Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library
Franciszek Karpinski
Wiersze

IntraText CT - Text

  • DUMY I ELEGIE
Previous - Next

Click here to show the links to concordance

DUMY I ELEGIE

DUMA

 

Gdzie się podziały szczęśliwe lata naszej chwały,

Kiedy się do nas korony świata ubijały?

Kiedy Czech, Węgrzyn, Wołoch, Prus hardy poddaje się

I od północy Moskwicin twardy berło niesie.

 

Póki po zbroi Polaka brodę wiatr rozwijał,

Jadł swoje zboże, pił swoje wodę, wtenczas bijał.

Ale jak zbytki, co wszystko psują, nastąpiły,

Z Polską się bronią same mocują rdze i pyły.

 

Wstań z zimnych grobów, obudź zaspałe, mężu jaki,

Pokaż do sławy pozarastało męstwa szlaki!

I kiedy z siebie nie damy szydzić do ostatka,

Swoich się dzieci nie będzie wstydzić Polska-matka.

DUMA LUKIERDY*, CZYLI LUIDGARDY

 

Powiejcie, wiatry, od wschodu!

Z wami do mojego rodu

Poślę skargę, obciążaną

Miłością moją skrzywdzoną.

 

Smutna matka w dłoń uderzy,

Nieszczęściu zaraz uwierzy,

Przyśle mi braty obrońcę

I łuków syrbskich tysiące.

 

Powiejcie, wiatry, od wschodu!

Z wami do mojego rodu

Poślę skargę, obciążoną

Miłością moją skrzywdzoną.

 

Ale stójcie, Syrby mężne!

Hamujcie razy potężne,

Choć mię Przemysław chce zgubić,

Ja go jeszcze wolę lubić.

 

Ja się tylko żalę na to,

Że moje upływa lato,

Że mię mej młodości zbawił.

On by się może poprawił.

 

Powiejcie, wiatry, od wschodu!

Z wami do mojego rodu

Poślę skargę, obciążoną

Miłością moją skrzywdzoną.

 

Szczęśliwsza wiejska dziewico!

Której miłość tajemnicą,

Nie zna jeszcze serca pana:

I ty, co kochasz, kochana!

 

Ja, króla mężnego żona,

Kochając go, pogardzona.

Gdy mię dojmie rozpacz sroga,

Bluźniąc klnę siebie i Boga.

 

Powiejcie wiatry, od wschodu!

Z wami do mojego rodu

Poślę skargę, obciążoną

Miłością moją skrzywdzoną.

 

Czego błyszczysz, złoto marne?

Wszystko w oczach moich czarne:

Ten lud przede mną schylony,

I te Przemysława trony.

 

Obejrzyj się, mężu twardy!

Jeden uśmiech, a mniej wzgardy

Wróci szczęściu postać własną,

Da wszystkiemu barwę jasną.

 

Powiejcie, wiatry, od wschodu!

Z wami do mojego rodu

Poślę skargę, obciążoną

Miłością moją skrzywdzoną.

 

Ale on nieubłagany!...

Pójdę do matki kochanej,

Pójdę choć w jednej koszuli:

Ona mię w smutku utuli.

 

Przechodząc lasów tajniki,

Może litościwszy dziki

Zwierz mi życia nie uszkodzi,

Na które srogi mąż godzi.

Powiejcie, wiatry, od wschodu!

 

Z wami do mojego rodu

Poślę skargę, obciążoną

Miłością moją skrzywdzoną.

Gdzież mię ślepa miłość niesie?

 

Ona mię zbłąka po lesie.

Fałszywe ścieżki poradzi

I tu mię nazad sprowadzi?

Żebym zgon mój nieszczęśliwy,

 

Widziała, jak popędliwy

Uderzy hartowną strzałą

W serce, które go kochało.

 

Powiejcie, wiatry, od wschodu!

Z wami do mojego rodu

Poślę skargę, obciążoną

Miłością moją skrzywdzoną.


* Wypis z kroniki Bielskiego o Przemysławie i Luidgardzie: "Piszą o tym królu, iż to była pomsta boża nad nim o nielitościwy uczynek, który uczynił nad piérwszą żoną swoją, Lukierdą, którą potajemnie pannom jej udusić kazał, nie mając do tego przyczyny żadnej jedno tę, że niepłodną była, jakoby to na woli jej było, a nie w rękach boskich. Acz choć też miał drugą zonę, Ryssę królewnę szwedzką, tedy z nią tylko jedną dzieweczkę miał, która w ośmiu leciech po nim została, a tę pojął Wacław, jako o tym będzie niżej. Pisze Długosz, iż jeszcze pieśń staroświecką zastał, która złożono o tej Lukierdzie a o Przemysławie i śpiewano ją w Wielkiej Polszcze, w której go prosiła żona jego, aby ją był w jednej koszulce do domu odesłał a okrucieństwa tego nad nią nie czynił. Była to Lukierda z książąt Syrbskich z Sasi, albo albo Kaszubka."

NA ODMIENIONE NADPRUCIE

 

Prucie, w którego przeźroczystej wodzie

Białe umywa nogi Pokucianka!

Pożal się Boże, już po twej swobodzie,

Po twych rozrywkach w wieczór od poranka.

Ja siadszy nad twoim brzegiem,

Patrzyłem z rozkoszą duszy,

Jak czasem ślicznym szeregiem

Pań twoich tabor się ruszy.

 

Te często w jedną zebrane gromadę,

Przy twoich wodach obóz zakładały.

Wesołych swoich zabaw czyniąc radę,

Przechodnia w jego drodze zatrzymały.

