|
TĘSKNOŚĆ
NA WIOSNĘ
Już tyle razy
słońce wracało
I blaskiem swoim
dzień szczyci;
A memu
światłu cóż to się stało,
Że mi dotychczas nie
świéci?
Już się i
zboże do góry wzbiło,
I ledwie nie kłos
chce wydać;
Całe się pole
zazieleniło;
Mojej pszenicy nie
widać!
Już słowik w
sadzie zaczął swe pieśni,
Gaj mu się cały
odzywa.
Kłócą powietrze
ptaszkowie leśni;
A mój mi ptaszek nie
śpiewa!
Już tyle kwiatów
ziemia wydała
Po onegdajszej powodzi;
W różne się
barwy łąka przybrała;
A mój mi kwiatek nie
schodzi!
O wiosno! Pókiż
będę cię prosił,
Gospodarz zewsząd
stroskany?
Jużem dość
ziemię łzami urosił:
Wróć mi urodzaj kochany!
POŻEGNANIE Z LINDORĄ W GÓRACH
Pódźmy na koniec smutnego Kluczowa.
Tam ją wśrzód łąki będziemy
żegnali;
I, choć przed okiem naszym las ją schowa,
My jeszcze za nią będziemy wołali:
Lindoro, cożeś zrobiła?
Sierotyś nas zostawiła!
Rzeczko ty mała, w które tylko kraje
Popłyniesz, wszędzie powiadaj po drodze,
Że już Lindora z nami się rozstaje.
Bądź świadkiem, jak jej
żałujemy srodze.
Lindoro, cożeś zrobiła? i
t. d.
Powiedzcie, lasy, i
wy, góry dawne,
Czy
piękniejszego co w tych stronach było?
Jak wy
będziecie odtąd z tego sławne!
Lecz jak się
prędko światło wasze skryło!
Lindoro, cożeś zrobiła? i
t. d.
Wieśniak swym małym dzieciom kiedyś
powie:
"Dziatki, Lindory
wyście nie widzieli!
Piękna, jak wiosna,
i czerstwa, jak zdrowie,
Biała, jak len
śnieg, co się w górach bieli.
Lindoro, cożeś zrobiła? i
t. d.
Pasterze trzody swoje porzucali,
Żeby ją widzieć, a harde z
pięknego
Ciała pasterki twarz swą zasłaniali.
Dziatki, ciężkoż wam widzieć co
równego!
Lindoro, cożeś zrobiła? i
t. d.
Już ponad rzeczkę nie będziesz
chodziła,
I bielszej nogi nikt w
niej nie umyje!
Oko wesołe, usta i
twarz miła,
Wszystko się z twoim
oddaleniem kryje.
Lindoro, cożeś zrobiła? i
t. d.
Nie masz Lindory, czegóż tu czekamy?
Rozbiegnijmy się wr różne gór tych strony
Co nam po
wszystkich? Lindory nie mamy.
Został nam po
niej żal nieutulony.
Lindoro, cożeś zrobiła ? i
t. d.
ROZSTANIE SIĘ MEDONA
Rzucając trzodę i dawne koszary,
Zrażony Medon w insze brał się kraje.
Napróżno mu Filon ganił stary!
On sobie mówić i słowa nie daje.
Uparł się; znowu radby się
odmienił:
Często się tędy obejrzy nieznacznie,
Gdzie się Palmiry piękny sad zielenił,
Nareszcie usiadł i tak śpiewać zacznie:
"Ona tam może ze mnie się naśmiéwa
I te łzy wierne
dzieciństwem nazywa,
Albo ten żal mój
sądzi za zmyślony:
"Już, mów,
poszedł Medon naprzykrzony."
Palmiro, ja się nic
wrócę,
Ciebie więcej nie
zasmucę!
Wśrzód pięknych
nocy czasem mi kazała
Śpiewać, jam
śpiewał, chociaż już i spała,
Tym sobie
słodząc, gdy mi się przykrzyło:
Jak się obudzi,
będzie jej to miło.
Palmira się obudziła
I wdzięczna mi tego była.
