|
Na początku była chuć. Nic
prócz niej, a wszystko w niej.
To nieskończoność Anaksymandra
, co wszystko z siebie wyłoniła, święty ogień
Heraklita, który pochłania niknące światy i nowe byty z nich
wyprowadza, Duch Boży, co się unosił nad wodami, gdy jeszcze nic
nie było prócz Mnie.
Chuć to prasiły życia,
rękojmia wiecznego rozwoju, wiecznego odchodzenia i wiecznego powrotu,
jedyna istota bytu.
To siła, co sprowadza mieszanie się
i rozdzielanie, twórczyni, pokarm i niszczycielka.
To siła, z którą Ja-Bóg, gdym
świat ze siebie wyrzucił, atomy na siebie ciskałem, to
zaciekłość, z jaką się z sobą
sprzęgały, w pierwiastki się wiązały i w światy
całe łączyły.
To siła, co w eterze się
rozpaliła pragnieniem, by morze swych fal rozkiełznać,
jedną falę z drugą połączyć w wściekłym
uścisku, wprawić je w rozkoszne drgania, rozszaleć je w
podrywach krzyczącej lubieży, kurcze pragnienia ukajać w
czołgających się dreszczach upojenia, aż się
światło z nich porodziło.
To powrotna siła, z jaką się
strumień elektryczny sam ze sobą spaja, drobinom pary od siebie
odbijać się każe - i takoż jest chuć życiem,
światłem, ruchem.
I bez granic rozszalała się jej potęga.
Stworzyła sobie tysiączne ramiona, którymi wszystko zagrabiała i
w siebie wchłaniała, stworzyła tysiączne naczynia, lejki,
otwory, potworne usta i narządy, by cały świat wssać w
siebie, stworzyła sobie plazmę, by nieskończoną
powierzchnią rozkosz w się wdychać, wszystkie siły
życiowe skupiła, w jeden węzeł je w sobie
spętała, swą wolą ujarzmiła, by jej tylko były
poddane i wieczny głód jej żądz koiły.
I ciskała się w konwulsjach
bezgranicznych porodów i wiecznych rozwojów, wczołgała się w
bezliczne formy, rozbijała je jak skorupy i w nowe łączyć
jęła, przetwarzała się w wiecznie nowych i odmiennych
kształtach, a zaspokoić się nie mogła.
Szalała za szczęściem, gdy
sobie trochita stworzyła, rżała za rozkoszą, gdy
rozdarła pierwsze żyjątko i z siebie samej odrębną
płeć stworzyła, by w wiecznej męce, gniewie a bólu znowu
się łączyć i w wiecznych zmianach coraz to nowe
kształty, nowe istoty, coraz wyższe, coraz doskonalsze
wytworzyć, co by jakąś nową i doskonalszą orgią
lubież jej nasycić mogły.
Aż wreszcie stworzyła mózg.
To było arcydzieło jej
żądnego pragnienia. Gniotła go, kręciła,
tworzyła zwoje, rozdzieliła i znowu połączyła bez;
licznymi pasmami, pojedyncze części przeistoczyła na zmysły.
rozerwała ciągłość, rozdarła
całość na cząstki, jeden zmysł rozczłonkowała
na zmysły pojedyncze, rozcięła ich związki i
więżby pomiędzy sobą, by móc jedno wrażenie
odczuwać we wszystkich przemianach, jeden świat wchłaniać w
siebie pięcioraką, tysiąckrotną rozkosz, a pierś
matczyna, która kiedyś jedne siłę karmiła, tysiące
sił teraz sycić musi.
Tak się dusza porodziła.
A siła wiecznych przemian i rozrodów
ukochała duszę. Siliła ją karmnym mlekiem swej piersi,
była dla niej tętnicą, przez którą krew wszechbytu
silną falą się przelewała, tysiącem spójni
przywiązała ją do wszechłona matczynego, była dla
duszy ogniskiem soczewnym, przez które patrzała, zaklętym kołem,
w którym krążyła i w powrotnych kołowaniach swą
najwyższą rozkosz i najwyższy ból odczuwała, była
objętością, w jakiej się świat cały jako
dźwięki, barwa, ruch w duszy przeobrażał.
O biedna, głupia chuć, o biedna,
niewdzięczna dusza.
Chuć, co świałto z siebie
wyłoniła, wszystkiemu życiu początek dała, duszę
stworzyła, miała skonać w miażdżącym uścisku
zdradliwego dziecka.
Co miało być środkiem,
stało się celem dla siebie, władcą i panem.
Spoisty granit mego bytu począł
się rysować i kruszyć.
Zmysły, które miały
posłużyć ku doskonalszemu doborowi płciowemu, by nowy i
doskonalszy rodzaj wytworzyć, poczęły być samoistne,
jęły się z sobą łączyć i pętać
nierozerwalnie. To, co było górą, stało się dołem,
dźwięk - barwą, środowisko - objętością,
powonienie - wrażeniem mięśni, porządek - anarchią, i
rozpoczęła się wściekła walka pomiędzy matką
a dzieckiem.
Pomnę, pomnę tę rozpaczną
walkę biednej matki z swym dzieckiem.
Chciała je opanować, ujarzmić;
wpiła swe szpony matczyne w jego ciało, szarpała je,
nęciła rozkoszą, syciła lubieżą i
żądzą, rozpościerała obrazy najwyuzdańszej rozpusty,
rzuciła je w namiętne, krzyczące uściski rodzącej
bestii, ten jeden wielki narząd płciowy - zalewała mu oczy
nawrotami krwi, ogłuszała go hukiem jej spienionych fal, głos
jego obniżała do dyszących, bezdźwięcznych
rzężeń, to znowu wściekłych krzyków i zgrzytów, kurczyła
jego mięśnie, a poprzez ciało puszczała gorące drgania
gdyby stado czołgających się żmij - ale wszystko, wszystko
na próżno.
Ale krwawą ofiarą okupiła
dusza moja swe zwycięstwo.
Chorzała, więdła, schła.
Sama się oderwała od matczynego
łona, sama przecięła tętnice, sama zatamowała
źródło swej mocy.
Żyje wprawdzie - żyje jeszcze
treścią siły, którą pożarła, przetwarza jeszcze w
sobie środki, które do doboru i rozrodu służą, może
jeszcze upajać się obrazami, które żądze drażnią,
może w sobie wywołać ekstazę śmiesznego
okłamywania się chuci, co mniema, że może kobietę
stopić w sobie, ale wszystko, co sama tworzy, jest zbytkiem, tak jak
sztuka jest zbytkiem i nadmiarem pragnień rozrodczych i jest
bezpłodną, czym sztuka nie jest, bo bije w niej olbrzymi puls
drgającej chuci, nasienny golf światła i żądzy
ciągłych powrotów.
Ale choć zginąć muszę,
kocham tę straszną potężną siłę, co
jedyną kosmiczną potęgę zmogła, ją w siebie
wchłonęła, kocham moją duszę, moją wielką
umierającą duszę, co mi chuć pożarła, by bez niej
umrzeć.
A więc muszę umrzeć, bo
źródło światła wyschło, bom ostatnie ogniwo w
nieskończonym rozwoju formacji, w jakich się chuć w coraz to
nowych zamianach przetwarza, bom jest pianą, orkanem burzy w miazgę
rozbitą na grzebieniu ostatniej fali płciowego rozwoju, fali, co
się już o brzeg rozbiła i żółty piasek jego
białym haftem obszywa.
Muszę umrzeć, bo dusza moja za
wielka, za przemożna, by mogła porodzić nowy,
szczęściem roziśniony, jasną przyszłością
drgający dzień.
Ale kocham, kocham zamarłą
chuć, której resztki dusza ma strawią, kocham ostatnie krople krwi
mego istotnego bytu jako mąż i rodziciel, tego bytu, w którym
się istotność cała przejawia w całej swej
potędze, swym majestacie i okrucieństwie; kocham tę
odwieczną siłę, co moje wrażenia słuchowe zabarwia
niepojętymi barwy, z wrażeń powonienia rozsnuwa rozkoszne obrazy,
a z uczuć dotyku wytwarza niewypowiedziane rozkosze wizji.
I kocham moją chorobę i moje
szaleństwo, co się w coraz to nowy a dzikszy system przybiera, coraz
wyszukańszym szyderstwem sieka i kpi, i drwi z siebie i z świata
całego.
*
Jestem zupełnie spokojny - i bardzo,
bardzo zmęczony.
Tylko w głębi, gdzieś w
dalekiej głębi coś mnie boli. Coś szuka równowagi, albo
też wije się w skurczu ostatniej agonii.
Coś zniknęło w mej duszy. Ów
mistyczny punkt, ku któremu wszystkie siły zmierzają. Zdaje się,
że potworzyło się tysiące ognisk sił i to, co
było jednolitym, rozpadło się na tysiące skorupek.
Myśli moje jakby ode mnie nie
zależały. Przychodzą i idą same ze siebie bez związku,
niczym nie kiełznane.
Niektóre wydają mi się w
kształt czerwonawych łun wzdłuż fioletowych glorii , co
okalają głowy świętych, tak jak się widzi
interferencje gazowych latarni poprzez ściekający na brudnych szybach
deszcz - a wszystko nikłe, słodkie i miękkie.
Niektóre widzę w kształt
nieskończenie wydłużonego promienia świa.tła, co
padł na pomarszczoną toń rzeki. Gdzieś w dole odbija
się złotym połyskiem, połamany i rozstrzępiony w
miliardy świetlanych plamek, co się na drobnych falach
kołyszą, zlewają, całują w nieziemskiej czystości
i żarliwym nabożeństwie.
Niektóre wyrastają do olbrzymich,
potwornych rozmiarów.
Mózg mój, przyzwyczajony dotychczas do
europejskich wymiarów, obejmuje teraz przepotężne masy
świątyń z Lahore , parzy egipskiego sfinksa z chińskim
smokiem, pisze potwornymi głazami, z jakich piramidy budowano, a myśli
w pełnym, ważkim i królewskim sanskrycie, w którym każde
słowo jest żyjącym organizmem, co się za pomocą
jakiejś mistycznej pangenesis stał istotnym, pełnym krwi i
żaru: słowo dla nas niepojęte, synteza z logos i Karna,
słowo Jana, co się ciałem stało.
