając do nowego stadium swojego, do kaplicy, gdzie
śnią trzy wielkie cienie świętego Cezanne'a,
świętego Van Gogh'a i świętego Gauguin'a"!5
Poezja -
od pieśni wyśpiewanej wśród dzikiego tańca przez Botokudów,
od legend o Beowulfie, bohaterze, poprzedzającym zjawienie się
rycerstwa na północy, który z obnażonym mieczem żeglował po
morzu wśród dzikich bałwanów, burz lodowatych i zimy wściekle
szalejącej", 6
- od opisów rzezi i mąk, żądzy niebezpieczeństw,
niszczycielskiej wściekłości i swawoli krwiożerczych
instynktów, których pełne są starożytne sagi północne, -
przebywa olbrzymią przestrzeń, aż do epopei Percy Shelley'a The
revolt of Islam, - która stanowi wizję XIX stulecia,
stwierdzoną przez rzeczywistość i wizję pochodu
ludzkości na drogach postępu, - oraz do dramatów Roberta Browninga o
najwyższej potędze słowa, gdzie akcja zawarta w samym dialogu
uwydatnia taką furię uczuć, iż zastępuje
działalność osób i ruch na scenie, a nawet świadomie
skazuje na zagładę akcję dramatyczną, tak, jakoby,
nieodzowną.
W
świecie polskim - od zaginionych pieśni historycznych,
związanych z dziejami Kazimierza Odnowiciela, z Ludgardą,
zamordowaną żoną Przemysława, i innymi osobami, o czym
wspominają Długosz, Bielski, Stryjkowski, - od pieśni ludowych
myśliwskich, rolniczych, obrządkowych i obyczajowych, jak owa o
Krzysztofie Szafrańcu z Pieskowej Skały, co rozbojami się
trudnił, a którą to pieśń chłopi mieli
śpiewać za czasów Bielskiego7
- do gigantycznych rapsodów "Króla Ducha" i scen "Lilli
Wenedy", gdzie dzieje zamierzchłe, dni obecne i
przyszłość splatają się w przedziwną
jedność widzenia całości naszego rodu. W zakresie
zażywania rymu, od najdawniejszych wierszopisów przed Rejem, którzy,
naśladując wzory obce, kusili się o pokonywanie przeszkód nie do
zdobycia, osiągnięte zostały najwyższe szczyty
doskonałości w utworach, zarówno mistrzów romantyzmu, jak ich
spadkobierców nowoczesnych. Harmonia naśladowcza, zaczerpnięta ze
świata zewnętrznego, nie znikła, lecz tu i tam, w ekstazie, w
jasnowidzeniu zasłyszana, daje najszczytniejsze fenomeny sztuki. Poeta
umie odmalować, gdy należy, walkę z niedźwiedziem, lecz
daleko odbiegł od poprzedników swych myśliwców, napastników i
morderców. Nie tylko wypuszcza na wolność sokoła, lecz porwany
razem z nim w niebiosa, otrzymuje naturę sokoła, gdyż zdołał
wyrazić to w słowie:
..."Skoro
pociągnie oczyma
Po
niezmierzonych obszarach błękitnej swojej ojczyzny,
Wolnym
odetchnie powietrzem, szelest swych skrzydeł usłyszy..."
Kiedy
indziej, - wydarty z ziemi rodzinnej, odepchnięty na zawsze od domu
wiejskiego na Litwie, który kochał, stęskniony w dalekiej ziemi i w
dale-kim mieście za ulubioną przyrodą, stwarza sobie
podświadomie burzę wiosenną i z radością słucha,
jak w przepychu słów strzela z jego woli piorun i leci grom ponad
litewskimi siołami:
"I
anioł burzy, na kształt olbrzymiego słońca,
Uciekł w niebo i drzwi chmur zatrzasnął piorunem".
Nie jest
to bynajmniej owoc świadomego dobierania dźwięków, jak
naśladowanie galopu końskiego u Wirgiliusza - "Quadrupedante
putrem sonitu quatit ungula campum", - albo naśladowanie
świadome powiewów zachodniego wiatru przez Shelley'a:
"O
wild West Wind, thou breath of Autumn's being...
