|
Obróciło
się koło dziejów, to też z tego użyczenia losu, trzeba co
tchu korzystać, nie tracąc czasu na czcze przechwałki i
napawanie się pychą. Oto na język polski tych, co zostali poza
linią graniczną, nastaje Niemiec na Śląsku, nieodkupionym
jeszcze świętą powstańczą krwią, - na Mazurach, w
Malborskiem, Sztumskiem, w Gdańszczyźnie i za granicą
zachodnią,- pobratymiec Czech w Cieszyńskiem i Litwinisko tak stare,
a tak wciąż głupie. Ale już drugi swój Grunwald przemoc
niemiecka znalazła i nigdy już Moskal nie nastąpi na
Polskę. Można więc, nie lękając się posądzenia
o szerzenie rusycyzmów, cofnąć się wstecz i podejmować
słowiańskie nazwy i formy, brzmiące w "Bogurodzicy" i
w tych szczątkach, które uczeni nasi niestrudzoną, a prawdziwie
zbożną pracą nam odsłonili i wciąż
odsłaniają. Nie chodzi o to, ażeby te wyrazy i formy na
gwałt i ogółem wcielać do mowy potocznej, - lecz o to, żeby
te wyrazy, nieznane Lindemu, mieć w zasobie języka i używać
ich w dziełach naukowych i literackich, jako synonimów, tudzież dla
wypełnienia braków nazw i pojęć, a zwłaszcza, jako
zastępstwo wyrazów, później wtrąconych, niemieckich. Nie chodzi
również o to, ażeby rugować z języka jakikolwiek wyraz
niemiecki, który weń wrósł i przystał do rzeczy jako jej znak
widomy, przyrósł do tego miejsca i ma już swe dzieje po prostu z
tutejszymi rzeczami i sprawami. Nie rugowałbym takich nawet koczkodanów,
jak od czasu wprowadzenia poczty przez Austriaków w "Zachodniej
Galicji", grasujący wciąż jeszcze w Kielcach bryftrygier
(listonosz), banhof, tudzież foksal (dworzec kolejowy),
zdobiące słownictwo innych okolic, i mnóstwa nieprzebranego
germanizmów na Pomorzu, w Poznańskiem i na Śląsku. Mają one
swe miejsce w dziejach języka. Lecz jeśli ktoś użyje
zamiast wyrazu kielnia (die Kelle), nazwy starej korzkiew, -
zamiast wyrazu dyszel (die Deichsel, dolno-niemieckie die Diessel)
starej nazwy oje, - zamiast wyrazu sala (der Saal) wyrazu samborza,
(który, zapewne, jest źródłem nazwy wsi sandomierskiej Samboborzec,
czyli dworzyszcze pełne sal), - zamiast, a raczej obok wyrazów,
bać się, lękać się, postawi trzeci stopień,
najwyższy - zrzasnąć się - (Krzysztof Radziwiłł
pisze do króla, przedstawiając mu sytuację polityczną:
"Najjaśniejszy panie, trzeba się nie tylko bać, trzeba
się lękać..."), - ażeby tego rodzaju nowacje nie
były poczytywane za wykroczenia przeciwko czystości języka, za
neologizmy, rusycyzmy i t. p. Gdy wyjdzie słownik mowy staropolskiej,
opracowywany i przygotowany już, pono, do druku przez prof. Jana
Łosia, niezmierzone bogactwo, przepych, piękno i dostojeństwo
starych wyrazów stanie przed literaturą polską.
Od chwili
wskrzeszenia niepodległości stoi otworem przed
społeczeństwem i jego piśmiennictwem drugi skarbiec,
stokroć obfitszy, to jest gwary, objęte już granicami
państwa. Nie potrzebuje już teraz językoznawca i zbieracz
przemykać się chyłkiem, kryć za pseudonimem swych prac
czcigodnych, jak musiał to czynić nieodżałowany Hieronim
Łopaciński, który swą naturę, instynkt i cnotę
wrodzoną pszczoły, a zdobytą wiedzę, - istny promień
Roentgena, - musiał chować, jako występek, wobec kierowników
państwowego gimnazjum w Lublinie, gdzie dla chleba wykładał
łacinę. Wewnątrz kraju można zbierać słowa w
biały dzień, jak żyto na polu. Trudno by tu było
wyliczyć cały zastęp poprzedników, którzy od dawna pracowali nad
zgromadzeniem słowostanu gwarowego. Nieocenione zasługi
położyli: Oskar Kolberg, prof. Lucjan Malinowski, Karol Appel, P.
Bykowski, Jan Karłowicz, Dr Aleksander Brückner, Zygmunt Gloger, prof. Jan
Łoś, Stanisław Ciszewski, Józef Grajnert, Stefan Ramułt,
Andrzej Podbereski, Dr Nadmorski, Dr Lorentz, Antoni Kalina, J. S. Ziemba,
Edward Rulikowski, Stefania Ulanowska, Adam Zakrzewski, Józef Muszyński,
Karol Matyas, Jan Sembrzycki, Seweryn Udziela, Aleksander Petrow, Prof.
Zawiliński, prof. Juliusz Zborowski, prof. Lehr, M. Witanowski, ks.
Władysław Siarkowski i wielu innych. Niektóre okolice cieszyły
się specjalnymi względami badaczy. Do tych należały przede
wszystkim Kaszuby. Posiadły one specjalny słownik Stefana
Ramułta1, a nadto język Kaszubów był badany
przez cały szereg uczonych, jak Aleksandra Berka, dr Lorentza, prof.
Baudouina de Curtenay, Karłowicza, prof. Nitscha i innych. Nadzwyczajne
zasługi dla gwaroznawstwa położył Jan Karłowicz. Nie
tylko doprowadził do wydania "Słownika gwar polskich", lecz
umiał znaleźć i zachęcić cały szereg pracowników,
którzy, dzięki jego inicjatywie i kierownictwu, poczęli
gromadzić materiały i spisywać słowniki miejscowe. Za
czasów Jana Karłowicza istniał formalny ruch umysłowy,
widać było "prąd", dążący w kierunku
ludo-znawstwa i gromadzenia gwar ludowych. Wychodziły pisma specjalne, jak
"Wisła", "Prace filologiczne" skupiające szereg
ludzi świadomych doniosłości tej sprawy. Dziś prądu
żadnego nie ma, wśród inteligencji panuje do chłopów zdecydowana
nienawiść, jako do "paskarzy" i "chamów", a
najświetniejsi publicyści cały lud polski obryzgują jadem
wzgardy i obrazy. Jeżeli gdzie panuje świadoma i żywa praca, to
jedynie wśród nielicznego grona specjalistów, którzy po dawnemu
prowadzą rzecz swoją. Przede wszystkim niestrudzony prof. dr
Kazimierz Nitsch, ten geograf wyrazów, który obiega granice i sieciami osnuwa
krańce nazw, niczym pracowity pająk, mający w sobie swą
własną, wewnętrzną wiedzę o potrzebie takich a nie
innych zabiegów i takich a nie innych kierunków swych mądrych nici i
sieci. Inteligentny ogół nie interesuje się tymi sprawami. Literatura
nie kwapi się wcale do poznania tych tam poczynań. Żadnego
wrażenia na "łamach" pism literackich nie wywołał
artykuł Prof. Kazimierza Nitscha w t. VIII. "Rocznika
Slawistycznego"2, zajmujący się
właśnie geografią wyrazów polskich. Prof. Nitsch
przedstawił w tej pracy rezultat swych badań, które
umożliwiły mu nakreślenie kilku map Polski z zaznaczeniem granic
rozmaitych nazw i terytorium, gdzie rozmieszczone są synonimy:
1) wilga,
(wywielga, zofia, boguwola, żołna); 2) nietoperz, (mętoperz,
szętoperz, latoperz, gacoperz, gacek, wieczorek, zaskórlak, cholewiarz);
3) kogut, (kokot, kohot, kogut, piejak, kur, krrak); 4) przycieś,
(podwalina, spodek, tram, podrąb, próg, szwela); 5) krokwie, (kozły,
koźliny); 6) banty (jętki, pęta, hembałki, kokoszki)i; 7)
kalenica, (kalonka, warst, siodło, strop, wierzch); 8) klepisko,
(bojowisko, bojewica, gumno); 9) zapole, (przyczółek, zastronie, zasiek,
sąsiek, ćwierć, wach, zabłąże); 10) sworzeń,
(sierdzeń, zworzeń, szpernal); 11) ryczan, (obartel, kierownik,
kołowrót, dreszmel).
Zakreślając
na mapie kraju specjalnym zabarwieniem i najdogodniejszymi dla oka znakami
teren i granice każdego z jedenastu głównych wyrazów, oraz dzielnice
jego synonimów, językoznawca daje plastyczny, jasny, dogodny obraz obszaru
zasadniczego brzmienia danej nazwy i jego równorzędników, czyli
ułatwia widzowi dokonanie wyboru, rysuje drogę dziejową
każdego wyrazu, jego pochód, zakres władania, skąd wyszedł
i dokąd zabrnął, - przedstawia w tablicy graficznej
materiał do historii kultury rodzimej i wpływu obcego na terytorium
Polski. Oczywista rzecz, iż jeden badacz nie może tak cyklopicznej
roboty wykonać co do wszystkich wyrazów i całości języka.
Dla narysowania map dwunastu rzeczy-wyrazów i ich synonimów musiał on
przejść, czy przejechać setki i setki miejsc, zbadać, jak
dany przedmiot w danym miejscu nazywają - wilga, boguwola, zofia, czy
żołna, - znaleźć granicę na północy kura i
koguta, a na zachodzie zazębienie kokota i koguta, a więc nie tylko
przemierzyć ogromne przestrzenie, lecz zbaczać na prawo i na lewo dla
znalezienia linii demarkacyjnej. Pomagała mu w tej pracy - wojna, a raczej
wytworzone przez wojnę obozy jeńców, - oraz korespondencja prywatna,
prowadzona z rozmaitymi życzliwymi zbieraczami na prowincji,
odpowiadającymi na kwestionariusz, ogłoszony w tej materii.
Językoznawca powinien właściwie tylko segregować zebrane
materiały. Samą pracę notowania topografii rzeczy-wyrazów
powinna wykonywać inteligencja polska wszystkich dzielnic, na wzór
inteligencji poznańskiej, która już na kwestionariusze prof. Nitscha
odpowiadała, oraz na arcywzór inteligencji niemieckiej, która
właśnie swój wielki słownik narodowy w taki sposób zbiorowo
prowadzi. Rzecz jest prosta i łatwa. Ktokolwiek styka się z ludem:
ksiądz, organista, lekarz, aptekarz, weterynarz, geometra, budowniczy,
rolnik, kierownik sklepu, urzędnik pocztowy, administracyjny, powiatowy,
gminny, a nawet sam wszechobecny agitator przedwyborczy, słysząc z
ust ludu autentyczną nazwę swoistą, może ją przecie
zapisać na kartce korespondencyjnej z podaniem dokładnym
miejscowości, gdzie przebywa jego rozmówca, który tak oto dany przedmiot,
w kwestionariuszu wymieniony, nazywa. Oczywiście musiałby być
sporządzony przede wszystkim kwestionariusz co do porządku zbierania
wyrazów, plan tej pracy i biuro centralne odbiorcze, do którego
należałoby dla użytku językoznawców cały zebrany
materiał adresować.
