|
MOJA PIEŚŃ WIECZORNA
On był i
myśmy byli przed początkiem -
niech imię
Jego będzie pochwalone!
Razem z gwiazdami
byliśmy i słońcem,
zanim się
gwiazdy i słońca
jęły
rozbijać w swych kołach,
zanim się
stało to, co cię pożera.
O duszo, spragniona miłości,
o duszo, spragniona spokoju!
On był i ty w
nim byłaś przed początkiem,
nim jeszcze
miłość i spokój
stały się
ogniem trawiącym,
zanim się
.stały zabójczą tęsknicą
i tym kamiennym,
ślepym przerażeniem...
Dzień mój
przygasa -
za wielkim,
niebotycznym przygasa mi szczytem,
krwawą za
sobą zostawiając zorzę,
która się
czepia ogniami
tych oto smreczyn i
ścian poszarpanych,
zatartych
śladów moich stóp.
Dzień mój
przygasa, ten złoty,
ten lazurowy, ten słoneczny
dzień,
w
błogosławieństwie swych drogich promieni
więżący
klątwę dla człeka,
dla zbłąkanego
pielgrzyma.
Niech gaśnie! niech
ginie!
Niech upragniony
nadejdzie już wieczór
ze swoją ciszą
wieczystą,
która ci mgłami
szepce miesięcznymi,
że zanim
miłość i spokój
stały się
ogniem trawiącym,
zanim się stały
zabójczą tęsknicą
i tym kamiennym,
ślepym przerażeniem,
On był, i
myśmy byli przed początkiem.
Błogosławioną
niech będzie ta chwila,
kiedy się
rodzi wieczorny hymn duszy!
Kiedy od cichych
pól,
od rżysk i
rzecznych pobrzeży,
od przecznic i od
ugorów,
od wypaczonych chat
i od tych
stodół zwietrzałych
chłopięca
płacze piosenka:
A grajże mi,
piszczałeczko,
a grajże mi,
graj!
Uliniłem
cię z wierzbiny,
gdzie ten potok
srebrnosiny,
gdzie ten szumny
gaj!
Pani pana tam zabiła,
zieleni się, hej! mogiła,
zieleni się, hej!
A cierniste krzewię głogu
świat swój sypie po rozłogu,
s szept idzie z kniej!...
A dusza słucha i słucha...
A dzień jej przygasa,
l ona śladem tęsknicy
płynie rozlewną falą
księżycową,
rosami płynie, lśniącymi na
łąkach,
i wierzchołkami ukojonych drzew,
i grzbietem białych gór
ku onym dniom zapomnianym,
gdy miłość i spokój
nie były ogniem trawiącym
ani kamiennym, ślepym przerażeniem.
Przestwór się przed nią rozszerza
I przepełniony wiekuistą nocą,
topi w swych głębiach wszystko, co ją
zmogło
urągowiskiem i grzechem,
i wypełnioną pokutą,
wstydu i hańby pociemniałą twarzą,
i podeptaniem
świętych, bożych praw,
i krwawą
zemsty pochodnią,
i bolu, bolu
strasznego
tak pożądanym,
a tak żrącym widmem.
Błogosławioną
niech będzie ta chwila,
kiedy się
rodzi wieczorny hymn duszy!...
Na senne kwiaty wystąpiła rosa,
na łąk płaszczyzny, na ciemny łan
zboża,
a ona siadła na brzegu jeziora
i rozmodlona patrzy w jego głębię -
i oparami wznosi się nad wielką,
nad uciszoną, rozmodloną wodą -
i słucha, i patrzy, i szepce
swoje wieczyste pacierze.
Z zapadłych wiosek płyną rozhowory,
w bagniskach dzikie obzywa się ptactwo,
a gdzieś w pustkowiu, a gdzieś na rozstaju
w samotnej chacie połyskuje światło,
a tam! z daleka cicha idzie Śmierć.
Od zórz zachodnich, w ziół zasypiających
rozkosznej woni piosnka się kołysze,
nad niemowlęcia kolebką wysnuta:
O tej radości, o tym weselu,
o tym cudownym, ukrytym zielu
zza siódmej góry, zza siódmej rzeki,
które na smutek słodkie ma leki.
O tej godzinie, co szczęście niesie,
pieśń się kołysze po krzach, po
lesie,
po falach żyta pieśń się
kołysze
w tę uroczystą, wieczorną ciszę,
a w ślad za pieśnią cicha kroczy
Śmierć.