Gdybyśmy
nie mieli nawet po temu wyznania samego twórcy, najprawdomówniejszego z poetów:
"Ja
rymów nie dobieram, ja wierszy nie składam,
Takem wszystko napisał, jak tu do was gadam..."
to znajdujemy
dowód w samym obrazie, iż jest on owocem podświadomego
jasnowidztwa. Obraz burzy, wchłonięty jest przez wizjonera w
jej całości, w jej grozie, pięknie, wraz z trwogą,
którą burza niesie z przestrzeni i nocy, wraz z przedziwną
rozkoszą, którą budzi, i pospołu ze wszystkimi
dźwiękami, które się w niej rozlegają. Onomatopeja piorunu
i gromu, najwznioślejsza może, jaka jest w poezji wszechświata,
stworzona została nieumyślnie, bezwiednie, sama przez się, w
natchnieniu.
Inny
jasnowidz, Cyprian Norwid, zdołał wyrazić barwami, blaskami i
dźwiękami sylab, naśladujących pląs wspaniałego
rumaka, nie tylko głuchość plemiennego żalu na
wieść o śmierci Bema, bohatera Ostrołęki,
bożyszcza Węgier, żołnierza, szukającego swej
sławy i dnia zwycięstwa, - lecz w skrócie niewysłowionej
potęgi i piękności, oddać słowem
nieszczęście całego narodu, hańbę niewoli,
klęskę pobitych i niezłomną żądzę wszystkiej
wolności, zamkniętą w duszach:
"Czemu,
cieniu, odjeżdżasz, ręce załamawszy na pancerz
Przy pochodniach, co skrami grają około twych kolan?
Miecz wawrzynem zielony i gromnic płakaniem dziś polan
Rwie się sokół i koń twój podrywa stopy, jak tancerz".
Konieczność
naśladowania sposobów wypowiedzenia się, uzewnętrznienia,
apercepcji poszczególnych wyobrażeń jaźni, czyli świadomości
samego siebie, sposobów już używanych i zużytych przez
poprzedników,- konieczność naśladowania metod prac, które ze
swej strony mają na sobie setne i tysiączne ślady
ćwiczenia, pozostawione przez razy krytyki, - samo dziedziczenie
ogromnej sumy obrazów, doskonale stworzonych wzorów świetnych i
spowszedniałych, prawd artystycznych, uznanych za kanony nieomylne,
niewzruszone,- mniemań i upodobań, -wreszcie konieczność
przezwyciężenia olbrzymiej ilości pomysłów już
zrealizowanych, o ile się ma wykonać rzecz zgoła nową, -
obciąża ramiona i wstrzymuje rękę dzisiejszego twórcy.
Istnieją wyraźne teorie: kopiuj mistrzów, dopóki sam nie staniesz
się mistrzem. Henri Matisse pracowicie kopiował w muzeum Luwru i
wykonywał niezrównane rysunki, nim stał się sobą, a Pablo
Picasso kopiował Puvis de Chayannes'a, nim ze sztuki
murzyńskiej wysnuł swój kubizm.
Naturalnym
staje się wreszcie odruch artysty, pragnienie odepchnięcia
bogactw, które na jego plecy wieki minione włożyły,
strącenia ze siebie tych skarbów i wykonania własnego skoku w
twórczość. Naturalnym staje się pragnienie, żeby
zamknąć oczy na wszystkich mistrzów, nie widzieć Leonarda da
Vinci, zamknąć oczy na Tycjana i, jak futuryści w drugim paragrafie
swego manifestu, decydować o zniszczeniu dzieł Rembrandta, Goyi i
Rodina.
Lecz oto -
istotna oryginalność twórczości futurystycznej wnet staje
się kanonem, wzorem, metodą, jedyną prawdą artystyczną
i w lot zostaje pochwycona przez rzesze wyznawców. Zamiast wzniosłego i
dumnego hasła pogardy dla naśladownictwa, wykwita samo
naśladownictwo, wprawdzie nie starych mistrzów, na śmierć
przeznaczonych, lecz nowych, właśnie nowatorów.
