|
HYMNY [1902]
DIES
IRAE
Trąba dziwny
dźwięk rozsieje,
ogień
skrzepnie, blask ściemnieje,
w proch
powrócą światów dzieje.
Z drzew
wieczności spadną liście na
Sędziego
straszne przyjście,
by świadectwo
dać Psalmiście...
A ty, psalmisto
Pański, nastrój harfę swoją
już na ostatni
ton!
Grzech krwią
czarną duszę plami...
Bez obrońcy
staniem sami -
któż zlituje
się nad nami?
Kyrie elejson!...
O Boże! Ty
bądź naszą łaską i obroną!
Kyrie elejson!
O Głowo,
owinięta cierniową koroną,
gasnącym wieki
wieków spojrzyj na nas okiem!
O spojrzyj na nas z tej głuszy,
która swym tchnieniem głębokiem
ogarnia światów bezmiary,
a którą ty wypełniasz swych bólów ogromem,
o Głowo, owinięta cierniową
koroną.
Żałobna drogo nieochybnej kary,
broczącej we łzach i przy jęków wtórze
w ten pozbawiony końca
Pańskiego gniewu dzień,
w którym w pożarach spokojnego słońca
szatańskim chichotem płoną
świeże, niezwiędłe róże
grzechu i winy!
Na ich purpurze
osiadł posępny
i siny
tej Konieczności
cień,
z której przepastnej
głębiny,
z łona, pełnego
niweczących tchnień,
nad boskiej woli
złomem
wyrosły zabójcze
kwiaty
w Pańskiego gniewu
nieskończony dzień...
A Ewa jasnowłosa, matka gwiazd i ziemi,
upaja się ich wonią, schylona nad niemi.
Kyrie elejson!
Przez ciebie w proch nicości wracają Twe
światy,
o Boże miłosierny, zmiłuj się nad
nami!
Od twego drzewa oderwany liść,
pędzi duch ludzki i naprzód, i wstecz,
niby garść kurzu, porwana cyklonem:
przed nim i za nim płomienisty miecz
iskrzy się ostrzem czerwonem;
przed nim i za nim wstają z swych cmentarzy
upiory wieków, naznaczone sromem
winy i grzechu,
i klną, i bluźnią, i płaczą,
jęczą i syczą, i dyszą
nieustającą rozpaczą,
od szaleńczego zamierają śmiechu
w ten Pańskich gniewów nieskończony
dzień...
O Głowo, owinięta cierniową
koroną,
Ty, co rozpierasz swej męki ogromem
pierś Konieczności! O Głowo,
której źrenice, jako dwie pochodnie
dogasające, płoną
nad krętą, pustą,
nieskończoną drogą
i gasną, gasną, a zgasnąć nie
mogą,
zawrzyj, swe oczy
nad nami,
nie patrz na boleść i zbrodnię!...
Jedno jest tylko w przestworzach widomem,
jedno w zachodniej płomienieje zorzy
nad płomiennymi falami
wiekuistego Żywota
i nigdy w ciemnię grobu się nie
złoży,
i nigdy ciężkich stóp swych nie poruszy,
by iść i
iść, i iść
poza granice duszy
-
jedno jest tylko
Jednem,
grzmiącym
miedzianą surmą archanioła
ponad pokoleń
pokoleniem biednem
w Pańskiego
gniewu nieskończony dzień:
wielki, wszechmocny
Ból.
O Boże
miłosierny, zmiłuj się nad nami!
Niech łaska
Twoja winy nam odpuści...
A ty swe skronie
tul
do zimnych opok, do
strzaskanych grani,
do sterczących
smutnie nad gardłem czeluści,
i płacz...
Surma jęczy,
surma woła!
Giną w
chmurach wirchów czoła;
wałem
mżących mgieł dokoła
nieznany oddech
miota,
jakieś
potworne, dzikie kształty tworzy
i po dolinach
rozpędza ich stada,
i znów je skupia w
przepastnej otchłani,
i ku niebiosom wyrzuca ich
kłąb,
i w jakieś czarne
rozsnuwa całuny
ten niewidzialny, dreszcz
budzący Tkacz,
i ciężką,
mokrą tą przędzą pokrywa
wszystko, co jest...
