Previous - Next
Click here to hide the links to concordance
ROZPRAWA...
PAN MÓWI
Miły
wójcie, coż się dzieje?
Aboć
się ten ksiądz z nas śmieje?
Mało
śpiewa, wszytko dzwoni,
Msza nie
była, jako łoni.
Na naszym
dobrym nieszporze
Już
więc tam swą każdy porze:
Jeden
wrzeszczy, drugi śpiewa,
A też
jednak rzadko bywa.
Jutrzniej
- tej nigdy nie słychać,
Podobno
musi zasypiać;
Odśpiewa
ją czasem sowa,
Bo
więc księdzu cięży głowa.
A
wżdy przedsię jednak łają,
Chocia
mało nauczają.
Ano wie
Bóg, za tą sprawą
Obrócim li się na prawą?
Bychmy jedno na lewicy
I z księdzem nie byli wszytcy!
WÓJT
Miły
panie, my prostacy,
A coż
wiemy, nieboracy?
To mamy za
wszytko zdrowie,
Co on nam
w kazanie powie:
Iż
gdy wydam dziesięcinę,
Bych
był nagorszy, nie zginę,
A dam li dobrą kolędę,
Że z nogami w niebie będę.
Abo gdy w obiad przybieży,
A kukla na
stole leży,
To ją
wnet z stołu ogoli,
A mnie
kęs posypie soli,
Jako by
mię nogieć napadł;
Mniema, bych
już chleba nie jadł.
Potym mię
pokropi wodą,
To już z
Bogiem idę zgodą.
Alić
przedsię, jako gorze,
Ciągni
się, wójcie nieboże!
Jednak
niźli cię rozmachnie,
Przedsię ta
rzecz mieszkiem pachnie.
Ja mniemam, gdy
wszytko spłacę,
Iż się
z świętymi pobracę.
PLEBAN
A
wójtże się to jął gdakać!
Czymże
by tę gębę zatkać?
Gdzieś
to dzban piwa dobrego,
Przegadałby
mędrca tego.
Iście
trzecim nachyleniem
Byłby
tańszy z tym zbawieniem!
A
jeszczeż ci w tym ksiądz wadzi,
Żeć owo na dobre radzi?
Bo nas sam Pan uczył temu:
Chcesz li sam brać, daj drugiemu.
A wielkie
to upominki
U Boga
takie uczynki.
A tyś
wszytek świat rozwołał,
Żeś
tej dziesięciny kęs dał.
Wszakeś
tak słychał o Bodze,
Iż
gdy był tu, na tej drodze,
Potwierdziwszy
Zakon wszytek
Tu wszem
ludziom na pożytek,
Na to stan
duchowny sprawił,
By ji
przezeń ludziom zjawił.
A my,
duchowni stanowie,
Jesteśmy
ku wam posłowie.
Tę
pracą na was przełożył,
A
mało was tym zubożył,
Iż z
jego hojnego dobra
Słabo
wasza ręka szczodra,
A nas tym
opatrzujecie,
Czym z
niego obfitujecie.
Bo
byś baczył, miły bracie,
Na jakim
ci ksiądz warstacie!
Musi
wszytkiego zaniechać,
Kto
się chce wami opiekać,
A
opuścić dobre mienie,
Łatając
wasze zbawienie.
Wszak
wiesz, że rzemieślnik każdy
Potrzebuje
płacej zawżdy.
A to jest
święta utrata,
Bo za
nię hojna zapłata.
A tak
lżej mów, boś mię ruszył;
Latasz, a
snaś nie zasuszył.
Waruj na rynku
zabłądzić,
Bo snadź
nie dziś twój dzień rządzić.
PAN
Miły
księże, dobrzeć by tak,
Lecz
podobno czciesz czasem wspak.
Hardzie tu
strząsasz porożym,
A zowiesz
się posłem bożym.
Prawda,
żeś jego pasterzem
A w wielu
sprawach kanclerzem,
Lecz
czasem na wełnę godzisz,
Kiedy za
tym stadem chodzisz.
Owa,
choć trzoda niespełna,
Gdy
się wam dostanie wełna,
Wierę
z ostatka ty owce
Niechaj
skubie, jako kto chce.
Bo
dziś prawie prości ludzie
Gonią
skowronka na grudzie,
A tak
się prawie zbłaźnili,
Wszytkę
wiarę w to włożyli,
Iż go
żadna rzecz nie zbawi,
Jestli go
ksiądz nie wyprawi.
Ano by
snadź tak miało być:
Jednego
wiarą nagrodzić.
Bo acz
żadny w to nie łuczy,
Jako
święte Pismo uczy,
A
każdy człowiek z krewkości
Więcej
się ciągnie ku złości,
Lecz
się wżdy tym ciesz, nieboże:
Prawa
wiara wiele może;
Tą
masz wszytkiego nagrodzić,
Choćby
miało potym szkodzić.
Drugiego
dobrymi uczynki,
A nie
wszytko upominki.
Małoć
Pan Bóg dba o datki:
Azać
mu zbierać na dziatki,
Abo sie
troskać o długi,
Abo
odprawować sługi?
Nie trzeba mu
się nic starać,
Nigdy tam
przednowia nie znać.
A
snadź, co ma, wszytko nam dał,
Sam na
równej rzeczy przestał,
Jedno
chce, bychmy się bali,
A iż
każdy niech go chwali,
A prawym
sercem miłuje,
A
bliźniego tak szanuje,
Iż
to, w czym by się kochał,
By
też rad u niego widział.
Ale
dziś wasze nauki!
Rozliczne
w nich najdzie sztuki:
Nie rzecze
nic żadny próżno,
Chocia z
sobą siedzą różno.
Aboć
wezmę, abo co daj!
Tak
kazał święty Mikołaj.
Bo jestli
mu barana dasz,
Pewny
pokój od wilka masz.
Dobry
też Lenart dla koni,
Dla
wieprzów święty Antoni.
Więc
świętego Marka chwali,
Więc Piotra, co kopy pali,
Więc
Michał, co liczy dusze.
Alić
Masia z gęsią kłusze,
Bo
już sobie tak spopadły,
Iżby
dusze gęsi jadły,
A ona z
tego gorąca
Nie
jadłaby i zająca.
Na szyi
wisi kobiałka,
W niej
gomółka a powałka.
Mniema,
że wszytko sprawiła,
Że tam
z tą kobiałką była,
Że
już siedm dusz wybawiła,
Sama
się ósma upiła.
Bo
się już więc tam łomi chrust,
Kiedy
się zejdą na odpust.
Ksiądz
w kościele woła, wrzeszczy,
Na
cmyntarzu beczka trzeszczy;
Jeden
potrząsa kobiałką,
Drugi
bębnem a piszczałką,
Trzeci,
wyciągając szyję,
Woła:
"Do kantora piję!";
Kury
wrzeszczą, świnie kwiczą,
Na
ołtarzu jajca liczą.
Wieręśmy
odpust zyskali,
Iżechmy
się napiskali.
Inak
też tak Dawid czynił,
Zawżdy
z arfą Boga chwalił.
Także
idą precz z tą wiarą,
Iż
wygrali tą ofiarą.
Razem
też odpłatę znają:
Pełną
szyję nalewają.
A rzadki z
onej odpłaty,
Aby
doczekał komplaty.
Bo
więc drugi na nieszporze
Dawno
ziemię szyją porze.
Wloką
go za łeb do chrustu:
Nie
mógł przechować odpustu.
A jednak
się był nie dopiekł,
Ledwy
drugi przed nim uciekł.
A tak
dzisia ludzie prości
Ważą
się rozlicznych złości,
A
mało o Boga dbają,
Gdy
się z plebanem zjednają,
Bo się ten
dobrze nie wściecze.
Bóg nikomu nic
nie rzecze.
WÓJT
Miły panie,
Bógżeć zapłać!
Snadź
by tobie lepiej gęś dać,
Kiedy byś
nam tak chciał kazać,
Niż
ten tłusty połeć mazać.
Bo
przedsię tak nie słychamy,
Chocia w
kościele bywamy,
Jedno
kiedy przydzie święto
Usłyszysz,
iż cię zaklęto.
Wójt,
Bartek, Maciek z Grzegorzem
Nie
uleży przed tym gorzem:
Świętopietrze
u jednego,
A kolęda
u drugiego,
Trzeci
też pokupił winę,
Nierychło
zwiózł dziesięcinę.
Tu
więc będzie fukał srodze,
Rzadko
usłyszysz o Bodze.
A tym
zamknie wszytkę wiarę:
"Idźcież,
dziatki, na ofiarę,
A
czekajcie mię z obiadem,
Boć nam
barzo grożą gradem;
A niechaj
rychlej dowiera,
Wieręć
po stronach przymiera.
Trzebać
teraz będzie księdza,
Zać jedna
nastanie nędza,
Bo oń
przedsię mało dbacie,
Jako bydło
tak mieszkacie.
Już to
rychło dwie niedzieli
Niceśmy od
was nie mieli:
Czyście o
tę duszę dbajcie,
Acz nie trzeba,
też kęs dajcie!"
Wszytko chce
brać, daj mu psią mać,
A o Bogu nic nie słychać.
PLEBAN
A
przedsięż to wójt harcuje,
Rad,
iż panu pochlebuje.
Lecz to w
posłuch mało idzie,
A co
się przeciwić gnidzie!
Ale mnie
wam dziwno, panie,
Skąd
wam przyszło to kazanie,
Bo na wszytko docieracie
I o święte mało dbacie.
Czcicie jedno Zakon Stary:
Więtszeć tam były ofiary,
Tak jemi Boga chwalili,
Aż drugie czasem palili.
A tym go
chcieli wyznawać,
Bo nie mieli
komu dawać.
Abram
jednegoż syna miał
I tego był
ofiarował,
Chciał ji
Bogu ku czci spalić.
A u nas to
wszytko za nic.
A co Bogu
wdzięczniejszego
A nad
jałmużnę milszego?
I w Nowym
Zakonie kazał,
By
każdy, co winien, to dał:
Co
cesarskie, to dać jemu,
A co
boże, to dać samemu.
I niedawnom
tak od was słychał,
Że,
Bóg miał, wszytko rozdał,
A prawie
przed swą dobrotą
Mało
nie został gołotą,
A iż
wszego obfituje,
Nic od nas
nie potrzebuje.
A
wżdy nie chciał z tym omieszkać:
Co jest
boże, to kazał dać.
A naczże to rozkazano,
I komuż to ma być dano?
Iścieć nie inszemu komu,
Jedno sługam z jego domu.
Abo tym kęsem przeklętym,
Iż co czyni ku czci świętym,
Iście się mało zuboży,
Że pieniądz w tablicę
włoży?
Boć próżno inaczej mówić,
Mogąć nam wżdy pomocni
być.