Futuryści
zaznaczają sami z pogardą, iż dokoła ich usiłowań
"nagromadziło się mnóstwo naśladowców i plagiatorów bez
talentu". W najrozmaitszych stronach świata, w krajach
najodleglejszych od źródła nowego kierunku zjawiają się,
jak na komendę, ludzie obdarzeni takim samym, jak tamci widzeniem rzeczy,
taką samą, jak tamci, opanowani pasją wyładowania
wrażeń, osiągniętych ze świata, czy z głębi
jaźni, - czego dawniej nie doświadczali.
Szczerość
artystyczna, osaczona nudą tej nowej formy snobizmu, pchnęła
poetów z tego zaklepanego koła w inną zgoła stronę.
Zapragnęli, pozbywszy się dziedzictwa wszelkich autorytetów i
przezwyciężywszy wszelakie wpływy, tworzyć swe dzieła
tak bezpośrednio, jak tworzy dziecko, lub człowiek pierwotny, zwany
"dzikim". Odczuwać siebie i świat zewnętrzny ze
szczerością dziecka i wyrażać tak po prostu i bez
umówionego kłamstwa, jak wyraża dziecko.
Nie
reprodukować umówionych, niejako, normalnych uczuć, mających
swój kurs na rynku, nie wznawiać przeciętnych powtórzeń, nie
podnosić ani jednej metody, ani jednego sposobu poprzedników.
Znaleźć wyraz swój własny i swoją własną
formę.
"Ja
nie czytam Strindberga, ani Norwida,
Nie przyznaję się do żadnego spadku"-
mówi poeta
Bruno Jasieński.
Czy jednak
można się zdobyć na to, ażeby, będąc
dojrzałym człowiekiem, wyzuć się ze swej
dojrzałości, zawierającej już w sobie znaczną
sumę osiągniętych, podświadomych, zwapniałych niejako
przeżyć i doświadczeń, - czy można
posiąść wrażliwość dziecięcą, czyli
tę sumę szczęścia, jaka jest dostępna jedynie dla
nieświadomego i niedoświadczonego dziecka?
Poeta jest
to odmiana człowieka, w której do starości żyje dziecko, - lecz
sam on dzieckiem nie jest. Suma wspomnień przysłania mu każdy
kwiat, motyla, małą drzewną żabkę, wiewiórkę i
ptaka, które dla oczu dziecka są nagie, nie przesłonięte niczym,
nowe i jego własne, bracia i siostry dziecięcej duszy. Co zaś do
murzynów i wszelkich "dzikich", tudzież egzotycznych, to z tymi
sprawa jeszcze gorzej się przedstawia i trudniejszy ma przebieg.
W
olbrzymim muzeum etnologicznym w Rzymie - "Museo Kircheriano" -
można się w istocie zanurzyć w świat "dzikich",
można go badać, przyswajać sobie, wchłaniać, - ale czy
można go pojąć i odczuć? Będą to studia, badania
antropologiczne, etnologiczne, czy etnograficzne, wreszcie wysnuwanie pewnych
nowych walorów czysto formalnych z form, użytych przez tamtejszych
pracowników. Świata uczuć i wzruszeń, które tamten świat
przedmiotów, czy dzieł wydały, człowiek innej strefy i kultury
przyswoić sobie nie zdołał. W muzeum etnologicznym w Berlinie
znaj-dują się drzwi, ozdobione rzeźbą przez artystę murzyńskiego
z plemienia Haussa 8.
Postaci, wyrzeźbione przez snycerza, sprawiają wrażenie komiczne
i każdy z widzów przypuszcza, iż komiczne wrażenie artysta
pragnął wywołać. Lecz czy tak jest w istocie? Któż
wie, czy jego postaci nie były rzeźbione w celu obudzenia uczuć
religijnych, podniosłych, albo tragicznych. Zbyt wielka przestrzeń
dzieli świat wpływów, jakim podlega murzyn, od świata
wrażeń europejczyka, ażeby mogło nastąpić
obcowanie zupełne i podnieta artystyczna kategorii dostojnej. Taniec murzyński
zapanował w salonach świata burżuazyjnego. Pod względem
formy samej w sobie sztuka murzynów służy za punkt wyjścia dla
artystów europejskich, poszukujących nowych konstrukcji formalnych. Dla
masy filutów i snobów służy ona, jako środek popisu
nowostką, błyszczenia nowym figlem. Na jednej z poprzednich stronic
tego pisma przytoczone były inwektywy Percy Shelleya, skierowane przeciwko
Michałowi Aniołowi za to, iż, zaczerpnąwszy motyw swego
dzieła ze świata religii Greków, ośmielił się, jako
katolik, przedstawić boga Bachusa w postaci pijanicy i zwierzęco
pospolitego rozpustnika. Wielki poeta uważał posąg pijanego
Bachusa Michała Anioła za oburzające i bardziej ponad wszelkie
słowo fałszywe tłumaczenie ducha i znaczenia bóstwa greckiego.