O biada!...
Biada!... Pierś światów, przed chwilą
tak żywa,
kona pod strasznym ciężarem...
Olbrzymy świerków padają strzaskane;
las się położył na skalisty
zrąb;
węże kosówek, wyprężywszy
ciała
w kurczach śmiertelnych, drętwieją
bezwładne;
wrzos na granitów podścielisku szarem
spełznął na wieki;
kozice stromą oblepiły ścianę
i patrząc trwożnie w bezmierny, daleki,
w ten nieskończony chaos mgieł i cieni,
runęły w żlebny grób...
Rozkrzyżuj silne ramiona
i paznokciami wpij się w twardy głaz,
i odwróć oczy od onej przestrzeni,
w której rozsadza horyzontów krańce
ta Głowa, w cierń uwieńczona!
Nie patrz, gdzie siadła jasnowłosa Ewa,
wygnana z raju na wieczysty czas,
mająca zbrodnię u swych białych stóp,
wieczyście żarta płomienistą
żądzą
winy i grzechu...
O duszo, pełna miłości,
a którą nieustanne szarpią niepokoje!
Pańskiego gniewu zwalił się już
dzień!
Trombita Sądu nad tobą rozbrzmiewa
piorunną mocą archanielskich tchnień
w Pańskiego gniewu nieskończony
dzień...
Niechaj mnie
sądzą,
niechaj mnie karzą -
tak, mnie, Adama, com na
barki swoje
zabrał z Ogrodu to
nadludzkie brzemię
przygniatającej winy
i wieki wieków pnę
się z tym ciężarem
ku wiekuistej wyży,
i zbladłą nie
śmiem odwrócić się twarzą
tam, ku tym zmrokom, co
zaległy ziemię,
tam, ku piekielnej
przełęczy,
na której siadła
jasnowłosa Ewa
z padalcem grzechu u
swych białych stóp...
Miliardy krzyży,
opromienione
okręgami tęczy,
z padolnych Styksów
powstają głębiny
w Pańskiego gniewu
nieskończony dzień
i rosną, rosną
w jakiś straszny las,
co wierzchołkami
swych bolesnych drzew
przeszywa wszystkie
mgły
i wszystkie blaski, które
lśnią nad mgłami,
wypływające z
Wszechmocy Istnienia.
O Boże
miłosierny, zmiłuj się nad nami!
Twojego gniewu
nadszedł wielki czas,
głos już
zagrzmiał hiobowy,
niebios walą
się posowy,
z owiniętej cierniem
Głowy
rzeką i morzem
płynie ciepła krew,
w rzekę i morze krwi
jej ból się zmienia...
W świątyni
bożej zamilkł święty śpiew,
już się
zasłona rozdarła na dwoje,
mur się już
wali i skała już pęka...
A krew w tych
morzach, w tych czerwonych rzekach,
ścięła
się w ciemny lód...
Kyrie elejson!
Ogromna, niesłychana,
wiekuista męka,
z nie
przygasłymi oczyma,
milcząca,
cicha i jak zmierzch pobladła,
na
wklęsłych skroniach siadła,
na
wpółotwartych powiekach
i na wydętych
piersiach tych olbrzymich ciał,
które do
krzyży przybiła
nielitościwa
Dłoń...
W kleszczach je swoich
trzyma,
wpija się w
kąty ust,
ramiona w
kabłąk gnie
dręcząca wieki
niezmożona siła
i jak śmiertelny
szał,
zastygły,
skamieniały w godzinie konania,
swoim ciężarem
się wgniata
w zwiędłe, z
przepasek odsłonięte brzuchy
i biodra spłaszcza, kolana rozsuwa
i pokrzywione, czarne palce nóg,
pokrytych siecią fioletowych żył,
w zamarłych karczach wydłuża...