Mojżesz w onym starym wieku
Wiele pomagał człowieku;
Abo Dawid i prorocy -
Wiele słychać o ich mocy,
A wiele Bóg prze
nie czynił,
A
częstokroć swój gniew mienił.
A snadź za
świeżej pamięci
Co dziwów
czynili święci,
Że
umarłe ożywiali,
Krzywe
kości napraszczali.
Acz to idzie z
boskiej mocy,
Ale wżdy
przez ich pomocy.
Bo rzekł:
"To oddać we troje,
Co uczynicie
prze moje."
A tak nie masz
ci ocz ciążyć:
Obadwaście
nie dali nic.
A bychmy
się nie oparli,
I ten kęs
byście wydarli.
PAN
Ba,
toć prawda, miły ojcze!
Niechaj
kto powiada, co chce,
Że
nam trudno k zbawieniu przyść,
Nie będziem li dobrze czynić.
Aleć tym trzeba zapieprzyć:
Wiarą wszytkiego podeprzeć,
A to iście na pieczy mieć:
Dobrowolnie wszytko czynić.
Bo zać Bogu za dzień robić?
Dobrowolną chce służbę
mieć.
Ksiądz wszytko chce mieć w
kłopocie,
Stoi, by
wójt, przy robocie.
Ano sami darmo macie,
Darmo nam też udzielajcie,
A my
widząc tę dobrotę,
Będziem
mieć więtszą ochotę.
I sam,
chociam o tym słychał,
Dam
też gęś na święty Michał.
Ba, i strucla cię nie minie
Ondzie o świętym Marcinie.
Bo tak księża powiadają,
Iż go
za hojnego mają,
Iż
zjadł wołu na wieczerzy
(Kto chce,
niechaj temu wierzy),
A iż
za płaszcz niebo kupił;
To by
już Bóg komorą żył!
Aleście
to nań zmówili,
Abychmy też
woły bili,
A za
takimi przysmaki
Wżdy
się wam dostaną flaki.
Nie tak ci święci czynili:
Nie
płaszczmi, ni wołów bili,
Lecz Panu
wiernie służyli,
A świat
prawie opuścili.
Lecz wy
dziś, mili kapłani,
Bujni jako
hardzi pani,
A na wasze ty
utraty
Nie zniosą
was wasze płaty.
By też
więc dusze przyłożyć,
Musi
skądinąd dołożyć.
A nas więc
przedsię karzecie,
Choć sami
barana drzecie,
Powiadając,
iż imienie
Przekaża
duszne zbawienie,
A iż tak
czciecie o Bodze,
Iż
nam to rozkazał srodze:
Wszytko na
ziemi opuszczać,
W niebie
osiadłości szukać;
A iż
mól gryzie skarb ziemski,
Kazał
ji Bóg kłaść niebieski.
A na
końcu zawołają:
"Dawajcie,
wszak wam też dają!''
Ano, kto
chce rzecz utwierdzić,
Trzeba jej
skutkiem poprawić.
Lecz
różno skutek od rzeczy,
Coś inszego
wam na pieczy.
Bo wasze
pierwsze ćwiczenie
Starać się o dobre mienie,
A przedsię na to nie myślić,
Aby za to dosyć czynić.
Na ony wasze pacierze
Ledwo że się raz w rok zbierze:
Często Quaesumus próżnuje,
Oremus mało pracuje,
Ona wasza Alleluja
Jako pani sobie buja,
A Collecta za nią chodzi,
Też sobie na starość godzi.
Amen, ten robi
jako chłop,
Bo się k
niemu ma każdy pop,
Bo z tym wijatyk
leci w kąt:
"Dosyć
się nas dzierżał ten błąd!''
To
więc aż do dnia dopija,
Długa
nań była feryja.
Sfatygował
się nieborak,
Odpoczywa
ubogi żak.
Często
sobie oczy chłodzi,
Bo mu drobne pismo szkodzi.
A iżby szanował dusze,
Jako osłem, tak ją kłusze.
Nie może mu
tak wiele dać,
Jako on
śmie na nię nabrać:
Kustodyja,
dziekanija,
Prebenda i kanonija,
Abo też owo probostwo,
Chocia
piekielne ubóstwo!
"A co
to jest sto kop płatu?
Czym pomóc
chudemu bratu
Abo onej
siestrzenicy,
Co tam
mieszka na ulicy?
Choć
w dziewiątym pokoleniu,
Przedsię
jednak lżej zbawieniu,
Bo jakoby
miał we złocie,
Co da ubogiej sierocie."
A gdzie się co zjawi nowo,
Już rzecznikom bywa zdrowo,
Bo się więc tam prezentują,
Gdy co smacznego poczują.
Trzykroć czasem w Rzymie będzie,
Niż prawie na miestcu siędzie.
Podawce więc rozkosz mają:
Gdy się do nich ubiegają,
To się im
nisko kłaniają,
Rozlicznie
się zalecają;
Tu się
obiecują służyć,
Dom ten i
potomki mnożyć.
"Wszak
jestli co skąd przypadnie,
Wszytko
rozdzielimy snadnie;
Iście nie
chcę nic mieć swego,
Społu
używiemy wszego."
Więc prawie
mnożą potomki,
Obbiegając
cudze domki;
Urzędów swych
używają,
Bo je ojcy
nazywają.
A z onych
wielkich obietnic,
Ze wszytkiego
nie będzie nic.
Pewny
kłopot w zysku będzie,
Gdy już z
tobą we wsi siędzie;
Już pewnego
sąsiada masz:
Uczyń mu
co, iście poznasz!
Pójdzieć
gonionego z tobą,
Ma dwoje prawo za
sobą.
Trudno więc
naszemu bratu
Odzywać
się do powiatu:
Kłusz
się z miasta, Benedykcie,
Boś
już w trzecim interdykcie,
A czasem nie
chybisz Rzyma,
Chocia to
u nas źwierzyna.
To
cię będzie przez rok straszył,
Dzwonek
tłukł a świeczki gasił,
A jestli Bóg nie
ustrzeże,
Strzeż
się, byś nie zmacał wieże.
Bo naszy mili
przodkowie
Snadź nie
wszytkich mieli w głowie
Gdy się w
tę niewolą wdali,
Na sobie ten
szańc wygrali.
Bo się w
więtszą szkodę wdali,
Skąd
się zysku nadziewali.
A stąd
się musimy trwożyć,
Skąd
się miała miłość mnożyć.
Bo to
każdy widzi proście,
Iż z
roztyrku gniew uroście,
A boski gniew z nienawiści,
Możemy być tego iści.
A z jednej szkody dwie mamy:
Iż
was i Boga gniewamy.
PLEBAN
Wieręm,
panie, ja nie tuszył,
Abyś tak
rozumem ruszył.
Aleć
też nie wszytko k rzeczy,
Kto by to
chciał mieć na pieczy,
A snadź nie
wszytko z dowodem.
Zabrnąłeś
jako z niewodem:
"Karasia,
lina i szczukę,
Tak razem
wszytko potłukę."
Takież ty
teraz na nasz stan
Oborzyłeś
się srodze sam,
A równo wszytko
szacujesz,
Nic nikomu nie
folgujesz.
Anom tak
słychał, jako żyw:
Jeden prze
drugiego nie krzyw;
A iż
się jeden obierze,
Iż wykroczy
w swojej mierze,
A coż
owi drudzy krzywi,
Którzy
są poczciwie żywi!
A
tkniż jedno świeckich urzędów,
Jestli tam nie
więcej błędów?
A jako wam
też przychodzą,
Bo się tak
z wami nie rodzą!
A ze sta z was
jeden siędzie
Takim
kstałtem na urzędzie,
Aby jedno
prawdę mnożył,
A swe
pożytki odłożył.
Chyba drobnych
kęs cześników,
Chorążych,
wojskich, stolników.
Tam nic nie przydzie
do mieszku,
Tej kęs
szarej pychy w zysku.
Ale gdyby nie
pamiętne,
I
sędzić też nic nie chętne.
Ale więc
nie szkoda pracej,
Kiedy już
kto pewien płacej.
Bo uźrzysz
ony proroki,
Kiedy już
odsądzą roki;
Sporo im
więc młyny mielą,
Kiedy
się pamiętnym dzielą.
A barzo to
łowne pole,
Sporzej
młócić niż w stodole.
Choć
sieć leda jako stanie,
Jednak
wżdy co przypadnie na nie:
Sarna,
zając, soból, liszką
I kuna,
jej towarzyszka
Chocia
żadny pies nie goni,
Przedsię
jej być jednak w toni.
A gdy z wiatru
przydzie snadnie,
Czasem
cały kożuch wpadnie.
A też
gdy jest elekcyja,
To jeden
drugiego mija,
Ubiegając
się o głosy;
Dobrze nie
idą za włosy.
Snadź
to gorsze niż pacierze,
Gdy kto
urząd na się bierze,
W którym
wiele trzeba myślić,
Jako mu
dosyć uczynić.
Bo
weźrzy, ano brat stoi,
Pan
przydzie, co się go boi;
Drugi
się z daleka kłania,
Choć na nim szuba barania,
Alić worek z niej wygląda,
Przedsię nań sędzia
pogląda.
A snadź trudno w to ugodzić,
By
też miał Salomonem być.
By
się wżdy nie miał nachylić,
Wierę by
też nie stał za nic.
A drugi się k miestcu ciśnie,
Choć czasem kto za to piśnie,
Aby z niego
był kasztelan,
Bo z tego ziela roście pan.
Acz iście
nie znam rozkoszy,
Gdy się
chudzina kokoszy,
Bo ta
cześć z śmiechem na poły,
Piasek orzą
tymi woły.
Nadzieją
się przedsię cieszy,
Iż się
wyżej wstąpić spieszy.
Bo zawżdy
ci więcej jedzą,
Którzy
bliżej misy siedzą,
A pewniejszy
obiad czuje,
Kogo skwara
zalatuje.
Bo więc
ten, co jeszcze jedzie,
Czasem bywa po obiedzie.
Ale i inszy z nadzieją
Czasem się tak postarzeją,
Więc onej pychy przypłacą,
Bo i swe własne potracą.
Czyniąc dosyć swoim stanom,
Kłaniajcie się kasztelanom.
Ano
więc ony pokłony
Barzo nam
tępią zagony.
Też
uźrzysz, a wojewodzie,
Przedsię
nasz brat stoi za nic.
Nuż
więc starostowie owi,
I ten ci
czasem ułowi!
Bo chocia
dzierży arendą,
Wżdy
jednak ostrzyżki będą;
A choć na liczbie przestanie,
Przedsię dłużen nie zostanie.
Bo łacniej się wżdy
wyliczyć,
Niż się na swej trosze
ćwiczyć.
Bo się jednak przedsię skwarzy,
Kto co
piecze abo warzy.
