|
Jeżeli
w jakiej sferze artystycznej Polski współczesnej snobizm święci
tryumf najwyższy, - to w teatrze, oraz w tej atmosferze, która teatr
otacza. Wszystko w tej krainie jest snobistycznym tabu. Można bez
przesady powiedzieć, iż dziedzina teatru jest samym czystym snobizmem
w stanie zgęszczonym, i to zarówno twórczość sceniczna,
sceniczna realizacja twórczości, a nade wszystko krytyka. Kto chce do tego
świata wtargnąć, musi przestać być sobą samym,
stać się naśladowcą, przedrzeźniaczem kanonów,
kopistą, trzymać się kodeksu i przepisów, dodatków do przepisów
i zwyczajów urojonych, których przekroczyć nie wolno. Stan taki panuje
nade wszystko w Warszawie, która od niepamiętnych czasów, od samego przedwiośnia
romantyzmu, jest miejscem pobytu i działania i słynie z kutych na
cztery nogi "krytyków i recenzentów". Gdy się jest w
którymkolwiek teatrze podczas "premiery", można nawet mieć
szczęście oglądania twarzą w twarz i własnymi oczyma
tych rozdawców łaski lub niełaski dla dramato- i komediopisarzy, -
owych korepetytorów w zakresie piękna i smaku, oraz walorów scenicznych
dzieł, wystawianych na scenie, którzy pouczają, pracowicie - a
według ich terminologii "wychowują", niedowarzoną,
niekulturalną i w ogóle ciemną publiczność. Publiczność,
pomimo tak już długiej pracy krytyków i recenzentów warszawskich,
trwa wciąż jeszcze w stanie czynnego, lub biernego oporu;
najczęściej nie słucha wskazań, chodzi do teatru na sztuki
potępiane i nie chce chodzić na wychwalane. Co prawda, na obronę
publiczności trzeba przytoczyć tę okoliczność, iż
ogól musiałby się chyba podzielić na dwa stronnictwa,
czerpiące światło teatralne z tej, albo innej gazety, gdyż
częstokroć się zdarza, iż światłonośca
teatralny z jednego organu gani zajadle to właśnie, co drugi wychwala
i podnosi. Ten wymyśla srodze na autora, - niech nim, dajmy na to,
będzie Bernard Shaw, a chwali za to wystawienie sztuki i grę aktorów,
a tamten niezliczoną ilością przemiłych przymiotników
obsypuje, jak pudrem z woreczka, właśnie autora, a miażdży
i piętnuje wystawienie sztuki i grę aktorów. Jedni z tych
niezrównanych wodzirejów estetycznych piszą ciepłe, pełne
szczerego i serdecznego entuzjazmu, pełne niekłamanej sympatii studia
o sobie, poprawiają natomiast pracowicie błędy inscenizacji
Szekspira, korygują treść i ustanawiają ostateczną
redakcję dramatu pod tytułem "Hamlet", oraz
udowadniają czarno na białym Wyspiańskiemu, jak dalece,
będąc skądinąd poprawnym polskim patriotą, nie
znał się na istotnej sceniczności, tudzież na walorach
ściśle teatralnych. Inni kanon estetyczny wywodzą z
antysemityzmu, pilnie i bezsennie czuwając, czy autorem sztuki wystawianej
w teatrze nie jest przypadkiem żyd, albo ktoś taki, kto im jest o
żydostwo mocno podejrzany. Wszystkie jednak te indywidualne przymioty
"biegłych", jak ich pieszczotliwie nazywał komediopisarz
Józef Bliziński, - utopione są w jednym żywiole, w sumie tak
zwanych "praw teatru", których znajomość ci wyjątkowi
eksperci teatralnego interesu w pełni posiadają. Poza kilkoma
jednostkami ze świata poezji i literatury, które sprawę
teatralną dlatego obejmują, iż jest ona jedną ze sfer
poezji i literatury, plejada krytyków składa się z owych przypadkowo
kreowanych przez właścicieli gazet fachowców teatralnych,
felietonistów i dziennikarzy, którzy właściwie są poza nawiasem
literatury, gdyby im odjąć przygodne prawo pisania o teatrze. Prawa
teatru polskiego, które biegli demonstrują tłumowi, wyrosły,
oczywiście, nie tutaj lecz "na zachodzie". Tam istnieją i
kwitną owe prawa twórczości teatralnej, do których tutejszy pegaz
musi się dopasować, dostroić, dociągnąć i
wejść w chomąto, o ile chce być pasowanym na pegaza w
dobrym stylu. Opanowani przez przywidzenie praw teatralnych krytycy, a za
krytykami dyrektorowie teatrów, za dyrektorami reżyserowie, kierownicy i
wszystek w ogóle świat w teatrze miarodajny, mówi o jakimś teatralnym
tabu, którego przekroczyć nikt nie może pod karą
najcięższych zniewag i wyzwisk. Okazało się jednak, iż
poezja łamie z łatwością owe mniemane szranki, w których
jedynie twórczość polska ma stawać i pędzić do mety.