A wtedy z dziką rozpustą rzucam
się na oślep w przepastne czeluście przestrzeni i czasu.
Jestem królem asyryjskim z
niebosięgną tiarą na głowie, strojny w bisior, brokat i
purpurę .
Na mej piersi słońce z diamentów,
uginam się pod ciężarem kosztownych brył drogich kamieni i
na wozie brzytwami najeżonym, pod którym krwawym pokosem padają
miliony niewolników gdyby snopy zejrzałego żyta, jadę ponad
śmieszną nędzą świata z straszną pogarda,
nienawiścią i groźnym majestatem.
Och, kocham olbrzymi a milczący majestat
babilońskich mocarzy , co słowa nie znosił, bo słowo
było drogie i kosztowne, i straszne, a każde z nich trzeba było
okupić bolesnym porodem.
Och, kocham naiwną, ale tytaniczną
samowiedzę swej potęgi, one poczucie siły, co bogom się
odgraża, morze chłostać każe , a w nieznane kraje wiezie z
sobą okowy, by ludy całe w jasyr zawlec.
Och, kocham hardą pogardę dumy, z
posiewu smoczych zębów porodzoną zaciekłość biblijnego
człowieka, co w oczy okrutnemu Jahveh z rozszalałą
wściekłością bryzga pierwsze przekleństwo: Szatanie -
Jehovah, co głazy z ziemi wyrywa, by je ku niebu rzucić i
roztrzaskać spiżową skroń strasznego mordercy, który
własne, przez siebie stworzone plemię siecze za grzechy przez siebie
wszczepione.
Czuję, jak mi źrenice oczy
zalewają, jak ciało moje wydłuża się, rośnie,
potężnieje, piersi podwójną mocą się rozpierają,
a na oblicze moje spływa święta powaga i cisza boskiego Mitry .
A otóż nadchodzi przepotężna
chwila, w której odczuwam wrażenia, jak gdybym był rozpostarty nad
całą ziemią, w której święcę w sobie
niepojęte święto odrodzenia wszystkich narodów i ich kultury,
chwila, gdzie jestem na kształt onego bóstwa starego Ksenophanesa, w
którym wszystkie zmysły się przenikają, a wszechświat
się do duszy zlewa nie przez zmysły rozczłonkowany, ale w
całej swej nierozerwalnej jedności.
A gdy przestrzenie uciekać się
zdają, a wszystko się w jakieś odmętne przepaści zwala
jak w lej, gdy się ciężki kamień w wodę rzuci - gdy
nie wiem, czy istnieję i stracę panowanie nad zmysłami - gdy
tysiące lat powrotną falą przez mózg mój się przeleją,
a ja na chwilę odczuwam się w całej przemożnej nagości
mego bytu i z powrotem odzyskuję moją siłę rozrodczą,
tak że staję się atomem, co sam siebie zapłodnić
pragnie, kiedy krew wszechświata pieniącą się strugą
leje się w żyły moje - wtedy odczuwam nieskończone,
bezgraniczne szczęście, szerokie i głębokie jak atmosfera,
co nad światem zaległa.
Rozumiem dobrze, że koniec nadchodzi.
Wiem, że to już ostateczny rozkład uczuć i myśli. Ale
cóż mnie to wszystko obchodzi!
Pragnę, by koniec nadszedł.
A chociaż się uczucie od woli
oderwało, chociaż wszystkie stany duszy mojej tylko do połowy
dojrzewają, skłębiony chaos myśli, podarta sieć
uczuć, bez siły przetworzyć się w akt woli - i cóż z
tego?
Za to rozkoszuję się
niesłychanym cudem olbrzymiego światopoglądu.
Ja, jako ja, istnieję tylko w uczuciu,
znam siebie w uczuciu, a czy ono stanie się wolą, to już mnie
nic nie obchodzi.
Nie znam nic prócz moich wrażeń, a
przede wszystkim nie znam żadnej przyczynowości, li tylko
nieskończoną ciągłość wrażeń - a czy
pasmo tej ciągłości logicznie się rozwija, czy nie, to
również mnie nic nie obchodzi.
Jestem ponad wszystkim. Chwilami zdaje mi
się, że mam rodzaj jakiegoś nadmózgu, patrzę na
czynność, na tę biedną mozolną pracę mego mózgu -
patrzę przez mikroskop, a gdy zachodzi potrzeba przez teleskop, a w
bezgranicznej potędze tego nadmózgu, zdaje się, wolno mi
mniemać, że wszystko jest snem i ciężką zmorą,
że cała ta tak nazwana rzeczywistość jest też tylko
pewnym rodzajem snu, a moje Ja dla mnie tak samo obcym i niezrozumiałym,
jak dla Was.
I dla Was, dla Was, którzy może wcale
nie istniejecie, a może tylko jesteście sennym majakiem mej duszy
bezpłciowej - dla Was, biedne dzieci samicy Ewy -Ja - Pan miałbym
żyć?!
He, he - może dlatego, że muszę
spełnić pewne obowiązki względem człowieczeństwa,
do którego przecież zaliczać się muszę?
Rassurez-vous: Kocham Was, kocham Was
wszystkich. I Was, którzy nie macie więcej znaczenia i większej
wartości od zwykłego argonauty, co w chwili płciowego
rozpędu odrzuca swe narządy płciowe od matczynego ciała,
które samodzielnie szukają samiczki, którą by mogły
zapłodnić.
I Was,
podbudzonych ustawicznym podrażnieniem płciowym, Was artystów, co
tylko Wasze ideały rozkoszy i żądz odtwarzacie.
I Was, wiecznie
chciwych, zapracowanych, żądnych bogactw i dóbr, by tylko byt
zapewnić Waszym rozmnożonym spermatocytom - a nazywacie to
miłością do osobistej nieśmiertelności.
I Was,
bezmiernie rozrzutnych - bo w Waszej głupocie tkwi olbrzymi rozpęd i
nadmiar sił płciowej natury, co miliony spermatocytów potrzebuje, by
zapłodnić jedno głupie jajko samiczki.
O, kocham Was
wszystkich i żal mi Was, i pogardzam Wami, że żyć
musicie, że jesteście tylko nawozem, co użyźnia nową
przyszłość, że jesteście środkiem i organem
wiecznej chuci, a okłamujecie się obowiązkiem i
miłością dla ludzkości.
Ja jestem sam
dla siebie.
Jestem
początkiem, bo noszę w sobie rozwój jestestwa od samego początku
i jestem końcem, ostatnim ogniwem rozwoju.
Sam jeden z
moimi uczuciami.
Wy macie jeszcze
jakiś świat zewnętrzny, ja nie mam żadnego. Mam tylko
siebie.
Głowa mi
pęka: zdaje mi się, że jestem jakąś potworną
Syntezą Chrystusa i Szatana , sam siebie stawiam na wysokiej górze i
prowadzę się w pokuszenie i sam siebie pragnąłbym
omamić.
To znowu kojarzy
się we mnie rozkosz upojonej ekstazy z zimną obrachowaną
analizą, czasami wierzę ślepo, męczenniczo, jak pierwotny
chrześcijanin, a równocześnie wyszydzam wszelką
świętość, jestem zarówno mistycznym anachoretą i
wściekłym zsatanizowanym kapłanem, co najświętsze
słowa i najohydniejsze bluźnierstwa równocześnie z pianą na
ustach bełkocze.
A teraz mam
wrażenie, jak gdyby się na niebie rozlała przerażająca
powódź czarnoczerwonej krwi, a w uszach straszliwy, nerwy
przerzynający zgrzyt, jak gdyby ktoś rznął
żażką płyty szkła -
O qualis
artifes pereo!
*
Jesteś jak
słaby, cichy, srebrny promień światła, który
wybłysnął z jakiegoś okienka dalekiej chaty i rozlał
się w ciepłej nocy jesiennej na łąki, ponad mokre,
miękkie żgło mgieł, co sennym, rozkoszy sytym zmęczeniem
bezmierne obszary traw zaległo.
A nad
srebrzącą się przestrzenią mgieł kołysze się
światło gdyby wahająca się, rozwiewna fala; jak
dźwięki mosiężnych dzwonów, gdy się z dala
rozlegną na Ave Maria, płynie czyste, złote,
gasnące, i długo jeszcze przebrzmiewa i leje się w duszę
zmęczonym, chorym spokojem.
Jesteś, jak
niebieska godzina świtu, kiedy wschód różowieć poczyna i
światło z siebie wydycha. Cały świat się syci
niepojętą tajemnicą zmartwychpowstania, tonie w niebieskiej
błogości nieba, rozlewa się w topieli zimnej, roztopionej stali
damasceńskiej, a naraz rozkwituje łuną szerokiego, palącego
się morza fioletów i purpury, a w to morze tajnego barw przepychu
wrzynają się ostre słupy promieni wschodzącego
słońca.
A wszystko
głębokie, niebieskie i święte.
Wokół
Twoich oczu odblask w kształt protuberancyj przy zaćmieniu
słońca, a w otchłań mej duszy wchłaniały się
gdyby dwie gwiazdy w rozpaczną czerń wichrowatych nocy jesiennych.
Wokół Twych
ust delikatne, miękkie linie, wtedy gdy się do półuśmiechu roztwierają
- zdaje się, że widzę rodzime jezioro, i pomnę
szklistą, cichą, powierzchnię i przebłyskujące w
oddali koliste linie, gdym wiosłem o nią uderzał.
Dźwięk
Twego głosu spływał w mą duszę, jak gdyby go wiosenne
wiatry przewiały przez zielone morze, i słyszę, słyszę
go, jak morze cichego światła, przetworzone w atmosferę
dźwięków, co mnie owiewa nieskończenie lekkim, miękkim
drżeniem.
Gdym Cię po
raz pierwszy widział, zdało mi się, żem ujrzał mą
duszę w jej całej nieznanej, tajemniczej nagości.
Byłaś
dla mnie objawieniem mej najczystszej zjawy: w Tobie rozwiązała
się zagadka najtajniejszych snów i widziadeł mej tęsknoty za
pięknem - za sztuką.
Z jednego
łona wykwitliśmy gdyby dwa czarodziejskie kwiaty, co noc jedną
tylko kwitnąć miały, i z tego samego źródła
trysnął strumień, co się przez ciebie i przeze mnie tą
samą falą przelał.
