|
Tortury były używane w sprawach
gardłowych, kiedy winowajca albo przez inkwizycją nie był
doskonale o występek przekonany, albo choć był, ale się nie
chciał przyznać do tego, co mu inkwizycjami dowodzono; którego
wyznania winy podług zwyczaju, w wszelkich sądach praktykowanego,
koniecznie po winowajcy wyciągano i choć go zaprzeczanie inkwizycjom
nie uwalniało od śmierci, jeżeli te były dokładne,
przecięż go w takowym razie brano na tortury, których żaden
kryminalista uniknąć nie mógł, chyba kiedy się sam
dobrowolnie przyznał do tego występku, który mu zadawano. Nawet kiedy
przyznał się podczas tortury, a po odbytych mękach zapierał
się, znowu go drugi i trzeci raz męczono. Jeżeli po trzech
torturach wytrzymanych wracał się do zapierania, oglądali
się sędziowie na okoliczności dowodów i inkwizycje
świadków; jeżeli te były mocne, winowajcę
śmiercią karano, nie zważając na jego zaprzeczania,
zaciętości umysłu i cierpliwości ciała przypisane.
Jeżeli dowody i inkwizycje byty słabe, jeżeli się
więzień nie przyznał na torturach albo, przyznawszy się na
jednych i drugich, a na trzecich zaparł, uwalniano go z wolnym popieraniem
kary na stronie, na której instancją był męczony; jeżeli
nie było żadnych dowodów, tylko podobieństwa, a przy tym
więzień na pierwszych, drugich lub trzecich torturach przyznał
się i więcej przyznania swego nie odwołał, był
stracony. Jeżeli podobieństwa były mocne, a winowajca tortury
wytrzymał bez przyznania się statecznie, uwalniany zostawał.
Lecz i strona instygująca była wolna od kary za udręczenie winowajcy
z przyczyny mocnych - jako się wyżej rzekło - do prawdy
podobieństw. Najwięcej zaś takowe męczenia ludzi, czasem
niewinnych, dlatego bezkarnie uchodziły, że pospolicie osoby, które
brano na tortury, były albo włóczęgowie, albo poddani panów
swoich, którzy ich męczyć dawali, albo z ostatniego motłochu, za
którymi nie miał sit kto ująć; przeciwnie zaś oddający
obwinionych na torturę musieli być ludzie majętni, ponieważ
ekspedycja tortur wiele kosztowała.
Tortury, czyli sposób męczenia ludzi był
takowy: w miastach pryncypalnych pod ratuszem była piwnica do tego używana,
w której ścianach w jednej był osadzony hak żelazny, gruby, z
kółkiem takimże wysoko od ziemi na półtrzecia łokcia; w
drugiej ścianie takiż hak z kółkiem od pawimentu, czyli od
ziemi, na łokieć; na środku piwnicy postawiono niski
stołek, na nim kat posadził więźnia, związał mu w
tył ręce jednym powrozem, drugim powrozem związał nogi do
kupy, a końce powroza przywiązał mocno do kółka
niższego; przez powróz u rąk przewlókł inny postronek,
długi, smagły i dobrze łojem dla lekkiego pomykania się
wysmarowany; ten postronek, przez kółko wyższe pojedynczo
przewleczony, trzymał za koniec - raz i drugi sobie około ręki
okręciwszy, aby się mu w ciągnieniu nie wymknął.