Nastręcza
się pytanie, czy ta praca jest tak dalece pilna, ażeby ją w
sposób zbiorowy i masowy prowadzić. Otóż tak jest niewątpliwie.
Najeźdźcy zagrażali całości języka i rugowali go
za pomocą szkoły, wojska, sądu i urzędów przeważnie na
okrainach. W środku kraju polskiego wpływ rosyjski i niemiecki na
zanikanie gwar był nieznaczny. Przeciwnie, nędzny stan szkolnictwa
pod zaborem rosyjskim konserwował istnienie dawnego chłopskiego
sposobu mówienia. Niepodległość Polski przyniosła w tej
dziedzinie "niebezpieczeństwo" zasadnicze: szkolnictwo
wyższe i niższe, mowę narodową w sądzie,
urzędach, wojsku i na zgromadzeniach publicznych. Gdy wprowadzona zostanie
w życie reforma rolna, powstanie typ rolnika, zbliżony pod
względem obszaru ziemi posiadanej i normy życia do typu
wielkopolskiego, pomorskiego i sztumskiego gospodarza, zwanego z niemiecka
gburem (Gebauer). Podobnie, jak tam, gdzie synowie gburów stanowią
całą niemal nową inteligencję, - księży,
adwokatów, lekarzy, notariuszy, dziennikarzy i t. p., - dziatwa
wieśniaków, czy rolników tego nowego typu na całym obszarze Polski
zapełni tysiące tysięcy szkół, a później urzędów
i stanowisk społecznych, kulturalnych i oświatowych. Język
krakowski, historyczny, wielkomiejski, pański, którym obecnie mówimy,
stanie się językiem tej przyszłej warstwy, nowych zastępów
nowej kultury polskiej. Przez snobizm właśnie, o którym wyżej
tyle było mowy, ta nowa fala inteligencji, wychodząca z łona
chłopstwa, wstydząc się, naturalną koleją rzeczy,
swego prostactwa domowego i gardząc mową nieokrzesanych ojców,
będzie kultywowała z przesadą pański, miejski,
wielkoświatowy sposób mówienia, a tym sposobem, przy ogólnym podniesieniu
się stopy życia wiejskiego, spowoduje, jeżeli nie zupełny
zanik, to głębokie przyćmienie gwary. Tak w oczach naszych, w
oczach jednego pokolenia, stopniała gwara kaszubska w objęciach
kulturalnej niemczyzny, przechodząc do stanu pół-mowy, mieszańca
kaszubsko-niemieckiego. Kaszub wstydzi się swej mowy wobec Polaka, który
tę mowę ośmiesza, jako zepsutą polszczyznę, woli tedy
mówić poprawnie po niemiecku, gdyż wtedy nikt nie traktuje go, jako
typu niższej kategorii. Teraz na tę resztkę gwary kaszubskiej
napływa wielkomiejski język polski i do reszty wytrzebi gwarę. W
szkołach kaszubskich dzieci wyśpiewują krakowiaki i uczą
się czystej polszczyzny. Jest to proces, z pewnością,
nieunikniony, lecz tym też gorętsze i szybsze musi być notowanie
zasobów gwarowych.
Drugim powodem
konieczności jak najszybszego spisywania gwar jest tworzenie
słowników specjalnych. Pragnąc wydźwignąć język z
objęć terminologii fachowej niemieckiej, w najrozmaitszych
dziedzinach techniki poczęto tworzyć słownictwo, spisywać
słowniki i ogłaszać je drukiem. Te spisy narzędzi i
czynności, wyrażone po polsku, o ile miałem
możność zapoznać się z nimi, w przeważnej mierze
składają się z neologizmów. Są to zbiory nazw, ukutych
nieraz bardzo trafnie i pomysłowo, nawet w zgodzie z językiem, ale
mają to na sobie piętno, iż są nowotworami,
nieistniejącymi w mowie polskiej. Dobrze jeszcze, gdy nowa nazwa jest
imioniskiem nowego zgoła przedmiotu. Tymczasem większość
wyrazów tak wyrobionych z niczego,- na przykład w budownictwie,
ciesielstwie, stolarstwie,- istnieje od wieków w mowie ludowej, lecz, wskutek
swego ukrycia w mroku życia jest nam nieznana. Już ta cząstka
wyrazów w geografii prof. K. Nitscha, którą ogłosił w
"Roczniku Slawistycznym", wskazuje, czego mogłaby dokonać
masowa praca inteligencji. Cóż uczynić z wyrazem, który przez wieki
istniał w dialekcie, gdy nowy wyraz, neologizm, wtłoczony zostanie w
pamięć ucznia szkoły technicznej? Na nowo skazać go na
zapomnienie? Logicznie przedstwiała by się ta sprawa w ten sposób, by
człowiek, układający jakikolwiek słownik techniczny,
miał przed oczyma wyrazy ludowe, określające przedmiot, który on
ma do słownika, a przez słownik do szkoły i warsztatu
wprowadzić,-a z liczby synonimów, uwidocznionych na mapie kraju,
wybierał ten, któryby był najbardziej odpowiedni, najłatwiej
wpadał w ucho, najpiękniej brzmiał i najobszerniejsze terytorium
obejmował w żywej, gorącej mowie.
Ażeby
tę sprawę raz poruszyć, należałoby zacząć od
jakiejś czynności. Uważam, iż, na przykład,
wędrówki po kraju skautów, studentów i starszych uczniów mogłyby
sobie obrać za cel zbieranie wyrazów, jak się zbiera kwiaty, lub
motyle. Można by przebywać kraj od Warty po Wilię, notując
nazwy poszczególnych części wozu w każdej okolicy i ta jedna
próba dałaby już pewien obraz. Gdy się bowiem taki zebrany
materiał części wozu oprze o dane, zawarte w zbiorze p. t. "Rationes
curiae Vladislai Jagiellonis et Hedvigis regum Poloniae", wydanym w
Krakowie w r. 1896 przez prof. Piekosińskiego, gdzie uwidocznione są
takie nazwy części wozu, jak - oś, maź, maźnica,
połuba (przykrycie wozu), przykoszki, albo półkoszki, podkłady,
podośki, szyny, barczce, czyli wagi ( - liczba pojedyncza barczcza,
bartcza, barcza), łanwie (niemieckie Lanne), postronki, pokład
i t. d., - to otrzymalibyśmy pewien rys historii wozu w Polsce i jego
obecnego bytu. W podobny sposób można by zbierać nazwy
części składowych narzędzi rolniczych, najprostszych i
najpierwotniejszych: - cepów (dzierżak, bijak, gązwy) pługa
(klęk, trzusło, lemiesz i t d.), motyki, kosy, grabi, siekiery,
wideł. Inne grupy zbieraczy mogłyby gromadzić synonimy nazw
przyrządów rybackich, oparłszy się o prace Bolesława
Śląskiego 3. Spotykając na swej drodze
nazwę odmienną od podanej już, jak gdyby zasadniczej i niejako
normalnej, zanotować na kartce pocztowej dokładne brzmienie
rzeczy-wyrazu z podaniem miejsca, wsi, osiedla, przysiółka, gdzie taka
nazwa żyje w ustach ludzkich, i wysłać kartkę pod
następującym adresem: Kraków. Akademia Umiejętności. Ulica Sławkowska
dla prof. dra Kazimierza Nitscha. Niektóre gwary, jak to już
zaznaczyłem, dostąpiły tego zaszczytu, iż dawniej już
spisane zostały, zbadane umiejętnie przez siły fachowe,
dopełniane starannie, a nawet wywyższone ponad wszystkie inne, ponad
sam język ogólno polski przez poetów i literatów, którzy w tej gwarze
właśnie pisali utwory o wysokiej artystycznej wartości. Tego
zaszczytu dostąpiły gwary kaszubska i podhalańska. Co do
ostatniej, to należy nadmienić, iż w samej już nazwie tej
gwary widać wpływ obcy, gdyż wyraz "hala" nie brzmi po
polsku, lecz ze słowacka. Gdy po raz pierwszy (po Stanisławie
Staszicu) zawitali z dólskiego świata do Tatr poeci polscy Seweryn
Goszczyński i Wincenty Pol, góry i lud, życie pasterskie i obyczaje
wywarły na nich tak wielkie wrażenie, iż wysławiali te
strony w swych pięknych dziełach. Dzieła te pisane są
językiem nizinnym, dólskim, krakowskim. Gwara góralska nie przemówiła
wcale do S. Goszczyńskiego, choć ją słyszał.
Patrząc na górali i słuchając ich mowy, w istocie nie
widział ich i nie słyszał. Przyniósł ze sobą nie tylko
język, którym niby to jego górale przemawiają, oraz wyobrażenie
jakichś górali, których można by nazwać wyśnionymi. W
poemacie p. t. "Sobótka" S. Goszczyński przytacza niektóre
wyrazy góralskie, jak smerek, juhas, juhaska, guńka, żętyca,
koszary, baca, gęśle, gazda, - lecz bohaterowie jego poematu
przemawiają iście operowymi ariami i prowadzą dialogi w sposób
najzupełniej wymyślony z głowy. Mowa ich jest to najczystsza
wielkomiejska polszczyzna, a treść ich przemówień to zacne
myśli belwederczyka i czcigodne sny towiańczyka. Tak to język
krakowski popłynął nawet w górę rzek, Dunajcem i
dosięgnął do szczytu Wyżki. Gdy zaś przed laty
Zakopane "odkryte" zostało przez Dra Chałubińskiego, a
grono miłośników gór rzuciło się do badania sprzętów,
zdobnictwa i budownictwa góralskiego (p. Bronisław Dembowski, dr
Władysław Matlakowski, Stanisław Witkiewicz), - podniesiono
gwarę podhalańską do wyżyny języka pra-polskiego,
entuzjazmowano się nim i stawiano na miejscu naczelnym. Stanisław
Witkiewicz tłumaczył na gwarę podhalańską
"Fioretti" św. Franciszka z Asyżu, a Kazimierz
Przerwa-Tetmajer w gwarze wyrzeźbił swe arcydzieło "Na
skalnym Podhalu". O ile pierwsi poeci tatrzańscy za mało
przyłożyli uwagi do poznania i wciągnięcia w swe pisma mowy
góralskiej istotnej, o tyle późniejsi pisarze uczynili na odwrót: - za
wiele. Dla kogóż bowiem Stanisław Witkiewicz tłumaczył Lwa
Tołstoja, albo świętego Franciszka na dialekt tatrzański?