I
byłaś pierwotnie moim jedynym ideałem płciowym,
byłaś mną, a ja tobą, mieliśmy dokonać
święte misterium, by stworzyć nowy, szlachetniejszy, doskonalszy
rodzaj ludzi, ale kiedy dusza ma zdusiła chuć we mnie, kiedy się
tak rozwielmożniła, że rozpęd rozrodczy usechł i
zwiądł, jak łodyga kwiatu w wilgnej cieni, mogłem Cię
tylko pić oczyma, głaskać dźwięk Twego głosu, a
wzdłuż nerwów moich czuć spływanie rozwiewnych linii twego
ciała, ich nieskończoną miękkość i rozkosz.
A
tęskniłem za Tobą, tęskniłem.
Zawsze i
wiecznie tęskniłem za Tobą, za tą chwilą, w której
byliśmy jedno, nierozerwalnie jedno, tęskniłem za tą
chwilą, kiedym Cię ze siebie wyłonił, kiedy kształty
mego ducha układały się w linie Twego ciała, drgania mych
nerwów lały w Cię życie, kiedy stałaś się istota
mego ducha, jego treścią w ciało przeistoczoną.
Kocham Cię,
jak zachodzące słońce kocha łany pszeniczne w parnych
zmierzchach lata ostatnimi, krwawymi promieniami; niechętnie odchodzę
od Ciebie, jak słońce, co się z ziemią żegna z bólem i
z żalem, że nie będzie mogło widzieć
świętych tajemnic nocy.
Tajemnicę
nocy i otchłannych przepaści - w Tobie, w Tobie chciałem ją
ujrzeć. Szukałem jej rozpalonymi, męką dyszącymi palcami;
gdyby ostrza lancet wcinałem je w głąb Twej duszy, ale
znikała, usuwała się, wabiła mnie, a gdym sięgał
głębiej, zaprzepadała się.
Duch mój, z
którego powstałaś, którego kształtem i ruchem żyjesz,
wił się w bolesnej rozpaczy, by Cię od nowa wssać, w siebie
roztopić w swych żarach jak kawałek metalu - Ciebie
zagubioną, oderwaną połowę.
Obcą mi
jesteś, bo tylko to mogłoby Cię rozpoznać, co we mnie jest
martwe: a ja Cię tylko kochałem moją duszą - moją
chorą sceptyczną duszą, co zapomniała samicę w Tobie,
a widzi tylko poddaną służebnę i niewolnicę.
Ale
kochałem Twoje kłamstwo, boć i dusza ma kłamliwa.
Ale podczas gdy
Twoje kłamstwo mogło, co najwyżej, parę głupich
mężczyzn uwieść i mamić, stworzyło kłamstwo
moje naukę, odkryło nowe światy, wyłoniło z siebie
poezję i zmusiło ludzkość wejść na nowe
ścieżki, otworzyło jej nowe tory i drogi.
Kocham
Twoją zbrodniczość, bo sam jestem zbrodniarzem.
Ale podczas
[gdy] Ty w Twej zbrodniczej chuci mogłaś się stać
nierządnicą lub dzieciobójczynią, ja, zbrodniarz, napisałem
nowe tablice, wyryłem nowe przymierze z nowym bogiem, zniszczyłem
stare świątynie, by nowe pobudować, skreślałem z karty
ziemi narody całe, ziemi jelita powyrywałem: Ja - tak Ja, nigdy
niesyty, odwieczny zbrodniarz, twórca dziejów, duch rozwoju niszczenia i
tworzenia.
Kocham, gdy
czuję, że rwiesz się ku mnie, że chcesz spełnić
słowo przeznaczenia; Twą chucią rozwiązałaś
zagadkę mego bytu, wytłomaczyłaś moją istotę mnie
samemu.
I to Twoja
przewaga.
Toć to to,
czego uczynić nie zdołałem.
I takoż
kocham Twoje kłamstwo i Twoją zbrodniczość, bo jedno
jakoż i drugie są tylko pomocniczą funkcją Twej
płci, nią uchwyciłaś we mnie duszę wszechświata,
szarpałaś, budziłaś ją, by ujarzmić ją dla
nowej przyszłości, co z Twego łona wykwitnąć
miała.
Przed oczyma
moimi rozpościera się zjawa straszliwej męki, którą z
Tobą przeżyłem.
Pamiętasz,
kiedyś się w pijanym szale Twej rozszalałej chuci wplatała
we mnie głęboko, och, tak boleśnie głęboko?
Gdzieś z
dołu dolatywały nas dźwięki jakiejś pijanej muzyki -
poprzez zieloną, gęstą umbrę dżdżylo słabe
dogorywające światło - i wtedy czułem, jak drgania Twego
ciała udzielały się memu, jak się wwijały
wężowym czołgiem w krew moją, jak serce w coraz to
mniejszych odstępach bluzgało prądy krwi w tętnice, a w
mózgu zadrżały dawno, dawno już nie trącane struny.
Była
chwila, żem uczuł szczęście.
Wsłuchiwałem
się w bolesne natężenie, z jakim się zbierały,
łączyły i skupiały płciowe pierwiastki w mej duszy, z
rozkoszą czułem, jak się poprzez ciało moje przewinęły
zimne dreszcze - czułem, jak krtań się ściskała i z
trudem wykrztuszała słowa miłosne, samowiedza ma traciła
siłę i coraz słabiej odróżniała jawę od snu - ale
naraz ułożyło się Twe ciało w pospolitą,
bezwstydną linię i w jednej chwili załamało się
wszystko we mnie: znowu mózg pochwycił szatańskimi szpony
tworzącą się chuć i zdusił ją.
A tyś
leżała, żebrałaś Twą żądzą -
milcząca, z zawartymi powiekami.
A jam się
śmiał - śmiałem się cynicznie, dziko, z całym
strasznym, dzikim bólem - śmiałem się, że
myślałem, iż mi wszystkie żyły w mózgu
popękają.
Biedne dziecko.
Twe łono matczyne Cię oszukało - innego męża trzeba ci
było odnaleść, instynkty Twe płciowe ku innemu
zwrócić.
Ale uspokój
się: Ujrzałaś tajemnicze Sais mego życia.
*
Życie moje
zawdzięczam mieszanemu małżeństwu pomiędzy
chłopem protestantem a panią katoliczką, która
należała do zubożałej, arystokratycznej familii.
Gdy wspomnę
wstecz, widzę ustawicznie smagłą, delikatną kobietę z
nieskończenie słodkimi rysami, coś, co by Carlo Dolci z
rozkoszą malował. Pomnę, pomnę te rysy, w których całe
stulecia najprzedniejszego doboru płciowego i najwyszukańszego
wydelikatnienia wyryły niezatarte piętno.
Wiem, że
ojca nie kochała. Wiem, że poszła za niego, by nie
potrzebować służyć u swych równych. Nawykła w
nieskończonej męce oddawać się jego chuci, a w
głębokim płciowym wstręcie, w strasznym oburzeniu
krwawiącej się duszy, zemstą dyszącego, zgwałconego
ciała zostałem spłodzony.
Od samego
początku wstyd - wstręt - obrzydzenie.
Jak daleko
wspomnienia moje sięgają, odczuwałem się zawsze jako
coś, co wyzbyło się wszelkiego związku, stoi w
przeciwieństwie do siebie samego, coś, co jest zlepione z
najróżnorodniejszych pierwiastków i zawsze czułem w sobie
jakąś piekielną siłę, co wolę moją
obezwładniała, a wciąż i ustawicznie zmysły me
drażniła.
Zawsze było
coś we mnie, co się żadną miarą z resztą stanów
duszy skojarzyć nie chciało. Różnorodne uczucia nie
łączyły się z sobą, ale leżały obok siebie w
chaotycznej niezgodzie - maleńkie złośliwe diabliki stały
naprzeciwko siebie, by ustawicznie sobie najkrwawszym szyderstwem w oczy
bryzgać.
Matka było
to olbrzymie geologiczne agens, co wszystkie powstające pierwotwory
mej duszy przesuwała, na kant je kładła, kruszyła, nowe i
potworne połączenia tworzyła, a w świeże bruzdy mej
duszy siała trujące ziarno szaleju.
I to jadowite
nasienie stało się ogniskiem zarazy, z którego wykwitły chorymi
a bogatymi pękami kwiecia bagniste rośliny mojej duszy - bo to, co we
mnie zasiała, to było jej własne niezaspokojone pragnienie, jej
wieczna płciowa tęsknota, to ten straszny przełom w niej samej
pomiędzy duszą a jej spragnionym łonem - i to, otóż to,
że dusza jej musiała wypluć jej chuć, bo przecież
oddawała się mężowi, którego nie kochała.
I tak czuła
się pogwałconą, duszę widziała w błocie stratowaną
i w dzikiej rozpaczy targała się i szarpała za czymś
tkliwym, czystym, wniebowziętym i bezpłciowym.
I ta
bezpłciowość w niej samej, a raczej pogwałcone pragnienie
jej silnego, żądnego ciała wytworzyło jakąś
bezpłciową atmosferę poza nią, coś, naokoło czego
wszystkie jej uczucia krążyły jak wokół kosmicznego
jądra.
A chociaż z
wolna namiętność i żar jej tęsknoty osłabły,
a wielki żal, który tę tęsknotę ożywiał,
zbladł i osłabł, zawsze pozostało w jej duszy coś,
czego pochodzenia nie umiałaby określić, a co straciło
zupełny związek z jej przeszłym życiem.
I tą
nieokreśloną tęsknotą przesyciła moją duszę
- wlała ją w każde włókno nerwowe, wbiła ją jak
graniczne słupki w objętość zdolności mej odczuwania,
i ona - ona to zrobiła mnie tak wstydliwym, tak chorobliwie przeiczulonym
i tak bezgranicznie cynicznym.
Ona
przepoiła mnie wstrętem i obrzydzeniem ku wszystkiemu, co jako
płeć się objawia, i ona rozluźniła, a wreszcie
stargała związek między mą duszą a chucią
nioją, i ona - och, straszna ona, pogłębiła z zawiązku
rozłam, jaki już dziedziczny charakter moją duszę z
równowagi wytrącił.