Wyszła z dziedziny, gdzie miłość i
spokój
nie są-ci ogniem trawiącym
ani zabójczą tęsknicą,
ani kamiennym, ślepym przerażeniem,
i w świat podąża, ku onym rozstajom,
k`temu pustkowiu, ku chacie samotnej,
k`temu słabemu, czerwonemu światłu...
Ścieżyną
zdąża i traktem szerokim,
po drodze zerwie
jakiś kłos zielony
albo też listek
topoli
i w zamyśleniu rzuci
je pod nogi.
Lekkimi stopy przygnie
jakąś trawkę
lub owad zdepce na
miedzy,
albo swą
długą, białą, przeźroczystą
zanurzy rękę w
staw
i jego srebrną
powierzchnię
powlecze rdzą
opałową.
Czasem w tym swoim
pochodzie
siądzie na
chwilę pod krzyżem pochyłym
na opuszczonej
mogiłce
i głowę
ukrywszy w dłonie,
głębokim
jękiem zapłacze,
rozlewającym
się na okrąg świata,
a potem wstaje i
traktem rozległym
albo miedzami idzie
znów śród zbóż
k`temu pustkowiu,
gdzie w chacie samotnej
czerwone,
słabe połyskuje światło.
A za nią snuje
się smuga
sinych oparów i
mgieł,
na których
ciężkim, dalekim obrzeżu
zachodnia krwawi
się zorza...
Czemu nie
gaśniesz, ty zorzo?...
On był i
myśmy byli przed początkiem,
zanim się
stało to, co nas pożera!
Czemu nie
gaśniesz?!
Ach! jak się w
twoich płomieniach
palą te grona
jarzębin!
Jak się
rozżarza ten żwir -
ten szary piasek na
drodze pątniczej!
Wybaw
człowieka, o Panie,
od żagwi
gniewu Twojego!
Dusza ci
śpiewa psalm, jak niegdyś, niegdyś -
śród
koralowych jarzębin,
przy
rozszumiałych, wielkich polach zbóż,
przy tajemniczych
pogwarkach tych lip,
rozkołysanych
Twym świętym oddechem...
Pokorna, cicha,
nieskalana dusza
stoi u wrótni
kościółka
i psalm Ci
śpiewa, tak wieczny,
jak wieczną
ona i Ty!
Na roztęczone
mgławice kadzideł
kładą
się dźwięki organów,
majestatyczne,
cudotwórcze dźwięki,
i
podpływają ku cichej, pokornej,
ku nieskalanej, ku
skupionej duszy,
klęczącej
u progu świątyni.
Grona jarzębin
rumienią się w słońcu,
prastare lipy
szumią hymn pierwotny,
przenikający
głębinę jestestwa,
łan się
kołysze, rozłożysty, złoty,
w oknach
świergocą jaskółki,
nad poszeptami
pacierzy
nieprzeliczonych
pątników
białe
wzlatują gołębie,
a w rozmodleniu milczącym,
na skrzydłach
psalmów tak wiecznych
jak wieczna ona i
Ty,
wznosi się
dusza ku Tobie.
Bo gdzież jest
większy Pan i król, i władca?
Gdzież moc Ci równa i równa potęga?
Sam z Siebieś powstał, majestat Twój
płonie
na tym z wieczności zbudowanym tronie.
Z Siebie
stworzyłeś ten przestwór bez końca
i z Siebieś w niego
rzucił żar na słońca.
Istnienieś Swoje
zamknął w prochu ziemi
i wichr piersiami oddycha
Twojemi,
Duszę człowieka
wywiodłeś ze Siebie
wraz z duszą globów
świecących na niebie.
Tyś, Boże,
ziarnem i kłosem, i listkiem,
Wszystko jest z Ciebie i
Ty jesteś Wszystkiem,
i przez Cię
Wszystko, nieśmiertelny Panie,
ma nieśmiertelne w
Tobie królowanie.
Gdzież moc Ci równa?
gdzież równa potęga?
Gdzież jest ten
płomień, co skry Twej dosięga?
Gromem przemawiasz w
łyskającej tuczy,
głos Twój morzami i
wulkanem huczy,
trzęsieniem ziemi
ogłasza Twe wieści
lub słodko szumi,
szemrze i szeleści.
Straszliwym bywasz w Swym
monarszym gniewie:
rozkwitłe pola
zatapiasz w ulewie,
żagwią pożarów
godzisz nam w zagrody,
bijesz dobytek i
zatruwasz wody.