Ani jeden góral tych przekładów nie czytał i nie mógłby
czytać, umiejąc czytać jedynie po polsku, a garstka snobów
znała przecie i bez gwary utwory świętego Franciszka i Lwa
Tołstoja, Ogół zapoznał się z mową górali i przyswoił
sobie z niej bardzo wiele wyrazów. Wszyscy wiedzą już, co znaczy pazdur,
płazy, rysie, skrzyżal, żabica, krzesanica, upłaz, a nadto
nauczyli się na pamięć od górali wielu wyrazów obcego
pochodzenia, jako niby rdzennie polskich: cucha (rumuńskie), watra
(rumuńskie), siklawa (węgierskie), kierpce, wirch, kierdel, baca,
juhas i t. d. (słowackie).
Same nazwy
miejscowości wskazują wyraźnie na to, iż Tatry były
wędrowiskiem pasterzy rozmaitego pochodzenia: Rumunów, Słowaków,
Węgrów, oraz górników, czy przemysłowców Niemców, a ta
rozmaitość przychodniów w te doliny górskie uwidoczniła się
w języku, który został, - w języku stałych mieszkańców
Podhala. Obok nazw rdzennie polskich - Osobita, Kościeliska,
Gubałówka, Świnnica, Kościelec, Krzyźne, Miedziane,
Młynarz, Dolina białej wody, Morskie Oko, Czarny Staw, wreszcie
Zakopane i t. d. słyszymy nazwy zupełnie obce: Giewont, Gierlach,
Waksmundska polana, Matlary, Szaflary, a nadto - Hruby, Hawrań,
Krywań, Zubsuhe, Murzasichle i tym podobne. Język podhalański
nie jest tedy czystym wzorem języka staropolskiego, jak utrzymywano, lecz
jest jedynie nadzwyczaj ciekawym obrazem zazębienia się wzajemnego
mowy rozmaitych banitów i pasterzy, którzy ze swymi kierdelami, pod wodzą
baców i przy udziale juhasów przybywali w te polskie od wieków pustkowia.
Pragnąc
odnaleźć idealnie polską, to znaczy możliwie najbardziej
wolną od wpływów zewnętrznych gwarę - macierz,
należałoby szukać jej nie na pograniczu, lecz właśnie
w głębi, niejako w łonie, macierzystego kraju. Należałoby
wynaleźć w Polsce krainę, położoną z dala od
wszelkich granic, a więc od wpływu niemieckiego, czeskiego i
ruskiego, iście słowiańską od samego początku,
wreszcie nieobfitującą w miasta i mało
uprzemysłowioną. Takim krajem, według mojego rozumienia, będzie
obręb terytorium, na którego jednym krańcu leży miasto Opatów,
na drugim miasteczko Przedbórz, - na północy Ilża, na południu
Stopnica. Jest to więc mniej więcej obszar gór i lasów
świętokrzyskich. Okolica ta ma, - w przeciwieństwie do Tatr,
które reprezentują pasterski sposób życia mieszkańców z
niejaką domieszką rolnictwa (owies, grule),- wszystkie stopnie
rozwoju: pasterski i leśny w okolicy samych Łysogór, rolniczy, jak we
wszystkich innych okolicach kraju, (uprawa wszystkich zbóż i nasion, z
wyjątkiem pszenicy), ogrodnictwo, wysoko postawione na południowym
zboczu gór świętokrzyskich (w Bielinach, Porąbkach, Słupi,
Krajnie), oraz w średniowieczu wszczęte, w jednych miejscach
zamarłe, legendarne, w innych do dziś istniejące kopalnictwo rud
żelaza, miedzi, marmurów w Miedzianej Górze, Karczówce, Chęcinach,
Suchedniowie. Ten to leśny kraj, przegrodzony trzema równoległymi
łańcuchami wzgórz i wyniosłości świętokrzyskich,
był w zamierzchłych czasach granicą naturalną dwu plemion
macierzystych - Wiślan i Mazowszan. Mazowszanie "zajmowali 4
dolną Pilicę, średnią i dolną Sandomierzę,
ostatnie ich placówki sięgały aż po dolną Chotczę.
Stykali się z nimi od południa Wiślanie, - ale, zdaje się,
pierwotnie nie bezpośrednio. Góry Świętokrzyskie, które idą
w tym kierunku, co i osadnictwo mazurskie, dzieliły ich od siebie. Dziś,
potomkowie owych Wiślan - Krakowiacy i Sandomierzanie, przeszli i na
północne ich skłony. Nie sądzę jednak, aby w plemiennej,
przedpolskiej jeszcze dobie. Zgodnie z tym przypuszczeniem widzimy stoki
południowe Świętokrzyskiego pasma silniej i dawniej zaludnione,
północne zaś, szczególniej od wschodu, jeszcze w XV i XVI wieku
były prawie puste. Można więc z tego wywnioskować, że
Wiślanie dopiero w czasach historycznych zajęli je, posuwając
się od silniej zaludnionego południa. W każdym razie byli oni pierwszymi
ich osadnikami i ubiegli Mazowszan, którzy od północy szli ku nim, - ale
do nich nie dotarli. Pasmo gór owych, widocznie stanowiło niegdyś
międzyplemienną puszczę. Grzbiet ich, najeżony gęstym,
czarnym lasem długo, dla obu plemion niedostępny, podnosił
się pusty i bezludny. Wiślanie jednak postąpili bliżej ku
niemu i zaczęli go przechodzić na drugą stronę, podczas
kiedy Mazowszanie bardziej się z daleka trzymali. Trzeba więc
przyjąć, jako granicę północną Wiślan w dobie
plemiennej: źródła Warty, część przynajmniej,
jeśli nie całą górną Pilicę i góry
Świętokrzyskie, które idą skośnie z północno-zachodu
ku południo-wschodowi. Za ich wierzchołkami mieszkali Mazowszanie.
Przeszli oni dalej za Wisłę i znaleźli się na prawem jej
porzeczu". Widzimy z tego rozmieszczenia pierwotnego osadnictwa tych
okolic, iż święty Świerad, idąc w kierunku
dzisiejszego Opatowa, spotykał na swej drodze lud, mówiący tym samym
co on "wiślańskim" językiem. Szczep
wiślański wdzierał z południa w głębokie
jodłowe lasy, bukiem i dębem przetykane, z siekierą i
sochą, wyrąbywał polany, na których, lasem ze wszech stron
otoczone, istotnie osadnicze do dziś stoją sioła, jak na
przykład, Klonów na południowym zboczu góry Klonowej. W obrębie
elipsy, którą zaznaczyliśmy na mapie kraju, jedno tylko leży
miasto - Kielce, - równie, jak wsie tej strony, lasami otoczone, które niemal
do jego przedmieść docierają. Było to miasto biskupów
krakowskich, nie posiadające ludności napływowej, niemieckiej, a
nawet nie dopuszczające poza swe bramy Żydów, którym aż do
początków XIX stulecia (do 1819 r.), nie wolno było osiedlać
się w tym mieście. Sterczą po górach ruiny zamków, w
Bodzentynie, Chęcinach, Podzamczu, Iłży, Mokrzku. Kryją
się po leśnych wyniosłościach ruiny ariańskich
świątyń, jak między Gruszczynem i Krasocinem. Lasem
gęstym tak otoczone, iż na drogach, prowadzących ku szczytowi,
grube jodły stanęły, zieją mchem i tarniną
zarośnięte przepastne otwory porzuconych kopalń rozmaitej rudy,
a nawet pod ozdobą z dzikiej róży rozsypują się w gruzy dawne,
poniechane fabryki. Tam i sam istnieje dworzyszcze, przerobione z
ariańskiego kościoła, jak w Jelenowie pod Nową
Słupią, - albo w żydowskiej, piaskami od świata odgrodzonej
mieścinie Rakowie - snuje się niewiarygodne wspomnienie, iż
pracowały tutaj niegdyś liczne ariańskie drukarnie,
wyrzucając na świat w polskiej mowie bezcenne dziś polemiczne
pisemka.
Ludność
tego obszaru jest do dziś dnia najrdzenniej polską, gdyż nigdy
nie była wystawiona na żaden wpływ ościenny. Całkowite
stuletnie panowanie rosyjskie nie zostawiło w mowie ludowej prawie
żadnego śladu, oprócz może kilku "kriepkich"
wyrazów, które z wojska przynieśli chłopcy wzięci do
żołnierki z tych wiosek. Pamiętam chłopa z Mochowic, Piotra
Dulębę, który "na Kapkazie" za Mikołaja pierwszego
dwadzieścia pięć lat wysługiwał, jak w dworskiej
stodole miarowym głosem wylicza nazwy miesięcy - Janwar, Fiewral,
Mart, Apriel, - a wszyscy inni, opuściwszy na boisko cepy, z podziwem
niezmiernym słuchają tej cudzej mowy. Wyraz sądowo-policyjny - wzyskat',
czyli pobrać, a najściślej po polsku mówiąc,
wyegzekwować, chłop świętokrzyski przerobił na
swojskie a zrozumiałe, no, i narodowe - wyiskać.
"Przyjechał wójt z pisarzem, strażnikami i wyiskały ze mnie
ostatnie trzy ruble". Kraina ta, daleka od świata, wskutek
nadzwyczajnej pierwotności swych dróg, ocaliła swe lasy nawet przed
najbardziej ostrą i podcinającą w korzeniu, austriacką
siekierą w czasie wojny ostatniej. Jak za czasów legendarnego królewicza
Emeryka, który w borach pod Kielcami, spotkał świętego jelenia,
- przepuszcza wonny, wiosenny wiatr, w przedwiośnie z południa
lecący, poprzez spławy swych jodeł w łysogórskiem
paśmie, kołysze zimowe chmury i mgły w światach buków
Łysicy - obyż na wieki! Jak dalece polską była i jest ta
dziedzina, świadczą nazwy gór: Królewska, Książęca,
Witosławska, Jeleniowska, albo Zamkowa, Chełm, Łysiec,
Łysica, Miejska, Strawczana, Kamień, Radostowa, Bukowa, Klonowa,
Stróżna, Józefka, Święta góra,
Wietrznia,
Karczówka, Kadzielnia, Zgórsko, Ołowianka, Miedzianka, Kozi grzbiet,
Miedziana Góra, Chełmce i t. d. Jak daleko sięgał las,
głucha puszcza rozpostarta po garbatej ziemi między dolinami Pilicy i
Wisły, - świadczą nazwy osad ludzkich, przypominające bór,
jego dzieje i sprawy: Bieliny, Brzezinki, Brzezie, Bukowiny, Cisów, Dąbrowa,
Dębno, Gaj, (dziedzictwo niegdyś Wespazjana Kochowskiego), Garbacz,
(filozofa Józefa Gołuchowskiego), Grabków, Jaworzno, Jeleniów, Klonów,
Leszczyny, Łomno, Napieńków, Nowiny, Ociesęki, Podleszany,
Porąbki, Psary, Siekierno, Śniatka, Strawczyn, Tarczek, Trzcianka,
Wilków. Inne nazwy o brzmieniu dawnym wskazują swymi imioniskami na
pierwotność małopolskich dziejów: Bodzentyn, Bogoria,
Chęciny, Gnieździska, Iłża, Jachowa Wola, Kurozwęki,
Lechów, Łagów, Małogoszcz, Oblęgor i Oblęgorek,
Oleśnica, Piekoszów, Radoszyce, Radlin, Rytwiany, Słupia, Strawczyn i
Strawczynek, Szczukowice, Swiętomarza, Staszów, Szydłów, Zborów i
inne.