Po wiele razy za jej zgubionemi
Owcami biegłem przepaściami temi,
A ona tylko z góry tej patrzyła,
I owca jej się ze mną powróciła.
Palmira w rączki zapleszcze:
"Medon, szukaj jednej jeszcze!"
Raz ją widziałem, jak przy źrzódle
piła
I śliczną swoją nogę
ubłociła.
Nazajutrz kwiatem brzeg cały usiany
Tam, gdzie białemi klękała kolany.
Palmira mię słodko wspomnie:
"Medon i tu myślił o mnie."
A w ten czas, kiedy biegła przestraszona,
Co ją był napadł zły pies
Palemona,
Ja, za psem goniąc, nogę poraziłem,
A po tym, jak się z sąsiadem
kłóciłem!
Palmira mi wśrzód swej trwogi
Przykładała ślaz do nogi.
Ale się ona dzisiaj odmieniła:
Kiedym jej śpiewał, to sobie
przykrzyła:
"Przeze mnie jej się owce
rozproszyły,''
W kwiatach przy źrzódle, mówi, kolce były.
Palmira (o Boże żywy!)
Wyrzuca mi, żem kłótliwy.
W dalekiej jakiej żyć będę
krainie,
Gdzie już Palmiry biała twarz nie
słynie;
Tam, smutno chodząc, dam przykład
każdemu,
Jak mało wierzyć sercu kobiecemu.
Palmilo, swojeś zrobiła:
Jam zginął, a tyś zdradziła!
A gdyby ona jeszcze
to poznała,
I mnie do dawnych
łask przypuścić chciała?...
Medonie!... próżna
nadzieja odmiany,
Jej wyrok zawsze
był nieodwołany.
Palmiro, i za
cóż jeszcze
Kocham cię? i
za cóż jeszcze?..."
Tak
śpiewał Medon, łza mu z oczu płynie;
Ledwie się
podniósł, ledwie że się czuje.
Na tej, pod
którą spoczywał, buczynie,
Tak swój żal ciężki krótko opisuje:
"Drzewo to mijaj, siekiéro!
Tu, rozstając się z Palmirą,
Łzami, Medon, wylanemi
Poświęciłem je mojemi.
Jeśli z kochających jaki
Na te kiedy trafisz siaki,
A także w swojej miłości
Kochałeś bez wzajemności,
Odnów dla wieku późnego
i To pismo kompana twego
A ty, o drzewo kochane,
Drzewem łez będziesz nazwane."
KORYDON SMUTNY NA ŚMIERĆ PALMIRY
Korydon dopadł pożądanej ciszy,
W której go tylko zwierz lasowy słyszy,
Tam flet o drzewo tłucze, z nóg się wali
I tak się żali:
"Już ja ginąć więcej nie
będę na tobie,
Moje Palmirę położywszy w grobie;
Już z nią na chłodzie pod sosną
nie siędę,
Grać jej nie będę.
Niech tam wilk srogi dusi moje trzody,
Niech pije, kto chce, mym kuszem do wody;
Niemasz Palmiry, co wraz ze mną piła,
Gdy spieka, była.
Płacz, mój psie wierny, ona cię lubiła,
Ona cię sercem i mlekiem karmiła,
Ty teraz zdechniesz z głodu, mnie z
żałości
Wyschną te kości.
Przyjdźcie, pasterki, z okolicy całéj,
Na grób jej kwiaty będziecie rzucały
I chodząc wkoło ziemnej jej mogiły,
Tę pieśń nuciły:
"Palmiro, pewnie ty nie czujesz tego,
Jak bolejemy z rozłączenia twego,
Ni Korydonem twym się nie turbujesz,
Ty nic nie czujesz.
Wczoraś tak miło na nas poglądała,
A dziś,
jakbyś to nigdy nas nie znała:
Zimno u siebie twe
siostry przyjmujesz,
Ty nic nie czujesz!
Któż
między nami jaką zrobi sprawę,
Kto nam na wiosnę powydziela trawę,
Kto zgadnie, wiele owce mleka dały
Na wydój cały?