Przyporządziwszy tak więźnia i
stanąwszy tuż przy nim na boku, pociągnął lekko
postronka do wyprostowania go tylko podług odległości, jaka
była od rąk winowajcy do kółka, ażeby ani kółko, ani
postronek nie wisiały, tylko się znajdowały w
wyciągłości. Na boku przy ścianie naprzeciw
więźnia postawiono stolik i stołki z kałamarzem, piórem i
papierem na stoliku, za którym zasiadł wójt z jednym lub dwiema
ławnikami, a na rogu stolika pisarz miejski. Gdy już wszystko
było przygotowane, instygator miejski, stojący przy wójcie, imieniem
delatora przytomnego lub nieprzytomnego (jak mu się podobało) w
krótkiej perorze upraszał owego szlachetnego magistratu, ponieważ
więzień dobrowolnie nie chce się przyznać do ekscesu
popełnionego, aby go wskazał na tortury podług świętej
sprawiedliwości. Wójt zatem zaczął się pytać
więźnia najprzód: jakiej jest kondycji, jakiej wiary, gdzie się
rodził, czym się bawił od młodości lat aż do
czasu ostatniego swojej kaptywacji, jeżeli już kiedy nie był o
podobny kryminał obwiniony, sądzony lub torturami próbowany? Gdy na
te wszystkie pytania więzień odpowiedział, jak rozumiał, a
pisarz wszystkie pomienione depozycje zapisał, dopiero wójt
przystąpił do rzeczy, o którą chodziło. Mówił
łagodnie do więźnia po imieniu: "Podobnoś to ty (lub
waszeć) tę kradzież, tę zbrodnią popełnił,
przyznaj się dobrowolnie, nie daj się męczyć; zapieranie
się nic ci nie pomoże; czy się przyznasz, czy się nie
przyznasz, równo się od śmierci nie wybiegasz, bo są na ciebie
wielkie dowody, żeś to ty, a nie inny, zrobił; a przyznawszy
się dobrowolnie, nie będziesz mąk przygotowanych cierpiał;
przez wzgląd na dobrowolne twoje wyznanie winy sąd cię
łaskawszą śmiercią skarze; a jeżeliś to
uczynił z ostatniej nędzy (na przykład gdy szło o
kradzież) albo z nieostrożności, albo z pierwszej popędliwości
(gdy kogo zabił), albo z głupstwa (gdy szło o czary), albo z
namowy cudzej nauczywszy się tego od drugich starszych czarowników albo
czarownic, przyznaj się, może cię sąd za twoją
pokorę życiem darować."
Gdy więzień na te pierwsze łagodne
perswazje nie przyznawał się, zaklinał go znowu wójt na
wszystkie świętości religii, na zbawienie duszy własnej,
którą podaje w niebezpieczeństwo utraty, kiedy grzechu na siebie
wyznać nie chce i przez jedyną zaciętość ciało
swoje grzeszne na męki eksponuje. Gdy te egzorty nic nie wyciągnęły
z więźnia, dopiero wójt rzekł do instygatora: "Panie
instygator, mów mistrzowi, niech sobie postąpi według prawa."
Instygator zawołał na kata: "Mistrzu, postąp sobie
według prawa"; kat, nim przystąpił do egzekucji rozkazu,
zawołał po trzy razy: "Mości panowie zastolni i przedstolni
(wyrażając tymi terminami urząd siedzący za stołem i
instygatora stojącego przy stole), czy z wolą, czy nie z
wolą?" Instygator odpowiedział mu za każdym razem: "Z
wolą." Dopiero kat silnie pociągnął za sznur, czyli
powróz, którego koniec trzymał w ręku, jako się wyżej rzekło;
wtenczas ręce więźnia poczęły się
wyłamywać z stawów ramion, podnosić się w górę
tyłem głowy i stanęły z nią w równej wysokości,
pozytura zaś więźnia, podając się wyższą
częścią ciała za sznurem, pośladkiem znajdowała
się na stołku; nogi zaś, wyciągnione i do haka
przywiązane, wisiały jak na powietrzu. Więzień
przeraźliwym głosem wrzeszczał co z gardła: "Nie
winienem! nie znam się do niczego! nie męczcie mię! Zaklinam was
na straszny sąd boski, puśćcie mię", i tym podobnie;
albo jeżeli był miętkiego przyrodzenia, prosił o
pofolgowanie i to otrzymawszy, przyznawał się do tego, o co byt
obwiniony, powiadał nawet inne ekscesa rozmaite w życiu swoim
popełniane, gdyż oprócz występku sprawę czyniącego,
nie zaniedbywano nigdy egzaminować go z całego życia. Po takim
wyznaniu już nie był więcej dręczony. Lecz jeżeli
się do niczego nie chciał przyznać albo też inne
występki powiadał, a ten, o który chodziło, taił, trzymany
w pozyturze pierwszego traktu, czyli pociągnienia, znowu z
poprzedzającymi magistratu, instygatora i kata rozkazami i pytaniami byt
mocniej pociągniony.