Już dramaty Wyspiańskiego udowodniły, iż kanony, stawione
przez "biegłych", są złudzeniem powszechnym.
Opowiadają, iż najbieglejszy z biegłych, Tadeusz Pawlikowski,
latami trzymał w biurku "Warszawiankę" Wyspiańskiego,
nie decydując się na jej wystawienie, jako utworu niescenicznego, a
więc teatralnie nieartystycznego, nie nadającego się do gry na
scenie, gdzie tylko utwory, nadające się na scenę, czyli
scenicznie artystyczne, mogą być wystawiane. Lecz sprawa ze Stanisławem
Wyspiańskim, jego przyjście na scenę, całkowity i
niebywały tryumf i sukces, nie naprawił stanu rzeczy, lecz go nawet
pogorszył. Przybył bowiem nowy kanon i nowa kategoria snobizmu. Nie
tylko autorzy zaczęli niewolniczo naśladować mistrza,
powstała falanga dramaturgów, piszących nie tyle po polsku, ile po
wyspiańsku, zjawiła się swoista moda wyspiańska, ale nadto
wyrosło nowe tabu, według którego niepisanych zasad tutaj
znowu, na wyżynie Wyspiańskiego, znajduje się cel drogi, ostatni
szczyt, cypel i koniec wszelkiej twórczości w zakresie tragedii i dramatu.
O wystawieniu na scenie utworów Słowackiego i Wyspiańskiego w
świecie dyrektorów, inscenizatorów, reżyserów i krytyków mówi
się z przymkniętymi, albo przewróconymi oczyma, jako o hermeneutyce,
tajnej wiedzy, której arkana posiadają niektórzy wtajemniczeni, ale która
właściwie nigdy i nigdzie zrealizowana być nie może w
sposób im wiadomy, a to wobec ciemnoty publiczności, kołtuństwa
czynników miarodajnych i okropności warunków dzisiejszego teatru. Ilekroć
zaś wystawiony zostanie jakiś utwór tych mistrzów, nastaje larum
biegłych, krzyki i pomstowania na winowajców, a koniec końców skrupia
się na warszawskiej publiczności, która w ordynarny sposób, jak
osioł najpotężniej smagany i szarpany, nie chce po prostu
chodzić na sztuki mistrzów słowa polskiego.