Niektóre z tych
miejscowości mają swe legendy dawności, jak Święty
Krzyż, Tarczek, Swiętomarza. Kościół w Tarczku miał
powstać w roku 1067. Osada ta, należąca wraz z
całkowitą niemal ziemią świętokrzyską, z górami,
puszczami i osadami do biskupów krakowskich, - położona wśród
głębokich lasów, w zaraniu organizacji państwa
posiadała dworzyszcze biskupie, gdzie ci potężni władcy,
pośredniczący między ziemią a niebem, potrącający
nieraz dynastów krakowskich i rywalizujący z nimi skutecznie, aż
do zegnania ze stolca władzy i wypędzenia w kraju, - zabawiali
się w sposób ówczesny myślistwem, a mieszkali zbrojno, wspaniale i
żyli hucznie. Sąsiadująca z Tarczkiem Swiętomarza, której
nazwa w wieku XV brzmiała Szwiantha Marza, czyli Święta Maria,
posiada kościół na cześć Matki Boskiej, którą dawna mowa
tutejsza zwała Świętą Marzą.
W samem
pobliżu świętokrzyskiego trzonu wzniesień najwyższych,
obok Łysicy i Łyśca, czyli Łysej góry, nazwiska
wieśniaków mają brzmienia rodzime: Janic z Krajna (zdrajca spisku
księdza Ściegiennego), Marek, (chłop dowódca własnej jego
partii powstańczej chłopskiej w roku 1863-im), Bozowski,
Kołomański, Szafraniec, Cedro, Boś, Kozioł, Michta i
Michcik, Kmieć i Kmiecik, Dulęba, Obara, Piątek, Radek,
Łakomiec, Pulut, Zalesiak, Zagozda 5 i t. d.
Długie wsie, "kolonie", o chatach dużych, niebielonych z
zewnątrz, dachu gontowym, oknach szerokich, z podłogą, niekiedy
u zamożniejszych włościan przybierające postać dworków
z gankami (w Psarach), - wrąbały się w lasy biskupie,
wtargnęły na same przełęcze gór i rozpostarły się
na ich zboczach, zwłaszcza południowych, jak Bieliny, Porąbki,
Krajno, Bęczków, Mochocice, Dąbrowa i wiele innych. Ludność
w tych zdrowych, zaiste kuracyjnych, osiedlach żyje długo. "Pod
sto lat" wieku to nie dziwota w tej stronie. Dwa klasztory na
Łyścu u jednego krańca gór i u podnóża Łysicy, rozszerzyły
tu sztukę czytania od dawna, a tak dalece, że za moskiewskiego
panowania, gdy szkół nie było niemal wcale - (jedna szkółka w
Psarach pod Bodzentynem na całe te góry)- wszyscy w kościele trzymali
w ręku książki do nabożeństwa. U podnóża
Łysej góry w Bielinach i Porąbkach zaprowadzone zostały przez
mnichów benedyktyńskich najrzadsze i najpiękniejsze drzewa owocowe
przy chatach. Kwitną tam również najpiękniejsze zapewne w Polsce
dziewczęta i kobiety, o oczach połyskujących, jak u
Włoszek, kruczych włosach i regularnych rysach.
Osady te
siedzą na przedwiecznych popieliskach. Między wsiami Radlinem,
Wolą Kopcową i Leszczynami znaleziono swego czasu w wydmie
piaszczystej cmentarzysko, które badał i opisywał ks.
Władysław Siarkowski.
W niektórych
miejscach tej okolicy rozwinięte było od dawien dawna kopalnictwo rud,
oraz działały fabryki swojskiego typu. Potężni biskupi
krakowscy, władcy olbrzymich przestrzeni leśnych od Kielc niemal po
Opatów, zaprowadzili w Bodzentynie rozmaite fabryki i sprowadzali specjalistów.
Potężne figury, jak Bodzanta, Florian Jelitczyk Morski, Zbigniew
Oleśnicki, Jan Radlica, Jakub Zadzik i inni szerzyli tutaj według
zachcenia, dzieła kultury. Florian Morski sypał zamkami, w Mokrzku, w
Bodzentynie, - jak wstęgi wysnuwał mury dokoła tego grodu, który
miał wówczas fabryki luster, blachy i żelaza, posiadał bruk,
wspaniały ratusz i potężną kolegiatę, pełną
dzieł sztuki a dziś jest zapomnianą pełną błota,
nędzną mieściną.
Rozmaite miejsca
w górach świętokrzyskich noszą nazwy Ruda, lub Huta,
wskazując na istnienie swojskiego przemysłu. Za naszych czasów
istniejące kopalnie marmuru w Chęcinach i fabryki żelaza w
Suchedniowie, Białogonie i Sielpi zatrudniały i dawniej
ludność okoliczną. Jeżeli do Bodzentyna sprowadzeni byli
przez biskupich władców jacyś obcokrajowcy-specjaliści, to
się spolszczyli i zostali na miejscu, wytwarzając ludność
miejską zwaną przez okolicznych chłopów "gulonami",
lub "kaszkieciarzami". Nazwiska tych gulonów, nieraz sławne, jak
Szermentowski, albo, przeważnie, księże, proboszczowskie:
Matyskiewicz, Pałysiewicz, Zegadlewicz i t. p., nie wskazują na obce
pochodzenie. Ludność ta, jak cała zresztą chłopska
ludność tych gór, odznaczała się w ciągu panowania
rosyjskiego żarliwym i gorącym patriotyzmem. Jednym z najwznioślejszych
epizodów powstania sześćdziesiątego trzeciego roku była
bohaterska obrona mieszczanina bodzentyńskiego Zegadlewicza we
własnym domu i jego śmierć męczeńska w walce z
Moskalami. W lasach tych żyje nieśmiertelna legenda tego powstania,
gdyż tu głównie miało ono najpiękniejsze swe dzieje.
Cały lud sprzyjał powstaniu. Nie byłoby w tak strasznych
warunkach przetrwało, gdyby nie pomoc ludowa.
Strój
wieśniaków z okolic Suchedniowa jest właściwie dawnym strojem
górniczym. Składa się z czapki, otoczonej aksamitnym kołnierzem
ciemno-granatowego koloru z amarantową wypustką i wyobrażeniem
dwu skrzyżowanych młotów nad daszkiem. Pewne wyrazy ze sztolni i
szybów, oraz od pieców fabrycznych musiały wpłynąć na mowy
mieszkańców wsi najbliższych, jak fryć (fryc), gruba (piec),
szorc i t d. Język dzisiejszych osiedzicieli tych okolic, który można
by nazwać gwarą świętokrzyską, różni się od
mowy w krakowskiem i sandomierskiem, czyli od mowy powiślan i radomiaków.
Przypominam sobie z czasów młodości, iż do przysiołka
Mochocice sprowadził się był człowiek "obcy",
chłop z dala, spod samej Wiślicy. Kupił "kolonię"
od jednego z posiedzicieli i zamieszkał wśród wsi zgoła cudzej.
Ów "Krakowiak", jak go nazywano, chatę swą bielił
starannie z zewnątrz i wewnątrz, czego w tamtych stronach nikt nie
robi, nasadził w ogródku od drogi moc kwiatków, orał inaczej,
siał inaczej, inaczej się ubierał w białą sukmanę
z chwaścikami i czapkę rogatą, na której widok jego
sąsiedzi pękali ze śmiechu. Otóż "Krakowiaka,
człowiek jak złoto, śpiewał przy żniwie takie same
krakowiaki, jak tamtejsi poeci wioskowi, lecz po swojemu, odmiennie. Inaczej
też nazywał niektóre rzeczy i sprawy. Stąd wnoszę, iż
świętokrzyscy chłopi tamtych okolic (górskich) muszą
być przychodniami z bliższych osiedzisk, z samego świętokrzyskiego
lasu, nie ze słonecznych dolin urodzajnego powiśla.
Nad całym
tym krajem i nad dolnymi stronami - płaskowzgórzem sandomierskiem,
radomskiem i zawiślem aż po Tarnów góruje klasztor niegdyś
benedyktyński na Łyścu czyli Łysej górze, zbudowany na
jakichś starych popieliskach przez Bolesława Kędzierzawego w
wieku XII-ym. W latopisie wołyńskim znajduje się pierwsza
wzmianka o tym miejscu - "W 1261 roku Buranda z Tatarami, gdy mu się
Chełm nie poddał, odszedł do Lublina, a potem do Zawichosta.
Zdobywszy Sandomierz... Tatarzy... poszli do grodu Łyśca, w lesie na
górze, gdzie murowany kościół Świętej Trójcy i wzięli
ten gród i wysiekli wszystkich od "mała do wielika". W r. 1286
Leszek Czarny w przywileju dla tego miejsca zeznaje, iż "Kościół
Świętej Trójcy zbudowali jego przodkowie". Stąd widać,
że klasztor przetrwał zniszczenie tatarskie i że go
zmurował monarcha polski. Tym monarchą był Bolesław
Kędzierzawy"6. Lecz miejsce to otaczają
wieńcem stu-barwne odwieczne legendy. Jedną z nich można
czytać na tablicy marmurowej, wprawionej w ścianę kościelną
w roku 1806. Głosi ona: "Kościół na Łysej górze z
nastaniem wiary do Polski. R. P. 966 przez Mieczysława i
Dąbrówkę małżonków, pierwszych polskich
chrześcijańskich monarchów, na miejscu osławionej
bałwochwalni trzech bożyszcz ku czci Trójcy Przenajświętszej
został wzniesiony, aby gdzie dla potrójnego biesa Świst, Poświst
i Pogoda bluźniono, tam wieczyście Bóg trójjedyny. Ojciec, Syn i Duch
Święty chwałę bezustanną odbierał. Naprzód z
Dąbrówką przybyłych sześciu Benedyktynów otrzymało tu
fundacje. Później w R. P. 1006 Bolesław Chrobry, poprzednich
władców syn, a pierwszy król Polski, powiększył
kościół, klasztor i uposażenie, gdy zaś pierwsi zakonnicy
męczeństwo ponieśli, innych dwunastu Benedyktynów z Cassino
sprowadził. Święty Emeryk, syn świętego Stefana,
węgierskiego króla, za wolą bożą a rozkazaniem anielskim,
drzewo żywota, Krzyż, krwią Chrystusową skropiony, temu
miejscu darował"...