Należy się obawiać, iż chwytanie niefrasobliwą
garścią samej fortuny zewnętrznej religijnych rzeźb
murzynów, czerpanie z tego nowego skarbca egzotycznej sztuki dla załatania
pustki i niemocy wyjałowionej inwencji europejskiej, oburzy jakiegoś
nowego Shelleya, również szczerego, prawdomównego i bezwzględnego w
sądzie i podobne wywołała diatryby.
O wiele
łatwiej od pokonywania tak niezmiernych odległości
geograficznych, kulturalnych i religijnych w sprawie zapładniania jednych
organizacji twórczych przez inne, - dałaby się ta sprawa
przeprowadzić, gdyby skrócić odległość l zmniejszyć
jakość l ilość różnic. Chłopi polscy z ich
życiem i gwarą są światem równie prymitywnym, jak murzyni,
a pod względem sztuki plastycznej, - na ucho mówiąc, - daleko
prymitywniejszym. A jednak ich całkowita jaźń dostępniejsza
jest przecie dla miejskiego przychodnia i gościa, niż jaźń
murzynów. Gdy do mazowieckiej równiny i do mazurów zbliżył się
geniusz Teofila Lenartowicza, to zetknięcie wydało arcydzieła,
jedne z największych w dziejach ludzkiego artyzmu. To zdanie może
być poczytywane za przesadę, gdyż zbyt bliska
odległość czytelnictwa od pewnych utworów,
obrzydliwość naśladownictw, oczytanie się i osłuchanie
niweczy pierwsze wrażenie i paczy jasność sądu.
Doskonałe wnaśladowanie się w T. Lenartowicza, na przykład
Maryi Konopnickiej, sprawiło, iż ten poeta nie jest w modzie, nie
jest wzdłuż i na poprzek obnoszony przez snobów, gdyż pełne
już mamy uszy tego "rodzaju". Jeśli wziąć
najpospolitszy z utworów T. Lenartowicza:
"Przez
zagony, przez pole
Idzie sobie pacholę"...
to mamy
tutaj do czynienia właśnie z utworem natury
"dadaistycznej". Jest to przykład owego odrzucenia wszelkich
wpływów, przykładów i "spadku", którego uroczyście
wypierają się poeci nowocześni. T. Lenartowicz nie należy
do żadnej "szkoły" w literaturze polskiej. Tkwił,
oczywiście, w pewnej grupie rówieśników po-romantycznych, ale nie
należał do niej wcale. Jedynym czynnikiem, który nań
widocznie oddziałał - było Mazowsze i lud mazowiecki. Równina,
rzeka Wisła, drzewa nadwodne, szary widnokrąg, przyziemni ludzie, -
wiosna, lato, jesień, zima... Oto wszystko.
"Przez zagony, przez pole"...
W istocie
- najprzód pod nogą są "zagony", a dalej, w przestrzeni
przed oczyma, dalekie, puste "pole". Idzie
"pacholę",-szara w łachmanach stwora, nie wiadomo nawet
jakiej płci, chłopczyńskiej, czy dziewczyńskiej.
"Wicher-ulewa", a gdy się wszystko skryło w osiedlach,
"to" idzie i śpiewa. "Wyszedł z gaju gajowy"...