Nieśmyż w ostatnie góry i niziny
Smutne sieroctwa naszego nowiny,
Niech skała stale podaje żal szczéry
Z straty Palmiry".
Tak jej śpiewajcie, a ja kamień biały
Położę na jej grobie i ten mały
Sam swoją ręką nagrobek wyznaczę:
"Tu swej Palmiry Korydon płacze".
LAURA I FILON
Laura
Już miesiąc zeszedł, psy się
uśpiły,
I coś tam klaszcze za borem.
Pewnie mnie czeka mój Filon miły
Pod umówionym jaworem.
Nie będę sobie warkocz trefiła,
Tylko włos zwiążę splątany;
Bobym się bardziej jeszcze spóźniła,
A mój tam tęskni kochany.
Wezmę z koszykiem maliny moje
I tę plecionkę różowę;
Maliny będzie:m jedli oboje,
Wieniec mu włożę na głowę.
Prowadź mię teraz, miłości
śmiała!
Gdybyś mi skrzydła przypięła!
Żebym najprędzej bór przeleciała,
Potem Filona ścisnęła!
Oto już jawor... Nie masz miłego!
Widzę, że jestem zdradzona!
On z przywiązania żartuje mego,
Kocham zmiennika Filona.
Pewinie on teraz koło bogini
Swej, czarnobrewki Dorydy,
Rozrywkę sobie okrutną czyni,
Kosztem mej hańby i biedy.
Pewnie jej mówi: że obłądzona
Wpieram się w drzewa i bory,
I zamiast jego białego łona,
Ściskam nieczułe jawory.
Filonie! wtenczas, kiedym nie znała
Jeszcze miłości szalonej,
Pierwszy raz-em ją w twoich zdybała
Oczach i w mowie pieszczonej.
Jakże mię mocno ubezpieczała,
Że z tobą będę
szczęśliwą!
A z tym się chytrze ukryć umiała,
Że bywa czasem fałszywą.
Słabą niewinność łatwo
uwiodą
Teraz, wracając do domu,
Nauczać będę moją przygodą,
Żeby nie wierzyć nikomu.
Ale któż zgadnie, przypadek jaki
Dotąd zatrzymał Filona?
Może on dla mnie zawsze jednaki,
Może ja próżno strwożona?
Lepiej mu na tym naszym jaworze
Koszyk i wieniec zawieszę,
Jutro paść będzie trzodę przy
borze:
Znajdzie!... Jakże go pocieszę!
Och, nie! on zdrajca, on u Dorydy,
On może teraz bez miary
Na sprośne z nią się wydał
niewstydy..
A ja mu daję
ofiary...
Widziałam wczoraj,
jak na nię mrugał,
Potem coś cicho
mówili;
Pewnie to dla niej kij
ten wystrugał,
Co mu się wszyscy
dziwili.
Jakże by moje
hańbę pomnożył,
Gdyby od Laury
uwity
Wieniec na
głowę Dorydy włożył,
Jako łup na
mnie zdobyty!
Wianku różany!
gdym cię splatała,
Krwią-m
cię rąk moich skropiła:
Bom twe najmocniej
węzły spajała,
I z robotą-m się kwapiła.
Teraz bądź świadkiem mojej rozpaczy
I razem naucz Filona,
Jako w kochaniu nic nie
wybaczy
Prawdziwa
miłość wzgardzona.
Tłukę o drzewo
koszyk mój miły,
Rwę wieniec, którym
splatała;
Te z nich kawałki
będą świadczyły,
Żem z nim na wieki
zerwała...
Kiedy w chrościnie
Filon schroniony
Wybiegł do Laury
spłakanéj,
Już był o
drzewo koszyk stłuczony,
Wieniec różowy
stargany.
Filon
O, popędliwa!... O,
ja niebaczny!...
Lauro!... poczekaj... dwa
słowa!...
Może występek
mój nie tak znaczny,
Może zbyt kara
surowa.
Jam tu przed dobrą
stanął godziną,
Długo na ciebie
klaskałem,
Gdyś
nadchodziła, między chrościną
Naumyślnie się
schowałem,
Chcąc tajemnice
twoje wybadać,
Co o mnie będziesz
mówiła?