O grozo świata!
O widma, płynące w dal! -
W ten przestwór ślepy i głuchy,
w wilgotny, mgławy pył,
w te ciemne wnętrza bezsłonecznych brył
-
w potworne gmachy nadszczytowych chmur!
Jeszcze nie zapiał kur,
a na piekielnej przełęczy,
nad dnem Styksowych otchłani,
siedzi pod złomem niebotycznej grani
pramatka Grzechu, jasnowłosa Ewa,
z gadziną zdrady u swych białych stóp.
Kyrie elejson!
Straszny przed nami otworzyłeś grób...
I płyną, płyną te milczące
krzyże
razem z ruchomym, wielkim trzęsawiskiem,
które swą rdzawą kałużą
oblewa
męczeńskie drzewa.
Wszystko, co
było dalekiem i bliskiem,
co opadało w
niedojrzaną głąb
i w niedojrzane
wznosiło się wyże,
teraz tym wielkim,
grząskim bagnem płynie
w Pańskiego
gniewu ostatniej godzinie...
Kyrie elejson!
Światy
pochłania nieprzebyty muł,
światy, od
bożych odepchnięte bram.
A spod korzeni
jadowitych ziół,
spod kęp
sitowia i trzciny, i traw,
z rowów, przepadlisk,
wądolców i jam,
pokrytych
opałowym szkliwem zgniłych wód,
zaczyna
wypełzywać żmij skłębiony płód:
czarne pijawki,
zielone jaszczury
wiją się
naprzód wpław
i oplatają
kręgami śliskiemi
męczeńskich
krzyży smutne miliardy,
z bagnistej
wyrosłe ziemi,
zapadłe w
bagnisty kał...
I oto głowy
swoje, dziwne, ludzkie głowy,
świecące
trupim tłuszczem zżółkłych, łysych czół,
o szczękach
otulonych kłębem czarnych bród,
kładą na
łonach tych pomarłych ciał...
I skośne,
mętne oczy podnoszą do góry
ku ich schylonym
skroniom...
I biodra opasawszy
w lubieżnym uścisku,
zwilgotniałymi
usty
szepczą im
słowa rozpusty...
O Boże
miłosierny, zmiłuj się nad nami!
W królestwie
Śmierci staje nagi szał.
W
niedoścignionym błysku
tchnienie
żywota przenika
to, co od wieków
zagasło...
W Pańskiego
gniewu ostatniej godzinie
krew
świeża płynie
z odrywających
się od krzyży rąk,
z odrywających
się od krzyży nóg...
I Głowa,
owinięta cierniową koroną,
ta Głowa,
która przestwór wypełnia bezbrzeżny,
podnosi ciężkie powieki i patrzy...
Jakaż to orgia
dzika!
Jakiż to chaos
mąk!
Kyrie elejson!
Idą na
się zmartwychwstali,
ogniem wojny
świat się pali,
tłumy w
krwawej brodzą fali!
Adamie
potępiony, zwróć się z strasznych dróg!
Zawiśnij na
swym krzyżu, sterczącym w niebiosa,
i nie patrz, gdzie
w spokoju Ewa jasnowłosa,
piekielny
zająwszy próg,
do rozpustnego
przytula się gada!
O biada! -
Idą na się zmartwychwstali -
w oku mściwy skrzy się gniew,
rozpaczy kurcz wypręża rozchylone wargi,
kroplisty pot
oblewa policzki zapadłe,
kudły
włosów zlepia gęsta krew.
Z wyciem hyjen, z
rykiem lwów,
z psów szczekaniem, z
rżeniem koni,
które cugli nie
zaznały,
łkając,
jęcząc, grożąc, klnąc,
poszarpane miecąc
skargi,
pędzi tuman ludzkich
żądz.