Lecz kto opiece Twej odda
się szczerze,
tego Twa łaska od
złego ustrzeże.
Bo czyjaż
dobroć Twych bezmiarów sięga?
Gdzież moc Ci równa i równa potęga?...
Błogosławioną niech będzie ta
chwila,
kiedy się rodzi wieczorny hymn duszy,
tej nieskalanej, pokornej i cichej!...
0n był i myśmy byli przed początkiem -
chwalmy i wielbmy Jego święte imię!
Czemu nie gaśniesz,
ty zorzo,
nad oceanem tych
ciężkich oparów,
co
pochłonęły me słońce?
Księżyc się
dźwignął ponad węża gór,
osrebrza brzegi
obłoków,
lśni się
na rysach śnieżystych;
od wschodu
pełza cicha noc,
stoki swym wielkim
przytłacza spokojem,
a ty się
palisz!
Stamtąd - od
nizin dalekich,
usypiających
poza stu wodami,
poza tysiącem
dróg,
jakieś
się echo przyczołguje w duszę -
Cicho!
To płacz tej
dawnej, chłopięcej piosenki:
A grajże mi, piszczałeczko,
a grajże mi, graj!
Uliniłem cię z wierzbiny,
gdzie ten ruczaj srebrnosiny,
gdzie ten szumny gaj!
Ach!...
Przeoratem łan o świcie -
od pola do pola,
kąkól wyrósł w moim życie,
dolaż moja, dola!
A grajże mi, piszczałeczko,
a grajże mi, graj!...
a grajże mi, graj !...
Czemu się żagwisz?...
Niech raz już wszystko zagaśnie!
Jarzębina się rumieni,
szepcą lipy stare,
suchy piasek się podnosi - - -
Czemu nie milkniesz, ty zorzo?
Dlaczego krzykiem ognistym,
wystrzelającym z tych przepastnych szczelin
pomiędzy dwiema piekielnymi ściany,
tak mnie oślepiasz i tak mnie ogłuszasz,
że dojść nie mogę do kresu?
Dzień mój już przygasł,
a zorza jego się krwawi,
jakby się krwawić miała w
nieskończoność!...
Wszystko pożera swymi płomieniami -
duszę mi pali i świat cały pali!
Z olbrzymich snopów ognia,
jakby młóconych niewidzialnym cepem,
sypią się ziarna skier
w okrąg na niebo i ziemię!
Księżyc się zajął
i w mgnieniu oka wyrósłszy
w ogromną kulę ognistą
zaczyna rwać się w kawały
i płomiennymi wali się bryłami
na cielska płonących gór,
na popiół smreków spalonych.
Płoną jeziora, sto wód się pali
i tysiąc dróg!
Z rozszalałego wnętrza ziemi
ogniem buchają wulkany,
gwiazd miliony tną błyskawicami
spieniony potop płomieni
i z hukiem
giną w czeluściach czerwonych...
Boże!
Czemu mnie karzesz?
W tych rozżarzonych stanąłeś
przestworzach,
cały spłomienion, większy niż
przestwory,
z krzyżem ogromnym, płomienistym w
dłoni
i rozżagwiony rzucasz na mnie świat...
Karz mnie!
Bom-ci ja człowiek, który wyszedł z grzechu
i prześladowan był przez grzech - do
końca l
Moja to wina!
Bo oto moja
nieprawość,
mnoga jak iskry
tych ogni,
przeszła granice, Panie, Twych zamiarów!
Ojcam się wyparł,
a kiedy zamknął powieki,
krzyża-m na jego
grobie nie postawił,
bom go nie prosił o garść tego
błota,
o nędzny żywot ten!
Moja to wina, moja wielka wina!
Matkę-m wypędził z domu, by nie
jadła
strawy, porwanej większym niż ja tchórzom -
a wypędziłem ją w czas, gdy nad
ziemią
przebiegał tuman nawałnic,
aby jej w drodze, w bezludnym pustkowiu,
oczy wyżarły błyskawice,
a dąb, walący się od gromu,
aby ją przygniótł swą kłodą
na wieczność!
Moja to wina, moja
wielka wina!
Oślepłą
siostrę spotkawszy żebrzącą
u wrót
wspaniałej katedry,
nie czułem
tyle odwagi,
aby się
dotknąć jej ręki wyschniętej
i na jej krwawe
wskazując orbity,
głupim
powiedzieć lwom i pustym lwicom:
Idźcie l mnie
łaski waszej nie potrzeba -
to siostra moja! przy niej mi pozostać!