A stąd
szczęśliwość moje układać;
Ale czekałem zbyt
siła.
Pierwsze twe skargi o
Dorys były.
Sądź o mnie, Lauro, inaczéj:
Kogóż by wdzięki tamtej wabiły,
Kto cię raz tylko obaczy?
Prawda, że czasem z nią się
bawiło,
Mając znajomość od długa,
Ale kochamia nigdy nie było:
Nie już ten kocha,
co mruga.
Oto masz ten kij; po nim znamiona
Niebieskie, gładko rzezane,
W górze zobaczysz nasze imiona,
Obłędnym węzłem związane.
Cóżem zawinił, byś mię gubiła
Przez twój postępek tak srogi?
Czyliż dlatego, żeś ty
zbłądziła,
Ma ginąć Filon ubogi?
Jeśli się za co twych gniewów boję,
To mię ta rozpacz strapiła:
Drogom kupował ciekawość moje;
Łzamiś ją swymi płaciła.
Ale w tym wszystkim złość nic nie
miała:
Wszystko z powodu dobrego,
Ja wiem, dlaczegoś tyle płakała,
Ty wiesz, mój podstęp dlaczego.
Laura
Dajmy już pokój troskom i zrzędzie,
Ja cię niewinnym znajduję;
Teraz mój Filon droższy mi będzie,
Bo mię już więcej kosztuje.
Filon
Teraz mi Laura za wszystko stanie,
Wszystkim pasterkom przodkuje;
I do gniewu ją wzrusza kochanie,
I dla miłości daruje.
Laura
Jedna się Dorys wyłączyć
miała,
Jej pierwsze miejsce naznaczę.
Na to wspomnienie drżę zawsze cała,
Cóż, kiedy cię z nią obaczę!
Filon
Dla twego, Lauro, przypodobania,
Przyrzekam ci to na głowę:
Chronić się będę z nią
widywania,
W żadną nie wnidę rozmowę.
Laura
Czymże nagrodzę za te ofiary?
Nie mam - prócz serca
wiernego;
Jedne ci zawsze
przynoszę dary,
Przyjmij je, jak co
nowego.
Filon
Któż by dla
ciebie nie zerwał węzły
Przyjaźni, co
mię nęciły?
W twej pięknej
twarzy wszystkie uwięzły
Nadzieje moje i
siły.
Laura
Ja mam mieć z
płaczu po twarzy smugi,
Ale jak mii
się nadarzy
Spleść i
ułożyć warkocz mój długi,
Mówią, że
mi to do twarzy.
Filon
Gdyby mi Akast
dawał swe brogi
Ze złotem
swojej Izmeny,
Rzekłbym:
Akaściel tyś jest ubogi,
Bo moja Laura bez ceny.
Laura
Ani ja pragnę szczęścia wielkiego,
Które (choćbym też i miała)
Za jeden uśmiech Filona mego
Zaraz bym z chęcią mieniała.
Filon
O światło moje wpośród tej nocy!
Zagrodo mego spokoja!
Ty jeszcze nie wiesz o twojej mocy,
A ja czuję ją!... o moja!
Laura
Połóż twą rękę, gdzie mi
pierś spada,
Czy słyszysz to serca bicie?
Za uderzeniem każdym ci gada,
Że cię tak kocha, jak życie.
Filon
Daj mi ust... z których i niepokoje,
I razem słodycz wypływa.
Tą drogą poślę zapały moje,
Aż gdzie twa dusza przebywa.
Laura
Czy w każdym roku taka z kochania,
Jak w osiemnastym mozoła?
Jeśli w tym nie masz pofolgowania,
Jak człek miłości wydoła?
Filon
Sciśnij twojego, Lauro, Filona,
Ja cię przycisnę wzajemnie,
Serca, zbliżone łonem do łona,
Rozmawiać będą tajemnie.
Laura
Ty mię daleko ściskasz goręcej,
A jam cię tylko dotknęła;
Nie przeto, Filan, kochasz mnie więcej:
Miłość mi siły odjęła.