Od dziecka
uczuwałem się jako chłop z swoją prawością,
naiwną chytrością, pragnieniem cichej, bezbarwnej zadumy, w
jakiej tkwią stulecia protestantyzmu i krwawej, potem oblanej pracy.
Ale obok
chłopa, co stulecia całe razem z wołem w tym samym jarzmie
ciągnął pług po kamienistej giebie, co się przed panem
swym giął w dwoje, którego ręce bolączkami nabiegły i
stopy się rozrosły, żyje we mnie dumny arystokrata, którego
ojcowie przywędrowali z stepów świętego Iranu w europejskie
niziny i ujarzmili głupich tubylców - przebiegły arystokrata z
bezgranicznym bezwstydem i cynicznym kłamstwem panujących -
artystokrata z wydelikatnieniem cieplarni, które tylko stulecia
najdoskonalszego doboru, panowania, przepychu i lenistwa wyhodować
mogą.
I tak
musiały wreszcie te wszystkie sprzeczne pierwiastki rzucić się
na siebie - musiała się wojna rozpocząć - musiało
się we mnie uczucie od woli oderwać, a wola, pozbawiona motorycznej
siły, obezwładnieć musiała.
Nigdy nie
było we mnie ani miłości, ani skupienia.
Jestem wyrazem
odśrodkowiska, wyrazem zniszczenia i rozwiązania.
Jestem
szatańską Walpurgis-nocą w rozwoju, straszne
Mene-Tekel, w
którym kona mój czas w ostatnich spazmatycznych podrygach.
W każde
włókno nerwu wżarł się zarazek tego rozłamu mej duszy,
w podwójny strumień rozdzielił każde moje wrażenie: bo
każdy stan mej duszy bólem i rozkoszą zarazem.
Wżerają
się w siebie, chciałyby się przemóc, zgryźć się
wzajemnie, ale uczucie bólu zwycięża.
Zaledwie
odczuwam delikatne podrażnienie rozkoszy, a już tętni i wali
młotem ból, aż nagle rozgrywa się cała orgia, w której
rozkosz obłędem się staje w jadowitych kąsaniach bólu,
orgia dzikiego rżenia wściekłego ogiera i cichego,
szydzącego uśmiechu potwornej hermy głowy Lucyfera, zlepionej z
zwycięską twarzą Archanioła Michała .
I ten piekielny
rozłam, te wszystkie przewrotne instynkty wezmę sobie teraz ku
pomocy.
Wypędzę
leniwą bestię mej chuci z jej nory, do biała rozpalonym
żelazem mego pragnienia przypalę jej krzyże, wbiję jej
ciernie mego bólu w stopy, że ryczyć i tańczyć się
nauczy - tańczyć - na miły Bóg - tańczyć się
nauczy!
Obrazami, które
moja zimna, wydoskonalona rozpusta porodziła, będę ją
drażnił, smagał, siepał, aż znowu poczują,
żem jest mąż z ziemi porodzony - ja - biedny męczennik
Twego przepychu, ty biedny, młody mózgu.
*
Mój mózg
posłałem na zielone pastwisko, na bezpłodne torfiska mej ziemi
rodzinnej, a teraz jestem skupieniem, skojarzeniem się wszystkich sił
ze sobą, ich równowagą i syntezą.
Spoczywasz w
mych ramionach - a jest noc.
Całujemy
się, że tchu nam braknie, że stapiamy się ze sobą i
stajemy się jedną istotą.
Wpijam me
rozżarzone usta w Twoje piersi, aż serce me się rozpiera od
szczęścia, tak mocno upragnionego, tak silnie utęsknionego.
Przytulam Twe smagłe ciało krwiożerczej samicy tak silnie do
mego, że czuję bicie Twego serca na mej piersi i mogę
liczyć jego uderzenia, że strumień krwi, co się w Twym
ciele rozszalał, moje własne ciało w pieniący szał
smaga, a Twe drgania rozkoszy gorącymi wężami mnie
przebiegają.
Wgrzebuję
się w Ciebie, czuję, jak się Twe wiotkie członki
pienią w upojeniu krzyczącej lubieży i podrywają się w
bolesnym erotyzmie rozkoszy.
Silniej -
głębiej - mocniej - och! mógłbym tylko pochwycić Twą
duszę - wssać się w każdą szczelinę, myśli
Twej pochwycić, Ciebie - Ciebie, nagą istotę odzianą
nędznym łachmanem ciała - chwycić Cię teraz w
rozszalałej farsie mego pragnienia, w dyszącym Hallelujah mej
lubieży!
A teraz
stałem się ucieleśnieniem słowa, teraz jestem
przepotężną chucią, co wszelkiemu rozwojowi początek
dała i go w nieskończoność prowadzi, jestem
węzłem przeszłości i tego, co przyjdzie, jestem pomostem do
nieznanego Jutra, rękojmią nowej ewolucji i wiecznego powrotu.
Teraz już
nie uczuwam żadnej męki. Ssie Twoją duszę - wsysam ją
w siebie i w tej spójności dusz i ciał, w tym stopieniu się mego
bytu z Twoim, w tym wzajemnym przenikaniu się naszych uczuć,
myśli i pragnień, w tej nadludzkiej, bezwzględnej,
niebosięgłej wolności płciowej, co pragnie nowej
przyszłości i nieśmiertelności, pochwyciłem
drżącymi, dyszącymi palcami to, czegom dotychczas schwycić
nie mógł.
Ha, ha, ha, ha...
Znikło, rozbiegło, rozprysło
się!
Jak żywe srebro rozpyliło się
przy moim dotknięciu - a Ty tu przy mnie - tu leżysz w Twej boskiej
nagości, w bezwstydzie Twego żamego pragnienia, a oczy moje
patrzą na Cię jak na coś obcego, dalekiego, tysiące mil ode
mnie odległego - i patrzę z strachem w przepaść Twoich oczu
- przepaść, która może nawet nie jest powierzchnią.
Ale nie, nie - niech
piekło niebo pochłonie - ale nie - nie!
Z
drgającą, mózg chłonącą namiętnością, z
całym piekielnym żarem gorączki, co duszę mą w
szał smaga, z dziką siłą mych rozkoszą
zmężniałych sił rzucam się na Ciebie, nie chcę
nic czuć prócz bladej gorączki Twych członków, nic
słyszeć, jeno wściekłą pogoń mej krwi, i nie
chcę mieć innego wrażenia, prócz tego rozpalonego,
szpilkującego bólu naszego delirium miłości. - Przestanę
cierpieć w zwycięskich dytyrambach chuci, wyjącym pienieniu
się straszliwej symfonii ciała.
I powiedz - ach,
powiedz mi, jak mnie kochasz! Powiedz w pragnących drganiach Twego
ciała, wpal w usta moje, weżryj w członki me, wpij we mnie to
gorące, rozpustne, upojone:
Kocham Cię!
Powiedz, powiedz
mi - jak mocno - jak głęboko - jak strasznie mnie kochasz?
Jak - jak kochasz mnie?
Ha, ha, ha, ha -
Nie potrzebuję Twej miłości.
Czego pragniesz? czego chcesz ode mnie? Niczego Ci dać nie mogę - co
wiąże nas razem? - nie wiem nawet, co mam z Tobą
począć!
Wstań; ubierz się; ha, ha - jak ja
mój wielki mózg podziwiam, co jest jeszcze w stanie uscenizować taką
biedną miłostkę dorastających młodzieńców...
Ofelio, idź do klasztoru!
*
Na dnie mej duszy spoczywa straszna,
przerażająca tajemnica, okropne wspomnienie obłąkanej,
piekielnej mszy rozpaczy i szału, mszy, w której ma chuć w
śmiertelnych kurczach skonała, kiedy po raz ostatni była
i
cały mój byt z zawias wyważyła.
A teraz zdradzę straszną
tajemnicę, wściekły tryumf epileptycznej chuci, raz jeszcze
przeżyję wszystko w takiej potędze, jakby się to było
dziś stało, raz jeszcze będę się sycił
obłąkaną rozkoszą chwili, w której byłem wampirem i
raz jeszcze się stanę przepotężną chucią, co z
mózgu mego zrobiła sobie śmieszną zabawkę.
Nie wiem, sen to był czy jawa, nie wiem,
czy to był tylko majak jakiegoś urojenia, może odbicie obrazów
oddziedziczonych i w głębi mej duszy ukrytych. Linie dnia
spływają z linią nocy, nad jasnym południem zawisła
krwawa tarcz miesiąca, a w wodzie przepastnej studni widzę na jasnym
dniu odbicie miliona gwiazd w północnej ciemni.
Pomnę: siedziałem bez ruchu,
stępiały, z pięścią w ustach, by nie krzyczeć, z
oczyma dziko wyłupionymi, z strasznie wykrzywioną twarzą: dzikie
zwierzę w rozpętaniu dzikich instynktów.
Coś musiałem w sobie
zniszczyć, zębami wkąsać się w najtajniejszą
głąb mej duszy, głęboko, powoli, coraz głębiej;
coś odgryźć, a powoli, powoli, by ból był straszniejszy,
dzikszy, okrutniej szy, odgryźć długimi, ostrymi zębami.
Szarpnąłem. Ból, jakby mi ktoś
żywe serce z piersi wyrwał.
Teraz byłem prawie wesół.
Podałem się z rozkoszą dziwnym majaczeniom.
Wszystkie moje uczucia i myśli
rozkołysały się w burzliwy takt jakiejś straszliwie
głębokiej, upiornej muzyki z twarzą staromeksykańskiego
bóstwa.
Każdy ton był jak kawałek
stopionego metalu, co w straszliwym żarze spadał w spektrum mej duszy
i tam linię rysował.
Nie słyszałem muzyki, czułem
ją tylko dokładnie, jako olbrzymie, nieskończone spektrum, z
krzyczącymi pstrymi liniami.
Ich barwa przypominała mi kolor, jakim
był obmalowany lew asyryjski w jakimś muzeum.
Dziwiło mnie tylko, że
widziałem tak dokładnie ultrafioletowe promienie, ale nie jako
barwę, tylko w kształt fali odbitej o skały, zdawała
się ustawicznie wracać poprzez szeregi napływających
bałwanów.