Zlezie
wina, zlezie poczta,
Z tego
gąsior, z tego kwoczka,
Zabłądzi
też jałowica:
Na
starostę połowica,
A czasem
się wszytka zejdzie,
Wszak to
na liczbę nie przydzie.
Nie
zawżdy też będzie wołał,
Iżby
się kto k niej przyznał.
"Choć
i druga niech przybieży,
Czyście
tak w trupiech uleży.
I z
wołkiem bądź, miły panie,
Gdy
się nam jako dostanie!"
Uźrzysz
zasię drugą stroną,
Aż
drugiego ściąży z żoną.
"Mamy
więźnia gotowego,
Bo nie
wydał czopowego.
Temuć
gotowymi płacić,
By ogon i
rogi stracić."
A tak na
każdym ureędzie
Zawadzać
się nierząd wszędzie.
I w owym ci nie przemory,
Który przydzie na pobory.
Zawżdy sporzej do komory,
Gdzie bywają gęste wory.
"Przedcięć
błądzą owy łany,
Chocia stare kwity mamy.
Zbędzie w rejestrze obroku:
Uciekł młynarz tego roku,
A to nam nie chcąc przypadło,
Co teraz nowo przysiadło."
Bo gdzie pełno, snadniej ulać,
Na oranym gotowo siać,
A gdzie zaczną gniazdo grosze,
Już lezie trocha ku trosze.
A coż więc dzierżysz o owym?
Nie kazić się też surowym,
Co owo na mycie siedzi,
Słucha furmanów spowiedzi.
"Chodź sam, bracie, po
odprawę!
A wszak
dawno wiesz ustawę,
Co masz od
kamienia płacić.
Warujże
ceduły stracić!"
Coż
kto wie, co na cedule,
A co
zostanie w szkatule!
Furman z
cedułą precz bieży,
A szkatuła
w kącie leży;
Rejestr ni
widzi, ni słyszy,
Co chcesz,
to tam weń napiszy.
Ano
więc w tym błędnym lesie
Rada
się ręka uniesie,
A kiedy
się imie igrać,
Trudno
ją więc zahamować.
A tak
więcej ci wam strzec trzeba
Dusze,
niż nam z tego chleba,
Który nam
snadź nie tak szkodzi,
Bo
dobrowolnie przychodzi.
Ale u was
tak i owak,
Czasem na
prost, a czasem wspak.
A ów, co
wlezie do soli,
I tegoć głowa nie boli.
Już więc i ten szydłem goli,
Bowiem ma wszytko po woli.
Bo każda rzecz, co w sól wchodzi,
Już jej nie leda co szkodzi.
A stara w ludzioch przypowieść,
Iż więc każą tym
słono jeść,
Co się owo podszpocili,
By się barziej nie skazili.
Iścieć to każdemu zdrowo,
Pamiętaj, panie, me słowo!
Bo a co to
wadzi duszy,
Gdy
się drobiozgu nakruszy,
Iż
się to miotełką zmiecie;
Wżdy
się co za to wygniecie.
Bo trzeba
rozumu użyć,
Kto dzisia
chce co wysłużyć.
Musisz
przez nogę, nieboże,
Zwłaszcza
gdy kto wręcz nie może.
Ale co ma
pleban prosty
Ugodzić
w ty dworskie chłosty!
Zwłaszcza w kącie doma
siedząc,
Jedno co
kęs od bab wiedząc,
Abo
słysząc, gdy ziemianie
Siedząc
narzekają na nie:
"Wierę
snadź z sejmu naszego
Nie
słychamy nic dobrego;
Już to
kielka niedziel bają,
A w ni w czym
się nie zgadzają.
Podobno jako i
łoni
Każdy na
swe skrzydło goni;
Pewnie Pospolitej
Rzeczy
Żadny tam
nie ma na pieczy.
Boć i owi z
pustą głową,
Co je rzkomo
posły zową,
Więcej
też sobie folgują,
A to, co
jem trzeba, kują.
Bo jedni
są, co się boją,
Drudzy o
urzędy stoją.
Jako tako
pochlebuje,
Gdy co kto
smacznego czuje.
Bo acz to
jest wielki urząd,
Kto chce
łatać ten spólny błąd,
Lecz gdy
nie będzie pilności,
A prawej,
spólnej miłości,
Przedsię
z oną płochą radą
Na chromym
do domu jadą.
Drugi też
nie dba o sprawę,
Gdyby rychlej
wziął na strawę."
Ano, panie,
wielka to rzecz,
Kto chce tego prawie ostrzec,
By się ni na czym nie mylił,
Na stronę nic nie uchylił.
Bo gdy przydą obietnice,
Zejdzie się więc i na nice.
Ano się koła smarują,
Jedni czcią, drudzy darują;
Pewnie naszemu krok zmylić,
By więc drugiego nachylić.
Dobre pierze, niezła też
gęś,
A co
się upiecze, ukęś.
Ale kto by
się chciał obaczyć,
Trzeba by
tę sieć lepiej kryć,
Bo
snadź wstyd jednego zdradzić,
Jakoż tu o wszytki radzić?
A tak
się, panie, jednajmy,
Radszej
sobie pokój dajmy,
Bo
się kocieł z garncem swarzy,
A
snadziechmy wszytko szarzy.
Wielkich
stanów nie ruszajmy,
Tym
się z daleka kłaniajmy,
Boć
też jedno ten zysk mają,
Iż
się im łając kłaniają.
Bo gdy
kogo szczęście wzniesie,
Źle
mu co rzec, ledwo w lesie,
Gdzie by
jedno zając siedział,
Aby we wsi
nie powiedział.
Bo
trafić się czasem z wadą,
Choć
drugiego zową radą,
Ale
przedsię z tą ułogą
Ujdzie, chocia targa nogą.
A coż też na tym wygrali?
Bo świebodę za to dali.
A snadź co dobra myśl płodzi,
Wszytko wielkim stanom szkodzi,
Bo to trzeba rozumnie kryć,
Na co
mają wszytcy patrzyć.
Bo
każdy różno szacuje,
Chocia,
chwaląc, pochlebuje,
Mówiąc
jeden ku drugiemu:
"Bógże
pomóż panu temu;
Iście
mu wszytko przystoi,
Cożkolwie
na świecie stroi."
A drugiego
tyka łokciem,
A
szepcąc go zowie nogciem.
Więc
nie zawżdy, gdy gotowo,
Będzie
jadł, choćby mu zdrowo,
Bo niżli więc co nastroi,
Tym się na poły przestoi.
Bo azać więc mało tych spraw?
Ten za
suknią, ten za rękaw,
Jeden
śpiewa, drugi skacze,
Trzeci idąc
łaje, płacze.
A wierę
więc wielkie mienie
Musi
cisnąć i zbawienie.
Bo więc
łacniej z tego wyniść,
Kto ma z trochy
liczbę czynić;
Rychlej się
więcej uplecie,
Kto wiele
rządzi na świecie.
"Ale
co mamy, to mamy,
Gdy tu
świata używamy,
Bo
ziemię Bóg ludziom sprawił,
A niebo sobie zostawił.
A iż do żywota mamy,
Mało też o wieczność
dbamy.
Co zadrzemy, to zadrzemy,
A wżdy świata zażywiemy."
Ale k rzeczy przystępując,
Różno stanów nie szacując,
Obaczywszy stany wszytki,
Kogoż dziś mierżą
pożytki?
Wszak się dawno rozumiemy,
Na jednym wózku jedziemy.
Wierę mi się tak zda, panie,
Żechmy wszytko nie Rzymianie.
Jednoż ci na świecie byli,
Co prze spólne swe tracili,
A z jaką też czcią tu byli,
A snadź wszytek świat
rządzili!
Bo się zawżdy wszytko sporzy,
Gdzie się sprawiedliwość
mnoży.
Z nas każdy, gdzie swój wrzód czuje,
Zawżdy mu więcej folguje;
Choć drugiego barziej boli,
Niechaj cirpi po niewoli.
WÓJT
Panie, słysząc aż straszno
stać!
Jakoż prostak nie ma się bać?
Każdy tu, co ji ksiądz liczy,
Ubogiego kmiecia ćwiczy;
Ba, leda jakim zalotem,
Z tym o ziemię, by z wymiotem.
Acz to nie mej
rozum głowy
Wtrącać
się w takie rozmowy,
Ale łacno
mówić z wami,
Bo się
szacujecie sami.
Ksiądz pana
wini, pan księdza,
A nam
prostym zewsząd nędza.
Bo
się jednak tym pobracić,
Wójtowi to
piwo płacić!
Pan
się świeczki, dzwonka strzeże,
A
snadź jeszcze więcej wieże;
Ksiądz
biskupa, biskup Rzyma,
Wżdy
w każdym stanie przyczyna.
Ale nam,
chudym prostakom,
Zewsząd
cirpieć nieborakom!
Zły
dzwonek, a gorsza kłoda,
Z obu stron niedobra zgoda.
Bo jako Marcin nastanie,
Snadnie wnet szczkawka przestanie:
"Dajże czynsz, dajże
kokoszy!"
Zać więc mało tej rozkoszy?
"Dajże sep, sery, gęś,
jajca!"
Długoś rządził, panie
rajca!
Mniema, żem ten rok panem był,
To w
niwecz, com się narobił.
"Dajże
jeszcze przedsię owies,
By
też więc skakał jako pies.
Rzadkoć mam
z ciebie ten obrok,
Boć go
czekam przez cały rok."
A to w
niwecz, com dał winę
Leda o
jaką przyczynę,
Bo tam
snadnie o niezgodę:
Często
baran mąci wodę.
Bo jako
się tego ustrzec,
A co sobie ma prostak rzec?
Azać
się on w prawie ćwiczy?
Snadnie go
każdy wyliczy.
A
zawżdy przystaw u niego,
By u
posła tatarskiego.
Urzędnik,
wójt, szołtys, pleban,
Z tych
każdy chce być nad nim pan.
Temu daj
gęś, temu kokosz,
Zać
więc z nimi mała rozkosz?
A
przedsię na tłokę robić,
Czasem
proszą, czasem chcą bić.
Sprawnie
ją nazwali tłoką,
Bo tam
czasem i grzbiet stłuką.
Więc
potym przydą pobory,
Snadnie
kto zdrów, będzie chory.
Bo
dać, by z skory wyłupić,
By jedno
duszę wykupić.
A nie dasz
li, wezmą ciążą,
Abo
cię samego zwiążą.
By
więc i dzieci zastawić,
Musisz
się dusznie wyprawić.
A jednak
przedsię niesporo,
Chocia
się tak zbiera skoro,
A wie Bóg, gdzie
się rozleci,
By jedno
wylazło z kmieci.
Nie w jednej to
będzie męce,
Biegając
przez dziwne ręce.
Poprawi
więc kto kołnierza,
Niżli
dojdzie do żołnierza.