Tymczasem
należy przyznać, iż kilkakrotnie wystawiano dzieła zarówno
Słowackiego, jak Wyspiańskiego możliwie dobrze w naszych
warunkach, na przykład, "Lillę Wenedę" i "Beatrix
Cenci" w Krakowie, oraz w sposób świetny "Wesele" w
Krakowie i w Łodzi za dyrekcji Aleksandra Zelwerowicza. Nie wszystkie
utwory Słowackiego można wystawiać. Przypominam sobie
"Beatrix Cenci", wystawioną za dyrekcji Ludwika Solskiego. Wiem,
na jakie wystawiam się zarzuty, gdy oświadczę, iż tego cudu
słowa, arcypoematu, arcywiersza - niepodobna wytrzymać w teatrze. Gdy
się na scenie zrealizuje, - co jest jej obowiązkiem i zadaniem, - owe
długie jęki torturowanych, nie porywające widza i słuchacza
niczym, obojętne mu najzupełniej, których on przy czytaniu poematu
nie słyszy, - dialogi, w których zatraca się piękno wiersza, a
uwydatnia się długość i wszystka na Szekspirowskim
wrzecionie osnuta nić sztuki, ukazuje się na scenie rzecz po prostu trudna
do zniesienia. Z najpiękniejszego pod słońcem przędziwa
fantazji, wynika realnie sztuka ponura, przeciążona jałową
i martwą okropnością. Wydaje mi się, iż krzywdę
wyrządza Juliuszowi Słowackiemu teatr, wystawiający jego
dzieła, takie, jak "Beatrix Cenci", oparte jedynie na walorach
słowa i wiersza. Tymczasem jednym z kanonów teatralnego snobizmu jest
przeświadczenie, iż wszystko można wystawić. Niedaleki jest
czas, kiedy "Ojcze nasz" Augusta Cieszkowskiego wkroczy na
scenę, ciągnąc za sobą jeremiady krytyków na
nieudolność wystawienia, nieuctwo i obojętność
tłumu widzów, a wyświecające w długich i mądrze
ściągniętych wywodach znajomość rzeczy ich
właśnie, taksatorów i ekspertów, którzy jedynie wiedzą, jak taka
rzecz "powinna być" wystawiona. Zdarzyło mi się
kilkakroć widzieć na scenach wielkomiejskich w Polsce utwory wielkiej
poezji, wystawione w sposób godny najwyższej pochwały. Takim
było, na przykład, wystawienie "Hamleta" w Teatrze Polskim,
pod względem dekoracyjnym niezrównane, aczkolwiek niemal chybione pod
względem gry aktorów. Wytworzył się już zespół
dekoratorów, których można by nazwać mistrzami kulisy, Jak Karol
Frycz, Antoni Drabik i niezwykle pomysłowy technik kulisy Zbigniew
Pronaszko. Istnieją godne najżywszego poklasku prace aktorskie w
"Reducie", aczkolwiek zwichnięte w swym biegu przez uleganie
snobizmowi futurystycznemu. Gdy zachodzi "okoliczność"
wystawienia sztuki najzupełniej oryginalnej młodego autora, jak to
miało miejsce z utworem dramatycznym Stanisława Ignacego Witkiewicza
pod tytułem "Pragmatyści", dzieją się istne
curiosa. Sztuka dostępuje łaski wystawienia, ale po godzinie
jedenastej w nocy, jako pewnego rodzaju dziwoląg, który się pokazuje,
ale się za to nie bierze odpowiedzialności. Do wystawienia utworu,
który wymaga nowych dekoracji i nowego zgoła układu sceny,
zużywa się stare płótna, ustawiając je ku zupełnemu
zgorszeniu i przerażeniu widza, w trójkąt i paprząc je srodze na
futurystyczno. Utwory Stanisława Ignacego Witkiewicza, z dziwnie
oschłego, twardego i jałowego pnia duszy wystrzelające, są
jednak w twórczości dramatycznej naszej oryginalnymi zjawiskami i
zasługują na to, żeby je traktować nie tak po macoszemu,
jak dotąd. Gdy chodzi o wystawienie dzieł znanych, dyrekcje nie
szczędzą kosztów i dekoratorzy łamią sobie głowy.
Młoda i oryginalna twórczość musi czekać "aż
się przedmiot świeży, jak figa ucukruje, jak tytoń
uleży". Przybycie do Warszawy znakomitego znawcy literatury
francuskiej i teatru francuskiego dra Tadeusza Żeleńskiego (Boya)
daje wszelkie gwarancje, iż nasze zapoznanie się z dramatem
francuskim i komedią francuską będzie uzupełnione
świetnymi widowiskami. Kto wie, może nawet ostatnia przeszkoda do
zupełnego zbliżenia się ku kulturze i teatrowi zachodu, -
język polski, - zostanie usunięta i posiądziemy teatr francuski
w Warszawie, jak za czasów księcia Pepi na początku XIX stulecia?.