Przyczynia
się do szerzenia legendy Długosz, pisząc: "Dla
zapełnienia klasztoru nowej fundacji udał się król Bolesław
(Chrobry) przez umyślnych posłów do opata góry Kassynu, i
przysłanych stamtąd dwunastu braci, pochodzeniem i językiem
Włochów, z łaskawością przyjąwszy, w klasztorze
łysogórskim osadził. Od owego czasu, aż prawie do naszego wieku,
na zastąpienie ubywających, nowi bracia na Łysą Górę
do Polski z Góry Kassynu przybywali, nim wreszcie zarzucono stary zwyczaj, a
Polacy zaczęli wstępować do klasztoru i nim
rządzić", Długosz tedy poczytywał kościół na
Łyścu za dzieło Bolesława Chrobrego i nadmieniał,
że kościół był niewysoki, gruby, sztuką dawną
grecką z kamienia postawiony. Żywa legenda utrzymuje, iż z
Węgier, przez księcia Emeryka, przyniesiony został Krzyż
Święty. Oprawa pięciu ułamków drzewa świętego
była z kształtu niełacińska. Był to krzyż
podwójny. Struktura dawnego kościoła bizantyńska, a podobno i
ubranie przy mszy długo przez mnichów używane, nie
łacińskie, lecz wschodnie - gmatwają sprawę. Istnieją
przypuszczenia, iż pierwotnie na Łysej górze osiedlili się
Benedyktyni sazawscy, czyli słowiańscy, a do nich Bolesław
Krzywousty sprowadził Benedyktynów łacińskiego obrządku.
Istnieli wówczas Eremici w sąsiednim Opatowie - Żmigrodzie7.
Jeden z mnichów łysogórskich zapisał podanie, iż pierwsi
zakonnicy świętokrzyscy mieszkali w pustelniach i na wzór pustelników
żyli, że ponosili prześladowania od kapłanów
pogańskich, wybiegali wszelako do miast i wsi na opowiadanie wiary
świętej. Jacy to byli "kapłani pogańscy" i do
jakich "miast" wybiegali pustelnicy łysogórscy? Nie było w
okolicy miast, a pewnie i "kapłanów pogańskich", gdyż
sama religia pogańska wydaje się mocno wątpliwą, lecz
musieli być wróże, guślarze, znachory, (znachor == noscibilis,
nobilis), gdyż ci przetrwali aż do chwili dzisiejszej. Sam
widziałem wróża ze wsi Bęczkowa, który odczyniał uroki i
uzdrawiał chorych, posługując się rzucaniem na wodę
rozżarzonych węgielków, zamawianiem chorób i t. p. Wdrożenie
chrześcijaństwa musiało się dokonać bez trudu i
protestu, tak jak to przestawia Ks. Kamil Kantak w swoich "Dziejach
Kościoła Polskiego:" "Ze zdziwieniem i z niedowierzaniem
lud patrzał na nabożeństwa nowe, równie niezrozumiałe, jak
dawne pogańskie. Nowe kościoły kamienne stanęły,
jakich nie mieli dawni bogowie. W nich odprawiali jakieś nabożeństwa
i modlitwy nowi kapłani obcy, przybrani w paradne szaty, wspanialsze od
stroju dawnych. Onieśmielony lud patrzał na to, co się
działo wewnątrz owych murów, pod dachem, który taką
przesądną obawą przejmuje człowieka pierwotnego.
Widział dokoła siebie jakieś potężne czary. Nowy Bóg,
widać, mocniejszy był od dawnych bogów. Sam książę
pokłonił się nowemu Bogu. A przed majestatem, jaki rozwijał
najwyższy kapłan tego nowego Boga, sam książę jakoby w
cień ustępował. Ci kapłani obcy znali przeróżne czary:
"tajemniczą sztukę czytania i pisania". Cóż dopiero mówić
o przepychu i wspaniałości władców, którzy zjeżdżali w
leśne strony, o których mowa, zbrojno i hucznie, a w swym dworzyszczu w
Tarczku polowali i hulali na wzór Pawła z Przemankowa i Gamrata! Osadnicy
leśni, poddani biskupów krakowskich z Woli Jachowej, Radlina, Krajna
Górna, Napieńkowa, Psar, Leszczyn i tak dalej - byli posłuszni na
każde skinienie. Przywilej Leszka, księcia krakowskiego,
sandomierskiego i sieradzkiego, z dnia 26 lutego 1286 roku za opactwa mnicha
Racibora bierze wszystkich członków zgromadzenia (familiam) i
konwersów, czyli nie braci, lecz w zakonnej odzieży zostających w
klasztorze, pod szczególną monarszą opiekę... Według
świadectwa Krzysztofa Warszewickiego, które ze znacznie późniejszych
pochodzi czasów, przy kościele świętokrzyskim osiadali
pustelnicy, prowadzący życie ostre, wstrzymując się po lat
kilka, w największe nawet święta od pokarmów mięsnych, nie
łatwo przyjmujący, i to czasem, jałmużnę.
W roku 1490 opat
klasztoru łysogórskiego Maciej z Pyzdr, mistrz nauk wyzwolonych i filozofii,
- "dom emerytów, czyli osobny klasztor św. Katarzyny, wraz z
kościołem darował Bernardynom z obowiązkiem, aby w
większe uroczystości przybywali do św. Krzyża dla
słuchania spowiedzi. Takie jest podanie Szepińskiego"8.
Jakichże to
"emerytów" dom, czy nawet osobny klasztor, mógłby istnieć u
św. Katarzyny "Był to dom, czyli osobny klasztor
"eremitów", o których mówił Krzysztof Warszewicki i inni.
Unikając życia, dość zgiełkowego, które się
wytwarzać zaczęło wokół klasztoru świętego
Krzyża, eremici, czyli ludzie poszukujący dla siebie "życia
ostrego", uchodzili w coraz głębszą puszczę, poza
najwyższą z gór, Łysicę. Dolina, która od stóp Łysicy
rozciąga się aż do Zagnańska, a leży między
górami - Łysicą, Strawczaną, Bukową i Klonową z jednej
strony, a Kamieniem kraińskim, Radostową i Kamieniem mochockim z
drugiej, zamknięta ze wszech stron, przerżnięta wodami Czarnej
Nidy, co ze źródła świętego Franciszka na Łysicy
wypływa, a bierze w siebie strumienie ze wszystkich gór okolicznych i,
wyłamawszy ujście dla siebie między górami Radostową i
Kamieniem mochockim, uchodzi ku Leszczynom - była wówczas pokryta
jednostajnym głuchym borem, rosnącym na "gozdach",
mokradłach i smugach. Za mego dzieciństwa ta dolina,
najściślejsza moja ojczyzna, pokryta była śladami dopiero
co wytrzebionego lasu, wykarczowanych "odpadków" leśnych, albo
pniakami po lesie niedawno wyrąbanym. Opowieść ludzka
mówiła o starych borach, które okrywały sobą całą
tę przestrzeń, jako o widowisku niedawnym. W wieku XV i dawniej,
dolina ta była dzikiem, jednolicie leśnym, posępnym, zimnym,
mokrym pustkowiem. Środek jej zajmowało uroczysko, zwane Wilków,
dalej Ciekoty, Międzyrzecze. W pobliżu jedynej drogi,
prowadzącej ze świata do dziedzin biskupich w Bodzentynie i Tarczku,
była jakowaś osada Wzorki, świadcząca o pierwszej próbie
worywania się w puszczę. Droga, którą można by nazwać
biskupią, prowadziła ze stolicy tych stron i stolicy możnych
arcykapłanów krakowskich, - z Kielc na ich dworzec myśliwski -
Wolę Kopcową, przebywała rzekę Czarną Nidę w bród
w miejscowości Cedzyna, i szła na Leszczyny, obok odosobnionej góry,
wysuniętej na południe z łysogórskiego pasma, a noszącej
nazwę Stróżna, do Krajna, rozległej wsi biskupiej. Tu teren
gwałtownie podnosił się w górę, a droga wdzierała
się na przełęcz górską pod Łysicą,
zniżała się ku owym Wzorkom i wilgotną doliną
między górami Strawczaną a Łysicą zmierzała do
Bodzentyna. Ażeby dziś przebyć tę drogę, trzeba
być przyzwyczajonym do dróg polskich, mieć zdrowe kości i nerwy,
gdyż i dziś na niej źle osadzone w zębach plomby
wylatują. Za czasów biskupa Lamberta, który z królewiczem Emerykiem
miał nieść z Kielc drzewo Krzyża Świętego na
Łysiec, był to, zapewne, korzenisty i pełen wybojów szlak wśród
puszczy. W miejscu, gdzie dziś stoi klasztor świętej Katarzyny,
drogi rozwidlają się: jedna dąży w stronę Bodzentyna,
a ślad drugiej wdziera się na samą górę Łysicę. I
dziś jeszcze można rozpoznać w lesie kierunek drogi, idącej
w zakosy ku szczytowi góry, a później jej grzbietem aż do
świętego Krzyża na Łyścu. W tym rozwidleniu dróg od
niepamiętnych czasów stał jakiś dom dla pielgrzymów9
oraz kaplica. Tutaj także musieli się przytulić eremici
świętokrzyscy. Wyraz "emeryci" w podaniu mnicha Bonifacego
Szepińskiego jest najwyraźniejszym błędem przepisywacza.
Nie mogło być "emerytów" w klasztorze
świętokrzyskim, gdzie w wieku XIV było wszystkiego
dziesięciu zakonników, a najwyższy ich zastęp dosięgał
w wieku XV do liczby dwudziestu. Darowizna Macieja z Pyzdr mówi o domu i
kościele. Istniał więc tutaj w końcu piętnastego wieku
niewielki kościół i klasztor. W miejscu tak dzikiem i narażonym
na napady "zbójów świętokrzyskich" eremici byli w
każdej chwili gotowi na śmierć, to też za patronkę
swą obrali męczennicę aleksandryjską, świętą
Katarzynę, z trzeciego wieku po Chrystusie, którą cesarz Maksencjusz
kazał zamordować kołem, najeżonym nożami, a gdy to
koło samo się rozprysło, mieczem ściąć
kazał. Że miejsce to, jako siedlisko pustelników, od najdawniejszego
czasu miało kult dla świętej Katarzyny, świadczy utrzymanie
nazwy całej okolicy przez Bernardynów, gdy im kościół i klasztor
podarowano. Inna wersja, podana przez Łętowskiego, zaznacza, iż
pustelnię u św. Katarzyny pod Bodzentynem założył
Wacław Polak Jest to potwierdzenie wiadomości, iż pustelnia w
tym miejscu istniała od dawien dawna i nosiła miano świętej
Katarzyny. Po przybyciu do Polski Jana Kapistrana, ucznia i przyjaciela
św. Bernardyna Seneńskiego, po rozszerzeniu się niezwykłym
kultu religijnego zwłaszcza w kierunku zakonnym, biskup krakowski Jan Rzeszowski,
właściciel Łysicy i lasów tej części kraju,
"zmurował kościół u świętej Katarzyny i
oddał go Bernardynom, którzy wystawili sobie klasztor, a drogę od
siebie na Łysą górę wyrąbali. Opat Maciej z całym
zakonem bernardyńskim zawiązał filadelfię, czyli
uczestnictwo zasług duchownych"10.