Ta, leżąc pod krzakiem, śpiewa,

Ta jakąś do swych ma mowę,

Insza co śmielsze zagrzewa:

"Przebrnijmy rzekę Prutowę!"

 

Drugie, po równym goniąc się zarynku,

Za Korydonem kamyczki rzucają;

Tylko mu przez to nie dają spoczynku,

Ale samochcąc w niego nie trafiają.

Potym zgonionego, hurmem

Obsiadłszy, gniotą kolany.

On, ledwie dysząc pod szturmem,

Cieszy się, że jest złapany.

 

Prucie, jakżeś jest bardzo odmieniony!

Wody twe dzisiaj cicho upływają,

Smutnym gra tonem Korydon zniszczony,

Ślicznych twych córek ścieżki zarastają.

Nie słychać głosu Klorydy,

A Filis smutnemi ściegi

Wyszywa klęski Dorydy.

Ja przecie kocham twe brzegi!

POWRÓT Z WARSZAWY NA WIEŚ

Otóż mój dom ubogi! też lepione ściany,

Też okna różnoszybne, piec nie polewany

I niska strzecha moja!... Wszystko tak jak było,

Tylko się ku starości więcej pochyliło!

Szczęśliwy, kto na małym udziale przebywa,

Spokojny siadł przy stole wiejskiego warzywa,

Z swej obory ma mięso, z ogrodu jarzynę,

Z domu napój i wierną przy boku drużynę.

Obym ja był tak dawniej myślił, oszukany!

I w ukrytym gdzie kącie żył raczej nieznany;

Gdyby o mnie w powiecie nawet nie wspominano,

I tylko mię sąsiadem dobrym nazywamo!

Bym się żywił z krwawego rąk moich wyrobku,

Żył na świecie bez wieści, umarł bez nagrobku!

Com zyskał, że rzuciwszy ubogie zagrody,

Chciałem nieopatrzony płynąć przeciw wody?

I widząc na me oczy, jak drudzy tonęli,

Jam sobie myślił: "Oni płynąć nie umieli."

Com zyskał, na wysokie pańskie pnąc się progi,

Gdzie po śliskich ich stopniach obrażając nogi,

Nic się z moim lepszego nie zrobiło stanem,

Prócz marnego wspomnienia, że gadałem z panem.

Kiedy mię ojciec stary żegnał przy swym zgonie,

"Idź, mówił, synu, na świat, w jakiej będziesz stronie.

Pamiętaj, że na Prawdzie nikt nigdy nie traci:

Zostawiam cię ubogim, Prawda cię zbogaci."

Słuchałem cię, ojcze mój, goszcząc między pany;

Takem pisał lub mówił, jak był przekonany.

Nie brałem sobie za cel ludzkie głosić winy,

A jeślim kogo chwalił, nigdy bez przyczyny.

Cóżem zyskał, pochlebstwem nie służąc nikomu?

Otom wrócił uboższym, niż wyjechał z domu.

Nie przeto, święta Cnoto, porzucić cię trzeba,

Że wieku dzisiejszego nic nie dajesz chleba;

Choćby mi jeszcze wolniej miało szczęście pociec,

Bo i z Prawdą pięknie jest, i tak kazał ociec.

Trzeba wyznać, ja& było, że mi coś dawano,

Ale wszystkie godziny życia kupić chciano,

Żebym, wleczmy niewolnik, nosił jarzmo czyje,

Żył cały komuś, a sam zapomniał, że żyję;

A wreszcie mi nadzieją szafowano szczodrze,

Nikomum źle nie zrobił ani mnie nikt dobrze.

Nadziejo! czyż ja ciebie w złotej chciał mieć szacie,

Żeby oczy pospólstwo obracało na cię?

Żebym słynął majątkiem? drugimi pomiatał?

Nie o tom ja pod drzwiami Fortuny kołatał.

Jedna wioska do śmierci, jeden dom wygodny,

Gdzie bym jadł nie z wymysłem, ale wstał niegłodny,

Gdzie bym się nie usuwał nikomu do zgonu

Swym pługiem zoranego pilnował zagonu;

Spokojny będąc na tym, co stan mierny niesie,

Stałbym sobie na dole, niech kto inszy pnie się.

W tym zamiarze praca mię całe życie tłoczy?

Nad książkaanii straciłem i zdrowie, i oczy,

Nad książkami, które ja, co gębie odjąłem,

Może zbytecznym na mnie nakładem ściągnąłem.

Cóż mi książki oddały? Jak niewierna niwa,

Co zgubiła nadzieję rolnikowi żniwa.

Po wieku mego wiosny niewróconej szkodzie,

Nachylony ku zimie, zostałem o głodzie.

Za lat Symonidesów albo Kochanowskich

Może znalazłbym sobie Zamojskich, Myszkowskich,

Przy których bym wygodnie wieku mego użył

I pismem pożytecznym narod owi służył.

Dziś, zabierz mi kto księgi, ten sprzęt nieszczęśliwy,

Do których mię przywiązał nałóg uporczywy,

I co mi będzie lepiej w ubóstwie usłużne,

Zamieniaj na motyki i żelaza płużne.

Porzucę nad pismami myśli kłopotliwe,

A serce niech md tylkio zostanie dotkliwe,

Żebym się mógł nad losem biedniejszych litować

I przy pracy miał sposób bliźniego ratować.

Maryjo! Siostro moja! jakżeś się kwapiła!...

Prawieś wraz z mym powrotem i ty tu przybyła!

Czego, stojąc w tym kącie z twarzą wyniszczoną.