Nie o
teatr wielkomiejski dla publiczności stosunkowo nielicznej,
złożonej z rozmaitych, niejednolitych narodowo żywiołów,
idzie w tym miejscu, lecz o tak zwany teatr ludowy. Ponieważ tą
sprawą zajmowałem się pilnie w ciągu znacznego
przeciągu czasu i zdobyłem w tej dziedzinie niejakie
doświadczenie, chciałbym tutaj poczynić pewne uwagi. Grono
rzemieślników, ludzi najprostszych, ledwie umiejących czytać
grało "Dziadów" część trzecią (w
Nałęczowie pod Lublinem), co prawda po półrocznym ćwiczeniu
ich przez doskonałego kierownika, artystę rzeźbiarza G., - w
szopie na polu, przeznaczonej w normalnym porządku rzeczy na skład
kartofli, grało w sposób niezrównany, wywierający głębokie
wrażenie na widzów tej miary, co Bolesław Prus, Ignacy Matuszewski,
dr Mieczysław Biernacki. Co prawda inne to były czasy. Kozactwo,
krążące po okolicy mogło lada chwila napaść na
ową szopę "na Pałubach" i nahajami pisać po
plecach widzów nowy akt sztuki, a żandarmi, kryjący się w
sąsiednich parowach i obserwujący przebieg wydarzeń, tworzyli
niejako zewnętrzną scenę tragedii odgrywanej wewnątrz
szopy. Uprzytomnianie wiejskim słuchaczom tych scen arcydzieła poety
w ciemnej jamie o nagim, gliną zlepianym murze, bez dekoracji, przy blasku
lampki naftowej ma we wspomnieniu urok podwójny, tym głębszy, gdy
się zważy, że znikła już potęga żandarmów i
kozaków, tak wówczas niezłomna i nieposkromiona, a został i
zwyciężył sens biednego chłopskiego i rzemieślniczego
teatrum. Grano również "Wesele" Wyspiańskiego, oświetlając
dzieło odczytami i wykładami. Już wówczas jednak
przyszedłem był do przekonania, iż sam nurzam się w
snobizmie, propagując wystawienie takich utworów. Jest to
postępowanie takie, jakby ktoś uczniowi z klasy pierwszej
wkładał w głowę kurs klasy ósmej. Po prawdzie - niema co
grać w tego rodzaju teatrach. "Dziady", "Wesele"...
Jeżeli tedy niema co grać, niema żadnych organów pomocniczych,
jak trupy teatralne wędrowne - dla ludu, - niema publiczności,
gdyż dopiero znaleźć i urobić ją trzeba, to po co
wszczynać tę całą sprawę teatru ludowego? Grać w
miastach sztuki kasowe, pisane według przepisów i reguł jak
najlepszych, wystawiać je w sposób należyty - i spokój.
Zadość się stanie kulturze. "Ludowi nie sztuki trzeba, lecz
chleba", - jak z dawna zdecydowano. A skoro zje otrzymany chleb, - niech
śpi, albo idzie na rozrywkę do karczmy. Od tego przecie jest
"ludem". Tymczasem niezmierna dziedzina twórczości leży
wśród tegoż właśnie ludu. Kto to wie, może tam
również leży "sposób" nieznany nam jeszcze na teatr
narodowy, nasz własny. Inteligencja tylko schylić się ma,
żeby ów sposób zobaczyć, podnieść, wyświetlić i
podać ludowi, jako świetny i najzupełniej odpowiadający
celowi teatr, przede wszystkim, ludowy. Mowa tu o ogromie legend, podań,
klechd, historii, bajek, gadek, opowieści, przywiązanych do ruin,
wzgórz, uroczysk, miejsc szczególnych, mających w każdej okolicy swe
dzieje własne, żyjące zawsze w ustach ludu. Każda w Polsce
ruina ma swą baśń, zniekształconą w sennym
przepomnieniu. Ileż ich jest o królowej Bonie, o Królu Kazimierzu i
Esterce, o otruciu królowej Barbary! Ruin jest sporo. Wyliczę na
przestrzeni samego tylko byłego Królestwa następujące:
Bodzentyn,
Bobolice, Bolesławice, Będzin Bobrowniki, Bąkowa Góra,
Chęciny, Ciechanów, Czarnolas, Czersk, Czerwińsk, Czechówka,
Dąbrowica, Drzewica, Gardzienice, Gostynin, Horodło, Iłża,
Janowiec, Jabłonna, Kazimierz Dolny, Koło, Krupe, Kryłów, Liw,
Lublin, Łęczyca, Mokrzko, Ojców, Ossolin, Olsztyn, Opinogóra, Opatów,
Opoczno, Płowce, Pułtusk, Pieskowa Skała, Pińczów, Rawa,
Rabsztyn, Sandomierz, Smoleń, Sochaczew, Szydłów, Stołpic,
Sielec, Solec, Ujazd, Uniejów, Wiślica, Zamość... Jeżeli do
tego niekompletnego i niedokładnego spisu miejscowości, w których
obszarze dziwne szczerby murów pradawnych wyrywają się z
płaskiej poziomości, spomiędzy chat, stodół i chlewów,
uderzając wyobraźnię prostego człowieka, jak naszą
niewymownie uderzały w dzieciństwie, dodać spis ruin, zamków,
odwiecznych kościołów i śladów minionej przeszłości w
innych dzielnicach, to otrzymamy ogromną sumę punktów na naszej
historycznej mapie, gdzie niewątpliwie kwitnie legenda.