,,I on nasz
domek odarty,
Co
był we troję podparty,
Już
wżdy dziś ma gładsze ściany
I komin w
nim murowany."
Bo co o
tym sprawę mają,
Podobnoć
sami mniej dają,
A poznasz
to po rozmowie,
Kiedy
się swarzą panowie.
"Wierę
snadź nasze wiardunki
Idą
też czasem na trunki,
Abowiem w
to trudno wkroczyć,
Aby nie
miał w ptaki wskoczyć,
A
zwłaszcza gdy krótko leżą,
Ty
już nigdziej nie zabieżą."
Ale snadź
co nam do tego?
Niechaj
patrzy każdy swego!
Niechaj
oni, co chcą, czynią,
Kiedy ja
mam kwitacyją.
Boć
próżno inak szacować:
Wolnoć
piszczkowi tańcować.
Pan
się też wymówi wojną,
Acz ma
wymówkę niestrojną;
I tam
przedsię naszy płużą,
Więcej
niż pan wojną służą.
Bo mu
już naspiżuj wozy,
Daj rydl,
siekierę, powrozy;
Już
idzie jako do żupy:
Daj
wojenne, sery, krupy!
Tochmy
więc już tu wygrali,
Żechmy
tych krup nasypali;
Dalichmy
też na żołnierze,
Będzie
dalibóg przymierze!
Jużechmy
spłacili długi,
Mamy tam pana i sługi.
Patrzajże jedno po chwili,
Kto cię potka, ten nachyli.
On żołnierz, nasz sługa
głupi,
Alić swego pana łupi.
Niedługo panował chłopek:
Wrzeszczy baran, leci snopek,
A jestli nie pomoże Bóg,
I jałochnie wziąć pewno w róg.
Zaż to nowina na świecie,
Iż kto kogo może, gniecie?
Tak ci się chudzina żywi,
Kto kogo może, nakrzywi.
Lecz iście mało rozkoszy
Mają z tej cudzej kokoszy.
Wszak więc ich zapisy znamy,
Kiedy pokryślają tramy;
Bo więc kiedy sobie radzi,
I nędza im
nie zawadzi;
A jeszcze
ją sobie śmieszą,
Rzkomo się
nadzieją cieszą.
Mniema, iż
już skórę niesie,
Chocia
niedźwiedź będzie w lesie.
Bo przedsię pić musi i
jeść,
By na koniec z białego znieść.
A też się trafi drugiemu
Miasto lekarstwa - chromemu
Przetręcić do końca nogę,
By ji dał co rychlej w szkodę.
Bo gdzie nie może być zgoda,
Lepsza szkódka niżli szkoda.
Każdy, jako może, łata,
Wżdy, czym może, tym napłata.
Jedno nam, wieśnej chudzinie,
Nic nie sporo, wszędy ginie.
Bo znowu nastanie nędza,
Kiedy czas przydzie na księdza,
Gdy chodząc snopki przewraca,
A co tłuszczej kopy maca.
Wnet masz
urzędnika z niego,
Choć tobie
nie trzeba tego.
Natknieć
wieszkę, kopie w brogu:
"Nie mnie
to dasz, synku - Bogu!"
Acz nie wiem,
wie li Bóg o tym,
Aż to
zrozumiemy potym.
To wiem, iż
żyta nie jada,
Bo w stodole nierad siada.
Więc ci jeszcze będzie grozić,
Że mu
dusznie musisz zwozić;
Mało
jeszcze, iż nań robią,
Muszą
wieźć, a w łeb się skrobią.
"Małom
się panu nawoził,
Bo ten jeszcze
barziej groził?"
Owa wszędy musisz
podleźć,
Bo z obiema
źle kaszę jeść.
Potym bieży
po kolędzie,
W każdym
kącie dzwonić będzie;
Więc
woła: "Illuminare ",
A ty,
chłopku, musisz dare ;
Bo dać
przedsię, gdzie wziąć, tu wziąć,
A nie dasz li,
wnet będzie kląć.
Przydzie
spowiedź, to się jednaj,
A nie chcesz li, coć każe, daj!
Bo więc tam, jako chcą, karzą,
Na koniec do piekła skażą.
A tam niespora odprawa,
Trudno do wyższego prawa,
Bo się tam niedługo radzą,
Na pierwszy rok wszytko zdadzą.
A
snadź lepiej, co dać, to dać,
Aby
wżdy mógł apelować.
Kto umrze,
kto się urodzi,
Kto
ślubi, kto się rozwodzi,
I
cokolwiek kto chce sprawić,
Musi
okrążne postawić.
I
kołaczać nie oświecą,
Aż
dasz łopatkę cielęcą.
A tak
zewsząd prostym gorze.
Głębokieć
łakomstwo morze,
A gdzie w
co nawięcej płynie,
Tedy tam
narychlej ginie.
A ze sta
by się snadź ozwał,
By
już na tym, co ma, przestał.
By
nawięcej już miał wszego,
Znajdzie
wżdy co przyległego,
Znajdzie
do sąsiada winę,
By
miał naszerszą dziedzinę.
Poznasz to
po jego słowie,
Bo go wnet
"nierządnym" zowie.
"Młód,
mógłby się jeszcze ćwiczyć,
A mnie tego kęsa życzyć;
Bo mówią wszytcy sąsiedzi:
Szkoda go, iż doma siedzi."
Jaka życzność pana mego!
Snadź by lepiej patrzał swego,
Aby go pobożnie użył,
Czego Bogu nie zasłużył.
Bo wszytko najmem dzierżymy,
Jedno iż tak nie baczymy.
Wnet wypadaj, kiedyć każą,
Bo bez pozwu wszytko skażą,
A zmylisz prokuracyją,
Gdy cię z dzierżenia wybiją.
A tak ten swój ubogi stan
Tak rad
noszę, jako i pan,
I w tym
doczesnym żywocie
Snadź
o mniejszym wiem kłopocie.
Siedzę
jako człowiek prawy,
Nie
bodą mię cudze sprawy.
Acz
mię trochę nędza gniecie,
To
też odcierpię na świecie.
A gdy
się każą prowadzić,
A co mi więc ma zawadzić?
Mało mi żal z tej pociechy,
Wylecę jako wróbl z strzechy.
Bogacza więc szczkawka minie,
Kiedy go teskno od skrzynie,
Od onych miłych pieniędzy,
Co ich snadź nazbierał w
nędzy;
Bo czasem
by się przemorzyć,
Tedy
więc worka dołożyć;
A
snadź więcej sam im służył,
Niżby
ich z rozkoszą użył.
Bogać
sobie nie przekłada,
Kiedy
więc worka dokłada.
Chce
wieś kupić, dwór zbudować,
Staw
sypać, kościół murować,
Dziewkę
wyda, szaty sprawi,
A syna na
dwór wyprawi.
Ale
się barzo obłądził,
Mniema, by
tak wiecznie rządził.
Snadź
podobno sam wyleci,
Niż
rozposaży ty dzieci.
A ja, piekielna
chudzina,
Wylecę
by dym z komina.
Bo
trudniej wozem zatoczyć,
Aniżli
tak pieszo skoczyć,
A snadniej
z gniazda wróblowi,
Niż
skrzydłastemu orłowi.
Tak i ty,
panie, mądrze gól,
Boć
każdego gryzie swój mól.
A nikt nie zwie,
kiedy piśnie,
Każdegoć
z nas trzewik ciśnie.
PAN
A
długoż to, wójcie, ma być?
Tak masz wszytki
sobie za nic!
Boję
się, iż wilka z lasu
Wyszczekasz na
się bez czasu.
Bo się starasz o niezgodę,
Obracając na wspak wodę.
Trudnoć wilka owcą uszczwać,
Motyką słońce zwojować.
Bo i prawda, gdy nietrafna,
I ta nie zawżdy miestca ma.
Kładziesz na słowa pokrywkę,
Acz w nich masz wolną rozrywkę,
A na wsze strony dzwonka ruszasz,
Wszędy na kolbę pokuszasz.
Powiadasz o swej niewoli,
Wszak słuchając głowa boli!
A co ty
masz więcej myślić?
Zrobiwszy
dzień, czynsz zapłacić.
Nie
myślisz o żadnej sprawie,
Ni o wojnie, ni o prawie,
Jako pies
na piecu tyjesz,
Siedząc
w karczmie gębę myjesz,
Bo pan
musi strzec twej krzywdy,
Aby jej
niskąd nie miał nigdy,
Ale pana nikt
nie strzeże,
I sam nie zwie,
gdzie się zrzeże.
Bo dziś u
każdego prawa,
Zwłaszcza
prostym trudna sprawa.
Wszytcy
więc bywamy krzywi,
Ledwy się
chytry pożywi.
Bo dziś
nasza sprawiedliwość
Czyni ludziom
wielką chciwość,
A nie śpi
na nię bezpiecznie,
Bo ją
iście stracisz wiecznie.
Bo jeden
waży na pokłony,
Drugi chwyta za
zagony,
A trzeciego
ufukają,
Leda mu co
tam zabają,
Aż
mój, co porywał wodzą,
Już z
nim w uździenicy chodzą.
Wieręć
lepiej, miły brachu,
Jednaj
się z tego przestrachu.
A drugiemu
idą dary,
Tu więc
już tam nie masz miary.
Bo ty z
dawna tę moc mają:
Każdą
srogość ukracają,
Czasem i
przysięgi łamią;
Wiele ich na ten
wrzód chramią.
Bo acz by
właśnie miało być,
Wszytko na
stronę odłożyć,
Strach,
miłość i powinności,
A
trwać przy sprawiedliwości,
Jedno
brać Boga przed oczy,
A
ktoż z tego nie wykroczy?
Bo dobry
zawojek w zimie,
Kiedy kto
weń grzbiet uwinie.
Nie
zawadzi też koniczek,
Wałaszek,
inochodniczek,
Bo szkoda tej starej dusze,
Iż się na złej szkapie
kłusze.
Wie, iż źle, czasem się boi,
A jednak
przedsię przy swym stoi.
Bo, by
nierad, tedy musi,
Azać go
więc jeden kusi?
Bo owy
prokuratory
Ma na się
tęgie doktory.
Bo więc owi
zwolennicy,
Gdy sie
zejdą w kupę wszytcy,
Niejednemu
zmylą szyki,
Mówiąc
rozliczne języki;
A kogo chcą, sucho zmyją,
Stawiąc tę Babiloniją.
Już wnet gębę wzgórę
wznosi,
Gdy go kto o swą rzecz prosi.
Tu wnet z daleka załawia,
Trudnościami się wymawia:
"A, by nie dla twej przyjaźni,
Zmyłby cię na suszy w
łaźni.
Ale ukaż rychlej swą rzecz,
Boć mi barzo pilno iść
precz."
Więc tu
czcie a głową chwieje,
Z onego się
prawa śmieje.
