| Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library |
| Henryk Sienkiewicz Szkice Weglem IntraText CT - Text |
W kilka dni potem, nie wiem dobrze, czy w pięć, czy w sześć, w alkierzu karczmy baraniogłowskiej siedział wójt Burak,- ławnik Gomuła i młody Rzepa. Wójt wziął za szklankę.
- Przestalibyśta się o to swarzyć, kiedy nie mata o co! - rzekł wójt.
- A ja powiadam, że Francuz nie da się Prusakowi - mówi Gomuła uderzając pięścią o stół.
- Prusak, psia j ucha, chytry! - odparł Rzepa.
- To co, że chytry? Turek pomoże Francuzowi, a Turek je namocniejszy.
- Co wy wieta. Namocniejszy jest Harubanda (Garibaldi)!
- Musiśta wstali do góry... plecami. A wyśta skąd wyrwali Harubandę?
- Co go miałem wyrywać? A bo to ludzie nie gadali, że pływał po Wiśle ze statkami i z mocą wielgą? Ino mu się piwo w Warsiawie nie spodobało, bo zwyczajny doma lepszego, to się i wrócił.
- Nie bluźnilibyśicie po próżnicy, Kużden śwab to je Żyd.
- Ba? co? musi: cysarz, i basta!
- Oj, straśnieście mądrzy!
- A kiejśta tacy mądrzy, to powidzta, jak ta było na przezwisko pierwszemu rodzicowi?
- No! to na krzestme imię, ale na przezwisko?
- A widzita? A ja wiem. Na przezwisko było mu: "Skruszyła"
- Nie wierzyła, to posłuchaj ta:
Gwiazdo morza,
któraś
Pana Mlekiem swojem wykarmiła!
Tyś śmierci szczep, który wszczepił
Pierwszy rodzic, skruszyła.
- Napilibyśta się lepiej - rzekł wójt.
- Haim!
- Siulim!
Wypili wszyscy trzej, ale że to było w czasie francusko-pruskiej wojny, ławnik więc Gomuła znowu wrócił do polityki.
- No! napijwa się jeszcze - rzekł po chwili Burak.
Napili się znowu, a że pili arak, Rzepa więc uderzył wypróżnioną szklanką o stół i odrzekł:
Rzepa stawał się coraz czerwieńszy, Burak dolewał mu ciągle.
- A wy -rzekł wreszcie do Rzepy - to choć korzec grochu zarzucita na plecy jedną ręką, a balibyśta się pójść na wojnę?
- Co bym się miał bać? Kiej się bić, to się bić. Gomuła na to rzekł:
- Jenszy jest mały, a odważny, jenszy wielgi i mocny, i bojący.
- A nieprawda! - rzekł Rzepa - ja ta nie jestem bojący.
- A ja powiadam - odparł Rzepa, pokazując pięść jak bochenek chleba - że ino bym was zajechał w pacierze tą pięścią, to rozlecielibyście się jak stara beczka.
- Dajta spokój - wtrącił wójt. - Bedzieta się bili czy co? Ot napijwa się jeszcze.
Napili się znowu, ale Burak i Gomuła tylko że umoczyli usta, Rzepa zaś wypił całą szklankę araku, aż mu oko zbielało.
- Pocałujta się teraz - rzekł wójt.
Rzepa aż się rozpłakał przy uściskach i pocałunkach, co było znakiem, że już podpił dobrze; po czym zaczął wyrzekać, gorzko wspominając graniaste cielę, które dwa tygodnie temu zdechło mu w nocy w oborze.
- Oj! jakiego to cielaka Pan Bóg zabrał ode mnie! - wołał żałośnie.
- No, nie smućta się! - rzekł Burak. - Do pisarza z urzędu przyszło pisanie, że pono dworski las pójdzie na gospodarzy.
- I po sprawiedliwości! Albo to pan las siał? Ale potem zaraz znów zaczął zawodzić:
- Oj! co cielak był, to cielak; jak ta krowę huknął łbem przy ssaniu, to aż zadem pod belkę poleciała.
- Co mi ta pisarz! - przerwał gniewnie Rzepa. - Pisarz dla mnie:
- Nie pomstowalibyście! Napijwa się! Napili się jeszcze raz. Rzepa jakoś się pocieszył i siadł spokojnie na zydlu, a wtem drzwi się otworzyły i ukazały się w nich: zielona czapka, zadarty nos i kozia bródka pisarza.
Rzepa, który czapkę miał nasuniętą na tył głowy, zrzucił ją zaraz na ziemię, powstał i wybełkotał:
- Pochwalony.
- Jest tu wójt? - spytał pisarz.
- Jest! - odpowiedziały trzy głosy.
Pisarz zbliżył się, zaraz też podleciał i Szmul arendarz z kieliszkiem araku. Zołzikiewicz powąchał, skrzywił się i siadł przy stole.
Chwilę panowało milczenie. Na koniec Gomuła zaczął:
- Czego?
- Czy to prawda wedle tego boru?
- Prawda. Musicie tylko podpisać prośbę całą gromadą.