Otoczona dziatkami, nieszczęśliwa żono,

Poglądasz mi na ręce, rychło jakim datkiem

Wesprę cię już goniącą majątku ostatkiem.

Nędza was, jak popadła, tak statecznie gniecie!

I tyś także, jak widzę, prawdą szła na świecie.

Opłakana rodzino! Wy myślicie ślepi:

"On był między panami i nam będzie lepiéj."

Byłem i byłbym pewnie panom na coś zdatny;

To wiem, a tego nie wiem, za com niepopłatny.

Stało się! Nie mam swojej, kopmy cudzą grzędę,

Podeprzeć tę lepiankę, jeszcze w niej przebędę!

MYŚLI JESIENNE
DO XIĄŻĘCIA ADAMA CZARTORYSKIEGO,
GENERAŁA ZIEM PODOLSKICH, POSŁA LUBELSKIEGO

 

Tobie, Xiążę nad pochwały,

Pod ojczyzny twej brzemieniem,

Twardem pracując ramieniem,

Od zorze schodzi dzień cały.

Ja w jesiennem próżnowaniu

Jak rozrywałem nić nudy,

Daj czas krótkiemu czytaniu

I wysokie przerwij trudy.

 

Kiedy na górnej zodyjaku szali

Słońce tu waży jesień, a tam lato

I poty, które rolnicy przelali,

I plon, jakowym nagrodzeni za to,

Wody mgła gruba okrywa,

Wiatr się północny poświstem zwoływa,

Już nas rzucacie, wędrowne żórawie!...

Póki na naszej żyć mogliście strawie,

Póki przy naszem słońcuście się grzały...

Jak głód i zimno, zaraz uleciały!

Tak robi przyjaźń fałszywa,

Gdy u mnie nie czuje złota,

Gdy się stołów nie spodziéwa,

Nikt w moje nie wjeżdża wrota.

Chłodne wieczory. Mroźna jutrzenki godzina

Rosę, kiedyś żywotną, ścina;

Truchleje na zimy przyście

Zatrwożone puszczy liście.

Człowiek, jak ten list drzewa, który mrozem zdjęty,

Od swej gałęzi odcięty,

Kiedy na ziemię padnie, nizac już nie stoi,

Tylko się jego szumu daremnie zwierz boi!...

Wichry nabierają siły,

Robią lasy niepogody.

Nieba się chmurą zakryły,

Chwila lodem pęta wody.

Tymczasem skrzętny koło swojej chaty

Gospodarz chodząc, opatruje ściany,

Ażeby matkę, obciążoną laty,

W cieple uchował do pory wiośnianéj.

Ptak mu zlatuje leśny na podsienie,

I szuka, gdzieby żywność jaka była,

Której opatrzność, karmiąca stworzenie,

W naszych mu gumnach cząstkę wyznaczyła.

O, wy niewinne ptaszęta,

Nie lećcież nigdy w te strony,

Gdzie ptasznik nieukojony

Sieci wam stawia i pęta!

Ni waszym pieszczonym głosem,

Ani piór bogatym strojem

Uchronicie się przed ciosem;

On samym żyje zabojem!...

Przy ubogich się prędzej pożywicie;

Ma ktoś do zbytku, dybie wam na życie

Zagrody mej ozdobo, lipo okazała!

Jak twoja minęła chwała!...

Straciłaś głowy koronę,

I uplotki zielone,

I wesołe przedtem czoło,

I nas bawiących się wkoło.

Na korze tylko karby się zostały,

Które lata poorały...

Tak kiedyś hoża Teona,

Przybrana w różane wieńce,

Wiodąc zalotne młodzieńce,

Wdziękami była wsławiona.

Teraz, ten się jej nawet nie natrąca,

Którym wzgardziła Irys panująca,

Kwaśnemi słowy mówi, urywa,

Jej uśmiech zmarszczki nowe odkrywa,

Głośno się do lat swych nie przyznaje,

A w ciszy zbiegłym godzinom łaje.

Drzewom się z wiosną zieloność wróci,

Nas młodość, gdy raz porzuci,

Nie chce już nigdy zbujana,

Dawnego odwiedzić pana.

O cudzych mówiąc, swoje przypominam szkody!

I ja byłem kiedyś młody!...

Dziś, gdy mię wiek ujął cieśniéj,

Nie śpiewam Lindorze pieśni,

Nie idę, chociaż mię wzywa

Igrać młodzież łaskotliwa,

Ani mię tak nie zamroczy

Irys urocznemi oczy.

Bliżej zima, tem większe zawieruchy wzrosły;

Jaki despot, takie posty.

Łamie burzaza, co tylko jej oprzeć się śmialo.

To ciebie, królu puszczy, jesionie, spotkało!...

On swym wierzchołkiem zuchwałym

Panował nad lasem całym.

Niby od wichrów drobny krzew zasłaniał,

Ale gałęzią razem ogromną

Przygniatał chróścinę skromną,

I wzrostu wiecznie zabraniał.

Jedna godzina zdarzyła:

Padł, burza się z nim skłóciła.

Padł, i niewiele czasu przeminęło,

Ślady i jego wspomnienie zginęło.

Ów bohatyr zawołany

Zatrząsł ziemskiemi ściany:

Świat mu słaby u nóg klęknął.

Choć się korzył przed swym katem,

Winnym go znalazł, że padając jęknął.

On jeden gadał, a cała

Posępna ziemia milczała.

Żeby w potomność żyć mógł odwlekła,

Podziw późnemu czyniąc plemieniu,

Żelazem, krórc krwią ludów ciekło,

Dzieła swe w twardym ryje kamieniu.