"A to,
nieboże, na kroku
Małoś
tu nie stracił roku."
Rozlicznie
cię będzie winił:
"Złe
masz prawo, źleś uczynił.
Nie będzie
li mej pilności,
Iście nie
ujdziesz trudności.
Ale gdyby chciał
dołożyć,
Mogłoćby
twe prawo ożyć.
Jeszczeć
bych ja dziurę nalazł,
Kędy
byś z tej sieci wylazł."
To się
już ciągni jako lis,
Daj od minut,
daj na zapis,
Daj
pamiętne, dajże winę,
Leda o jaką
przyczynę.
Targuj!
rozłożonoć kramy:
Pozwy,
minuty, membrany,
A niż
odprawisz doktora,
Tedyć
ubędzie pół wora.
Zać
tam mało krotochwile?
Ni by
się nasłuchał mile:
Woźny
woła, sędzia zdawa,
Drugi
wwiązanie zeznawa,
Trzeci
cię z boku przytyka,
Sąsiad
się k wiosce przymyka.
Snadź
by się tam nie nasiedział,
Kto o tym
przedtym nie wiedział.
A niż będzie koniec tego,
Musisz skakać zajęczego.
Kłusz się na wiece z powiatu,
Ćwicz się, a dziwi się
światu.
Potym pociągniesz za dworem:
Tam więc już miej rozum z worem,
Bo tam leda o przyczynę
Rozwiążesz grzywnie czuprynę.
Potym
cię puszczą do grodu:
Mniemasz,
że już chwała Bogu;
Jeszcześ
nieprawie uleżał,
Ledwyś
tu pół kresu zbieżał.
Jeszczeć
nie koniec przestrachu,
Ciągń
się przedsię, panie Machu!
I tam ci boty podszyją,
Niż weźmiesz egzekucyją.
A snadź, co utracisz na to,
Kupiłby
tak wiele za to.
Bo gdy
przydzie na jednanie,
Przedcięć
w onej klobie stanie.
Ale
iż pociechy nie dał,
Zda mu się,
iż wiele wygrał.
Ano dawno ta
pociecha
Wszytko mu
wywlekła z miecha.
Czym się
było innym cieszyć,
Niż upór
wieść, a nie mieć nic.
Krótka
radość, a żal długi,
Może
się nakarać drugi.
Lepiej się
doma osędzić,
Niż w tym
głuchym lesie błędzić.
Bo zaż
jedno ten świat rządzi,
Który za
pięć groszy sądzi?
I owić
się domacają,
Chocia więc
doma siadają.
Lecz iż to przewara stara,
Wiele może pycha szara.
Przydzie wojna, to więc krepuj,
Chleb susz, szołdrę, krupy gotuj.
Choć narzekasz, panie wójcie,
Ale nam przedsię niestocie.
Iście drugi zmyli kroki,
Kiedy przydą owy roki,
Co je
więc wiciami zową.
Wierę
drugi zwierci głową.
Trudno tam
brać do powiatu,
Ćwicz
się, włócząc się po światu.
Ano
więc kolasy skrzypią,
Po drogach
się krupy sypią.
Ano
wszędy za tobą mróz,
Szkapa
ustał, złamał się wóz.
Ano
więc za szyję kapie,
Jeść
nie masz co onej szkapie.
Panowie
wędzonkę ciągną,
W krupach
się myszy zalągną.
Drugi też z
kijem wędruje,
Kury po wsiach
popisuje,
Więc
też czasem miasto kura
Przepadnie
się na łbie skóra.
Czasem na
się ten kij nosi,
Lepiej ów
zwyszył, co prosi.
Bo więc
każdemu żal swego:
"Paś
na swym, niechaj cudzego!"
Nuż kiedy
nastaną trwogi,
Wnet na
łbie urostą rogi.
Kiedy w
bęben zakołacą,
To więc
uzdy, czapki tracą.
Co
więc kto może, to chwyta,
Drugi
swego konia pyta,
Bieży,
popluskał się kaszą,
Bo go
szpetnie z tyłu straszą,
A niżli przydzie do szyku,
Nachodzi się drugi w łyku.
Otożeś zyskał, nasz panie!
To nic, co się w łeb dostanie.
A coż z tego za pożytek,
Ukaże to sposób wszytek.
Snadź tknąwszy wszytki osoby,
Żadny nie
ujdzie bez szkody,
Bo gdy się
już wszytcy skupią,
To więc z
księdza, kmiecia łupią.
A kto by
mógł oszacować,
Co samych
będzie kosztować?
A
przedsię nic nie wygramy,
Chocia tam
sami bywamy.
Bo
snadź lepsza rządna trocha,
Niżli
wielkość, kiedy płocha.
Ale
tknąwszy równo osób,
Snadź
by się mógł znaleźć sposób,
Iż by
krup wozić nie trzeba,
A nie
męcząc tego chleba.
Lecz
się bawimy na łupiech,
Wiele nas
ulęga w trupiech
I
wyliczać mało trzeba,
Co tego
próżnego chleba.
A
snadź bychmy lepszy byli,
Gdybychmy
społu gonili:
Nie jedno
by zając wypadł,
Czasem by
i wilk nie dojadł.
Mychmy
chudzi mało krzywi,
Ledwechmy
swą trochą żywi,
Przedsię
każdy swój kres zbieży,
Acz
tłustszy w kącie uleży,
Wyglądając
na każdy czas,
Bronić
się abo łomić las.
Bo i to
czasem pomoże:
Podleźć,
kto skoczyć nie może.
A wielki
to rozum uciec,
Gdzie nie
równo, nogami siec.
Wy,
duchowni a panowie,
Co macie w
workach i w głowie,
Strzeżcie
zamków a kościołów,
By z nich
nie było popiołów,
Bo w nich
złota, śrzebra wiele,
Nacz
ważą nieprzyjaciele.
A do tych
złotych kielichów
Ostrzegajcie z ordy
mnichów.
A snadź by
więtsza przyczyna
Dać na to,
niżli do Rzyma,
Bo nic w
rozkoszach po złocie,
Potrzebniejsze nam w kłopocie.
Nam ci snadniej od swej trochy,
Gdy zajdą jakie popłochy.
Nie czekam pewnej nowiny,
Wylecę
by bąk ze trzciny.
A kto ma motyla gonić,
Woli się z jastrząbem
łomić.
A snadź snadniej bogacz zginie,
Bo go
więc teskno od skrzynie,
A snadniej
każdego ptaka
U gniazda
jąć nieboraka.
Aleć
się w tym mało czują:
"Przedsię
nam grzywny smakują."
Tenże
dziś błąd, co i łoni:
Każdy
na swe skrzydło goni,
A prze
nasz własny pożytek
Ginie
pospolity użytek.
Ano snadź lepiej przeboleć,
Niż krótko stękać a
śmierć mieć,
A lepiej iż palec boli,
Niż wszytko ciało w niewoli.
I
mądry, gdy dom buduje,
Co rychlej
końca pilnuje;
Już
piec, komin, stoły, ławy,
To
już więc drobniejsze sprawy,
Bo gdyby nie
było dachu,
Snadź
by pan piec był w przestrachu.
Ja
mówię, co bych rad widział -
Czynić
może, kto będzie chciał.
Bo
snadź, by nalepsze zdanie,
Przedsię na
nim nie przestanie.
PLEBAN
Wierę,
panie, trudno snadź ksiądz
Tak wiele ma w
swym łbie dosiąc,
A iście plebania głowa
Prosta na ty wasze słowa.
Ale się tak płotu
dzierżąc,
A nikomu
się nie mierżąc,
Może, co
chce, kto chce mówić,
Wszak z tej
rzeczy nie będzie nic.
My tak
więc od tych słychamy,
Co je
wżdy za mędrsze mamy,
Iż na
każdej ziemskiej sprawie
Kocha
się każdy w swym prawie.
Świeckim
jest ta sprawa dana:
Bronić
kmieci i plebana.
Bo go pan i
ksiądz używa,
A teraz rzadko
bogat bywa.
Kmiotek prosty
na robotę
Wszytkę
wydał swą prostotę,
A to jego
wszytka chciwość:
Mieć pokój a sprawiedliwość.
To mu się
działem dostało,
Nam wszytko inne
zostało.
Duchowny stan
jest tak sprawion,
A na ten
urząd postawion:
Prosić Boga za świecki stan,
W którym zależy kmieć i pan.
Więc ksiądz strzeże wijatyka.
Kmiecia też pilna motyka.
Wam, co
was rycerzmi zową,
Należy
mur przebić głową.
Lecz gdyby
tak na to przyszlo,
Tej by
głowie na złe wyszło;
Boby
był łeb w silnej męce,
By mu nie
pomogły ręce.
A tak i
my, gdychmy różno,
Snadź
zorzemy piasek próżno;
Choć
nas wiele w pługu chodzi,
Przedsię
się nic nie urodzi;
A każda
rzecz, kiedy różna,
I słabsza, i czasem próżna.
I koła się snadniej toczą,
Kiedy wszytcy czterzej skoczą;
Ale gdy siodłowy mdleje,
I woźnica złej nadzieje,
Już mu droga nie tak spora,
Kłusze
milę do wieczora.
A my
snadź prawie na suszy
Uwiąznęliśmy
po uszy,
A co
dalej, więcej lgniemy,
Jestli
społu nie dźwigniemy.
A tak wy,
panowie rmili,
Dobrze
byście uczynili,
Byście
prawie w to wkroczyli,
Boście
się nam przeoczyli.
Na nas, na
kmiecie wolacie,
A sami się ochylacie.
Szukajcie też czasem drogi,
Aby wżdy wytchnął ubogi.
Bo i szkapy nie tak wleką,
Gdy jedno jednego sieką,
A ciężej przydzie na owy,
Kiedy ustanie siodłowy.
Ale wy przedsię nie dbacie,
Dawno tę dziurę łatacie,
A niesporo jako gorze,
Przedsię się wam zawżdy
sporze.
Bo zać to nowa biesiada,
Jako nastała ta zwada?
Pan się o tym z księdzem swarzy,
Wójt przedsię złe piwo warzy.
A tym zawżdy zamykają:
Wójt płaci, księdzu
nałają,
Chocia czasem
nie barzo krzyw.
Każdy swego strzeże, kto żyw.
Tknicie się też jedno sami,
A ciągnicie się równo z nami,
A zjednajcie komisyją
Rozwieść tę kontrybucyją.
Boć jako skoro nastała,
Tak wnet z wiardunkiem ślub brata,
A nie będzie li rozwodu,
Doczekacie po nich płodu.
Bo acz się więc wszytcy
znoszą,
Co ich na
ty gody proszą,
Ale nie
wszytkim smakują,
Bo
więc nierówno tańcują.