Część tych legend zamkowych na terenie byłego Królestwa
spisał był Adolf Dygasiński, - inne znaleźć można
w rocznikach "Wisły" 1 - Ale poza sferą
legend zamkowych, specjalnie naszych, istnieje przecie cały świat
podań z czasów nowszych, z wojny ostatniej a wreszcie ogromna
ilość bajek i klechd, opływających całą
ziemię i żyjących w naszym przeistoczeniu wioskowym, jak na
przykład, bajki z tysiąca i jednej nocy. Sam w dzieciństwie
słyszałem baśń o pierścieniu Polikratesa, niezrównanie
przekształconą, gdyż rzecz dzieje się w Kielcach,
mieszkaniu króla. Prawie każda bajka kaszubska, czy to przytoczona przez
Stefana Ramułta na końcu jego "Słownika", czy
którakolwiek z ogłoszonych w "Gryfie" organie
młodo-kaszubskim, jest dramatem, który można grać na scenie. A
dopieroż stare zamki i twierdze krzyżackie, których podziemne
jaskinie zbroczone są litewską i słowiańską
krwią, mury wzniesione rękoma słowiańskich jeńców, -
ileż te zawierają w sobie poezji! Katedra w Chełmie, jakby na
rozkaz czarnoksiężnika przeniesiona z Salerno pod nasze północne
niebo, Sartawice, Chojnice i tyle innych miejsc - toż to krynice
podań! Oprócz legend ogólnoludzkich, znanych na całej ziemi i u nas,
oprócz podań historycznych, istnieją jeszcze baśnie czysto
polskie na tle religijnym, rolniczym i pasterskim, baśnie leśne o
zbójach, a w ziemi krakowskiej, śląskiej i kieleckiej dawne ze
średniowiecza, górnicze. Jedną z takich o chłopie Hilarym Mali
ze wsi Czarnowa pod Kielcami zapisał ksiądz Władysław
Siarkowski.
Oczywiście,
iż z tego mnóstwa legend i podań do inscenizacji te tylko mogą
być wybrane, które posiadają warunki po temu, -- mniej więcej
jedność miejsca, osób i czasu, - oraz odpowiednie zalety, -
piękno wewnętrzne i moralne, poezję akcji, no, i łatwe
są do zrealizowania.