Ten upada, ten się
broni,
temu dłoń
ścisnęła krtań,
ten się w swojego
brata paznokciami wrył,
a tamten zęby
szczerzy, poszarpawszy ramię,
a ten olbrzyma
ręką pochwycił dwie nogi
i rozdarł na dwie
szczypy tułów Heraklowy,
i w ciemną
rzucił bezdeń, w Sądu straszną noc...
A z parą szklanych, martwych
kul,
rozsadzających
oczodoły,
biegnie bez końca,
bez końca, bez końca,
gnając przed
sobą bratobójczy huf,
niemy i głuchy
Strach...
Zakryj błędne
źrenice, ścigany Adamie!
Nad tobą tam! u
szczytu
złocistowłosa
Ewa!
Jej grzechu
ciężar zgniótł cię, stanąłeś w pół
drogi!
Zakryj błędne
źrenice i na wieki wieków
rzuć się w
przepastny żleb!...
Enoch i Eliasz z
proroczymi księgi
przyszli
obwieścić szalonemu światu
Pańskiego gniewu
moc.
Lecz nim zdołali
rozedrzeć swój płaszcz,
nim głos
wytrysnął z przepełnionych łon,
padli w zamęcie
spadających gwiazd,
zgaśli jak
słońca,
na to wzniecone w
przedpoczątkach bytu,
ażeby zgasły...
Amen.
Szum się wielki
stał dokoła,
kiedy surma
archanioła
na Ostatni Sąd
zawoła.
Głos rozlega
się ponury,
jak grzmot leci
złotopióry,
z dolinami równa góry.
Drży strwożona
światów dusza,
a on głębie
mórz wysusza.
kości wieków w
grobach rusza.
Gwiazdy z orbit
wytrąciła
archanielskiej trąby
siła,
już rozwarła
się mogiła.
Idą na się
zmartwychwstali,
ogniem buntu świat
się pali,
tłumy w krwawej
broczą fali.
Z wyciem hyjen, z rykiem
lwów,
łkając,
jęcząc, grożąc, klnąc,
pędzi tuman ludzkich
żądz...
A On,
potężne
Łono przepotężnych łon,
Jasność
jasności,
Zmrok zmroków,
Łaska
łask i gniewów Gniew,
stanął nad
skonem Żywota
i rękę
położywszy na głowie Boleści,
na niezmierzonej,
cierniem opasanej Głowie,
wypełniającej
wszechświatów przestwory,
rozpoczął
Sąd.
Biją pioruny,
a nad pioruny idzie
Jego zew!
Ogrom bytu
błyskawic wszystkich nie pomieści,
a Jego światłość
złota
strzela nad
pełnię, nad ogniste łuny
błyskawicowych
potoków...
Czym jestem wobec
Ciebie, ja, com z rajskich włości
zabrał z
sobą, wygnaniec, tę łamiącą winę
i teraz ginę,
od Wschodu do
Zachodu tułacz nieszczęśliwy,
pod nieuchronnych
wyroków
w początkach
dnia i nocy wzniesionym obuchem?!
Stopę
swoją złożyłeś na pokoleń grzbiecie
i sądzisz!
Kyrie elejson!
Płaczów i
jęków słuchasz nie słyszącym uchem
i sądzisz!
Kyrie elejson!
Na mękę
wieków patrzysz nie widzącym okiem
i sądzisz!
Kyrie elejson!
Niewiasta z
rozpaczliwym krzykiem rodzi dziecię,
Ty duszę jego
grzechu oblewasz hyzopem
i sądzisz!
Kyrie elejson!
Wicher idzie po
rozdrożach westchnieniem głębokiem,
ku Twojej wyży
modlitwy niesie
krwawe, przybite do krzyży,
Ty sądzisz! Kyrie
elejson!
A kto mnie
stworzył na to, ażebym w tej chwili,
odziany
potępienia podartą żałobą,
kawałem kiru,
zdjętym z mar Twojego świata,
wił się i
czołgał przed Tobą,
i martwym,
osłupiałym z przerażenia okiem
strasznego
Sądu wyławiał płomienne,
świat
druzgocące rozkazy?