- Ja tam nie będę podpisywał - ozwał się Rzepa, który miał wstręt wspólny wszystkim chłopom do podpisywania swego nazwiska.
- Ciebie się też nikt nie będzie prosił. Nie podpiszesz, to nic nie dostaniesz. Twoja wola.
Rzepa zaczął się drapać w głowę, pisarz zaś, zwróciwszy się do wójta i do ławnika, rzekł tonem urzędowym:
- O lesie prawda, ale każdy musi ogrodzić swoją część płotem, żeby nie było sporów.
- To-ta płot będzie więcej kosztował, niż las wart - wtrącił Rzepa.
Pisarz nie zwracał na niego uwagi.
- Na koszta płotu - mówił do wójta i ławnika - rząd przysyła pieniądze. Jeszcze każdy na tym zarobi, bo wypada po pięćdziesiąt rubli na głowę.
Rzepie aż się oczy zaiskrzyły po pijanemu.
- A, jak tak, to podpiszę. A pieniądze gdzie są?
- Są u mnie - rzekł pisarz. - A to dokument.
To rzekłszy, wydobył złożony we czworo papier i odczytał coś, czego chłopi wprawdzie nie rozumieli, ale radowali się bardzo; gdyby jednak Rzepa był trzeźwiejszy, dojrzałby, jak wójt mrugał na ławnika.
Potem, o dziwo! pisarz wydobywszy pieniądze rzekł.
Podpisywali kolejno, gdy zasię Rzepa wziął się do pióra, Zołzikiewicz usunął dokument i rzekł:
- A może nie chcesz? To wszystko dobrowolnie.
- Co nie mam chcieć? A pisarz na to:
- Szmul!
- Chodź i ty za świadka, że tu wszystko dobrowolnie.
A potem znów powiada do Rzepy:
Ale Rzepa już podpisał i żyda usadził nie gorszego od Szmula, potem wziął pieniądze od pisarza, całych pięćdziesiąt rubli, i schowawszy je za pazuchę, zawołał:
Szmul przyniósł: wypili raz i drugi. Następnie Rzepa wsparł pięści na kolanach i począł drzemać.
Kiwnął się raz, kiwnął się drugi raz, na koniec zwalił się z zydla, mruknąwszy: "Boże! bądź miłościw mnie grzesznemu!", i usnął.
Rzepowa nie przyszła po niego, bo wiedziała, że jeśli się upił, to może się jej co oberwać. Tak i bywało. Na drugi dzień Rzepa przepraszał żonę, całował ją po rękach. Po trzeźwemu nie dał jej nigdy złego słowa, ale po pijanemu czasem jej się co obrywało.
Przespał więc Rzepa w karczmie całą noc. Nazajutrz rozbudził się o wschodzie słońca. Patrzy, wyłupia oczy, aż to nie jego chałupa, ale karczma, i nie alkierz, w którym siedział wczoraj, ale - ogólna izba z szynkwasem.
Patrzy jeszcze lepiej, słońce już wschodzi i zagląda przez ubarwione szyby za szynkwas, a w oknie stoi Szmul, ubrany w śmiertelną koszulę i w cycełe na głowie; stoi w oknie i kiwa się, i modli się głośno.
- Szmul! psiawiaro! - zawołał Rzepa. Ale Szmul nic. Kiwnął się naprzód, kiwnął w tył i modlił się dalej.
Więc Rzepa zaczął się macać, jak robi każdy chłop przespawszy noc w karczmie. Namacał pieniądze.
Tymczasem Szmul przestał się modlić i zdjąwszy śmiertelną koszulę i cycełe poszedł je schować do alkierza, a potem wrócił wolnym, krokiem poważny i spokojny.
- Szmul!
- Co, głupi, nie wiesz? Toć się wczoraj z wójtem zgodziłeś, że za jego syna będziesz losował, i pieniądze wziąłeś, i kontrakt podpisałeś.
Dopiero chłop zbladł jak ściana: rzucił czapkę o ziemię, potem sam grzmotnął się o nią i jak nie ryknie, aż się szyby w karczmie zatrzęsły.
- No, pasioł won, ty sałdat! - rzekł flegmatycznie Szmul.
W pół godziny potem Rzepa zbliżał się do chałupy.
Rzepowa, która właśnie gotowała strawę, usłyszawszy go, jak skrzypiał wrotami, prosto od komina pobiegła na jego spotkanie gniewna bardzo.
Ale spojrzawszy na niego, aż się sama przeraziła, bo ledwo go poznała!
Rzepa wszedł do chaty i z początku ani słowa nie mógł przemowie, tylko siadł na ławie i patrzył w ziemię. Ale kobieta zaczęła pytać i dopytała wreszcie wszystkiego. "Zaprzedali mnie" - rzekł w końcu. Wówczas ona z kolei uderzyła w lament wielki; on za nią; dzieciak w kołysce zaczął wrzeszczeć; Kruczek we drzwiach wył tak żałośnie, że aż z innych chałup powylatywały baby z łyżkami w ręku, pytając jedna drugiej:
A tymczasem Rzepowa lamentowała jeszcze bardziej niż Rzepa, bo miłowała ona jego, nieboga, nad wszystko w świecie.