Lecz nie tak, jak on, czas natarczywy

Zwolna ku niemu szedł, zemsty chciwy:

Co miało wieki przetrwać, pożyra

Żelazo, kamień i bohatyra!...

Choć czasem słońce pogodne zabłyśnie,

Zdaje się, że nas chce drażnić umyślnie,

Bo wkrótce z wichrem nawalne śnieżnice

Sieką złej chwili ziemię niewolnicę.

Mojej to obraz, mojej to ojczyzny!...

Dla której chętnie przykrości znosili

I poczciwemi chlubili się blizny,

I śmiercią dawniPolacy gardzili.

Dziś tęż samę matkę mamy,

Czemuż nie tak o nie dbamy ?

Czemu się, bracia, kłócicie,

Gdy wam chodzi o jej życie?

Gdy wam grób już wykopany

Od potężnych sąsiad ściany,

Rok jeden może nie minie,

Piękny kiedyś naród zginie !...

Burzliwe wasze obrady,

O nic nieskończone zwady,

Zawiść, uraza prywatna,

Pycha, nigdy niepopłatna,

Pożądaną porę psują,

Sprawę narodu wstrzymują !

Tymczasem (może ku wiecznej ohydzie)

Stan nasz do zguby, jak idzie, tak idzie.

I choć się tego morza uciszają wody,

Znakiem to tylko przyszłej niepogody.

Ten cierpi z tej czasu straty

Szkodę swą w ojczyzny szkodzie,

I pod królewskiemi szaty

Niezgód naszych cierń go bodzie.

Cierpią i serca poczciwe,

Patrząc na siebie i dzieci,

W jakiej burze nieżyczliwe

Chcą ich pogrążyć zamieci!...

Xiążę, gdzie stoisz, stąd was nie ubiegną !

Z tobą wraz czuje ów stróz osiwiały

I insi pięknej towarzysze chwały,

Co się pod pracy ciężarem nie zegną.

Nie opierasz się, znuzony niewczasem,

Na baszcie, której straż ci poruczona,

Aby snać sen cię nie ogarnął czasem,

Góry nie wzięła nieprzyjazna strona.

Jeśłi po burzy, którą się dziś chwieje,

Swojej się wiosny doczeka ojczyzna,

I polska niwa zieloność przywdzieje,

Kiedyś w krzew laurów nieśmiertelnych żyzna,

Wam ja, mężowie, pochwał warci sami,

Póki mi życia nie przerwą się watki,

Latając myślą i piórem za wami,

Podług sił w pismach wystawię pamiątki.

Nie w marmurze twardym ryte,

Ani śpiżą znakomite,

Małeć wprawdzie, małe,

Ale może trwałe.

O NIESZCZĘŚCIACH OJCZYZNY I RZEZI HUMAŃSKIEJ

 

Pieszczone dzieci, gdy rozgniewały

Ojca, i gdzież się podzieją?

Stojąc pod dzwiami, płaczą dzień cały,

Kołatać we drzwi nie śmieją.

 

A lud zuchwały, przechodząc blisko.

Słowem zelżywem je szpeci,

Czyniąc z nich sobie urągowisko,

Że ojciec wygnał swe dzieci.

 

Ale Ty, Boże. który z daleka

Patrzysz na serca wygnanych,

Ulitowany nędzą człowieka,

Pocieszysz znowu stroskanych.

 

Już do Twycli uszu przyjść miały głosy

Krwi, co lud przelał zażarty,

I wiara Twoja poniosła ciosy,

I kościół z ozdób obdarty.

 

Wspomnij przynajmniej na Twe ołtarze,

Przy których my stać przyrzekli;

Nie karz, wszak zdawna nikt tych nie karze,

Co do ołtarza uciekli.

 

Złóż nas Twą bronią, której zamachem

Rozsądzasz między wojskami,

A nieprzyjaciel pierzchnie ze strachem,

Widząc, żeś jeszcze Ty z nami.

PIEŚŃ DZIADA SOKALSKIEGO 
W KORDONIE CESARSKIM

 

Śladem bieda przyszła, śladem,

Za zbytkami, za nieładem!

 

Długo nad granicą stała,

Wolności się dotknąć bała.

Wolności się dotknąć bała,

Bo ją dawno szanowała.

 

Wolności, niebieskie dziecko,

Ułowiono cię zdradziecko.

 

W klatkę cię mocno zamknięto

Bujnych skrzydełek przycięto.

 

Przedtem u jednego stołu

Król z poddanym jadł pospołu,

 

Jak ojciec dzieci przyjmował,

Jak swych przyjaciół częstował.

 

Dziś mu u stołu klękają,

Kości z psiętami zbierają.

 

Głowę, kiedyś w kraju drogą,

Służka pański trąca nogą!...

 

Pochlebcy go otaczają,

Palcem biednego stykają,

 

Ot, mówią, kość polizuje,

Dawnej wolności żałuje.

NA DZIEŃ 3 MAJA 1791
SZCZĘŚLIWIE DOSZŁEJ KONSTYTUCJI KRAJOWEJ

Nóta: Patrzcie, bogacze świata i t. d. 

 

Rzucajmy kwiat po drodze!

Tędy przechodzić mają

Szczęścia narodu wodze,

Co nowy rząd składają.

Weźmy weselne szaty!

Dzień to kraju święcony.

Jakże ten król nasz bogaty!...

Skarb jego, serc miljony.

 

Uczcie się, dzieci nasze,

Nucić tę pieśń wraz z nami!

Ażeby wnuki wasze

Śpiewały ją wiekami.