Widziałem muzykę w palących
się pożarną łuną, żgających, wielkich
płomieniach barw. Z początku czułem coś jak ogromne ognisko
gangreny, tak to wszystko chwilami bolało.
To znowu gasła pożoga, a wtedy
uczuwałem, że lecę w jakąś otchłań,
zaprzepaszczam się, a wtedy chwytałem rozpacznie naokoło siebie,
by się znowu wdrapać w górę.
Tylko tego nie rozumiałem, jak by to
coś w mej duszy doszczętnie wyrwać, jak by to zębami
uchwycić - tkwiło głęboko, czułem coraz dotkliwiej, a
wyrwać to musiałem - to coś, o czym zachowałem niejasne
wspomnienie, a przypomnieć sobie nie mogłem, co by to mogło
być.
Było zupełnie ciemno; straszna,
ciemna, jak czarna kotara gęsta noc, a na szybach łkał i
zawodził w sobie skupiony deszcz.
Spektrum w mej duszy rozżarzało
się coraz silniej.
Każda kreska dźwiękowa
stała się osobnym bólem.
Delikatny, długi rząd z
długimi przeźroczystymi palcami i ostrymi szponami.
I każda kreska żgała jak
długie, aż do biała rozpalone igły w mój mózg, w
regularnych odstępach, a każda wydobywała nowy
oddźwięk bólu.
Czasami zdawało się, że
igły stały się piszczałkami organowymi, na których w
niesłychanych stodwudziestkach wygrywało coś straszliwą
symfonię mąk, orgiastyczną kadencją brutalnych delirii
bólu.
Wrzasnąłem jak zwierzę, potem
zacząłem krzyczeć - silniej jeszcze. Musiałem
krzyczeć, zdwoiłem natężenie, jakie mnie krzyk ten
piekielny kosztował: cieszyłem się z tego; teraz już
umyślnie krzyczałem.
Przytomność na chwilę mnie nie
opuściła.
Było, jak gdybym
przyłożył długie, delikatne obcążki do
zgangrenowanego miejsca, którego zębami uchwycić nie mogłem; a
teraz ciągnąłem powoli, powoli - o, to była straszliwa
rozkosz.
Tak, tak: trzeba było jeszcze raz po raz
gwałtownie podrywać, to więcej jeszcze bolało.
Naraz począłem się
trząść na całym ciele, fala ultrafioletu poczęła
biec coraz gwałtowniej w dzikich bałwanach wstecz, coś
rwało mnie w tył, szarpało, przemocą rzucało, jak
gdyby mi silną pięścią straszne razy w piersi wydzielano.
Wiedziałem, co to ma znaczyć, ale
nie miałem odwagi o tym myśleć - nie powinienem tego
wiedzieć i naturalnie nie wiedziałem - nie, nie, nie!
Podskoczyłem: byłem przecież
tak wesoły, tańczyłem i gwizdałem jeden długi,
przeciągły ton.
Całą mą duszę
skierowałem na niego; wsłuchiwałem się w niego, pieściłem,
głaskałem, stworzyłem sobie z niego krajobraz, tak miękki
jak szeroki płaszcz utkany z rozkosznych ultrafioletowych promieni;
otuliłem się w niego, cały się w nim skryłem;
było co prawda trochę smutno, ale to smutek dziecka, kiedy się
już wypłacze: tysiąc ocząt figlarnych aniołków
poczęły się uśmiechać - chwila, słodka chwila
dziecka, gdy się uspokaja.
Było tylko trochę - troszeczkę
zimno.
Ryknąłem w obłędzie.
Schwyciła mnie szalona tęsknota za
lodowatymi, trupimi rękoma; wściekła tęsknota i chuć
przerażająca, potworna. Szumiała, okrążała mnie
apokaliptycznymi skrzydły, a musiałem ją przecież
zabić, ubezwładnić albo zahipnotyzować, uśpić,
pot lał mi się z czoła, zimny, wilgotny pot; miałem to
uczucie, jakiego często doznawałem, gdym zimowymi ranka<mi
chodził do sali anatomicznej.
Wszystko było w porządku w mej
głowie.
W agonii mego przestrachu popadłem w
jakiś rodzaj fizjologicznego jasnowidzenia, widziałem krew moją,
jak w szalonym pędzie biegła przez żyły, widziałem
całą gwałtowną pracę w każdej komórce i z
przerażeniem czułem, jak rosło szalenie, bezgranicznie w
wymiarach nie z tego świata.
Rozdzieliłem się; jak kapitan
tonącego statku stałem na szczycie stacji kontrolującej mej
świadomości i patrzałem na rozszalałą walkę.
Teraz musiałem się sam do walki
wmieszać i instynktownie począłem mówić,
bełkotać, bez związku, aby się tylko ogłuszyć.
A z skłębionych, ochrypłych
dźwięków mej mowy wysłyszałem szydzące, dzikie
okrzyki:
Hu, hu! Jestem ladacznicą Naną,
siedzę na MuffacieM, jadę i krzyczę:
Hu, hu! Wio
koniku, wio!
I coraz silniej
i dokładniej czułem trupie ręce: jak długie kleszcze
wysuwały się z jakiejś nory ku mnie, objęły mnie
żelaznymi obcęgami i poczęły mną targać,
szarpać, rwać - ciało moje to się poddawało, to znowu
gwałtownie opierało, wyrywałem się, ale nic nie
pomagało. Padłem wznak, to mnie znowu coś na nogi stawiało,
i tak krok za krokiem, w strasznych podrzutach, podskokach, w kurczowych
wysiłkach, a w końcu w bezsilnym oporze zatoczyłem się do
bocznego pokoju.
W ponurym
świetle jarzących się gromnic leżał w trumnie trup
kobiecy.
Gromnice
dogorywały; światło było niespokojne, pryszczało i
drżało, i rzucało dziwne cienie na twarz kobiety.
Przykucnąłem, a w rdzeniach
włosów poczułem kłucie jak od szpilek na całej głowie.
Było coś w jej twarzy, co mnie
przyciągało i do ziemi przykuwało. Na twarzy, grą
światła pocentkowanej jak skóra tygrysia, ujrzałem nagle
straszną wizję: szeroko rozdziawiona paszczęka grzechotnika, z
dziwnie latającym, długim językiem. Słyszałem
dokładnie jadowity syk - a może ja sam syczałem.
Przypadłem do ziemi jak zwierzę na
śmierć zranione; chciałem się sam w siebie
przepaść, chciałem się pod ziemię skryć - ale
oczu oderwać nie mogłem: musiałem patrzeć.
Połączenie pomiędzy trupem a
mną było tak silne, że czułem, jak mi potężne
galwaniczne strumienie wyżerały oczy, z krtani mej rwały
się zwierzęce ryki, w strasznej męce, w potwornych porodach.
Usta moje ułożyły się w
dziwny sposób, począłem parskać, wiedziałem, że
naśladuję trupa.
To gazy pośmiertne, krzyknęło
coś we mnie.
Nie, nie! ona mówi - mówi - mówi - Boże
ukrzyżowany - rzeczywiście mówi.
I mówiła.
I w tej samej chwili padłem omdlały
na ziemię.
Słyszałem jej głos,
płynący ku mnie z nieziemskich oddali.
Siedziałem z nią w jakiejś
kawiarni, gdzieś w kącie, w przytłumionym świetle.
- Boże, Boże, jak ja Cię
kocham. Wszystko, wszystko kocham u Ciebie, Twoje powłóczyste,
zmęczone spojrzenia, Twoje wytworne ruchy, Twoje nogi arystokratyczne i
Twoje ręce, takie inteligentne, długie i wąskie ręce.
O, Twoje usta kocham i Twoje czoło -
wszystko, wszystko.
A kiedy grasz, to masz czasami takie
wściekłe uderzenia. Rzucasz rękę na klawisze z taką
mocą i zaciekłością, jakby w nich tkwiło to wszystko,
co w Tobie zamiera.
Tylko włosy zawsze w nieporządku -
musisz je szczotkować.
Spojrzała na mnie z figlarnym
uśmiechem, ale ja byłem zmęczony, syty i wstręt
przegryzał mi duszę.
- Co ci
jest - spytała nagle.
- Nic!
Patrzała
na mnie wylęknionymi oczyma i przytuliła się do mnie.
- Kochasz
mnie - pytała i przesuwała lekko swą piękną
rękę po mej głowie.
-
Może być; nie wiem. Odsunąłem z wolna moje
krzesełko. Patrzała na mnie z tym samym przerażeniem i
przestrachem, z jakim patrzał na mnie mój stary pies, gdym go i
musiał zabić.
Oparłem
głowę na rękach, patrzałem w szklankę, by nie potrzebować
spotykać się z jej oczami.
Widzisz,
jeżeli ktoś jest tak zdegenerowany i chory, jak ja, to nie wie
nigdy, co się z nim dzieje. Stany duszy zmie j nią j ą się
z przerażającą szybkością, popadają z jednej
krańcowości w drugą. Co teraz miłością, za
chwilę przemienia się w obrzydzenie i nienawiść.
Chciałem
na nią spojrzeć, ale nie miałem odwagi.
-Ty!
- Co?
Dźwięk
jej głosu był w tej chwili zgrzyt pękniętego dzwonu.
-
Jesteś przecież rozsądna, nie jesteś dzieckiem, mogę
Ci przecież wszystko powiedzieć.
Milczała.
Pamiętasz
Sonatę Kreutzera Tołstoja? To, co mówi o tym wstręcie i
płciowej nienawiści - rozumiesz mnie?
Czułem,
jak drżała na całym ciele, wyprężyła się, a
potem nagle opadła.
I teraz
stałem się brutalnym parobkiem.
Pastwiłem się nad nią z dziką,
krzyczącą rozkoszą kata.
- Męczę się, od samego
początku się męczyłem. Pamiętasz, jak pierwszą
noc pozostałaś u mnie i strasznie zmęczona natychmiast
usnęłaś? Wiesz, com wtedy robił Boże najdroższy -
ciało Twoje było mi tak obojętne, tak obojętne - wstałem
i zacząłem robić z Tobą eksperymenty snu. Wziąłem
dzbanek wody i począłem ją lać do miednicy. Ciekaw
byłem, co będziesz śnić. Lałem coraz silniej, aż
się przelękniona obudziłaś. Pytałem Ci się czule,
coś śniła, i cieszyłem się, że mózg Twój z
taką dokładnością odpowiada na podrażnienia
zewnętrzne.