A kto mi kazał patrzeć na te czarne
głazy,
rozpadające się na gruz pod mocą
Twojego gniewu, przeraźliwy Boże -
na głazy te, gdzie straszny owoc Twego drzewa,
złocistowłosa Ewa,
do piersi pierś padalca tuli
obnażoną?...
O Głowo, przepasana cierniową
koroną!...
Któż się nad dolą zlituje sierocą,
nad moją dolą,
której, Boże, Twe ręce, z kajdan nie
wyzwolą?
Kyrie elejson!
Patrzaj!... Kyrie elejsonl
Ona swą białą dłoń
kładzie na jego skroń -
na trupią, zapadniętą,
zżółkła skroń zleniałą...
Kyrie elejsonl
I podczas gdy swe Sądy sprawiasz Ty, o morze
niewyczerpanych gniewów,
ona swym okiem patrzy w jego oczy -
omdlewającym okiem!
Kyrie elejson!
Jej nagie uda drżą,
palcami rozczesuje złoto swych warkoczy
i falą złocistych włosów
osłania jego nagość i pieści, i
pieści
ustami czerwonymi bladość jego ust.
Kyrie elejson!
Wężowe jego kręgi opasują biodra
rozlubieżnionej Boleści,
a ona, wyprężywszy swe rozpustne ciało,
nienasyconym oddycha pragnieniem.
Kyrie elejson!
Na łonie jej spoczęła czarna,
lśniąca broda
rozpalonego Szatana,
co świat umierający okrył swoim
cieniem,
a ona,
w zbrodniczych pieszczot rozdawaniu szczodra,
zamknęła
w drżące go biodra,
w nabiegłe
żądzą ramiona...
Kyrie elejson!
Mą duszę
pali wieczna, nie zamknięta rana!
Któż mi
lekarstwo poda?
Ojcze rozpusty!
Kyrie elejson.
Nic, co się
stało pod sklepem niebiosów,
bez Twej się woli
nie stało!
Kyrie elejson!
O źródło
zdrady! Kyrie elejson!
Przyczyno grzechu
i zemsty, i rozpaczy
szaleńczego śmiechu!
Kyrie elejson!
Sądź,
Sprawiedliwy!
Krusz światów
posady,
rozżegnij wielki
pożar w tlejącej iskierce,
na popiół spal Adama oszukane serce
i płacz!
Z nim razem płacz, kamienny, lodowaty Boże!
Niech Twa surma przeraźliwa
echem płaczu się odzywa
nad pokosem Twego żniwa...
Dwujęzycznego smoka,
Szatana o trzech grzbietach zwalczył w wielkim
boju
archanioł pański, Michał, i
zginął w otchłani. Amen.
I stał się koniec świata... O chwilo
spokoju!
Zgasł płomienny głos proroka
i wieczności noc głęboka
nieprzejrzaną jest dla oka.
A ja, wygnaniec z Raju, tułacz
nieszczęśliwy,
zesłany, aby
konać, na te ziemskie niwy,
i patrzeć, jak pod
złomem niebotycznej grani,
usiadła matka
Śmierci, Ewa jasnowłosa,
pieszcząca
węża Grzechu, posyłam w niebiosa,
opadło nad
wieczności tajemniczym mrokiem,
to moje wiekuiste,
nieprzebrzmiałe: Amen!
Amen!
W umarłych bytów
milczeniu głębokiem,
słychać jedynie
Amen, moje straszne Amen.
O Boże
miłosierny, zmiłuj się nad nami!
Kyrie elejson!
Przede mną
przepaść, zrodzona przez winę,
przez grzech Twój,
Boże!... Ginę! ginę! ginę!
Amen.
A cóż powstanie
ponad nicościami,
gdzie ongi były
światy
i Ja, w chęć życia bogaty,
a dziś w umarłych postawiony rzędzie?
Niech nic nie
będzie!
Amen!
Bo cóż być
może, jeślim ja zaginął?...
Na wszystko mrok
nicości nieprzebyty spłynął
Amen.
|