Wstyd wam, bogate światy!

Złoty wasz wiek przyćmiony.

Jakże ten król nasz bogaty!...

Skarb jego, serc miljony.

 

Miasta, wioski szczęśliwe,

Wstawajcie, słońce wschodzi!

Niebo wdało się tkliwe

I ludzi z ludźmi godzi.

Odzyskaliśmy straty,

Bliźni nasz znaleziony.

Jakże ten król nasz bogaty!...

Skarb jego, serc miljony.

 

Krzywda wam, męże zmarli!

Zeszliście bez nadziei,

Byśmy się jak oparli

Srogich losów kolei.

Odżyjcie, skrzepłe braty,

Stan Polski odmieniony!

Jakże ten król nasz bogaty!...

Skarb jego serc miljony.

 

Żołnierz kraju obroną,

Miastaśmy podźwignęli;

Już nad każdą koroną

Krwi nie będziemy leli.

Weźmy weselne szaty,

Dzien to kraju świecony!

Jakże len król nasz bogaty!

Skarb jego, serc miljony.

 

ŻALE SARMATY NAD GROBEM ZYGMUNTA AUGUSTA

OSTATNIEGO POLSKIEGO KRÓLA Z DOMU JAGIEŁŁÓW

 

Ty śpisz, Zygmuncie! a twoi sąsiedzi

Do twego domu goście przyjechali!...

Ty śpisz! a czeladź przyjęciem się biedzi

Tych, co cię czcili, co ci hołdowali!...

Gorzkie wspomnieme, gdy szczęście przeminie,

Czemuż i pamięć o nich nie zaginie?...

 

Nie zostawiłeś syna na stolicy

Przez jakieś na nas Boga rozgniewanie,

Któregoby wnuk dziś po swej granicy

Rozrzucał postrach i uszanowanie! ...

Po tobie poszła na handel korona,

Tron poniżony i rada stępiona!

 

Ojczyzno moja, na końcuś upadła!

Zamożna kiedyś i w sławę, i w siłę!...

Ta, co od morza aż do morza władła,

Kawałka ziemi nie ma na mogiłę!...

Jakże ten Wielki trup do żalu wzrusza!

W tym ciele była milionów dusza!

 

Patrzcie! matczyne jakieś leży dziecię!...

W wyniosłych piersiach głęboka mu rana,

Którą szlachetne wychodziło życie!...

On nie uciekał, bo z przodu zadana!

Jeszcze znać w twarzy, jak jest zemsty chciwy!

Zdaje się gniewać, za co nieszczęśliwy?

 

A tam - poczciwość, kościół, wstyd zgwałcony;

Pożarem całe spłonęły osady!...

W dom gorejący właściciel wrzucany,

Pierwej mu wszystkie zrabowawszy składy.

Wszędzie zajadłość ogniem, śmiercią ciska,

Gdzie pojźrzyisz - rozpacz, trupy, zgorzeliska!...

 

Po tych rozbojach, jedni zniechęceni

Pod nieznajome rozbiegli się nieba,

Drudzy, ostatnią nędzą przyciśnieni,

W swych kiedyś domach dzisiaj żebrzą chleba!

Insi rozdani na Moskwę i Niemce,

Na roli ojców płaczą cudzoziemce.

 

Wy, co domowe opłakawszy klęski,

Poszliście naród ratować niewdzięczny!

W tylu przygodach wasz oręż zwycięski

Pokazał światu, że i Polak zręczny...

Cóż przynieśliście z powrotem w swą stronę?...

Ubóstwo, blizny, nadzieje zwiedzione!...

 

Oto krwią piękną ziemia utłuszczona

Konia i jeźdźca dzikiego wytucza,

A głodne dzieci matka przymuszona

Panującego języka naucza!...

Tak jest, jak twardy wyrok jakiś kazał:

Inszych popisał, a Polskę wymazali.

 

Wisło! nie Polak z ciebie wodę pije,

Jego się nawet zacierają ślady,

On dziś przed swoim imieniem się kryje,

Które tak możne wsławiły pradziady!...

Już Białym Orłom i bratniej Pogoni

Świat się, przed laty nawykły, nie skłoni!...

 

Zygmuncie, przy twoim grobie,

Gdy nam już wiatr nie powieje,

Składam niezdatną w tej dobie

Szablę, wesołość, nadzieję

I tę lutnię biedną!...

Oto mój sprzęt cały!

Łzy mi tylko jedne

Zostały!...

PRZECIWKO FANATYZMOWI

 

Krzyż w jednej ręce, żelazo ma w drugiej,

Zasłonił oczy, pozatykał uszy!

Tak świat obiega, jak jest w sobie długi,

Wszystkiego dotknie i z gruntu poruszy.

 

Gdzie tylko przeszedł, krwią ludzką spluskany.

Dojdziesz go czarnym zostawionym śladem.

Lubi kaleki, śmierć, nędzę i rany,

Pije łzy cudze, tuczy się swym jadem.

 

Gdy złych od dobrych świat obaczy przedział,

Temu sędziemu co natenczas rzeczem?

Który swym uczniom wyraźnie powiedział:

"Ja was na ziemię nie posyłam z mieczem."

 

Czy Molochowe wskrzeszamy obrządki,

Gdzie krwią człowieka błagany bóg srogi?

Czy Buzyrysa milsze nam pamiątki,

Który zabijał przychodnia w swe progi?

Ofao syn, tłumiąc przyrodzone prawo,

Z własnego ojca uczynił ofiarę:

Ten padł, ów nad nim trzymając broń krwawą,

Wraz woła ranny z raniącym; "za wiarę".