Ksiądz
więc z wójtem tam herst wodzi,
A też tym
nawięcej szkodzi;
Pan siedzi jako
starosta:
Temu gody,
swatkom chłosta.
Ale by tak udziałano,
Iżby równo nalewano,
Iście,w każdej krotochwili
Weselszy by goście byli.
I nie tak
snadź wielka szkoda,
Gdzie się trafi spólna zgoda,
A kiedy pójdziem koleją,
Rychlej ci nam drugą naleją.
I gospodarzowi mniej wadzi,
Kiedy sobie goście radzi,
Ale gdy jeden ulewa,
Każdy tego nierad miewa.
WÓJT
Ja już jedno łbem
kołyszę,
Dziwując się, co tu
słyszę.
Bo my jedno przysłuchamy,
A z daleka zaglądamy,
Dziwując się, co się dzieje,
A czemu tak świat tępieje.
Prawdę mówisz, miły księże,
Dobrzeć, gdzie wszytkich
dosięże,
Ale coż
temu mamy rzec!
Trudnoć
suche łyka odrzeć.
Rozmyśli
się więc każdy w czas,
Bo owo zły
na nas kiermasz.
Coż to
czyni? Jedno zbytki!
Tyć
każą wszytki pożytki,
Tyć nam
wszytkim łupią oczy,
Bo każdy z miary
wykroczy.
Jako tako gdzie
wziąć, tu wziąć,
Wżdy
się jednak przedsię ciągnąć.
Zaż
dziś nie dziwne potrawy,
A z wielkim
kosztem przyprawy?
Aż
czasem owi, co siedzą,
Nie zawżdy
wiedzą, co jedzą.
Ano jedna z
złotą głową,
A czart wie,
jako je zową.
Żacy
więc nam powiadają,
Co im tam w
garnki dawają.
Jakieś
torty trudnonosze:
Toć
dziś barzo tępią grosze.
A bogacą
cudze kramy
Pozłocone
marcepany,
Nuż
uspaniny, cenadry,
Pozłocisty
baran z fladry.
Ano
snadź lepszy, co wrzeszczy!
I mieszek
po nim nie trzeszczy,
Bowiem z
niego dwoje żniwo:
Mięso
zjeść, skóra za piwo,
A rogi dać na grzebienie.
Nie zawżdyć zdrowy jelenie.
Nuż co kosztuje piwnica,
Toć więc boża tajemnica.
A jakie picia nastają,
Co je dziwno przezywają!
Bo nasz szołtys ma tam syna,
Co
więc strzeże tego wina.
A iście kto kogo chce czcić,
Musi się dziś mieszek pocić.
Ciągni się, panie Walanty,
W pinijole, w alekanty.
"To
słodkie, a to korzenne,
A to ma barwy odmienne.
Obeźrzcież, panowie moi,
Bóg wiedz, już trzeci rok stoi."
To
więc we wsze kąty leją,
A drudzy
się spiwszy śmieją.
Podstoli,
kuchmistrz, podczaszy,
Każdy
swój garniec wystraszy.
Bo drzy
łyka, póki się drą,
A co
wiedzieć, kiedy pomrą.
A teraz wżdy, póki żniwo,
Już więc zadziera co żywo.
A czasem drudzy
nie znają,
Czego im
więc nalewają.
Ipokras abo
trywijał:
Co on dba,
gdy szyję nalał!
Bo co
panom nalewają,
K temu
się więc wszytcy mają,
A ty insze
picia proste
Mają
to za drobne chłosty.
Muszkatellę,
małmazyją,
To
już więc tą pijał liją!
Więc
mu nazajutrz smakuje,
A gdzie
darmo pić, nie czuje:
"Nie
lza, jedno z wami płacić,
Przydzie
się z mieszkiem pobracić.''
Więc
się tu jako lis ciągnie,
A z tego się szpital lągnie.
Ano czasem, bracia mszy,
Lepiej by
przestać na kaszy,
Niż
się w wielkie koszty wdawać,
A na wioskach
dług zeznawać.
Bo pomni
na to, nieboże,
Iż
mierne dłużej trwać może,
A
żadnemu nie przystoi,
Cokolwiek
nad swój stan stroi.
Snadź
przystojniej po staremu
Folgować
stanowi swemu,
A wedle starych
kwotacyj:
Kto nie ma zacz,
ten piwo pij.
Bo barzo z owego
wina
Zamnoży
się więc chudzina.
Wszakeś
Polak, dzierż się swego
Seropu
przyrodzonego.
I na tym się, co uwarzysz,
Natańcujesz i naswarzysz.
A niechaj tego kramnego,
Boć się skazi płeć od
niego.
A
snadź, jakoż to powstało,
Dziwniejszych
wrzodów nastało.
Zać
mała o tym praktyka?
Podagra,
fluks, scyjatyka,
A
niemała w ludziach dziura,
Jako
nastała pleura.
Coż
to czyni? Jedno zbytek!
Ukaże
to sposób wszytek:
Pić
gorąco, korzenno jeść,
Musi drugi
przez czasu zsieść.
Bo nie
pomoże piguła,
Kiedy w
bok kole rywuła.
Doktor
stojąc w możderz tłucze,
Pan stracił
od zamku klucze,
Więc mu
leje w gardło serop,
A on zdycha,
opiły chłop.
Wygrał,
iż był na biesiadzie,
Zsiadł z
konia, na deszczce jedzie.
Każdy to
sowito płaci,
Zdrowie i
pieniądze traci.
A to
wszytko zbytki mnożą,
Niejednego
ty w grób włożą.
Nuż
jakie dziś gry nastały,
Z których ginie
koszt niemały.
Dziwne fluksy,
turmy, rusza,
Aż drugi na
stole kłusze;
Bo się
więc już nie rozmyśla,
Póki stołu
stawa, kryśla,
Bo musi
przybrać na nowe,
Dał teraz
schować gotowe,
Klenotki
się pocierają.
I ci tracą, co nie grają.
Bo
więc kiedy się rozprawią,
Iż
już jednego odprawią;
Siedzi,
podjął rękę, śpiewa,
Ciągnie
się, rzkomo poziewa,
Ale bodaj
mu tak psia mać,
Jakoć mu
się w ten czas chce spać.
Ciągnie za
palec drugiego,
Aby mógł
wwlec sygnet z niego;
Barzo by
rad temu sprostał,
By mu jako
stryjem został.
A coż
z tego potym roście,
Każdy
się domyśli proście:
Fałsze,
przymówki, niezgoda -
Krótka
radość, długa szkoda.
Bo ślubi
wrócić w godzinie -
Więc
ledwy w rok, czasem zginie.
Bo acz
wygra, wżdy nie sporo,
Wnet
się to rozleci skoro.
Bo
się wnet zbieży co żywo:
Daj od kart,
dajże za piwo,
Daj za
świece, daj piszczkowi;
Każdy, kto
może, ułowi.
Prawie to na nie
bicz boży,
Niejednego z
pychy złoży.
A snadź
tknąwszy różno wszego,
Mała
rozkosz z zysku tego.
Jakoby złe
piwo warzył,
Bowiem się
cały dzień swarzył.
A to k temu ma na pomoc,
Iż to już nie spał drugą
noc.
Idzie, zbladł, spuchły mu oczy,
Jako pijany się toczy.
Nadobny to zysk, mój panie,
Gdy każdy na swym przestanie,
Ani komu nie
bywa krzyw,
Kiedy kto swym
poczciwie żyw.
A tak giniecie, panowie,
Tracąc razem koszt i zdrowie.
Bo więc i rozum zabłądzi,
Gdy kogo dobra myśl rządzi.
Abo też myślictwo owo!
I toć nie każdemu zdrowo,
A snadź kto się w nie prawie wda,
Już
wszytkiego za nic nie ma.
Już
wyprzągaj naręczniego,
By napilniej
trzeba tego,
Bo owo
gniady leniwy,
A siwy
barzo sadniwy.
Trąb
co rychlej, a psy zwieraj,
Zwołaj
czeladź, konie siodłaj,
Bo teraz
dobra pogoda,
Iście
jej zamięszkać szkoda.
Więc
gniją na polu kopy,
A pan w
lesie wrzeszczy z chłopy,
Ze psy się po polu goni,
Żyto, owies, wszytko łomi.
"Był tu Pożar?" Owo lezie
(A Szach już wisi na brzezie),
Barzoć mu się więc chce
łowić,
A on już trzy dni nie jadł nic.
I myśliwiec słabo trąbi:
Zać go jedna nędza gnąbi?
Mróz ciśnie, w brzuchu przemiera,
Wlazwszy w kierz więc tarnki zbiera.
Czapkę straci, suknię zdrapie,
Oba boki odrze szkapie,
Czasem go
przed sobą pędzi,
Kiedy mu
dobrze przynędzi.
Rad by
gdzie dopadł gorąca,
Wolałby
piec niż zająca.
A pan
został, proso łomi,
Więc
się tu z chruścielem goni:
"Padła,
Szachu! Padła, Strusie!
Wieręć
mu być tu, w tym prosie."
Ugoniwszy,
z szkapy zskoczy,
To
dopierko znowu tłoczy.
Więc
gwiżdże, a na brzuch leży,
A szkapa
do domu bieży.
Uzdę
straci, siodło stłucze,
Sam
się milę pieszki tłucze.
A dobrze tak, ma dubiela,
Stanie mu
więc za chruściela!
Więc rzepy
miasto przepiórek
Narwie w watek i
w kapturek.
Jednak
też to niezłe pole,
Gdy jej niemasz
doma w dole.
Bo
więc każdy, kto się w to wda,
Snadź o żadną już rzecz
nie dba,
O tymże cały dzień mowi,
Jako Pożar z Kruczkiem łowi:
"Wnetem ja,
Matuszu, tuszył,
Gdy go skoro
Zalas ruszył,
Iże
nam trudno miał uciec,
Bo mój
Nieprosz stoi za sieć."
To
już na to do dnia pije.
Wyga się skrobie a wyje.
"Nabierz
mąki, nie masz tłuczy,
A do połcia
kłódkę stłuczy.
Bo iście to
zasłużyli,
Aż do
południa gonili."
Więc jako
połcia nie stanie,
Jedzże
chudy groch, nasz panie!
A i kapusta będzie w czas -
Uciekł zając głęboko w
las.
A czasem, choć ji uszczuje,
Przedsię niewiele zyskuje,
Bo się trzeba w gębę
sparzyć,
Kto ji chce dobrze uwarzyć.
Nie oprawisz tam
nic z chrzanem,
Musisz się
pobratać z kramem.
Ano
snadź, jestliś równy pan,
Wierę
też niezły z octem chrzan,
A snadź z
nim weselszy będziesz,
Niż gdy z
pieprzem z wioski zsiędziesz!
Bo kto pierno jada, chce pić,
A piwo
więc stoi za nic.
Bo kramne
za kramnym chodzi,
A oboje
przedsię szkodzi.