Taki sam, jak "to", szary człowiek, leśny łazęga,
do pniaka podobny, tyle tylko, że ma spłowiały, niegdyś
zielony, lampas na zrudziałej czapce, podobnie, jak szary odziemek bukowy
ma nad sobą pod jesień płowiejące gałązki. Ten
to, - jak gdyby zdumiony las przemówił, - "ozwie się w ty
słowy"... To nie są miejskie, pańskie "te słowa",
ani brzmiące w Święto-krzyskim kazaniu o świętej
Katarzynie, zachowane na Litwie, mickiewiczowskie "ta słowa",
lecz tutejsze "ty słowy", jak się właśnie mówi
ponadwisilu, wśród wieskich ludzi. Rozmowa jest prawdziwa, jak ulał.
Tylko takie przecie pytanie mógł rzucić zdumiony człowiek:
"Taka
bieda na dworze, a ty śpiewasz, niebożę"? Słowo
"bieda" jest tutejsze, niezastąpione, malujące wszystko
okrucieństwo, bezlitość, zaciekłość przyrody w
jednym jedynym dźwięku,-a słowo "niebożę"
jest litościwym tchnieniem na te istoty, które są na ziemi niczyje,
ani ludzkie, ani ziemskie, ani nawet nie boże. Ale w słowie
pacholęcia odpowiadają gajowemu wieki i wieki minione, próchnica,
zalegająca wewnętrzne podglebie "smętarzów", na
których już się lasy wysokie wyniosły, brzozy sięgają
długimi gałęźmi do bujnej murawy, jesiennymi kwiatkami
przetkanej, - odpowiadają mu wszystkie dzieje ubożąt, skrzatów
chodzących, z praprawieków mieszkańców tej ziemi piaszczystej,
jałowej, gdzie człowiek w walce, w pracy, w trosce, - brat bratu,
siostra siostrze, - katem się staje.
"Oj,
długom ja płakała, gdy mnie siostra wygnała, gdy ja, biedna
sierota, drżąca stałam u płota".
Lecz oto
radosne rozwiązanie, jedynie istniejące w tym życiu, nie
znającym odmiany:-
"Aż
raz w nocy niedzielnej,
Przy dzwonnicy kościelnej,
Mróz wszelakie czucie ściął
I pan Jezus duszę wziął".
Zupełnie
tak mówią chłopi. Siekące akcenty, w węzeł
wspomnieniowy związane, skupione w jeden obraz, jak gdyby świstem
kosy. Kilkoma kreseczkami, ni to nieomylnym rylcem Jakuba Callota narysowany
jest ten niezapomniany krajobraz: zagony, pole, gaj i te dwie postaci. Jedyny
na widnokręgu przedmiot, rzucający się w oczy, który w tych
polach widać, - to dzwonnica kościelna, - a nad wszystkim zatoczone
wysokie niebo, - jedyna radość, - gdzie już nic z tych
straszliwych konieczności - jadła, przyodziewku, legowiska, - o które
ludzie w walce dzikiej na śmierć się zabijają, a siostra
siostrę "wygania" - "nie trzeba"... Wszystkie
strzeliste ekstazy świętej Teresy, wszystka niezłomna
potęga wiary świętego Alexego i wszystka radosna
ufność świętego Franciszka, co więcej, wszystka
treść wszystkich religii zawarta jest w tym najcudniejszym polskim
westchnieniu: - "idę sobie do nieba". Ta przeczysta
artystycznie, wytworna i mądrze sformułowana sprawa, ta uriańska
perła poezji polskiej, wyrwana jest z surowizny, podjęta z piachu
dróg międzyleśnych, wydobyta z samej istoty bytu, z mowy tutejszego
ludu, o krok od Warszawy. Każde dziecko umie ten poemat na
pamięć, - o, hańbo literatury! - dziady pod kościołem śpiewają
go ludkowi na odpustach, król musiałby się nad nim głęboko
zadumać, jaśnie pan łzy gorzkie ronić... Jest to bowiem
siła, rola i zadanie prawdziwej i wielkiej poezji, iż ludzi, których
na ziemi wszystko rozdziela, różni i od siebie odtrąca, samym widokiem
okropności i skutków różnic, na nowo łączy w jedno, i samo
tylko ludzkie serce w nich odsłania.