Wywód o
dawności pustelni świętej Katarzyny pod Łysicą i
łączności z klasztorem świętego Krzyża na
Łyścu wydawał mi się koniecznym ze względu na
"Kazania świętokrzyskie" znalezione w bibliotece
petersburskiej przez prof. dra Aleksandra Brücknera. W obszernym
objaśnieniu tekstu tych kazań uczony badacz z
ostrożnością zaznacza: "Rysów jakichkolwiek,
malujących społeczeństwo, w którym się obraca autor
kazań nie przytacza: lakoniczności jego tekstu, pisanego nie odpowiadałyby
wycieczki i docinki, jakie w kazaniach gnieźnieńskich znajdujemy, Nie
umiem też nic powiedzieć o osobie, - może to był
ksiądz świecki, bo nic na mnicha nie wskazuje, - ani o miejscu, w
którym przepowiadał (!) słowo boże"11.
Ks. Józef Gacki
w swej książce o klasztorze łysogórskim pisze o ubytkach z
biblioteki tego zgromadzenia: "Pierwszy Załuski, co tylko mogło
być rzadszego, sobie przywłaszczył. Rękopiśmienna
kronika klasztoru św. Krzyża z XIII wieku przeszła między
innymi w jego posiadanie. Czacki przy pomocy Gołębiowskiego i
Juszyńskiego, a Ossoliński za sprawą Lindego potworzyli
znakomite zbiory z bibliotek, mianowicie klasztornych". Prof. Aleksander
Brückner zaznacza w przedmowie do tekstu kazań w "Pracach
filologicznych": Z bogatej biblioteki klasztoru Piastowskiego przeniesiono
rękopisy do biblioteki uniwersytetu warszawskiego, a stąd
przewieziono je po roku 1831 do Petersburga. W roku 1831 skatalogował ten
rękopis, jak wszystkie inne uniwersytetu warszawskiego, Ł.
Gołębiowski". Rękopis, w którym znalezione zostały
kazania, nosił tytuł "Codices latini theologici". Na
paskach pergaminowych, podkładanych we środku każdego z
papierowych zeszytów tego kodeksu pod sznurek, by ten papieru nie
nadwerężył, prof. A. Brückner spostrzegł wyrazy polskie,
pisane niezwykłą ortografią. Wyjęto osiemnaście owych
pasków, z których trzynaście tworzy jedną kartę podwójną, a
pozostałe pięć dolną połowę drugiej karty
podwójnej. Jedna ze stronic pergaminowych kodeksu zawiera notatkę
historyczną o wybudowaniu w roku 1411 w kościele
świętokrzyskim ołtarza przez opata Michała. Nie
rzemieślnik w mieście oprawiał ów kodeks - (w wieku XV12
- lecz braciszek zakonny, więc w klasztorze świętokrzyskim
ową kartę pocięto na paski. Pierwszy raz biblioteka
świętokrzyska spalona została przez Tatarów w roku 1260. Drugi
raz spłonęła wraz z całym klasztorem w roku 1459.
Jeżeli
zapiska, położona na końcu kodeksu "Codices latini
theologici", pochodzi z roku 1411 - "Sub anno domini 1411
ecclesia antiqua s. Crucis dicta lissecz est reconciliata etc. -
znaczyłoby to, że kodeks ów ocalał z pożaru 1453 roku.
Jeżeli kodeks pochodzi z czasów późniejszych, to sama karta
pocięta na paski mogła ocaleć. Stanowiła ona przecież
rodzaj konspektu dłuższych przemówień, kaznodzieje mieli ją
w ręku, przy sobie. Mogła nie być wcale w bibliotece i dopiero
później tam się dostała, a jako wzór kazań
przestarzałym pisanych językiem, mogła się wydać, jako
strzępek nieużyteczny, zasługujący tylko na to, ażeby
być materiałem osłaniającym sznurki oprawy.
Prof. A.
Brückner przypuszcza, iż autorem kazań nie był mnich, "bo
nic na mnicha nie wskazuje". Tymczasem benedyktyni łysogórscy
trudnili się właśnie kaznodziejstwem. "Kiedy coraz
liczniejsze zebrania pielgrzymów do relikwii Krzyża św.
przybywały na Łysą Górę, wtedy benedyktyni tutejsi
pracę ręczną zamienili na pracę duchowną, na
przemawianie do ludu, na służenie mu św. Sakramentami. Co
dzisiaj wierni pozyskują w Częstochowie, - takichże posług-
religijnych doznawali tu niegdyś na Łysej Górze"13.
Zgromadzenia ludu były tak wielkie, zwłaszcza na Zielone
Świątki, iż król Kazimierz w r. 1468 wydaje specjalny przywilej
na prośbę opata świętokrzyskiego Michała, ażeby
jarmark doroczny przenieść do Słupi, gdyż tam (na
Łysej górze) "co rok na Zielone Świątki bez przywileju i ze
zwyczaju zbierało się mnóstwo obojga płci ludu, że
trąby, bębny, piszczałki i inna wrzała muzyka, że
tańce i krotochwilne odbywały się igrzyska, a obok tego
zdarzały się mnogie kradzieże, zabójstwa łotrostwa i
rozpusta, co nieraz dziennemu i nocnemu nabożeństwu wiele
przeszkadzało"14. Prof. A. Brückner i prof. Jan
Łoś uznają, iż "Kazania świętokrzyskie
muszą być dziełem wieku XIII i mogą być odniesione do
drugiej jego połowy"15. Łacniej można
przypuścić, iż te utwory powstały w klasztorze
benedyktyńskim, który utrzymywał stosunki z kongregacją w
Tyńcu i Sieciechowie, a przez tamte ze światem zachodnim, niż na
ówczesnym polskim probostwie. Prędzej "Złota legenda",
która w tym samym właśnie czasie (1255 roku) powstała i
była przepisywana powszechnie, mogła dojść do rąk
benedyktyna na Łyścu, niż do rąk parocha na odludziu. Jakub
de Voragine był wprawdzie nie benedyktynem, lecz dominikaninem, ale jego
dzieła zarówno "Dzieje Lombardzkie", jak "Zbiór
Kazań" zażywały takiej wziętości i sławy,
iż mogły być wzorem dla benedyktyńskiego autora na
Łyścu.
Zachowały
się następujące kazania: O aniołach w dzień
świętego Michała (koniec), o świętej Katarzynie
(całe), o świętym Mikołaju (początek). Na Boże
Narodzenie (koniec), Na Trzy króle (początek i koniec bez środka), Na
Gromniczną (początek). Dziwnym zrządzeniem losu zachowało
się kazanie o świętej Katarzynie w całości, to
właśnie, o którym można by przypuścić, iż
było napisane dla eremitów pustelni Świętej Katarzyny i
tamże, zwłaszcza 25 Listopada w dniu św. Katarzyny
wygłaszane w pierwotnym, pustelniczym kościółku. Kult
świętej Katarzyny musiał być żywy wśród
benedyktynów łysogórskich, skoro tak dalece rozszerzył się
wśród ludu okolicznego i skoro tę nazwę nadali pustelni, zaludnionej
przez swych eremitów, z którymi ciągłe i żywe utrzymywali
stosunki. Oto całkowite brzmienie kazania, które być może
rozlegało się w XIII-ym wieku między jodłami pustelni pod
Łysicą:
"Surge,
propera, amica mea et veni. (Cant. 2. 10). Te słowa pisze mądry
Salomon, a są słowa syna bożego tę to świętą
dziewicę Katarzynę w sławę królestwa niebieskiego
wabiącego. Wstań, prawi, pospiej się, milutka moja i pojdzi. I
zmówił syn boży słowa wielmi znamienita, jimż
każdę duszę zbożną pobudza, ponęca i powabia. Pobudza,
rzeka: wstań; (ponęca), rzeką tako: pospiej się; powabia,
rzeka; i pojdzi. I (mówi tako): Wstań, otbądź prawi stadła
grzesznego, pospiej się w (lepsze z dobrego), pojdzi tamo do królestwa niebieskiego.
I (mówi): wstań, ale w świętem pisani cztworakim ludziem
pobudzają je, m(owi Bóg) wszechmogący: wstań, pokazuję
iż są grzesznicy cztworacy. Bo mówi to słowo (Bóg) albo
siedzącym, albo śpiącym, albo leżącym, albo
um(arłym). Siedzący są, jiż się k dobremu
obleniają; leżący są, jiż się w grzese
kochają; śpiący sa, jiż się w grzesech
zapieklają; umarli są, jiż w miłości bożej
rospaczają. A tym wszem tento bóg miłościwy mowi rzeka:
wstań. I mowi pirzwej siedzącym: wstań, jiż się k
dobremu obleniają cztworadla, iż na będące dobro nie
glądają, iż wrzemiennem dobrze lubują, iż czego jim
dojć niepamiętają, iż o sobie ni jedne piecze nie
imają, a togo dla...... iżeć k dobremu wstać się
obleniają przeto przez (ślepego) dobrze się znamionają, o
jemże pisze święty Łukasz Coecus sedebat i
ślepy, bo na będącę dobro nie glądał; siedziesze,
bo w dob(rze wrzemiennem lubił); podle drogi, bo czego jemu było
dojć nie pamiętał, (ubogi), bo niczs dobrego nie imiał. A
przeto i święta Katerzyna (czujnego?) sąmnienia była, ku
głosu syna bożego wstać (skora?) była. A wtore mowi bog
miłościwy leżącym, jiż się we złem
kochają. A tacy dobrze są przez inego niemocnego paralityka
trudną niemocą urażonego znamionami, O jemże pisze
święty Łukasz: Offerebant ei miserum paraliticum iacentem in
lecto... Czso nam przez tego niemocnego na łoży
leżącego znamiona? Zawierne niczs inego, kromie człowieka
grzesznego we złych skutcech prześpiewającego, jenże nie
pamiętaję dobra wieku jego objązał się tomu,
czsoż iest wrzemiennego, leniw iest ku wstaniu czynić każdego
skutka dobrego, qui propter momentancum (non ti) met aeternum supplicium...
quo cruciatur. Święta Katerzyna nie mieszkaci jest stała, we
złem nie leżała, asi i ty (?) (jiż są) w
błędnem stadle leżeli, ty jest swoją nauką
otwodziła, jakoż się czcie w je świętym
żywocie... (Karta b verso) A trzecie toto słowo wstań mowi bog
śpiącym, jiż się w grzesech zapieklają. Bo grzesznik w
grzesech zapieklony jest jako kłodnik w ciemnicy skowany... (A czwarte)
mowi bog wstań umarłym, jiż w mi(łości bożej)
rozpaczają... Surge stadła grzesznego, propera, w
lepsze z dobrego ac veni do królestwa niebieskiego Amen16.
Język tego
kazania jest jeszcze jednym dowodem, iż mogło ono powstać w
benedyktyńskim klasztorze. Nie jest to język ludowy. Mnisi klasztorów
benedyktyńskich w Polsce nie pochodzili z ludu. "Bulla dla Tyńca
r. 1229 pozwalała przyjmować do benedyktynów tylko wolnych lub
wyzwolonych, zależni zatem w jaki-bądź sposób od panów ludzie w
zakonie miejsca nie mieli. Mało więc z krajowców mogło do zakonu
wstępować"17. Nieliczni krajowcy, ludzie
"urodzeni", a więc światlejsi, "nobiles" w
najlepszym znaczeniu tego wyrazu, byli zakonnikami na Łysej górze. Że
byli to w głównej mierze Polacy, świadczą imiona opatów łysogórskich
- około roku 1260 - Stanisław, 1286 - Racibor, 1327 - Strzesko, 1351
- Świętosław, 1372 - Minogniew, 1393 - Sandko i t. d.