Moja to wina, moja
wielka wina!
Psa, który
zaszedł mi drogę
i z głodu
zęby wyszczerzył,
i miłosierne
wlepił we mnie ślepie,
kopnąłem
nogą,
aż ze skowytem
padł pod moim płotem!
Robaka-m
zdeptał -
tysiące owadów
miażdżyłem
stopą, wlokąc się przydrożem,
ażeby
duszę znudzoną
orzeźwić
wschodem lub zachodem słońca.
A pnąc
się w górę, ku rzeźbionym grotom,
ku tajemniczym snom
stalaktytowym
albo ku wirchom,
skąd pycha
wygraża
światu pięściami z granitu,
kazałem ścinać
pachołkom
gałęzie
smreków młodziutkich,
gdyż iglicami drażniły mi skronie...
Zabiłem brata,
bo mi się worał w miedzę
i naręcz owsa mi wyżął
dla swego konia -
moja to wina, moja
wielka wina!
Chęć mi
raz przyszła obłędna,
ażeby
kopać dla siebie mogiłę,
bo mi się życie stało cmentarzyskiem,
i w tę mogiłę wtrąciłem
bliźniego,
tak że oszalał między umarłymi!
Moja to wina!
Uwiodłem żonę przyjaciela -
moja to wina!
Pod próg sąsiada kazałem podrzucić
dziecko zrodzone z mego rozbestwienia.
A raz to grzech mi tak zaciemnił oczy,
żem po omacku szedł w przepastną
głębię
strasznego lasu
i jadowite wyszukawszy ziele,
świat nim stłumiłem w poczęciu.
Moja to wina, moja
wielka wina!
Nie karz mnie, Boże,
według moich zbrodni!
W tej gniewu Twego
straszliwej godzinie
świat niech się
kaja, lecz niechaj nie ginie!
Wielka jest moc Twa i
wielka potęga,
lecz czyjaż
dobroć Twej dobroci sięga?!
Rozpalonymi
namiętnością dłońmi
umiałem skazić
niewinną wstydliwość,
nim się w
słoneczne rozwinęła kwiecie.
Podstępnie owoc
zerwałem dziewiczy,
słowem, któremu
dała moc obłuda,
wielbiąc zbawienie z
miłości,
a sobiem szeptał jak
złodziej, co w każdym
widzi złodzieja:
rwij, nim przyjdzie inny!
Za grosz kupionej
rozpuście
dałem się wlec
po kałużach
albo gdy przesyt wypił
ze mnie krew,
jak widmom stawał u
bram lupanaru
i źrenicami
zmienionymi w szkło,
przez które ognia przezierał ostatek,
zazdrośniem śledził takich jak ja -
trupów,
by ich rozkoszą zwątloną
podżegać w myśli mą rozkosz
przymarłą.
A nieraz podłość tak mi żarła
duszę,
że chcąc wypełnić jej pustkę,
małom nie szeptał błądzącym
przechodniom:
Nie tymi drzwiami: tamte
wam poradzę.
Moja to wina, moja
wielka wina!
Związan
ślubami,
które mi jarzmem
się stały,
a sił nie
mając otwarcie
zrzucić ze
siebie tych błazeńskich dzwonków
arcykapłana
domowych ołtarzy
i iść,
gdzie w słońcu południa,
śród
woniejących ogrodów
krwawo się
złoci zakazane drzewo,
dawałem w
duszy przystęp takim szeptom:
Niechajże
Szatan się zjawi
i niech uwikła
w sieć swojej pokusy
tę, co mi ongi była mocą
szczęścia,
a dziś mnie dusi swą cnotą!
Wówczas jej krzyknę: podłaś! i już
czysty
w nędznym sumieniu pójdę spełnić
zdradę!
Moja to wina! moja
wielka wina!
Oto jest
miłość! oto jest to źródło,
z którego bije
szlachetność!
Moja to wina! moja wielka
wina!
Panie!
Wszystkie ja
grzechy wziąłem na swe barki,
bom-ci ja
człowiek, bom urodzon w bolu,
bo żal i rozpacz, i przestrach,
i wyczerpanie, i siła
są przyczynami mojego istnienia...
Spłonąłem chucią do mej
własnej krwi,
do matki mojej i do
córki mej!