Teofil
Lenartowicz jest poetą Mazowsza, jak Juliusz Słowacki poetą
Ukrainy, Mickiewicz Litwy, Kraszewski Wołynia, Sienkiewicz Podlasia, Adolf
Dygasiński Stopnickiego Ponidzia, Tetmajer Podhala, Reymont Ziemi
Łowickiej, Kasprowicz Kujaw. Nam, którzy przecie rośniemy w dumę
i nadymamy się, niczym Malvolio w "Wieczorze Trzech Króli", gdy
nas kto nazwie "Francuzami Północy", wcale nawet nie chodzi o
oryginalność. Chodzi o to, żeby być do kogoś "na
zachodzie" zupełnie podobnymi. Oryginalnością u nas nazywa
się to, gdy ktoś po kryjomu przemyci na targ warszawski, czy
krakowski jakowąś nowostkę z zachodu, czy tam ze wschodu,
wytworzy dookoła tego towaru rumor, czyli "prąd", to jest
ogonek naśladowców, kopistów i plagiatorów. Skoro zaś zjawia się
tutaj na miejscu utwór prawdziwie oryginalny, samoswój, nowy i kapitalny, - to
przechodzi w krainę niepamięci bez wrażenia. Niedawno
zjawił się na naszym literackim "rynku" taki utwór. Jest to
"Historia jednego podwórza" Zygmunta Bartkiewicza. Rzecz
zupełnie własna tego pisarza, pisana językiem i stylem jedynym,
nie posiadającym nigdzie wzoru, ani poprzednika, specjalnie stworzonym dla
wydania ze siebie tego dzieła. Język ten wypłynął z
duszy autora, lecz jest mową dworów mazowieckich i stanowi ich, że
tak powiem, gwarę. Nie będzie to wcale przesadą, gdy powiem,
że utwór ów jest epopeją pewnej formy życia zanikającej,
schnącej w oczach, ginącej. Dla tych zaś, których szczęśliwe
dzieciństwo upłynęło na wsi, pod dachem starego dworu,
wśród starej służby, w rozmowach i głębokich
przyjaźniach z różnymi Frankami, czy Wawrzkami, w ponocnych harcach
tajemnych na ukochanym źrebcu, - ta książka jest wyrazem
szczęścia dzieciństwa i gorzkiego za nim żalu. Utwór ten
przeszedł bez wrażenia, ledwie zauważony, a twórca poklepany,
że tak powiem, po ramieniu. Autor stoi gdzieś z boku, czy w
kącie, nie należy do żadnej literackiej parafii...
Podobny
los spotkał kilka utworów młodego pisarza Jarosława
Iwaszkiewicza. Jest to świetny prozaik i pisarz najzupełniej
oryginalny. Nie umiem inaczej określić wrażenia pewnych opisów,
rzucanych tu i tam w utworach tego poety, jak przyrównując je do
błękitu oddalenia. Ten to błękit nadaje barwę
całej ziemi ukraińskiej, gdzie się przydarzają
najpospolitsze historie młodości, opowiadane ze szczerością
wyznań Jana Jakuba Rousseau, z niewymowną prostotą poufnych
zwierzeń do ucha ukochanej kobiety. Dwa szczerozłote przymioty,
zapowiadające świetnego pisarza, - najzupełniejsza
oryginalność pomysłów i najbezwzględniejsza
szczerość wynurzeń, - ściągnęły na
Jarosława Iwaszkiewicza nie tylko napaści ordynarnych dziennikarskich
felietonistów, zwanych krytykami w stołecznym mieście Warszawie, ale
również rozmaite szarpaniny ze strony panów cenzorów Polski wskrzeszonej i
zjednoczonej, tym śmieszniejsze i godne wyróżnienia, że
zarządzane przez ci-devant literatów i ci-devant
pornografów.