Pamiętasz? Śniłaś,
że w Twoim mieście rodzinnym wybuchł ogień i Ze wszech
stron zlatują się ludzie z fasami i kubełkami, by ogień
gasić.
Jej spojrzenie czułem teraz
cieleśnie na całej skórze - straszne, na śmierć gotowe
spojrzenie.
Teraz nadeszła chwila ostatniego ciosu.
- Trudno, nie mogłaś mi dać
szczęścia, a teraz, teraz... Słuchaj, wiem, że jestem
brutalny, ale nie mogę dłużej żyć z Tobą,
stałaś mi się ciężarem...
W tej samej chwili zniknęła za
kotarą przy wyjściu.
Opadłem ze sił i patrzałem
bezmyślnie w szklankę...
A więc poszła, poszła...
Poczęło widnieć w mej
głowie.
Zdjął mnie straszny lęk,
przeraźliwy strach; zerwałem się, by biec i szukać
ją...
I w tej samej chwili oprzytomniałem,
znowu ujrzałem trumnę, wizja prysła.
Na trumnie leżał trup kobiecy.
Chwilę szukałem przyczynowego
związku między trumną a sceną w kawiarni; na próżno.
Tylko rosnący, pieniący się
lęk połączony z straszliwą tęsknotą,
pragnącą, dziką tęsknotą za tą, co, ot, tu martwa
leżała.
A martwa twarz mówiła
obłąkaną mową gromnicznego, niespokojnego światła
i patrzała na mnie lubieżnymi, przymrużonymi oczyma.
I coraz gwałtowniej rwało się
we mnie pożądanie hieny, a w strasznej potędze wyzwalającej
się bestii zmógł się mój mózg.
Wiedziałem teraz, że muszę
się jej dotknąć, czekałem tylko sankcji mózgu.
I mózg ulitował się nade mną.
Przypomniałem sobie nagle, że
podług starego podania odbija i utrwala się na martwej źrenicy
ostatnia walka przedśmiertna.
Otóż to to, to, to, co widzieć musiałem,
straszną zagadkę życia na dnie martwego oka, piekielną noc
poślubną, w której życie z śmiercią się parzy.
Miałem tylko tę jedną
myśl, co wybiegła poza mój mózg, ostrym końcem wwierciła
się w martwe oko i tam na jego dnie połączyła się z
drugim biegunem; połączenie było dokonane. W oczach moich
pryskały iskry; trzeszczące, zielone iskry elektrycznego
światła.
Druty połączenia spopielały
się na końcach, skracały się coraz więcej,
musiałem się przysuwać.
Coraz bliżej; jak pantera
czołgałem się ku trumnie - teraz już stałem tuż,
tuż przy niej.
Drżącymi, dyszącymi palcami
starałem się podnieść powieki; drżałem i
latałem na całym ciele; straszliwy, wykrzywiony uśmiech ohydnej
lubieży przeczołgał się po jej twarzy.
A nagle począłem skrzętnie
pracować. Podniosłem wreszcie powiekę, ale palce moje
zsunęły się po twarzy, błąkały się po niej,
zdjął mnie paroksyzm gorączki, pracowałem obcymi
rękoma, miałem uczucie, że głowa mi się oderwała
i wyleciała za okno, śmiałem się i krzyczałem, a
wyrazy moje odbijały się od ściany i zasypywały mnie gradem
kamieni - całowałem jej twarz, kąsałem ją,
wssałem się w jej ciało i nagle wgryzłem się
wściekłymi zębami, z krwawą pianą na ustach, w jej
pierś.
Szarpałem, gryzłem trupie
ciało, straszliwy śmiech, w którym się każdy nerw w
konwulsjach bólu szarpał i kurczył, rozpierał mi piersi - a
naraz potoczyłem się i padłem wznak.
Stało się coś straszliwego
Umarła kobieta powstała w trumnie w
upiornym majestacie i z szerokim ruchem rąk uderzyła mnie z
gwałtowną, przerażającą siłą obydwiema
pięściami w piersi.
Odleciałem daleko - bez
przytomności.
*
Zewnątrz stało się
wnętrzem, jawa .- snem, rozkosz - obrzydłym jadem, a ból
wstrętną pijawką, co się do serca przypiła i krew z
niego wysysa.
A Ty? Gdzie jesteś? Żyjesz jeszcze?
Umarłaś?Nie wiem. W mózgu moim pełno przerw i tam, a
pomiędzy pojedynczymi, świadomymi stanami braknie
połączenia przyczynowego.
A zresztą - to wszystko drobnostka,
rzecz nic nie znacząca.
Teraz jedno mnie tylko obchodzi. Cóż
teraz?
Ale rzeczywiście, z całą
straszną grozą powagi i pewności śmierci, pytam się:
cóż teraz?
A jeżeli Bóg rzeczywiście istnieje?
Jeżeli dusza rzeczywiście nieśmiertelna, a w jednym
kościele katolickim można naprawdę osięgnąć
zbawienie?
Ale brak
mi wiary, wiary, wiary.
Wiara w
Charcota i w boskie dopuszczenie przy opętaniu.
Wiara w
Kant-Laplace i Darwina, a równocześnie w stworzenie świata w siedmiu
dniach.
Wiara w
bóstwo Chrystusa i w bluźnierstwa Sftraussa lub Renana .
Wiara w
Niepokalane Poczęcie Marii Panny i w najpierwotniejsze fakta embriologii.
Nie! to nie da
się połączyć!
Nie ma ratunku!
Wstręt i
obrzydzenie...
Gdyby dwa
ogniska gangreny wżerały się coraz bliżej ku sobie - moja
bezsiła, niewiara i to straszne obrzydzenie ku wszystkiemu i wszystkim, a
teraz złączyły się w swym ropiącym się dziele
zniszczenia.
Gdyby podziemne
źródła, powstałe z ustawicznej ulewy, przesiąkają
bezustannie najgłębsze pokłady mej duszy, rozsadzają i
kruszą je.
Jak brutalne światło skwarnego lata
zatruwają mi pokarm ziemi, w której tkwię, z której siłę
moją czerpię, wysuszają i rozsadzają chlorofil we
wszystkim, co z tej ziemi bujnym kwieciem wytrysło.
I tak zmieniło złoto swą
wartość na miedź, rozprysły wszystkie nadzieje, myśli
i uczucia straciły swoje napięcie, stały się prostymi
odruchami; pełen szczęścia i rozkoszy świat rzeczy
stał się niepewnym, bezistotnym symbolem, szarą mgłą,
nachuchaną na szklistą szybę - a Ty, ach, Ty stałaś
się piekielną córką, szatańską Lilith z głową
Sfinksa, bujną grzywą włosów, co ci głęboko w
czoło wrastają, i z delikatnymi, szlachetnymi rysami mej matki.
I chwyciłaś mnie w Twe ramiona,
spętałaś mnie ciężkimi zwojami Twoich włosów,
jedną ręką zerwałaś gwiazdę, że spadła
i z sykiem zatonęła w Cichym Oceanie, drugą zdajesz się
chwytać krańce ziemskiego globu, by mnie ponieść w kosmiczną
nieskończoność, gdzie przestrzeń staje się głupim
urojeniem, a czas sam siebie w ogon gryzie, bo się rozpostrzeć nie
może.
I objąłem żelaznymi kleszczami
Twoją szyję, wssałem się rozpalonymi ustami w Twoją
pierś dziewiczą i piję z Twoich żył mleko matczyne z
krwią zmięszane.
O, ponieś mnie, ponieś, gdzie
roztrzaskane światy błądzą samotnie i same o siebie
się roztrzaskują.
O, ponieś mnie, ponieś, gdzie
gęste snopy gwiezdnych promieni w dół spływają, gdyby
struny o siebie trącają i z nieskończenie cichą,
drżącą gdyby pierze edredonoweT, miękką harmonią
świat cały zapełniają -
Ponieś na jakiś punkt, gdzie
siły przyciągające wszystkich słońc się
znoszą, a ja stracę i ciężar, i wagę, i wszystkie
stosunki od czasu, przestrzeni i środka -
Och, ponieś, ponieś z skrzydły
krzyczącymi radosne fanfary, skrzydły, co w dzikiej tęsknocie
rwą się ku gwiazdom, ponieś tam, gdzie cała ma
wielkość skurczy się w maleńki, głupi atom -
Gdzieś w bezatmosferyczne światy,
gdzie kształty moje stopnieją jak młody śnieg na
południowym słońcu, gdzie się z wszechświatem
zleję i jak lejąca się lawa meteora w kosmiczny ocean
spłynę:
Rwij, szarp, nieś na przekór
głupiemu prawu ciężaru i materii -
Ponieś na rozkołysane morze rytmów
eteru -
Na jakąś gwiazdę o miliardy
lat od ziemi odległą, gdzie mógłbym spocząć, a
tysiące stuleci nie dłużę] żyć jak jeden moment,
a oddalenie od ziemi nie dalej jak ostrze dogmatu o protoplazmie, ostrze, na
którym gdyby ite rożnie ziemię nasadzę i w słońce
rzucę, by się tam z swego kału oczyścić mogła i
zbawić w złotym nic słonecznym.
Ale nawet tego nie zdoła - nawet w
żarach słońca pozostanie plamą błota.
Tylko nieś, szarp, rzuć poprzez
wszystkie krańce, bym sam siebie niszczyć nie potrzebował.
Jak blask światła połamany
przez tysiąc szkieł, odrzucony od tysiąca zwierciadeł,
chcę powrócić do pierwotnej idei, z której powstałem.
Jak promień słońca, co
padł na błotną ulicę i syty, i pijany jej brudnym
ciepłem, chcę powrócić do prasłońca, co mnie tu
wysłało, by sobie i ludziom przynieść szczęście i
radość, i wielki Pokój...
Tylko nie z powrotem do ziemi jako marny
żer dla robactwa, do wstrętnej, ohydnej kopulacji anorganicznych i
organicznych pierwiastków, do nowego, piekielnego życia poprzez szereg
głupiego rozwoju.
Jakież
to straszne!