A w noc
tajemniczą,
kiedy przed moim
pałacem,
wzniesionym z
mgławych majaków,
przedziwne kwiaty o
zbielałych oczach
rozrzechotanej
Meduzy
do jakichś
strasznych rozmiarów
w mżach
wyrastały miesięcznych -
kiedy się
księżyc skradał do mych komnat
i kładł
na łoże mego wyczerpania,
wonczas mnie ze snu
budziła lubieżna,
sprowadzająca
warg bezwładne drgawki
i źrenic
błędną gorączkę,
potworna
żądza ku Twemu - zwierzęciu!
Moja to wina, moja
wielka wina!
Oto jest
miłość! Oto jest krynica,
z której
wypływa zwycięstwo nad piekłem!
Moja to wina, moja
wielka wina!
Karz mnie!
Karz mnie!
W tym
rozżagwionym przestworze
masz krzyż z
płomieni, większy niż ten przestwór,
więc
bezlitością swych płomiennych rąk
wyciągnij
członki moje do ogromu
Twojego
krzyża, na którymś zawisnął
Ty sam, o Panie!
ongi przed początkiem,
kiedyś
się zmuszał, by spokój i miłość
przemienić w
ogień trawiący
i w
skamieniałe, ślepe przerażenie!
Kiedyś ze
swego spokoju
i swej
miłości
wydzielał
słońca i gwiazdy,
by rozbijały
się w swoich elipsach,
aby się
stało to, co nas pożera!
Karz mnie,
człowieka, co krąży po świecie
z brzemieniem winy
na ugiętym grzbiecie.
Wagę masz w
ręku i miecz sprawiedliwy,
z którego lecą
skry na ludzkie niwy,
a pomsty Twojej
płomienna potęga
od pokolenia w
pokolenie sięga.
Krew nam wysusza i
pożera kości
wieczysta wszechmoc
Twej zapalczywości -
żadna się
przed nią groza nie ostała:
Niechaj Ci za to będzie cześć i
chwała
na wieki wieków, Amen,
Amen, Amen!
Panie!
Kłamałem!
Zawiść i
zazdrość tuliły się do mnie
zżółkłymi
tony i nagością swoją
opanowawszy mą
duszę,
kazały zezem
patrzeć mi na sławę
i na bogactwo rodzonego brata.
Kradłem -
w kościele Twoim rozbiłem skarbonę!
Moja to wina, moja
wielka wina!
A raz w czarownym,
wielkim, ludnym mieście,
spiesząc ku
śmierci, która czeka na mnie,
chciwie
wstrzymałem krok przed stosem złota
i
błyskawicą, która idzie z Ciebie -
moja to wina, moja
wielka wina!
myśl mi
przebiegła haniebna:
tak!
wymordować czcicieli Molocha
i potem - zająć
ich miejsce!
Panie!
Fałszywym byłem
prorokiem
i nie umiałem
powstrzymać bluźnierstwa
przeciwko Tobie, tak jak
dzisiaj bluźnię!
Krzywdy-m ja bratu nie
przebaczył,
choć sam
krzywdziłem - jak oszust!
Pogardę niosłem
tłumowi,
jego sczerniałym,
spracowanym dłoniom,
jego łachmanom
przesyconym potem!
Ornat na siebie
kładłem i koronę
i wziąwszy
jabłko do ręki i berło,
kazałem
klękać przed swymi rozkazy,
jakby nie było
Twego majestatu!
Moja to wina, moja
wielka wina!
Okręty słałem na spienione morza,
a w bitwach, w moim wszczynanych imieniu,
tysiące kładły się we krwi swej
własnej,
a wszak Ty jeden masz prawo
na życie człeka wydawać wyroki!...
Moja to wina, moja
wielka wina!
Karz mnie!
Bom-ci ja
człowiek skazany na karę,
bo dzień mój
przygasa,
a zorza jego
się krwawi
i świat się mój pali!
Bo dawno już przeszedł czas -
moja to wina, moja
wielka wina -
gdzie
miłość i spokój
nie były
ogniem trawiącym
ani zabójczą
tęsknicą,
ani kamiennym,
ślepym przerażeniem...
A grajże mi, graj!...
Jarzębiny się rumienią -
suchy piasek się podnosi -
A grajże mi, graj!...
On był i
myśmy byli przed początkiem,
zanim się
stało to, co nas pożera...
Błogosławioną
niech będzie ta chwila,
kiedy się
rodzi wieczorny hymn duszy!
kiedy na wieki - na
wieki
gaśnie jej
dzień - - -
|