 

Wiaro! ty czysta przysłana na ziemię;

Ale cię człowiek zabobonem szpeci;

Ty chcesz, by ludzkie kochało się plemię,

Jako jednego ojca jedne dzieci.

 

Bóg od nas wszystkich wyciąga swej chwały;

Pod jedsnym żyje naród ludzki Panem;

Afryckich pustyń tułacz ogorzały

Z Lapoinem albo Chińczyk z Luzytanem.

 

Za cóż dla wiary miecz kto w ręku nosi?

Pokrzywdzą niebo i prawa natury?

Kiedy ktoś ręce równo ze mną wznosi,

Nie potępiać go, on je wzniósł do góry.

 

Czyż to nie lepiej Rzym rozumiał stary?

Aby zamieszkom powszechnym zaradził,

Szczęśliwe skutki ze złej robiąc wiary,

Bogi narodów w stolicę wprowadził.

 

Gdy różne bóstwa ręce sobie dały,

Serapis został Jowiszowym bratem,

Eufrat się z Tybrem w jedno łoże zlały,

Rządził Rzymianin uciszonym światem.

 

Jeśli niebaczność była dotąd głucha,

Idź, ktoś wykroczył przykładami temi:

Człowiek szczególnie niech zwierzchności słucha,

A zwierzchność Boga, który ojcem ziemi.

 

Nie mamy prawa z bronią w ręku pytać

I o rzecz świętą pastwić się nad bratem;

Ty, co te wiersze będziesz kiedyś czytać,

Wspomnij, że chciałeś być sędzią i katem.

 

Jam ci z rąk wyrwał oręż zgotowany

I ślepy zapęd z wolna ułagodził,

Żeś się nareszcie, już sam przekonany,

Z rozumem, z sercem i z wiarą pogodził.

 

Ojczyzno moja; nikt nie widział ciebie,

Abyś się kiedy zmazała tą plamą!

Gdy przyjdzie pora, ratuj się w potrzebie,

A niebo mocne nie da się i samo.

 

PIEŚŃ PRZYJACIELSKA PRZY KIELICHU

 

Niechaj kto wzdycha do zbytków,

Jest coś droższego od złota;

Nie żądam wielkich pożytków,

Niech żyje przyjaźń i cnota!

 

Tu myśli nasze mieszamy

W napoju, który pijemy,

Jednego człeka składamy,

Bo jedną duszą żyjemy.

 

To u mnie pierwsza przewaga,

Kochać się, to pierwsza rada;

Przyjaźnią wszystko się wzmaga,

Niezgodą wszystko upada.

 

Niech kłótnia szuka swej zguby,

Nam ręka z ręką się łączy;

Oto przyjacielskie śluby,

Które śmierć chyba zakończy.

PODRÓŻ Z DOBIECKA NA SKAŁĘ

 

Z Dobiecka, gdzie Pan miejsca w dawnej swej dziedzinie

Staropolską szczerością i cnotami słynie,

Gdzie z nim żona przykładna pouczyła dziatki,

Że jedne pełnią cnoty przed oczyma matki,

Drugie, patrząc z pilnością na starszych przykłady,

Myślą: "I my też kiedyś pójdziemy w ich ślady",

Z Dobiecka zebrawszy się Kamilla, Albina,

Ja przy nich, człek przy koniu madam i Kloryna,

Wyszliśmy skałę widzieć nad wieczorną porą.

Konia miała Kamilla, nas pieszych pięcioro.

Nad samym dwór Dobiecki brzegiem Sanu leży,

Który niestatecznemi zakrętami bieży,

Wdzięczne kępy czystemi ramiony okrywa;

Chytry, sam je porobił, i sam je zaléwa!

Tam wzgórki rozkosznemi drzewami się stroją,

Gdzie słowik swą pieśń śpiewa, a pasterka swoją,

Do której, gdy Aleksy przyszedł na godzinę,

Całować się zaczęli i poszli w gęstwinę.

Tu niewinna na bujnej łące owca pasie,

Nad nią zuchwała koza po skałach wspina się,

I, wisząc nad przepaścią, chlubi się z swej sławy,

Że doszła nietykanej od nikogo trawy.

Indziej, z gęstwiny lasku wioska wyskoczyła,

Żeby się tak pięknemu porzeczu dziwiła;

A gdy się cudzym wdziękom przypatrywać rada,

Sama z drugiemi widok najpiękniejszy składa.

Na lewej dworu stronie, po przechadzce małéj,

Pierwszy nam dał się widzieć wzgórek okazały.

Czyli go ręka ludzka kiedyś usypała,

Czy wiekami natura nad nim pracowała ?

Ale go człowiek jakiś dawniejszego świata

Drzewami poobsadzał, na których, choć lata,

Chociaż poznać nadpsucie, prawie go nie czują:

Jeszcze teraz i z burzy i z czasu żartują.

Kaplica od pobożnej ręki wystawiona

W śrzodku wzgórka, dawnością stoi uświęcona;

Gdzie i dziś wieśniak, z pola idąc, w dobrej wierze,

Ocierając pot z czoła, szepce swe pacierze,

W których z chudobą, z dziećmi, z tem, co mu nie staje,

Co ma w gruncie, co posiał, na Boga się zdaje.

Tam i pasterz, straciwszy owcę. Bóstwo kłóci

I mówią, że mu zawsze zguba się powróci.

Tam i my, że się chciało odpocząć Klorynie,

Przyszedłszy, obsiedliśmy tę polną świątynię.