Filon
Lauro! coś dotąd dla mnie
świadczyła,
Jeszcze dowodzi to mało,
Że mię tak kochasz, jakeś mówiła:
Jeszcze mi prosić zostało.
Laura
Tegom się miała z ciebie spodziewać?
Jakże to skarga niezbożna!
Nie proś, nie każ mi, ty mię chcesz
gniewać!
Kochać cię więcej nie można.
Filon
Kiedyż mię za to nie będziesz
winić?
I kiedy będziesz wiedziała,
Co do dzisiejszej łaski przyczynić;
Że taka miłość niecała?
Laura
Filonie! widzisz wschodzące zorze?
Już to drugi raz kur pieje,
Trochę przydługo bawię na dworze...
Jak matka wstała!... truchleję.
Filon
Żal mi cię puścić, nie śmiem
cię trzymać,
Kiedyż przyśpieszy czas drogi,
Gdy z moją Laurą i słodko drzymać,
I bawić będę bez trwogi?
Laura
Miesiącu! Już ja idę do domu!
Jeśliby kiedy z Dorydą
Filon tak trawił noc po kryjomu,
Nic świeć, niech na nich dżdże
idą!
PASTERZ DO OWIECZKI STRACONEJ
Na te bezdroża, owco ulubiona,
Idziesz bez swego pasterza.
Burzliwy wicher, zima uprzykrzona
Ciężkie mi przejścia zamierza.
Przez którekolwiek krainy przechodzić
Będziesz mej trzody ozdobo,
Wszędzie mój smutek za tobą ma chodzić
I tęskność moja za tobą.
Może cię niebo w twych trudach pokrzepi
I da bezpieczne noclegi,
Może cię jako zwierz dziki prześlepi,
Boś jest tak biała, jak śniegi.
Owieczko moja, duszy mojej duszo,
Nadziejo mojej nadgrody!
i Żadne mię teraz rozrywki nie wzruszą,
Bom stracił
czoło mej trzody.
Ja się po tobie dosyć nic zasmucę,
Nic strawię żalu przyczyny.
Ja dziewięćdziesiąt i
dziewięć porzucę,
Pójdę cię szukać jedynej.
NICE DO NIESTATECZNEGO
Już wiosna kończy odmiany,
Świeci pogoda dzień cały;
Filenie nieutrzymany,
Tyś tylko jeden
niestały!
Wspomnij na pierwsze momenta
Poznawania się naszego;
Jakem ja była kontenta
Być więźniem więźnia mojego.
Jam ci się oddała cale
Serca najczystszą ofiarą,
Ty niem tak gardzisz zuchwale.
Niech ci len będzie
dar karą!
Filenie, słyszysz te
grzmoty?
Ja na cię pomsty nie
kładę,
Ale wiedz dla twej
zgryzoty,
Że się
mści niebo za zdradę.
DO
MOTYLA
O jakież
skrzydełka jego!
Barwa
błękitna z różowym,
Na głowie
coś zielonego
A sam w pancerzu
stalowym.
Motylu, piękny
motylu,
Ja ciebie dziś
złapać muszę!
Tylko stanę
przy tym dylu,
Złapię,
gałązki nie ruszę.
Do mojej miłej
Justyny
Poniosę
cię z skwapliwością.
Mój ty, motylu
jedyny,
Z jakąż
cię przyjmie radością!
Ona ci porobi
klatki,
Majem cię w
koło osłoni,
Każe
zbierać różne kwiatki,
Jeść
będziesz z jej białej dłoni.
Żeby ci
tęskno nie było,
Ja szukać drugiego będę,
Jeśli wam tak w parze miło,
Jak ja z Justyną gdy siędę.
Nie bój się śmierci z jej ręki,
Żyj, póki zechcesz na świecie!
Ona nie patrzy bez
męki,
Choć brzydką
muchę kto gniecie.
Oh! on
poleciał w gęstwiny!
Nie
złapię... próżno się kłócę.
Z czymże do
mojej Justyny,
Z czymże ja z
pola powrócę?