Nuż
więc owe białe głowy!
I toć
nie z pożytkiem łowy.
Tam nic nie
oprawisz wackiem,
Szofać Grzegorzowi z Maćkiem.
Bo więc ów ślężak z
forbotem,
Lisztewka, bryżyk ze złotem,
Nuż kaplerzyk z obojczykiem,
Teperelle z gorgulikiem...
Iścieć skarbu nie umnoży,
Niżli to na szyję włoży.
Nasze to niewiasty znają,
Co więc w tych dworzech bywają,
A mówią, iż gęste cewki
Wychodzą na ty lisztewki.
Często się kłusze
półkopek,
Aż musi wleźć w rejestr
chłopek.
A o tymże wszytka rada,
Gdzie się
zejdzie ich biesiada:
"Ukaż
ten kołnierzyk, siostro,
Bo nań
trzeba patrzyć ostro,
Bo w nim wzorek
barzo drobny,
Ale wżdy
przedsię nadobny.
Bych miała wzorek gotowy,
Spatrzałabych na czeplowy.
Choćby więcej złota
weszło,
Boby mię jednak szyć teszno.
I węgierskim szyciem snadnie
Mógłby to uszyć nieżadnie,
Ale by
snadź cudniejszy był,
Gdyby na
nim perły sadził."
"Nuż
ty, mój namilejszy panie,
Dajże
co narychlej na nie!
A wszak,
jestli co zostanie,
Wam
się kołnierzyk dostanie.
Jednak
chodzę by łoktuszka:
Ni
perełki, ni łańcuszka!
A jako
dzisia upstrzony
U
uboższych mężów żony,
A ja i w
święto w żałobie!
Nie mnieć to sromota - tobie!"
Więc się na jarmark oboje
Wloką
na ty miłe stroje,
A tego
snadź zahaczyli,
Iż
niewiele naliczyli.
Ano to
niecudny wzorek,
Kiedy w
skrzyni próżny worek.
"Ale
co wadzi skosztować?
Owa nam
będą borgować!"
Więc
się włóczą między kramy,
Poszargają
stare bramy,
A niemasz
zacz kupić nowych,
Bo
więc trudno bez gotowych.
A
kramarki, co je znają,
Więc
im bryże wywieszają,
A jestli
co na borg dadzą,
Przedsię
się na tym nie zdradzą.
Bo da drożej połowicą,
Pani płaci jałowicą
Abo siemieniem z nabiałem,
A przedsię nierównym działem.
Bo jednak, czymkolwiek płaci,
Drugą połowicę traci.
A gdy się domek wyniszczy,
Tedy ty, panie, w garść piszczy,
Bo acz nierówno, ciągni się,
Boć
być w jamie, panie lisie.
A tak, panie, ta
utrata
Zniszczyła świat po ty lata,
Wiele zacnych domów zeszło,
I drugich więc bywa teszno.
Kiedy przydą owy Gody,
Niejedny tam więc przygody:
Jedni z wiosek postępują,
Drudzy płatów przypisują,
A ono, co nakupili,
Dawno drudzy zastawili.
A prędko ta pycha minie,
Gdy razem bram z wioską zginie.
My, chudzina, przedsię w męce
Tłukąc się przez cudze
ręce,
Bo każdy folgując sobie,
Wszytko chce zwyszyć na tobie.
A tak
dziwno się świat toczy:
Krzywe ma fortuna oczy,
Choć nic tego nie baczymy,
Acz złe, wżdy sobie tuszymy.
Ale by
się każdy uznał,
A nad stan
się nie wyciągał,
Wierę by
snadź właśniej było,
Każdemu by
mniej szkodziło.
Jestli baczysz,
żeś chudzina,
Pij piwo, a niechaj wina.
Nie czyń
się pawem, jestliś kur,
Nie masz li
sukniej, wdziej kaptur.
Bo to już
nastało dzisia:
Leda na kim
szuba lisia;
A też
lepak drugi wisi,
Zawiódł
go zawojek lisi.
Ale bychmy
poniechali,
A na
równym przestawali,
Znaczniejsze
by domy były,
Wszego by
się napełniły.
A
stąd on dostatek roście,
Czym by
uczcić ony goście,
Którzy ten
obyczaj wnoszą:
Jadą,
chocia ich nie proszą.
I pan ich czasem
nie czeka,
Co nadalej precz
ucieka.
Nie dba, by mu
odeczcili,
By go
jedno w las puścili.
Ale snadź nie wytrwa głowa,
Zwłaszcza prosta, na ty słowa.
Nasza rzecz, prostych, paciorki,
A wy przedsię szyjcie wzorki.
PAN
Wójcie, głębokoś snadź
zabrnął,
Patrzaj,
by się nie ochynął.
Barzoś
na szrot puścił mowę,
Radzęć,
chowaj ciepło głowę!
A
wszędy ruszasz zuchwałych,
A k temu stanów
niemałych:
Graczów,
myśliwców, pijanic -
Wszytki sobie tu
masz za nic.
Utratniki,
białe głowy
Ruszasz
zuchwałymi słowy.
Byś
wiedział, że z tych każdy stan
Zda się sobie być wielki pan!
Wszytko sobie lekce waży,
Ni zwiesz, gdzie cię który
zdłaży.
Ale snadź, mówiąc ku prawdzie,
Wielkieć zbytki wszędy najdzie,
Które dziś stroją bogacze,
Bo tłusty, jako chce, skacze.
Owym to więc chudym wadzi
I zszkapieją z tego radzi.
A iście rzadki z tej drogi,
Aby nie
zepsiał na nogi,
Bo się
trafi taka wytecz,
Iż się
więc obróci w niwecz.
Ale by
miał wiecznie chramać,
Trudno
przyrodzenie złamać,
Przedsię
się z tłustymi równać,
Jako w targu
taniej nie dać.
Zać
się dziś nie pstrzą sajany,
Chocia ich
drudzy nie znamy?
Abo owy stradyjotki
Toć
dziś barzo dębią kmiotki.
Drugi więc
swą wioskę mija,
Rozwiodła
go z nią delija.
Ów
wżdy on nasz dawny jarmark
Snadź
wżdy nie tak krzyw nieborak.
Ale tam
rzadko bywa pan,
Gdzie
rządzi czuba, dołoman.
Drugiej
aby nie poznali,
Więc
ją rajtarką przezwali.
Ano to
stara przewarka:
Rad bywa
smard, gdzie rajtarka.
Aż
już i drugich nie znają,
Jako je
więc przezywają.
Czasem
drudzy krawca proszą:
"Uczyń
mi, jako dziś noszą!"
A czemu nie jako
wczora?
Zaż
to inny rok z wieczora?
Więc
do każdej inna sprawa,
Inakszy
krok i postawa.
Bo w
szerokiej też szerzej krocz,
Strząsaj
głową, czasem poskocz.
W
węższej się trzeba przygarbić,
Drobniej
stępać, kuczmę skrzywić.
Niewysoko
wznosić nogi,
Aby
brząkały ostrogi,
Wąs
pomuskać, a czołem bić -
A to wszytko
stoi za nic.
Więc
tu ze wsi do wsi jadą
I
przezwali to biesiadą!
Ano by
lepiej zwać nędzą,
Bo sobie
szkapy wywędzą.
Azać
ich więc mała rota
Stoi
całą noc u płota?
Rano pan woła gorzałki,
W tajni nie słychać opałki:
"Wywiedź
konie, czas nam jechać!"
Ale wżdy
źle nie pożegnać.
Więc
się rzkomo porywają,
Ano ich nic nie
wciągają.
Chodząc
się po izbie kłóci,
Trzykroć
się ode drzwi wróci.
A drugi się
rozniemoże:
"Coż
ci się stało, nieboże?"
Trzeba aby
różanej wodki,
Wypędzić
mu ze łba kotki.
Więc się
chodząc za bok chwyta,
Jestli co
pozdno jadł, pyta.
Ano, by
jedno co dano,
Jadłby
przedsię, chocia rano.
Więc
pod rękę upatruje,
Jestli go
panna żałuje.
"Ale
snadź, by mi przyboleć,
Przedsię
za jej zdrowie wypić!"
To
się czasem na czczo spiją,
Łby sobie
piwem pomyją,
Kampustem
się popluskają,
A ostatek
podrapają.
Czeladź
woła: "Już czas wsiadać,
Boć nam nic
nie dadzą śniadać!"
Koń stoi, podgina nogi,
Choć ma na łbie z pierza rogi,
A na szyi wisi dzwonek,
W tyle czyrwony ogonek.
Więc wsiadszy nań chce, by
skakał,
On, by
umiał, snadź by płakał,
Bo to
już nie jadł drugą noc,
Zginęły
mu skoki i moc.
Więc
się tak włócząc nie służą,
A gdzie
mogą, tu się dłużą.
A tak
schodzą bracia naszy.
Niejeden
się więc przestraszy,
Bo kiedy
już nie będzie nic,
Dopiero by
chciał rządnym być.
Ano było
snadź lepiej w czas
Niż teraz,
gdy na czym niemasz.
Aleć
i w owych przemory,
Co
się cisną między dwory,
Bo barzo
mieszek niespory
Ciągnąć
się na owy wzory.
A barzo
nam tępią dziatki
Owy
haftowane kwiatki,
Więc rzezane
nogawiczki,
Więc
aksamitne trzewiczki.
Więc tu
chodzi jako kurek,
Natknął
za bieretek piórek.
Więc czapka
mało nie wzleci,
Ale mieszek
barzo śnieci.
Ten
przedsię przez pióra goni,
Jakoż
się obłamał łoni;
A trudno ji
naszychtować,
Kiedy niemasz
co weń schować.
Bo to złe nastało na nas,
Ten aksamit i
ten hatłas.
Już
dziś sukno stoi za nic,
Mówią,
iż w nim ciężko chodzić.
Lecz snadź
więc ciężej, mój panie,
Gdy i tego nie dostanie.
A zszywa
drugi ony płaty,
Co leda
nacz podarł szaty,
Na
kuglarstwa, na maszkary,
Czyniąc
Cygany, Tatary.
Rad by
potym, by mógł, sprostał,
By prawym
Polakiem został.
Trudno
więc odmieniać twarzy,
Gdy kto już w swym garnku warzy.
Więc i owi z niższych stanów,
Choć nie mają płatów z
łanów,
Uprzejmie
się na to sadzą,
Nikomu naprzód
nie dadzą.
Ale ty nie patrz
na tego,
Ten snadnie
zwetuje swego.
Ten jeszcze, co
stracił łoni,
Wszytko na tobie
ugoni,
Jedno funtem,
drugie łokciem:
Trudna sprawa z
chytrym nogciem.
Bo, by
też nie miał domierzyć,
Musisz
brać, kiedyć chce wierzyć.