Prof. A.
Brückner w komentarzu do wydania kazań świętokrzyskich zaznacza,
że "Psałterz Floriański, pomnik małopolski, krakowski
powstał w dziedzinie odmiennej tradycji ortograficznej i nieco odmiennej
gwary. Wobec tego pozostaje do porównania pomnik wielkopolski, kazania
gnieźnieńskie; między nim a świętokrzyskim istnieje
związek niezaprzeczony, wyrażający się tę samą
tradycją ortograficzną i tę samą niemal gwarą..."
Ten tak dawny
zabytek jest tedy dowodem istnienia owego języka królewskiego,
pańskiego, obozowego, który płynąc, jak rzeka po kraju,
trafiał oto nareszcie do ucha słuchacza z ludu. Jeżeliby
prawdą było, że kazanie o świętej Katerzynie
mogło być wygłaszane w klasztorku, noszącym imię tej
świętej u podnóża Łysicy, dla słuchaczów ze wsi
Święta Katarzyna, Wzorki, Krajno i Wilków (o ile ostatni już
wówczas istniał), - to nasuwa się pytanie, jaki też był
skutek przemówień, - co słuchacze rozumieli z egzorty? Jak dalece
różniła się mowa chłopska od mowy kaznodziei? Kazania
świętokrzyskie mają formy nieznane naszemu
"literackiemu" językowi: - włodanie, włodyczstwo,
imają i imał, wie-liki, połający zamiast
pałający, sąmnienie, pirzwej, odzierżeli, sirce,
miłosirdnyj, cyrckiew, cztworo, cztworaki, tegdy, kiegdy, fala i
falić w znaczeniu - chwalić, dzińsia zamiast dzisiaj,
nieustawiczstwo, bogaćstwo, świadeczstwo, człowieczstwo,
Nikołaj, królewać i królewanie, w grzese i w grzesech, na stolcy, na
morzy, na łoży, w pisani, wabieni, czakani, narodzeni, czynieni, w
skutcech, w królech, na trojakiem mieście w znaczeniu - na trojakiem
miejscu, boga miła, nabożnym modlenim, słowa wielmi znamienita,
ta ista słowa, w nasza sirca, togo i tomu, ty to króle, w kakie
wrzemię, kilko w znaczeniu starosłowiańskiego koliko, pod
obrazem trzy męży, albo - trzech królew, za trzynadzieście dni,
cztworo i cztworaki, wstani, dowiedzi, pojdzi, pobudzaję je mówi bog, nie
pamiętaję, kając idziechą, usłyszew to król Ezechiasz,
biesze i siedziesze poczechą i idziechą, pospieszychą się,
zapłakachą, wzdachą, przysiągł jeśm, jeście
wzdawali, bychom pokutę czynili, iżbychom w jego miłości
nierozpaczyli, żadać się, żadał się
przyjąć - w znaczeniu wzdragał się przyjąć, -
podle, kromie, tamo, kamo, słowa zmowiona oćcem świętym,
dziewicą porodzonego, otbądź stadła grzesznego, iżby
grzecha ostał, sto tysięcy ośmdziesiąt tysięcy, i
pięć tysięcy czyli sto ośmdziesiąt tysięcy,
wrzemię, kłodnik w ciemnicy skowany, lichota w znaczeniu biedy,
tajnica czyli misterium, tajemnice apokalipsis, pod obrazem barańca
śmirnego i t. d. Czy w dzisiejszej gwarze wsi Krajna, Wzorków,
Święta Katarzyna, Wilkowa, których ludność do tegoż
kościoła stale uczęszcza, nie została którakolwiek z tych
dawnych form mowy? Mam tę gwarę w uchu z dzieciństwa i
młodości, jest to moja mowa, która każdą myśl i czucie
osnuwa sobą, lecz dawno żywo brzmiącej nie słyszałem,
to też nie mógłbym dać odpowiedzi. Muszę się
posługiwać słownictwem pilnego zbieracza mowy, obyczajów,
pieśni podań i wierzeń kieleckich, ks. Władysława
Siarkowskiego. 18 W mowie ludowej tamtejszej ten zbieracz
notuje takie wyrażenia, jak - "ty koni jesce ze stajnie nie
wysły, - ty co nocowały wyjechały ju", analogicznie do
"ty to króle" z "Kazań Świętokrzyskich".
Formy stare w mowie ludowej, jak: "wołałemzem ciebie, aby
przysedeś do domu, wywałkowałamzem" - profesor Lucjan
Malinowski tłumaczy, jako starą formę, złożoną z
imiesłowu wołał, ze słowa posiłkowego jeśm, do
którego dodano po raz drugi jeśm. Jest to więc w ludowej wymowie
podane: wołał jeśm że jeśm. Używanie czasu
zaprzeszłego: "poszed tatuś beł wczora z nam, - liczby
podwójnej - wa, naju, waju, nama, wama - "żeby wa nie znalazła,
dla waju, z wama. Starymi zdają mi się być takie wyrażenia,
jak - nikiedy w znaczeniu nigdy, - dowolnie w znaczeniu dostatecznie, - lichy w
znaczeniu słaby, biedny (lichota - bieda w Kazaniach), barsy - gorszy, -
białogłowa, - okrzyk potwierdzający biedyć-ta!
(bie-dyć-tak!), bluzieństwo - bluźnierstwo, - bojazyć -
panoszyć się, - buić == bujnie rosnąć, - burzawa ===
zawierucha, - chachoły = okrycie pasterskie ze słomy przed deszczem,
- okrzyk, wyrażający pragnienie - o, gdybyż! zaprawdę! -
który brzmi w tamtej okolicy - duskus! - w mowie staropańskiej
duszkoż! - godzić == czyhać, gryzisko == cierpienie
wewnętrzne, - grzalas == koślawiec, - ineli == równy, - kady? ==
gdzie? (Kady moje pieniądze? - kneie == doły po drogach,
napełnione wodą, - krasiwo === omasta, - lachy == gąszcze,
zarosłe leszczyną, - lutować == mieć miłosierdzie, -
miąz == odwilż, - neta! == macie! - okez! - o kęs (Markotno mi,
okez mi serce nie pęknie!) - orzesotka== żołna, - ozegle, ozydle
= kołnierz koszuli pod szyją (gzło, ogzle, ozgle), -
pałąki == niziny zarosłe trawą między gruntami
zboża, - pasieka == płot pleclak z jałowca, - pecyna ==
bryła ziemi, - pociosek = kij do wygarniania ognia z pieca,
kilkoletnie drzewko świerkowe lub jałowcowe, które leży na ziemi
po ciosie siekierką, - połanek == część ziemi
między miedzami, - poskuta === posługa, - pożywioł ==
żywność, - przegoń = ścieżka między krzewami
- przegorzać się == swarzyć się, kłócić się,
- przyług = ugór, - rzedlica == miejsce na źródło,
trzęsawisko, - rzydlina == na polach zboża zalewiska wiosenne, -
ścibło = źdźbło, - seremno == smutno, trwożno
(Szedłem koło smętarza w nocy i zrobiło mi się
seremno), sieroga = małe chmurki, rozwleczone nad ziemią) -
skiełki = plotki, bajki, - śkumo == rzekomo, rzkomo 19.
(Zalecali mi się śkumo na ogólach. Przyjeżdżali do mnie we
zgrzebnych kosulach), - spława = wierzchołek drzewa, - spławina
== gałęzie drzew do ogacenia chaty, - sumce == kloce drzewa do
budowy, - widma, albo wydma (nie wiedźma!) === czarownica,
nierządnica, - wybiegać === rosnąć bujnie, - wyniki =
mokradła na łąkach, - wyrzut === przypadek w drodze, - wyscernik
== prześmiewca, - zagadzić == wściec się (Pies zagdzony,
czyli wściekły), - zdanie == spryt, talent, zdolność, -
zmacha == olbrzym, zwiernica == gwiazda wieczorna.
Przytoczyłem
tutaj nieco luźnych wyrazów ze słowniczka mowy
świętokrzyskiej, zebranego przez ks. Władysława
Siarkowskiego, który to słowniczek jest małą i
ułamkową cząstką bogatej mowy tamtejszej. Sam pamiętam
żywe wyrazy, zasłyszane z ust ludu, których nie ma w spisie ks.
Siarkowskiego, jak - pławina czyli pęd, latorośl kaliny,
albo akacji, osypana młodziutkimi listkami i pławiąca się w
wiosennym powietrzu, - spławy - wielkie gałęzie jodłowe
grube, obwieszone mnóstwem igieł, - śniat (źródło nazwy wsi
Śniatka) - wielki pień bukowy, - sarn == rodzaj męski od sarna,
- wciórnastki, wciórnaści == wszystek i wszyscy, używane w przekleństwach
w połączeniu z diabłami, - i t. d. Widać, iż niektóre
ze starych wyrazów spłynęły z mowy pańskiej, miejskiej, w
danej okolicy ---kieleckiej. "Duskus, okez, śkumo" - to
poobtrącane i obdarte resztki górnej mowy. Lecz jakże przeolbrzymie
mnóstwo wyrazów powstało w tej gwarze z szumów, szelestów, łoskotów,
wrzasków i ryków, zasłyszanych w przyrodzie, - ile wyskoczyło z
gorąca pracy, z potu wysiłków! Ile oddaje własnym swym sposobem
wewnętrzne męki, troski duszy! Większość wyrazów i
określeń tego żywego języka powstała w drodze
onomatopei nieświadomej. Armacyć, arkotać == naradzać
się tłumnie, - beceć, bełkotać, biegnąć do
wyryptu == biec co tchu, - chamrać, pochamrać == poszarpać, -
chlać == pić, - chlustać, - chłopotać ==
dokuczać, - ćkać = żreć, - ciorać === walać,
- cmędzić == myśleć o czymś dokuczliwym, -
głębościć === niepokoić się, - kurzac =
węglarz, - lgi == przyrząd drewniany na sanie do podtrzymania drzewa,
- łupnąć == uderzyć, == obdziabać == obedrzeć,
obciosać drzewo, - obryknąć == złajać, -
ochałacić == obciąć brzozę z gałęzi, -
omuskać = obielić dom, obsiepać == spaść zboże w
polu, - perkać, perkotać == warzyć kaszę, - piokać =
dychać, - poterpać == poszarpać, - rudawina == plwocina
suchotnicza, - szczyk == pierwsza trawa na wiosnę, którą bydło
szczypie, - trzunąć == ruszyć tłumnie z miejsca, -
ukrzyć === oderwać, - upsnąć się ==
wyśliznąć się, - włoscyna == łupina
zewnętrzna na orzechu laskowym, - wytrzesc == ciekawski, - zaskrzyć
== dokuczyć, - ziugać = wpadać, (koła ziugają z drogi
rozmiękłej do rowu) - i t. d.