DO
SKOWRONKA
Skowronku, cóż
cię tak rano zbudziło?
Do wschodu
słońca ma być jeszcze wiele!
Ja spać nie
mogę, bo mi żyć nie miło,
Ale co ciebie budzi w
twym popiele?
Nie śpię,
że moja przy mnie nie nocuje,
A ty, że twoja przy
tobie spoczywa;
Równo nas
szczęście i smutek kosztuje,
Tylko twój niewczas
słodkim się nazywa.
Jakże się w
górę coraz wyżej wznosi,
Zostawiwszy swą
samicę wśród roli,
Niby ją łaje, niby o coś prosi,
Niby się smuci i niby swywoli.
On zawsze z rana swej kochance śpiewa,
Ona się cieszy, jak nad nią wzlatuje;
Czasem nad głosem jego się zdumiewa,
A czasem sama coś mu potakuje.
Jego gorętszych pora pewnie była
Miłości, co nim tak w górę
rzuciły,
Która, kiedy go
razem wyniszczyła,
Równo ku ziemi
upada bez siły.
Nikt nie opowie
żal nieutulony
Patrzącej na
to smutnej jego pary.
Jakaż
pociecha, kiedy otrzeźwiony,
Znalazł
się blisko swej kochanki szaréj.
Skowronku, ja
cię mam za szczęśliwego!
Skuteczne leki masz
na pogotowiu;
Mnie nic podobno
nie zleczy chorego.
Zazdroszczę
twojej słabości i zdrowiu.
PIEŚŃ
PASTERSKA DO ZOSI
W Zosi wszystkie me
żądze,
Zosia moje pieniądze;
Kiedy przy mnie przebywa,
Na niczem mi nie zbywa.
Jeślibym ją
utracił,
Tobym zdrowiem
zapłacił;
Tylko, gdy ją
całuję,
Wtenczas życia moc
czuję.
Na zielonej leszczynie
Ptaszek śpiewa
ptaszynie
I chwali ją i prosi,
A ja śpiewam mej
Zosi.
MAZUREK
Dobranoc, Jacenta,
I wam, usta czyste,
I słodkie oczęta,
I piersi parzyste!
Ja nie spać
statecznie
Całą noc
gotowym
Bo któż śpi
bezpiecznie
Przy skarbie takowym?
Wzięłaś mi
sen cały
Oczu twych czarami,
Nie będę,
zuchwały,
Żartował z
oczami.
Pójdęż ja do fary,
Jak się na dzień zbierze,
Na te twoje czary
Zakupię pacierze,
Kupięż ja i świécę
Za złotowiec cały,
Bym nie miał tęsknice
Po Jacentej białej.
Przynajmniej uproszę,
Jeśli jest zuchwała,
By, co ja
ponoszę,
Toż samo
cierpiała.
PRZYPOMNIENIE
DAWNEJ MIŁOŚCI
Potok płynie
doliną,
Nad potokiem
jawory,
Tam ja z tobą,
Justyno,
Słodkie
pędził wieczory.
Noc się krótka
zdawała,
Żegnamy
się z świtaniem,
Miłość
sen nam zabrała,
Miłość
żyje niespaniem.
Nikt nie widział,
nie szydził,
Niebo świadek
jedyny!
Jam się nieba nie
wstydził,
Miłość
była bez winy.
Raz się chmura
zebrała,
Piorun skruszył
dębinę;
Tyś mię
drżąca ściskała
Mówiąc: "Sama
nie zginę."
Oto przy tym strumieniu,
Oto przy tej jabłoni,
Wieleż razy w pragnieniu
Wodę piłem z jej dłoni?
Dziś, kiedy nas w swym gniewie
Los rozdzielił opaczny,
Znaki nasze po drzewie
Popsuł pasterz niebaczny.
I ślady się zmazały!
Las zarasta krzewiną!
Potok, drzewa zostały;
Ciebie nie masz, Justyno!
PIEŚŃ MAZURSKA
Dla hożej swojej
żony
Maciek wypędzony.
Porzucił dom,
stodoły,
Uciekł prawie
goły.