Też ten nie
myśli o wojnie,
Zejdzieć mu
się, rzeżąc strojnie.
Ale ty wżdy
dla przestrachu,
Radzęć,
myśl czasem o płachu.
Bo gdy nastaną kłopoty,
Snadź więc omierzną forboty,
Rad byś w ten czas smukierza miał,
Co by żelazem haftował,
Bo cudny wzór na kabat płach,
I brzucha
więc wżdy nie tak strach.
Ale snadź
to próżne rzeczy
Różne stany
mieć na pieczy.
Bo każdemu
według sprawy
Różno
smakują potrawy,
A drugi czasem o
głodzie
Bywa więc
mędrszy po szkodzie.
Jakożkolwiek
w ludziech sprawa,
Wszem smakuje ta
potrawa.
Każdy
by swym sprawam sprostał,
By jedno w
pokoju został.
Bo to
pierwszy klenot boży,
Z którego
się zgoda mnoży,
A co z tego roście potym,
Mało trzeba mówić o tym.
Ale zgoda bez miłości,
A miłość bez
sprawiedliwości
Trudno się snadź ma
umnożyć,
Nie chcemy li niżej
złożyć.
Abowiem snadź w każdym stanie
Wszędy dziś dobra myśl tanie.
Każdemu się chce przewodzić,
Chocia drugi stoi za nic.
Ale by tak udziałano,
Żeby mierniej nalewano,
By możny baczył chudego,
Wszytko by udziałał z niego.
Ale gdy co po niewoli
Przydzie czynić, głowa boli.
Bo i ręka bielsza bywa,
Gdy jedna drugą umywa,
A takież z spólnej miłości
Wszytko się snadnie urości.
I ludzie by się szerzyli,
Snadź, kędy pierwej nie byli,
W których i Bóg kładł swą
rozkosz,
I dziś, gdzie są, snadź
gęstszy grosz.
Bo wżdy snadniej z osiadłego
Bronić się, gdy trzeba tego,
Niż gdy w polu zajęczego,
Przydzie skakać czasem psiego.
A gdzie wżdy zaparte wrota,
Nie tak
człek pewien kłopota,
Bo barzo zły
wiatr z tej dziury,
A
strzeż, Boże, gorszej chmury.
A snadniej
wżdy przy stodole,
Niż
się ciągnąć z wilkiem w pole.
Bo słaby Polak na trawie,
Gdy niemasz połcia w potrawie,
I
każdy lepszą myśl miewa,
Kiedy
nędze nie używa.
A tak z
nas z osobna każdy
Rzadszej
patrzaj swego zawżdy!
Mało
nam po cudzym swarze,
Snadniej
się sam każdy skarze.
Bo
się więc sama myśl kazi,
Kiedy kogo
mróz przyrazi.
Bywa
mędrszy na ostatek,
Kogo
ćwiczy niedostatek.
Ale mi
się to chytrszy zda,
Co swój
stan właśnie rozezna,
A k temu
na nim przestawa,
Ciągnie
łyczko, póki stawa,
A nad zwyczaj
nic nie broi -
Ten się
przednowia nie boi.
PLEBAN
Panie, byś chciał wszytko
baczyć,
Trzeba by się dłużej
ćwiczyć.
Iście uważyć każdy stan
Trudno ma wójt, pan i pleban.
Waruj, byś się nie
obłądził,
Będziesz li tak wiele rządził,
Bo snadź iście znać na oko,
Żechmy zabrnęli głęboko.
A radszej się ku brzegu miejmy,
A tych plew
darmo nie wiejmy,
Bo nam mało
po tym swarze,
A nikt się
jem nie ukarze.
Onym to
więcej przystoi,
Co je na
to szczęście stroi,
A Bóg je
na to przełożył,
By
się na wszem z nich rząd mnożył,
A Rzecz Pospolita stała,
A ni na czym nie chramała.
Aleć snadź i z tego gromu
Przedsię
na chromym do domu.
Nam
więcej milczeć przystoi,
Kto
gędzie, ten niechaj stroi.
A my
radszej pokój dajmy,
O czym
się innym pytajmy.
Strzeż ty,
panie, czynszu, winy,
Jać nie
chybię dziesięciny.
Niechaj
każdy swobodę ma,
Czasów po
myśli używa.
Bo każdy
weselszy bywa,
Kiedy swoję
piosnkę śpiewa.
A zwłaszcza
dziś ludzie chytrzy,
Snadnie się
im prawda sprzykrzy.
Ano to wielkie kochanie,
Kto ma wszędy zachowanie.
I wójt,
choć tak cicho chodzi,
Jednak on
swego ugodzi,
Iście
nie puści na skrzydło,
Chocia się zda proste bydło.
A
snadź nieborak mało krzyw,
Bo
każdy ptak swym nosem żyw.
A tak,
panie, czołem za cześć,
Bo
już wieczór, już też czas jeść.
Bo jednak
zły swar o głodzie,
A nikt nie
mądr, aż po szkodzie.
Snadź
i wójtowi nie śmieszno,
Widzę,
iż go k domu teszno.
A zatym, panie, dobra noc!
Radź o sobie, co będziesz moc.
W szczęściu mało miej
nadzieje,
Bo słabo
żnie, kto nie sieje.
A to w
obyczaju miewaj:
Nigdy bez wiosła nie pływaj,
A karz się onych przygodą,
Co się przelękli tą wodą.
Nie kochaj się w tej przymówce:
"Da Bóg na piecu, komu chce."
Trzebać wszytkiemu zabieżeć,
Nie wszytko na piecu leżeć.
Bielszy bywa, co się myje,
A i wilk,
leżąc, nie tyje.
A ja
też przy swym kościele
Nie
zaśpię gruszki w popiele.
Już tam z
wójtem, jako mogę,
Bądziem
łatać swą chudobę.
Jeszcze dobra
noc!
RZECZ POSPOLITA
NARZEKAJĄC MÓWI
Ja już
jedno zaglądam z daleka,
Znajdzie li też jeszcze gdzie
człowieka,
Aby mię wżdy kto z łaską
wspomionął,
Bacząc, że mój stan prawie
utonął.
Bo gdziekolwiek mię dziś
wspominają,
Prawie o żelaznym wilku bają.
Wszytcy na ten
nierząd narzekają,
Widzą,
iż źle, coż, gdy nic nie dbają.
Ach,
niestotyż, jakaż to ma żałość,
Patrząc na
swych przełożonych słabość!
A snadź
mię ci więcej opuszczają,
Którzy ze mnie
dobrodziejstwo znają.
A mnie nie lza,
jedno w swych tesknicach
Jęczeć,
wołać, skarżyć po ulicach,
Bom się w
rynku barzo omyliła,
Wszytkęm
tam swą nadzieję straciła.
Byli ludzie,
którzy prawdę znali,
Ci mię
zawsze miłą matką zwali,
A gdym
przyszła na tę sprawę płochą,
Zdałam się wszem
niewdzięczną macochą.
A z jakąż też czcią na
świecie byli,
Którzy jedno w cnotach się
ćwiczyli,
Mało o swych pożytkoch wiedzieli,
Moje dobro za wieczny skarb mieli.
Więc też się ich
mężni ludzie bali,
W wielkich sławach za swych czasów
stali,
A ich sprawy po światu
słynęły,
I bogactwa zewsząd im płynęły.
Dzisia za osobną rozkosz mają,
Iż, gdzie mogą, tu mię
rozciągają,
Czynią sobie rozliczne pożytki,
Zabaczając inne rzeczy wszytki.
Ale kto zna krótkość wieku swego,
I oznaki upadu przyszłego,
Widzi jawnie, iż źle czyni duszy,
Przedsię sobie jednak dobrze tuszy.
Dzisia prawie się wszytcy w to wdali,
W rozkoszach wieczne dobro obrali,
Nie bacząc, że ty krótkie rozkoszy
Z nimi razem szczęście z czasem
spłoszy
Prawie według zakonu bożego
Patrzmy swego, nic nam do cudzego.
Ano na nasze ze wszech stron
ćchają,
Za nic
sobie ty ustawy mają.
Lecz
coż po tym, chocia wszytcy widzą,
Iż
chocia źle, przedsię się nie wstydzą.
Upad
bliski a gniew boski baczą,
Przedsię
jednak bujno na to skaczą.
Zaż
się u nas wżdy kto w sprawach ćwiczy?
Snadź
to rycerz, kto więcej naliczy,
A gdzie
sobie hojniej nalewają,
Tu
każdego za hetmana mają.
Abo owi w
naszym prawie mistrze
Są
dziś u nas za zacne rotmistrze.
Każdy
buja, by ludzi poraził,
Żeby
komu sprawiedliwość skaził.
Coż
mnie po tym, ubogiej sierocie!
Widzę
ludzi w rozkoszach a w złocie,
Widzę,
iż dzwonicę odzierają
Zawżdy,
gdy ten kościół pobijają.
Ano to snadź niespora robota,
Gdy
dziurawe w onym płocie wrota,
A prawie
się snadź z rozumem mija,
Kto jedno
drze, a drugie pobija.
A tak,
proszę, pomni na to każdy,
Iż za
czasem wszytko ginie zawżdy.
A iż
skokiem prędkość wieku bieży,
W tym
się kochaj, co czynić należy.
A baczysz
li, iż cię szczęście wzniosło,
Mądrze
pływaj a dzierż się za wiosło,
Bo nie zwiesz,
gdyć się łodzia zachwieje,
Ochyniesz
się iście bez nadzieje.
Bo jestli
cię Bóg na to przełożył,
Aby przez
cię w ludzioch sprawę mnożył,
Proszę,
bądźże wżdy pilen urzędu,
A ukracaj,
kędy możesz, błędu.
Baczysz li,
iż źle wnętrzny rząd stoi,
Jestli się
też nieprzyjaciel stroi,
Czyń, co
słusze, a nie folguj sobie,
Boć
się hojniej to nagrodzi tobie.
Za żywota
używiesz pokoja,
Sława
wiecznie będzie stała twoja,
A wielki skarb po sobie zostawisz,
Gdy
potomkom co dobrego sprawisz.
W nic nie
pójdą u Boga przysługi
I
będziesz miał żywot sławny, długi.
Nie myśl na
to doczesne zbieranie,
Wie Bóg, kto w
nim będzie miał kochanie.
Wszytko się
więc to marnie rozchodzi,
Jedno cnota, ta
w dział nie przychodzi,
A snadź ten
swój stan nalepiej sprawi,
Kto ją po
sobie w skarbie zostawi.
A tak proszę,
abyście baczyli,
Ocz mamy
przyć wszytcy w krótkiej chwili.
A
wszakeśmy nie Żydowie sobie!
Pomóż
ty mnie, ja, co mogę, tobie.
KONIEC
Previous - Next
Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library
IntraText® (V89) Copyright 1996-2007 EuloTech SRL