Weźmy
najpierwotniejszy i najzwyklejszy przedmiot: kamień. Mieszczanin,
patrząc na swój "bruk", tworzy wyraz - "brukowiec",
zupełnie wieśniakowi nieznany. Oprócz tego zna nazwy takie, jak
kamień, głaz, cios. Góral zakopiański ma kilkanaście nazw
na najrozmaitsze formy, rodzaje i kształty kamienia: wanta, krzesanica,
skalina, skole, piarg, skrzyżal, żabica, kamiusek i t. d. Chłop
świętokrzyski najrozmaiciej określa rzuty kamieniem: cisnąć
spod ręki, żeby furczał, warczał w powietrzu - to
frygać, - odrzucić z drogi między chwasty i pokrzywy, gdy wydaje
jakby syk tych roślin, - to sygać, - rzucać z ramienia w drzewo,
w mur, - to rypać - bić z całej siły w nieprzyjaciela - to
prać, - odrzucić wielki głaz w wodę, czy w dół, - to
buchnąć, - nagłym ciosem zdzielić - to trzepnąć i
t. d. Gwara ta ma wielorakie nazwy nie tylko na wyrażenie czynności
fizycznych, metafory wyskakujące z pracy, jak iskry z żelaza
rozpalonego i leżącego na kowadle pod młotem, -- onomatopeje tak
nieraz lotne, przejrzyste i wonne, jak same zjawiska przyrody, ma ona
również nazwy swe własne dla określenia stanów duszy,
zwłaszcza cierpień wewnętrznych, chłopskich stanów
cierpliwego trwania, czekania, przewlekłych a bezradnych smutków, na
których wyrażenie język warstw górnych nazwy niema wcale. Niektóre
pieśni tamtejsze zawierają w sobie wspomnienia histo
Jedwabną
wstązecką,
Nie płac, moja, nie płac,
Bedzies kochanecką".
Miłosne:
"Kary
konik, kary,
Siodełecko niesie,
Cekaj mie, Marysiu,
W kalinowym lesie.
Potocę, potocę
Jabko po paproci,
Niech ze ja się doznam
Marysi dobroci.
Cy ja carowany,
Cy kóniki moje?
Nie mogę przejechać
Bez brzezińskie pole"...
Ks. W.
Siarkowski oświadcza w swej pracy o czarach i gusłach, o
zażegnaniach i modlitwach, iż strony kieleckie, zwłaszcza w
okolicach gór świętokrzyskich "uważać można za
główną dziedzinę guseł i zabobonów, wiernie po dziś
dzień z czasów pogańskich przechowywanych" "Czarownice
20, - zaznacza, - dzielą się na dwa rodzaje,
jedne, które od samego diabła wyuczyły się czarów; drugie
zaś od czarownic, mistrzyń w swoim rzemiośle. Ma się
rozumieć, że w zebraniach czarownic uczennica czartowska, a
zwłaszcza taka, co szereg lat spędziła na wyprawianiu
gracko ludziom psikusów, ma większe poważanie i znaczenie, niż
inne jej koleżanki. Jej to przed innymi przynależy się
pierwszeństwo na bankietach, czyli gołdach diabelskich, odprawianych
na każdym nowiu księżyca w ogrodzie zaczarowanym na szczycie
Łysicy. Do niej też z odległych stron gromadzą się
inne adeptki, by otrzymać zioła, które li tylko na grzbiecie gór
świętokrzyskich rosną. Czarownice od Łysicy pochodzące
mają ogromną wziętość u współtowarzyszek,
rozproszonych po różnych zakątkach kraju, bo one są w
ustawicznym sojuszu z diabłem. Im to wyłącznie służy
przydomek - ciota bo inne nazywają się widmy, widźmy. Każda
ciota może przelać swoją moc na inną nowicjuszkę, ale
nie wcześniej, jak na śmiertelnym łożu; dzieje się to
wtenczas, kiedy umierająca poda nowej kandydatce swój średni
palec do pociągnięcia (Brzezinki)". W podania, legendy, klechdy
o wiekoludach czyli zmachach, o prastarych kościołach, których
wybudować zły nie dozwolił, obfitują wsie Leszczyny,
Kopcowa Wola, Bieliny, Jachowa i Szczygiełkowa Wola. "Każda
prawie wieś tamtejsza ma guślarza, inaczej zwanego wróżem, lub
kobietę wróżkę, zabawiającą się guślarskim
rzemiosłem. Godność guślarska przechodzi w spadku u
mężczyzn: z ojca na jednego z synów, zwykle pierworodnego,
(jeśli do tego uzdolniony), u kobiet: z matki na jedną z córek.
Charakter guślarski wyłącznie polega na znajomości pewnych
formuł wierszowanych, w których nieraz trudno dopatrzeć się
jakiej bądź myśli, a które w pojęciu ludu posiadają
moc lekarską, to jest, że wymówione nad złożonym
chorobą człowiekiem lub zwierzęciem, przywracają zdrowie. W
formułach tych... wspominane są góry, jak Szklanna góra, Perzowa,
Ulianowa, które w czasach pogańskich musiały być przedmiotem
czci religijnej. Formuły te... wymagają pewnych przyborów: splotów
włosów widełek nietoperza, kawałków odzieży z wisielaka,
mchu z krzyża, stojącego na rozstajnej drodze, wody wrzącej,
chleba, węgli i t. d. Lud tutejszy wielkim szacunkiem otacza guślarzy
i guślarki, uważając ich za swoich dobroczyńców, którzy
radzą w różnych okolicznościach, oddalają choroby i
różne nieszczęścia od biednego człeka".
Materiały,
gromadzone pracowicie i starannie przez ks. Władysława Siarkowskiego,
co do okolic kieleckich są pierwszorzędnej wagi, lecz są
niekompletne, stanowią dopiero początek całego zadania. Nie jest
to,- co do gwary, - materiał, o który przede wszystkim chodzi, mowa ludzi
u podnóża Łysicy i Łysogór, lecz gwara parafian kieleckich,
gdyż ks. Siarkowski przez szereg lat był w Kielcach wikariuszem i
przede wszystkim mowę ludową wsi najbliższych spisywał.
Pragnieniem całego mego życia było wydanie książki
zbiorowej p. t. "Nida", gdzie znalazłyby się materiały
z pierwszej ręki i według najnowszych metod naukowych zebrane z
zakresu geologii gór świętokrzyskich, - z zakresu hydrografii tych okolic,
gdzie byłyby podane na podstawie opisów szczegółowych
źródła, strumienie i strumyki i dopływy Nidy, gdyż teraz
wszystko jest bałamutne we wszystkich informacjach. W książce
tej mogłaby być uwidoczniona roślinność tych okolic,
opisane przecudne lasy jodłowe, które należy dla przyszłych
pokoleń zachować, jako narodowy rezerwat, park małopolski.
Następnym punktem miały być wykopaliska pod Wolą
Kopcową i Radlinem. Dalej - człowiek historyczny w jego życiu na
tym obszarze, osadnictwo początkowe, pochodzenie i historia wsi dawnych.
Pierwotne apostolstwo świętego Świerada, Benedyktyni z ich
autentyczną historią, Bernardyni u świętej Katarzyny,
Bernardynki w tym samym klasztorze, na miejscu Bernardynów, władza i
działalność biskupów krakowskich. Gwara ludowa w szczegółowym
słowniku, obyczaje, klechdy, podania. Życie mieszkańców tych
stron - myśliwskie, pasterskie, rolnicze, przemysły rolne,
kopalnictwo, górnictwo, przemysł, miasto.
Życie
szarpane w okresie moskiewskiej niewoli nie dało tej pracy ani
podjąć, ani wykonać. Dziś jest ona do zrobienia.
Dałaby pierwszy może wzór książek do czytania dla
wszystkich ludzi w danej okolicy, oraz pierwszy przykład
łączenia nauk w całość harmonijną. Dziś
rzeczy naukowe są rozszarpane, porozdzielane, niedostępne, jedne dla
drugich obce i odtrącające się wyniosłością.
Chcąc jakikolwiek szczegół znaleźć, trzeba wertować
biblioteki, zdobywać niedostępne wydawnictwa, stać się
badaczem. Nikt nie może być oświeconym człowiekiem, który
po trudzie zawodowym czyta mądrą, pożyteczną i
piękną książkę o swojej ziemi. Badanie okolic
kieleckich od Przedborza do Opatowa i od Iłży do Stopnicy powinni
zacząć sami kielczanie. Inteligencja, nauczyciele, księża,
młodzież. Zbierać słowniki gwarowe w każdym
zakątku i przy każdej sposobności, najlepiej podzieliwszy sobie
zadanie, jak to czyni znakomity zbieracz Stanisław Ciszewski21,
gromadzący, na przykład, "Terminy, używane do oznaczenia
zagłębień i wydrążeń ziemnych przez lud okolicy
Sławkowa i Skały w Olkuskiem" Każda dziedzina życia
ludowego - pasterstwo, rybołówstwo, uprawa roli, myślistwo, przesądy,
legendy, medycyna ludowa, religijność - ma swe nazwy. Te
zbierać, notować, układać w alfabet, przytaczając
ściśle miejsce, gdzie nazwa istnieje. Każda nazwa z podaniem
miejscowości przyda się do wielkiej geografii wyrazów prof. dra
Kazimierza Nitscha i każda jest przyczynkiem do wielkiego dzieła p.
t. "Nida", które wcześniej, czy później ukazać
się powinno. Jeżeli mógł samotny uczony w obcym środowisku,
- za co należy mu się od nas niewymowna, narodowa
wdzięczność, - wynaleźć strzępek pergaminu pocięty
na paski, ocalony z pożarów, z rąk barbarzyńców, z rąk
kacapów, którzy go z kraju ukradli i na kraj świata zawlekli, a z tych
zuchelków odtworzyć jakoby logarytm prześwietnej i przecudnej mowy
polskiej trzynastego wieku, to chyba my wszyscy, ludzie wolni, nie
skrępowani w naszej pracy niczym, możemy zgromadzić
żywą i ogromną mowę ludu, jeżeli nie taką
samą, jak tamta w wieku XIII, to najbardziej do tamtej zbliżoną.
Jesteśmy na progu wiedzy o naszym narodowym języku, ale nie
przekroczymy tego progu, jeśli szeroki ogół nie uświadomi sobie
przy dobrej woli konieczności powzięcia i wykonania pracy powszechnej
w tej dziedzinie. Zadaniem wiedzy jest poznanie się w swoim jestestwie i
możność postawienia zasady ogólnej. To zaś, w zakresie, o
którym mowa, możliwe jest jedynie za pomocą zebrania, zbadania i
celowego zużycia szczegółów. Mamy w przeszłości jedno
ogniwo tajemniczego łańcucha mowy narodowej, w próżni
wiszące. Drugim ogniwem będzie ta praca zbieraczy, która się
winna rozpocząć. Znajdą się nieomylne ręce, które
sczepią te ogniwa.
|