Zdarzyło
mi się być swego czasu we Fiesole w tamecznym starorzymskim
teatrze, arenie na otwartym powietrzu, gdy wystawiano "Bachantki"
Eurypidesa. To niezapomniane teatrum, jest dla mnie punktem wyjścia, gdy
się stawia zagadnienie teatru ludowego w Polsce "Bachantki"
Eurypidesa, które ułożeniem scen, ruchem radosnym, lub posępnym,
chórów, tak głębokie sprawiają wrażenie, to nic innego,
tylko legenda, spisana i udramatyzowana przez wielkiego tragika i ujęta w
ramy starogreckiej sceny. Tak samo u nas można w porze letniej bez budynku
teatralnego w polu, pod górą, gdzie miejsce tworzyć będzie
naturalną arenę, na tle jednej z ruin zamkowych, grać nasze
baśnie i podania, Jak w starogreckim teatrze możliwość
ujęcia w jedno skomplikowanej treści polega na umiejętnym
rozkładzie miejsc dla chóru, dla przewodniczek chóru, samej sceny domu
królewskiego na scenie, tak samo w inscenizacji którejkolwiek z legend, miejsca
powinny być podzielone, choćby zwyczajnym płotem
chróścianym, czy cierniowym, wobec czego akcja skomplikowana przez
rozbieżności czasu i miejsca, może być jednocześnie
uwidoczniona i zmieścić się w tym samym widowisku. Zamek na nowo
ożyje, gdy w czasie przedstawienia będą z jego pieczar
wychodzić postaci legendy, a inne postaci będą się
wynurzać nie zza kulis, lecz z zarośli i z opłotków przygodnych,
które do każdej sztuki będą mogły mieć kształt
inny. W tych to opłotkach mogą się przewijać przed oczami
widza plastyczne kształty legendy, jej treść, rozmaita w czasie
i przestrzeni, podczas gdy na głównej scenie będzie uwidoczniona
najistotniejsza iścizna dramatu, czy komedii. Komedii również,
gdyż legendy zawierają wszelkie dramatyczne rodzaje. Rzecz oczywista,
iż wyborem sztuki musi kierować doradca literacki fachowy, a
samą grą amatorów - zawodowy aktor, który zarazem Wskaże, jak
robić tanio kostiumy i przygotowywać wszelkie akcesoria
niezbędne najtańszym sposobem. Aktor również da wszelkie
wskazówki zawodowe i wyszkoli zespół młodzieży, która zechce
odgrywać swe własne dzieło. W ten sposób z naszych wiejskich
zaułków może wypłynąć sztuka najzupełniej nowa,
nasza własna nie tylko co do treści, ale i co do nowej zgoła
formy. Widziałem niegdyś nie takie, lecz podobne przedstawienie w
Szwajcarii, w Rapperswilu. Miejscowy lekarz napisał sztukę z czasów
przyłączenia się mieściny "Stadt und Republik
Rapperswil" do szwajcarskiego związku wolnych kantonów i walki
zaciekłej z rycerzami Habsburgami, siedzącymi w zamczysku
rapperswilskim, które było gniazdem rodowym późniejszych cesarzy
Austrii z przyległościami. Sztukę tę grała cała
niemal ludność miasteczka na zwyczajnym podwyższeniu z desek w
rynku miejskim, a widzami byli goście ze wsi okolicznych kantonu St.
Gallen. Gdy związkowcy w strojach historycznych, w przyłbicach, z
rogami krowimi na głowach, z łukami i dzidami zstępowali z gór,
trąbiąc na rogach, uniesienie ogarniało widzów. Cała
ludność episjerska i wyrabiająca sery opanowana została
przez demona sztuki i przeniesiona w odległe wieki. Ziszczała
się w oczach jedność czasu, ginęło niegdyś i
dziś. Na czwartym, czy piątym przedstawieniu niedzielnym już
literalnie miejsc nie było, gdyż przyjeżdżały
pociągi za pociągami, wiozące gości z sąsiednich
kantonów. Ciężkie Szwajcary nie są entuzjastami sztuki i nie
przewyższają naszych chłopów, rzemieślników i robotników w
pasji teatralnej.
Zespół
inteligencji literackiej, któryby się tą sprawą zajął,
musiałby dokonać wyboru sztuk i oświetlić klechdy
odczytami, wyjaśniającymi treść, pochodzenie i znaczenie
baśni. Pomysły te nie są czczą i jałową,
niepragmatyczną projektomanią, tak obecnie pospolitą, lecz
wychodzą właściwie ze sfery najbardziej miarodajnej, bo
aktorskiej. W piśmie p. t. "Teatr Ludowy" (z r. 1922) w
artykułach pp. W. Budzyńskiego i Witolda Wandurskiego poruszona
została ze strony technicznej kwestia "inscenizacji podań
ludowych" i przygotowana poniekąd do wystawienia baśń o
"Madejowym łożu". Jest to już pierwszy krok w kierunku
realizacji tej wielkiej sprawy, która może mieć nieobliczalnie
doniosłe następstwa w dziele wdrożenia w prosty naród polski
sprawy rzeczywistego artyzmu, gdy będzie mógł ujrzeć na jawie
zbiorowo zbiorowe widziadła, co się snują od wieków dookoła
węgłów jego schronisk prostaczych.
|