Gdy mowa o
prawdziwej oryginalności w artyzmie polskim, nie może być
pominięty pracownik, który niedawno stanął w szeregu, a już
z niego ustąpił, - Włodzimierz Konieczny. Zazwyczaj cała
niezwykłość, fenomenalność duszy pisarza w piśmie
jedynie się uzewnętrznia. Strumienie poezji przepływają
przez poetę, lecz sam on nie jest poezją. Daleko rzadszym zjawiskiem
jest człowiek, któryby sam był niejako utworem poetyckim. Gdy
dziś spoglądać na życie Włodzimierza Koniecznego, to
się może wydawać, iż on tajnym widzeniem swoim miał
wiadomość, iż życie jego jest bardzo krótkie, a tego
pokładów swej duszy nie może na lata rozłożyć, skarbu
swego rozmienić na drobne i mieszać świętości z
brudem. W nim ciągle żyło święte dziecko. Zachwyt jego
był wciąż pierwotny i taki sam w uniesieniu. Gdy z panem
Stanisławem Witkiewiczem (ojcem), dwaj przyjaciele o takiej
różnicy wieku, spoglądali sobie w oczy, uśmiechali się
radośnie do czegoś, co sami tylko oni dwaj dobrze wiedzieli. Gdy
pewnego razu jechaliśmy we dwu do Włoch, a Włodzio
właściwie pierwszy raz w życiu nie do Włoch, lecz "do
Pestum", w Wenecji wysiadł w głuchą noc i podczas burzy
biegł ku brzegowi, wskoczył w łódź i zginął mi z
oczu, dążąc na statek, zmierzający do Fiume, żeby
"na chwileczkę zobaczyć pana Stanisława w Lowranie".
Nie było w tym wzajemnym umiłowaniu się dwu dusz wytwornych
żadnej zgoła zależności, ani wpływu, gdyż
Konieczny był nowatorem, szukał swej drogi, a najsilniejsza pasja
artystyczna, jaką widziałem, rządziła jego duszą.
Zmagał się z marmurem, wykuwając we Florencji kamień
nadgrobny Zygmunta Krasińskiego, kształtował swe pomysły w
La Ruche w Paryżu, w takiej samotności i biedzie, iż, gdy zapadł
na tyfus i gmina miasta Paryża zabrała go do szpitala epidemicznego,
nie mógł się nawychwalać rozkoszy i państwa bytu, jakiego w
tym to szpitalu, jakoby książę udzielny, doznawał.
Wyszedłszy zaś ze szpitala i siedząc któregoś dnia w Luwrze
przed posągiem Samotrackiej Nike, skomponował wiersz ogłoszony w
"Krytyce".
Nie
należał jeszcze wówczas, o ile wiem do organizacji strzeleckich.
Śmiano się wówczas pokątnie z owego wiersza; - jakimże to
sposobem Nike mogła ucałować go w usta, nie posiadając
głowy? Lecz, widać, dla niego jednego czarująca Nike Samotracka
posiadła, na ramiona przywdziała istotną swą
głowę i jego jedynego pocałowała w usta. Ten tylko wiersz
napisał, a całe w nim życie. Jedyna spowiedź, a tak
powszechna, iż wszystko wyraziła. Gdy nadeszła wojna,
Włodzimierz Konieczny poszedł do legionu. Był w kilkunastu
bitwach. Chwalił wojnę, nazywając ją dalszym ciągiem
swego artyzmu. Mówiono, iż był nieulękłym
żołnierzem i wybitnym oficerem. Gdy go widziałem ostatni raz, ze
śmiechem twierdził, że nie imają się go kule i
omijają go bagnety. Lecz w ostatniej z rzędu bitwie na Wołyniu,
kędyś w rowach strzeleckich, mężnie broniąc swego
stanowiska, zakłuty został bagnetami przez moskiewskich sołdatów
i wraz z utratą owego posterunku wrzucony do wspólnego kędyś
dołu, gdyż niewiadomo wcale, gdzie jest w wołyńskiej ziemi
jego mogiła. Tam - kędyś - Samotracka Nike ucałowała
go w usta.
Wydaje mi
się, iż tej pięknej postaci polskiego artyzmu, temu
człowiekowi całkowitemu w swej cnocie, najmężniejszemu z
mężnych żołnierzy Polski walczącej należy
się cośkolwiek od Polski wolnej i potężnej. Drzewo jej
chwały, wypijając korzeniami swymi tyle przelanej krwi, wessało
i tę najszlachetniejszą ze szlachetnych. Gdyby to było w mojej
mocy, nazwałbym bez wahania imieniem Włodzimierza Koniecznego
jakiś szaniec przedmostowy, który nie może być oddany,
jakiś przyczółek, czy fort, o który, jak o posiadanie sztandaru, na
śmierć walczyć trzeba, jakiś pułk waleczny i po
rzymsku cnotliwy.
_________________________
|