A jednak -
stać się musi. Boć
tak mi stało napisane.
*
Teraz rozpoczyna się agonia - koniec
nadchodzi.
Jakżeż to było?
Leżałem w łóżku; a w tyle
głowy czułem jak gwoźdźmi przybitą, nieskończenie
szeroką świadomość, że teraz muszę koniec
zrobić.
Było, jakby w głowie mej
kołował jakiś poplątany węzeł, wirował coraz
silniej, zataczał coraz wścieklejszy kręgi w strasznym
pragnieniu, by się rozplatać i rozwinąć w długie,
delikatne nitki myśli.
A potem naraz jak dzika fala przypływu w
drganiach konwulsji, a poprzez nią wężykowata linia chorego
niepokoju, co się ku górze wiła, coraz gęstsza, czarniejsza,
coraz szybsza i niespokojniejsza, aż naraz uczułem jakąś
dziką gonitwę, szum, jak gdyby tabun złych duchów powietrze
przerywał, i jakiś nadludzki strach śmierci, w którym mózg
pęka, pragnie sam przed sobą uciec, i, jak popękany
pierścień zapadającego się świata, obtańczyć
słońce olbrzymimi kręgi w opętanej taranteli.
I znowu cisza.
Cicha, miękka, letnia
błogość. Upojona rozkosz, co się kołysała na
ciemnoniebieskiej, zwiewnym złotem obszytej toni.
Zgrzyt, piekło, wybuch tysiąca
gejzerów.
W głowie rozszalał się
obłąkany taniec Wita, i gdyby obcą siłą
gwałtownie poderwany, stanąłem wyprężony jak w
skurczu.
Czułem, że mięśnie twarzy
boleśnie się skurczyły, tak że czułem
głębokie kłucie rozpalonych szpilek, a szeroką
męką rozwarte oczy zdawały się z orbit wypływać:
Stałem w rogu pokoju z rewolwerem przy
skroni i dyszałem.
Nie rób tego,
nie rób tego! nie, nie! Na Boga nie! tylko tego nie!
Odetchnąłem
głęboko:
Boże,
jakżeż można się tak przerazić, to przecież nie
ja, i to czarny paletot, co wisiał w rogu, na ścianie.
Wyciągnąłem
się znowu w łóżku, strasznie wyczerpany, objąłem
głowę obiema rękoma, znowu siadłem, przycisnąłem
dłonie z taką siłą do skroni, że jeszcze ból uczuwam.
Jakieś
nieświadome, głupie skojarzenia myśli przewłóczyły
się po mej głowie - owa groźna fala przypływu rozbiła,
skropliła się w pojedyncze perły, co się
wydłużały, jak gdyby kazano im przeciekać przez jakiś
cieniuteńki otwór, widziałem krople w długich sznurach, co
się raz po raz urywały - raz - dwa - trzy - cztery... a za
każdą rażą słyszałem, jak się rozbijały
gdzieś w głębi o jakąś szklistą toń.
Jedno tylko
rozlewało się błyskawicą poprzez czarną noc
spienionych fal myśli:
Nie zrobisz
tego!
A myśl ta
poczęła łowić i wędki zastawiać w błotnistej
sadzawce, wabiła tak długo, aż inna myśl wędkę
pochwyciła.
Tak, a
potem - potem właśnie to zrobisz!
I obydwie
myśli zbliżały się coraz ku sobie, objęły
się, siadły jak żmije wyprężone na ogonach,
prężyły się coraz wyżej, splotły się - i
patrzały długo z łepkami w tył wy . giętymi na siebie
- patrzały długo, przenikliwie, a potem rozśmiały się
cicho ku sobie.
Spełniło
się to, co mi było przeznaczonym.
Tak
będę stał, tak pistolet przyłożę do skroni i tak,
zupełnie tak będę krzyczał i dyszał - nie zrobisz
tego! nie zrobisz tego! - a równocześnie jedno pociągnięcie:
straszne
światło sądu ostatecznego
zatańczy mi w oczach - teraz posłyszę huk, gdyby grzmot
walącego się łańcucha skał w bezdenne przepaści:
Stało się.
Drżałem na ciele jak osika, serce
chciało klatkę piersiową rozbić, a w skroniach biła
krew o moje dłonie w dzikich podrywach i szałach.
Niepokój wzrastał, straszliwy lęk
rozszarpywał doreszty kłębek mych myśli,
rozstrzępiał ich związki i połączenia gdyby nasienny
pył jesiennych kwiatów na wszystkie strony, coś mnie wgniatało
przemocą w poduszki, kurczyłem i giąłem się, by nie
ulec temu pchaniu, i nagle zerwałem się i znowu - całkiem z
sił opadłem. Wkucnąłem w siebie.
Oczy wlepiłem w podłogę
bezmyślny, oszołomiony straszną pustką i nocą.
To tylko wiedziałem, ze muszę
coś wreszcie załatwić, coś do końca
przemyśleć, coś, przed czym miałem śmiertelny strach.
I nagle chwyciłem oburącz
krawędź łóżka: na podłodze czołgała się
rozwiewna jaśń światła.
Przerażenie było tak okropne,
że na chwilę straciłem przytomność.
Kiedym przyszedł do siebie,
zrozumiałem, że prawdopodobnie zapalono lampę w domu
przeciwległej ulicy.
I rozbiegło się po mnie uczucie
nieskończonego ukojenia; byłem prawie wesół.
Ale naraz pomyślałem, że dlatego
jestem tak zadowolony, bo ten szeroki promień światła
odwrócił i rozprószył moją uwagę, którą przecież
na czym innym, na czymś nieskończenie strasznym skupić
miałem.
Zimny pot wystąpił mi na
czoło; wiedziałem, że od nowa muszę się tej strasznej
męce poddać i ta pewność wżerała się ostrym,
trującym językiem w mój mózg.
Teraz siadłem znękany na
krawędzi łóżka, pochyliłem głowę
zbolałą, ująłem ją w dłonie i myślałem,
myślałem.
Uczułem bezmierną litość
nad sobą samym. Gorące, wielkie łzy ściekały mi z
oczu. Wtedy nie wiedziałem, że płaczę - ach, cóż mnie
wtedy to obchodzić mogło.
Nie płakałem łez wyzwolenia,
płakałem pogrzebowym śpiewem indyjskiego kacyka, co własny
grób opłakuje.
Nie wiem, jak
długo tak siedziałem.
Gdym
ocknął, uczułem ziębiący lodowaty ból.
Więc
stałem w pośrodku pokoju i szukałem czegoś.
Aha! Papierosa.
Zdawało mi
się, że wszystko minęło.
Zapaliłem
papierosa, ubrałem się, otwarłem okno i stałem długo
przy oknie w nieziemskim, majestatycznym spokoju.
Nie
myślałem o niczym, wyprężałem się tylko coraz
wyżej, rosłem, potężniałem w straszliwym majestacie
mego spokoju i ciszy, w groźnym, ponurym, przemożnym pragnieniu
śmierci.
Jakieś
dalekie wspomnienie prześlizgło się cichym jaśnieniem przez
moją głowę.
Ujrzałem
się naraz w kościele wiejskim. Ponury półzmrok. Gromnice
jarzyły się tępym blaskiem jak płonące oczy, co na
próżno starały się przedrzeć woniejące mgły
kadzidła, co z trybularza w szerokich pasmach płynęły ku
monstrancji. Wżerały się do połowy w gęste tumany, a
potem rozlewały się i syciły mgły kadzideł jasnym
złotem, tak jak pierwsze promienie słońca sycą blaskiem
opary powstające z dymiących się łąk jesiennych.
Zaraźliwa
choroba wyniszczyła połowę ludnościS i co wieczór
zbierał się lud w kościele, rzucał się na krzyż i
ryczał, i wył w śmiertelnych potach trwogi i rozpaczy:
"Od
powietrza, głodu, ognia i wojny zachowaj nas, Panie" .
A
pieśń rwała się dzikim rykiem, co serce wśród
bolesnych drgań z ciała wyszarpywał, to znowu w
bełkoczących jękach, co wszelkie słowo w krtani
dławią, to znowu w stekach i rozpacznych krzykach, że
żyły w mózgu pękały - i pieśń przestała
być pieśnią, stała się piekielnym pragnieniem
życia, olbrzymią lawiną rozpostartą na nieskończonym
obszarze, co się lada chwilę stoczyć miała - stała
się chmurą, co już, już się obrywała i cały
świat potopem zalać miała.
A w tym
cielesnym straszliwym refrenie "Wybaw nas, Panie!" jęczały
dzwony, ryczały strachem wielkiego sądu organy i zwierzęce
rżenie konających, i przerażony krzyk dzieci - włosy
dębem stawały i mózg się mącił, kirem obłędu
się zakrywał.
A naraz straszny
ryk płaczu, płaczu obłąkanej rozpaczy i przeraźliwej
grozy - ręce gdyby las szkieletów podrzucały się ku
ołtarzowi - lud rzucał się, szalał w konwulsjach
płaczu, bił się pięśćmi w piersi, walił
czołem o posadzkę i krzyczał bezustannie:
Wybaw nas,
Panie!
A gdy stary siwy
kapłan objął ołtarz obiema rękoma, kiedy straszny
kurcz płaczu rzucał go na wszystkie strony, kiedy on, który z
pogardą patrzał na oprawców, co go w powstaniu żywcem
zakopać chcieli, jęczał i bełkotał ku Bogu w
obłąkanym śmiechu - wtedy naród oszalał.
Słyszę
tylko dziki ryk, szatański skowyt, jakby się całe piekło
rozpętało.
Zdjęła
mnie straszna groza przed tą bolesną, przerażającą
chucią ku życiu, groza przed tym konwulsyjnym strachem śmierci i
bezmyślnie, w febrycznych drganiach powtarzałem bezustannie:
Wybaw nas,
Panie!
A ponad ludem
tronował anioł śmierci z błędnym uśmiechem na
ustach, straszny i okrutny, i znaczył tych, co umrzeć mieli, swym
płomienistym mieczem.
Czyż i ja
byłem pomiędzy nimi?
A z mej krtani
rwie się przemocą, bolesne, żarliwe, ostatnią iskrą
życia drgające:
Wybaw nas,
Panie!