Ja, patrząc na porzecze, wdziękami okryte,

Świstałem sobie moje piosnkę faworytę.

Albina, dobrowolnie pragnąc swojej straty,

Okrywa pierś kwiatami piękniejszą nad kwiat

Kloryna coś tam sama do siebie gadała,

Madam mię już ostatniem słowem zapewniała,

Że żadnemu mężczyźnie nigdy nie dowierza.

A nikt z nas przy kaplicy nie mówił pacierza

Kamilla wtem zawoła : "Cóżem ja odkryła!".

Razem z piasku kość głowy człowieczej dobyła, 

Przybliżemy się ku niej, szukając miejscami.

Ta piszczel a ta spinę znalazła z żebrami.

Oto masz jeszcze głowę, oto jeszcze szczękę!

Mnie smutna myśl obleci i do naszych rzekę:

"O szanujcież to miejsce, szanujcie te kości!

Jak są białe! jak lekkie! znak to ich dawności

Ta ziemia, wielkich kiedyś rycerzów siedlisko,

Pewnie to w boju ległym dała grobowisko.

Może na tych równinach, gdzie ta trzoda pasie

Szumnych naszych wojaków rota ścierała się.

Gdy uderzy pierś o pierś i strzemię o strzemię,

Nie jeden krwi poczciwej strumień zlał tę ziemię.

Ten, co sile przeciwnej nie wydołał sprostać,

Wolał poledz na placu, niż w niewoli zostać,

I, mocując się z śmiercią, zachęcał drużynę:

"Te mnie rany nie bolą, za ojczyznę ginę".

Po potyczce, przy smutnych pieśniach rota cała

Pewnie na to tu miejsce ciała sprowadzała.

Może, gdzie my siedziemy, tędy matki stały,

Między trupem zrąbane syny poznawały.

Ta, poznawszy swojego, sama ledwie żywą

W zbolałe tłucze serce ręką popędliwą.

Ta ją w żalu hamuje: "Wszak i mój się minął,

Tożto za nic, że syn twój za ojczyznę zginął ?"

Ta, gdy konia białego, na którym wysłała

Swojego jedynaka, przypadkiem poznała,

Przy nim tarcza i szabla na łęku wisiały,

A po karku mu pełno krwi zaskorupiałej,

Rzuci się doń: "Otóż my razem sierotami!"

Krew spiekłą łzami płócze, ociera ustami.

Wtem z trupów zbroje zwłóczą, w dół składają ciała,

Troistym je okrzykiem rola pożegnała;

A jeden z naczelników mówił do gromady:

"Oni legli, ale wam zostały przykłady".

Gdy tak o staropolskich rycerzach gadamy,

Z uszanowaniem kości z piasku dobywamy

I, składając w kaplicy te zwłoki święcone,

W dalszą podróż pośpieszym, serca napełnione

Mając obywatelstwem i żalem wzruszeni,

Jakeśmy dziś od przodków naszych odrodzeni!

Cicho z nas każde idzie. Wtem z pod ziemi niby

Głos się jakiś odezwie; duch jest bez ochyby,

Duch jest, tylko nie wiemy, zła czy dobra dusza.

Madam się zarumieni i ramiony wzrusza ;

Razem nam pokazuje, że korek złamała

I o jednym trzewiku tylko pozostała.

Widać to było po niej, że przypadek czuje:

Już gęściej, niźli przedtem, wachlarzem pracuje,

Już czasem uszczypliwem słówkiem przycinała,

Bo, prawdę powiedziawszy, Albina się śmiała.

Ja, który na tym świecie doznałem wszystkiego,

Jak czasem z małej rzeczy przyjdzie do wielkiego,

Przyjacielskim sposobem zacząłem w to wchodzić,

Jakby madam z Albiną i z jej korkiem zgodzić.

Korku lipowy, jakżeś kosztował mię siła!

Któż to wszystko wyrazi, co niechęć zrobiła ?

Pożar swój zapalała po małej iskierce,

Potem mię nie jeden raz zabolało serce.

Równie kiedyś i Cezar z rzeczy pewnie małéj,

Że mu się jakieś fochy Pompeja niezdały,

Z drobnych początków, wreszcie goniący ostatnią,

Usiadł na kark Rzymowi i toczył krew bratnią.

Ale smutne przeczucia i przeciwne losy

Na te, co niemi rządzą, spuściwszy niebiosy,

Idziemy w dalszą drogę, w której nas wstrzymuje

Rów długi i głęboki. Kamilla wskazuje,

By jej konia podano, chcąc objechać wkoło.

Znowu to nasza madam przyjmie nie wesoło,

Bo, sądząc sprawiedliwie, jej to należało,

Na nię prawo jechania po korku spadało.

Ale, gdy się nieszczęście na kogo usadzi,

Tysiączne przeciwności ze wszech miar gromadzi;

I tak idzie złe po złem, los z losem się łączy,

Wreszcie przyjdzie najgorszy i człeka dokończy.

Już i nasze nieszczęście zaczęło łańcuchem.

Kamilli dano konia; jakże składnym ruchem

Ku niemu przystępuje! Cmoknie, w grzbiet uderzy,

Krzyknie nań, schwyta grzywę, wsiądzie, jak należy,

Kamilla na gniadoszu wkoło poleciała,

My prosto puściemy się. Znowu burza wstała,

Kiedy przyszło i błoto i łozy przebywać.

Madam o poniewierkach zacznie przebąkiwać.

Więcej jeszcze: Albinę kiedym przeprowadził,

Służalec wziął Klorynę i na brzeg wysadził,

Ona sama zostawszy, gdy przeskoczyć chciała

I drugiego trzewika w błocie postradała.