Widziałem mało
potym.
Jagnę w czepcu
złotym.
Przy karczmie na uciesze
Podkówkami krzesze.
Przewodzi muzykami,
Sypie złotówkami.
Ręce jej pobielały,
Oczy poczerniały.
Wszyscy ją szaNowali,
Bo się pana bali.
Nie dbają, choć to Pleban
Broni do mężatki.
Oj, będąż w piekle goreć
Po same łopatki!
SZCZĘŚCIE PRZY DORYDZIE
Kiedy ja usiędę koło mej Dorydy,
Oczy w nię wlepię i zapomnę biédy.
A ona mi jeszcze powie, jak mawiała:
"Daj mi swe serce, jam ci swoje dała."
A ona mie jeszcze ściśnie, pocałuje;
Wtenczas Dorydo, nic mię nie turbuje!
Niech jak chcą, gadają ludzie
nieżyczliwi,
Jeszcze sie przy mnie
Doryda wyżywi.
Czyli palić
słońce, czy bić będą słoty,
Dla jej miłości
pójdę do roboty.
Śpiewając przy
pracy pieśni o Dorydzie,
Zorzę mój zagon,
zapomnę o biédzie.
DO MOJEJ PRZYSZŁEJ
Ty, co mym będziesz
przywarom ulegać
I późny ogień
miłości zażegać,
Czego po tobie żądałbym i wzajem,
Obacz, coć za twe ofiary oddajem:
Nie chcę cię młodym ozdobionej wiekiem,
Ani przyprawnych jagód róży z mlekiem:
Zima nadchodzi, minąłem się z latem,
Na cóż na mrozy narażać się z
kwiatem ?
Z którą się wiekiem różniemy niewiele,
Która ma cnotę i rozum w podzielę,
Która zna ludzi, ulega w ich błędzie,
Ta mej wędrówki towarzyszką będzie.
Ta, która ucisk jaki wycierpiała,
Znieść złą fortunę i
dobrą umiała,
Dźwigając skromnie nałożone
brzemię,
Raz w niebo, drugi spoziera na ziemię,
Przy niej ja stanę, gotów do podróży,
Słota nam albo pogoda posłuży,
Czy szlak przestrony, czyli się zacieśni,
Szczęścia mojego śpiewać
będę pieśni.
Kiedy się burza zaweźmie umyślnie
I łzy jej z oczu niewinnych wyciśnie,
Ja, zebrawszy je, w sercu mojem złożę;
Żal podzielony nie tak trapić może.
Nie przejdą do niej złej fortuny
strzały,
Piersi ją moje będą
zasłaniały;
Gdy od pocisków schronię ją do końca,
Nazwę to szczęściem, raniony
obrońca.
Dla niej już tylko me poświęcę
rymy,
I kiedy zgonem bieg nasz dokończymy,
Jeśli kto zechce o me pisma pytać,
I o niej będzie wiek potomny czytać.
JUŻ JA NIE TEN
Lata moje
ustąpiły,
Nie wiodą już o
mnie spory,
Jak się
dziewczęta kłóciły
Za czasów pięknej
Lindory.
Dzisiaj,
podstarzały,
Próżno dla kochanki
I śpiewam dzień
cały
I przynoszę wianki.
Schylam się już
do wieczora;
Już ja nie ten, co
był wczora!
Przedtym, gdy mi
młodość służy,
Każda mię
ujmowac chciała,
I do boku bukiet z
róży
Sama Kloe
przypinała.
Dziś ledwie
wyproszę,
By mi kwiatek dały
I łudząc
się, noszę
Ten znak dawnej chwały.
Schylam się już do wieczora;
Już ja nie ten, com
był wczora.
Rzeka w górę nie
popłynie,
I nie wrócą się me lata;
Wiek mu cały marnie
zginie,
Kto z młodu nie
użył świata.
Idź Filon! W
podróży,
Gdzie wiedzie pieszczota,
Dziś ci pole służy,
Jutro będzie słota.
Schylam się już do wieczora;
Już ja nie ten, com
był wczora.
|