Pomnę:
znowu przebłyskujące wspomnienia:
"Patrzę na niebo, a niebo ciche,
patrzę na ziemię, a ziemia śpi"...
Śpi ziemia, niebo tak ciche i tak
głębokie, i tak gwiazdami obsiane...
Niewypowiedziana cisza ujęła me
serce w swe chłodne dłonie - cisza grobów i szerokich, zadumanych
smętarzy.
Była chwila, kiedy niewidzialne
ręce pomazańca Bożego wyjęły Przenajświętszy
Sakrament z Tabernaculum wszechnatury i pokazały go światu
całemu. A świat padł na oblicze swoje w grozie i strachu:
pełen oczekiwania, drżący i świętą czcią
przejęty czuł, że nadchodzi tajemna chwila, w której chleb w
ciało, a wino w krew się przemieni.
Teraz powinny zadzwonić dzwonki w
długich odstępach po trzykroć razy, teraz powinien rozbiec
się żarliwy szmer przygłuszonego nabożeństwa, co serca
ludu rozpiera, drżenie cudu przeniknąć świat cały, jak
gdyby miliony w piersi się uderzały:
Sanctus, Sanctus, Sanctus!
l ziemia cicha, niebo zieje strumienie srebrnego
światła gwiazd i wszystko spoczywa w kornej, głuchej ciszy, bo
Ja, Pan, który wszystko z siebie wyłonił - Ja, Pomazaniec, Ja,
Arcypasterz przyjmuję ostatnią świętą komunię.
Głęboka błogość,
niebieska błogość świtów i przeczuć przyszłego
życia rozlała się świętym strumieniem w mych
żyłach; czułem, że skrzydła mi wyrastają, że
się rozpościerają gdyby dwa olbrzymie żagle, że
rwą się do lotu; pienie oswobodzenia i tęsknoty za wieczną
przyszłością wytrysnęło z mej piersi - byłem
szczęśliwy jak słońce południa, gdy się morzem
światła na niebieskie morze oceanu położy i doń
się przytuli - a otóż nagle schwycił mnie obłęd w swe
upiorne szpony - obłęd, z którym tak długo walczyłem.
Noc dławiła, dusiła dzień
w śmiertelnych, miażdżących uściskach, krwawą
czerwień zmartwychpowstania zalewała szatańska czerń
potępienia.
Strach i groza prężą się
gdyby dwa węże w sól przemienione, pnące się z odętymi
cielskami ku straszliwej Sodomie nieba.
W oczach moich prysnął grad deszczu
siarczanegó. Szeroka, płomienna bruzda rozdarła niebo na dwoje,
jakieś słońce zagasło, spurpurowiało jak czarna,
zgangrenowana rana - drży, trzęsie, obrywa się, spada i rwie za
sobą cały łańcuch gwiazd.
A z rozdartego nieba widzę w
obłokach siarki i ognistej lawy rozpustną twarz z przymkniętymi,
mrugającymi oczyma; usta otwarte jak w krzyku najwyższej
lubieży, a włosy rozwarkoczone poprzez niebo jak wściekłe
komety ogniste.
A z rozdartego nieba wydzierają
się kobiece ręce, straszne, bezcielesne, ręce, co ku mnie
się wyciągają.
I z rozdartego nieba wyrasta apokaliptyczna
nierządnica - okrąża mnie w szerokich kołach - już
chwyta, obejmuje mnie; wyrywam się, padam na ziemię, walczę,
szarpię się z nią - piana krwi burzy się na moich ustach:
Astarte!
Przyszła po swoją ofiarę:
Ta, która się upaja najstraszliwszymi
męki.
Ta, co kazała Onanowi szukać nowej
orgii płciowej, by go oddać na pastwę strasznej śmierci
ukamienowania.
Ta, co wiemy lud poprowadziła do
wyzwolenia świętego grobu, by mu za nagrodę owieńczyć
czoło męczenniczą koroną syfilitycznych wrzodów .
"Ta, co wysysa samicę
mężowi z krwi i Tzuca go w sodomicznej chuci na męża -
Ta, która silniejszą jest od
porządku rzeczy, bo przewraca wszystkie instynkty i maże swe oblicze
kazirodczym nasieniem -
Astarte, Szatanie!
Na moich ustach czuję Twój lodowaty, z
rozpusty spłodzony pocałunek śmierci -
Tak! jestem śmierci
poświęcony.
Duszo, Ty moja silna, wielka duszo, coś
mi mą płeć pożarła, gdzież jesteś teraz?
Mózgu, ty biedny, chory mózgu, coś
się miał stać moim bogiem, moim ojcem, gdzieżeś się
ukrył, teraz kiedy na Golgothę i krzyż idę, w
jakąś norę się wczołgał?
Jak czarna głucha plama wisi
słońce przylepione na niebie...
Eli, Eli lamma sabacthani...
*
Przez okna moje wpływa strumień
żądnego, parnego gorąca, płodzącego szału nocy,
rozpustnego krzyku mężczyzn, co na ulicach samiczki
nawołują.
Widzę całą naturę jako
apokaliptyczną apoteozę wiecznie drgającego phallosa, co w
brutalnej, bezgranicznej rozrzutności leje nasienne strumienie na
świat cały..
Na mym biurku wazon z kwiatami, których
całe życie rozgrywa się w płci; z bezwstydną
niewinnością pną się ku zapładniającemu nasieniu.
Czuję lubieżne drgania tworzenia,
słyszę bełkoczące szepty miłosne ziemi -
hermaphrodyty, świętej, samczej dziewicy, otulonej w ślubne
zwoje nocy.
A jak bogato obsiana złotymi plemnikami.
Jak
ciemna jest i głęboka!
Ale ponad
tym bezwstydem chuci i żądz, ponad tą potworną
apokalipsą płciowości, tą szatańską
ewangelią zmysłów - wysoko ponad zapładnianiem i rodzeniem,
oksydacją i redukcją zatronował mój wyniosły, głęboki,
królewski spokój bezpłodu.
Natura
się wyczerpuje; już oszczędza. Już nie może tak
się rozrzucać jak ongi, kiedy się jeszcze żadne oko ludzkie
nie rozkoszowało obłąkańczym przepychem flory z okresu
węgla kamiennego , fauny czasu kredowego ; teraz pracuje, jak to biedne
robactwo ludzkie - po ludzku, chciwie i ostrożnie według prawa
najmniejszego zużycia sił.
Nie tworzy
już ichtiosaurów ani ichtiodontów, nie tworzy ani stygmarii, ani
lepidodendronów. Biedne, śmieszne zwierzęta, co w trzodzie
żyją - to cały jej płód; wyczerpuje się w mikrokosmie, w bakteriach na to
tylko, by stoczyły i pożarły jej marny twór - aż ziemi
pędzi w górę chore kwiaty, w które na uwiąd starczy chora ziemia
wpluwa truciznę.
Ponad
tą nędzą, nad tą oszczędnością i
skąpstwem, ponad tą całą filisterską biedotą
panuje wolna, nieokiełznana, rozrzutna, jak obłoki gazu
rozlewna,
moja
wielka, pańska dusza w całej potędze swej
niepłodności.
I dlatego
zginąć musi, bo jest za wielka i święta, i królewska, aby
się łączyć z nędzną plebejuszowską
płcią i płodzić dzieci - znowuż według prawa
najmniejszego wysiłku.
Ponad
całym światem, ponad tą śmieszną gonitwą za
nową orgią chuci, by się w coraz to nowych formach rozwoju
objawić - ponad ohydnym okrucieństwem płci, co człowieka z
gęsią skojarza -
ponad
zbrodniczą niesumiennością BogaNatury, co ludzi tworzy na to, by
w rozpacznym obłędzie zawodzili opętany taniec bytu -
ponad tym
wszystkim panuje moja wolna, bezpłodna dusza z swym spokojem,
bezpoczątkowej wieczności.
Ona,
święty zwyciężony zwycięzca -
Ona,
wszystko obejmująca, początek i koniec.
Ona,
najwyższy, najpotężniejszy wyraz mego rodu.
Ona, co
umrzeć musi, bo sama tego pragnie, bo nie może żyć w
wstręcie i ohydzie, bo tęskni za czystością wyzwolenia.
I idę.
A ty bądź mi zdrowa.
Zniknęłaś z mego mózgu,
wyrwałem Cię z mego serca.
Miałaś być mistyczną
syntezą, w której pan i chłop we mnie mieli spocząć w
bratnim uścisku, miałaś zebrać i skupić moje
najtajniejsze siły płciowe i spotęgować je w pragnieniu
nowej przyszłości -
miałaś zlepić to, co od
początku było we mnie złamane, żelazny rdzeń wbić
w krzyż pacierzowy mego bytu -
najdelikatniejsze struny miałaś we
mnie potrącać, w których może drżał kawałek duszy
w ślubnym uścisku z moją płcią.
Tego wszystkiego nie zdołałaś
i dusza ma Cię odtrąciła.
Ale teraz: w tej wielkiej chwili, w której
się może z Tobą połączę i w jedno zleję,
teraz, ukochana moja, położę
głowę na Twym łonie, będę całował Twoje
długie, piękne ręce - u Twych stóp rzucam krwawy
ciężar mego panowania ponad światem i wszystkim jego płodem
-
teraz daję Ci moją duszę z
powrotem.
Ty moja ukochana, oblubienico śmierci,
Ty ukochana całą bezgraniczną głębią mej pustki.
Słyszę coś, co jest
głębokie jak świat, ciemne jak noc, a panuje ponad wszelkim
bytem.
To tęsknota za tą syntezą,
której rozkosze wywyższyły mnie nad wszystkich ludzi - syntezą,
którą na próżno przez Ciebie osięgnąć
pragnąłem. I weź, weź moją duszę, niech
się rozleje w kształtach Twego ducha i powróci razem do praidei, z
której Ja Ciebie stworzyłem.
Zimny dreszcz poranny czołga się po
mym ciele:
Nadszedł już mój czas.
A gdy wzejdzie młody, czysty,
święty dzień ponad ślubnym łożem natury, ten
biały młody dzień, który Ja, władca bytu, Ja, w którym i
przez którego wszystko istnieje - wtedy mnie już nie będzie.
Wsteczna metamorfoza może się
rozpocząć...
Zielone
Świątki 93
|