Dopieroż już wyraźniej z Kornela, z Rasyna,

Z Boalego wziętemi wierszami przycina,

W których do tego zmierza, co wspiera jej sprawę,

Że lepiej życie stracić, aniżeli sławę.

Dzięki słudze! Od dalszych kłótni nas wybawił:

Dobył z błota trzewika i sławy poprawił.

Te zawady przebywszy i kłótnie domowe,

Ponad brzegi rozkoszne idziemy Sanowe.

Kamilla nadjechała, tak nasz tabor cały

Na koniec do żądanej przybliżył się skały.

Jakże to wielki widok! Woda popędliwa

Przeciw skałom na pomoc czasu przywoływa,

I, chociaż wody miękkie, chociaż czas leniwy,

Przecież krają na poły kamień uporczywy.

Właśnie wtenczas pogodne słońce zachodziło

I białych skał wierzchołki same czerwieniło,

Po których nad urwiskiem idącą drożyną

Pasterz bydło popędzał. Na dole rozwiną

Sieci z czołnów rybacy. My rzucamy okiem,

Nie wiedząc, którym pierwej napaść się widokiem.

A jeszcze te ozdoby nam się podwajały,

Bo wszystko najczyściejsze wody odbijały;

Że dwoistym bawiem się za jednymże razem

Pasterzem, bydłem, czółnem, rybakiem i głazem.

Hej! kto nie był na skale, jakby nigdzie nie był!

Czółnem z madam, z Kloryną, z Albiną jam przebył.

Kamilla po swojemu w bród San przejechała.

Pnie się znowu pod górę rota nasza cała.

Już na wierzchu stojemy. Inszy widok cale:

Ziemia, wody, opoka, które tak zuchwale,

Z dołu patrząc, niebiosom panować się zdały,

Stąd widziane przy samej pysze pozostały.

A niebo stare swoje panowanie wzięło,

Ziemię z wodą, z lasami w swem łonie zamknęło.

Tam każde z nas w pokorze Bogu się pokłoni,

Który znowu i niebo ogarnął w Swej dłoni.

A że już słońce zaszło, czas w domu się stawić.

Smutni skałę rzucamy, że dłużej zabawić

Na niej nie można było. Gdy nad San przyjdziemy,

Ja, Kamilla, Albina czółnem przepłyniemy.

Służalec z koniem już nas czekał pod kępiną,

Po madam wrócił rybak przewieźć ją z Kloryną.

A my tymczasem idąc wolnemi krokami,

Nim się madam przewiezie i połączy z nami,

Albina myśli swoje o skale powiada,

Że jej zawsze ten widok coś nowego gada,

Że czuje piękność świata. Tak słowo po słowie,

O niczem nie myślący, staniemy przy rowie.

Obejźrzemy się razem, Kloryny nie stało.

Ale niemasz i madam! serce mi zadrżało.

Gdzieśmy na ląd wysiedli, ku temuż brzegowi

Powrócę. Nie masz naszych! Rybak tylko powié,

Że je przewiózł szczęśliwie, że choć nas widziała

Ta pani, wraz wysiadłszy, za rękę porwała

Młodszą, co była przy niej, i nie już za nami,

Ale w prawą dzikiemi poszła manowcami.

Że coś niezrozumianym językiem mruczała,

Ale djabła, jak mówił, często wspominała.

Gdym wysłuchał, wnet wszystkie staną mi w pamięci

Od korka fatalnego zaczęte niechęci,

I ta świeża, żeśmy się w drogę pokwapili,

A ją samą z Kloryną tylko zostawili.

Otóż, żeby nas martwić, umyślnie błądziła,

Choćby siebie niebaczna i dziecię zgubiła.

Już noc padła; oczy mi na nic się nie zdały,

Ażeby obłąkanych po polach szukały.

W ciężkiej tedy rozpaczy wołam: madam! madam!

Madam milczy, a z samem tylko echem gadam.

Złączyłem głos z rybakiem, by dosięgnąć daléj,

Aleśmy próżno oba potrzykroć wołali.

Wszystkie mi nocne w myśli stanęły przygody,

Zwierz najbardziej, co świeżo ponaiabiał szkody,

Zwierz najbardziej okrutny, który trafi, gdzie chce,

Kiedy nieubłagany los człowieka zechce.

Dopiero nad Kloryną cały mój żal wzbudzę,

Bom cierpiwał i czułym na nieszczęścia cudze:

"Kloryno, już twój ojciec z matką wiek skończyli,

Ciebie sierotę w ręku krewnych zostawili!

Na tożeś ich przeżyła, żebyś świecąc mało,

Zgasła śmiercią okropną ?... Już może się stało!...

Już może teraz srogi zwierz ją dokonywa,

By prędzej wygnał duszę, krwi zewsząd dobywa,

Gładkie piersi kaleczy, kazi twarz rumianą,

Razem piękność i znaczne pożerając wiano!

Jutro na polu może znajdę trochę kości,

Co się od rozjuszonej zostaną dzikości.

Te poniosę w dom ciotki reszty twego ciała,

Ale jej nie pokażę, boby wraz skonała,

I tylko domownicy, kiedy cię obaczą,

Równie nad tobą krewni i obcy zapłaczą,

A nie będzie co pogrześć!..."

 

Caetera desunt.

 

 




Previous - Next

Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library

Best viewed with any browser at 800x600 or 768x1024 on Tablet PC
IntraText® (V89) - Some rights reserved by EuloTech SRL - 1996-2007. Content in this page is licensed under a Creative Commons License