Do drugiego traktu kat przybiera) swego czeladnika
hycla; obaj tedy, co mieli sił, ciągnęli za sznur:
więzień wyciągną) się jak strona, ręce
wykręciły się tyłem i stanęły w prostej linii z
ciałem nad głową, w piersiach zrobił się dół
głęboki, w który tłoczyła się głowa; cały
człowiek wisiał na powietrzu, nie dotykając już nic
stołka. Wszystkie żebra, kości i junktury w nim niemal
widać było, że mógłby je porachować; do tortur
albowiem rozbierano delikwentów do naga obojej płci, same tylko miejsca
wstydliwe jakim chuściskiem obwinąwszy. Więzień tu już
dobywał tchu ostatniego siląc się na wrzask albo też
zdawał się go pozbywać wszystkimi otworami natury,
wyrzucając z siebie z kaszlem i grzmotem gęste, wodniste i flegmiste
ekshalacje, które iż zarażały przytomnym nosy i widok przykry
sprawowały, przeto ci wszyscy, którzy takowych tortur dyspozytorami,
egzekutorami i spektatorami być musieli albo chcieli, mieli na pogotowiu
kadzidło i trunki na odpędzenie smrodu i pokrzepienie serca
kompasją wątlejącego. Niektórzy więźniowie -
mdłością ściśnieni - zdawali się w tych
mękach usypiać, nie dając żadnego znaku życia prócz
jednej pary z ust wychodzącej, której przyłożonym
zwierciadłem próbowano, i gdy tak długo w milczeniu zostawał,
przymuszano go do odezwy nowym męki rodzajem, której opis po kilku
wierszach nastąpi.
Jeżeli się trafiło, że
więzień w samej rzeczy umarł na torturach, wszystko się
natychmiast skończyło, pochowano zmarłego, a sprawa
przepadła. Trafiali się tacy delinkwenci, którzy, miasto prośby
o folgę, używali ostatnich słów obelżywych na stronę i
sędziów, do podziwienia mężnie najgorsze katownie
wytrzymując, a tacy się trafiali najczęściej z
złodziejów. Za drugim traktem, dopiero opisanym, kiedy więzień w
uporze był zatwardziały, kładli mu na nogi żelazo, ostre
karby na kształt zębów u pity mające, z dwóch sztuk
złożone, przez które przechodziły z obóch końców
śruby; tymi śrubami hycel ściąga) żelaza zębate
na wierszch piszczeli nóg i pod spód zadane, które coraz bardziej gniotąc
i kalecząc nogi, nieznośny ból winowajcy wyciągnionemu i
bynajmniej nie spuszczonemu zadawały. mistrzowie te żelaza - dybkom
podobne - po swojemu nazywali botami hiszpańskimi; nie wszędzie ich
używano, tylko w miastach większych. Powiadano mi za rzecz
pewną, iż nie znalazł się żaden delinkwent, którego by
takie obuwie do przyznania się nie zmiękczyło. Kropienie
siarką gorącą, przykładanie do boków blach rozpalonych,
czego po innych miastach używano, nie było tak skuteczne, jak te
hiszpańskie boty.
Po innych miastach mniejszych albo i po wsiach, kiedy
do nich miejski urząd na taką inkwizycją był sprowadzony,
męczono więźnia w lada domu lub stodole, ciągnąc go na
drabinie położonego i do szczebla pierwszego i drugiego przywiązanego,
podłożywszy pod niego deszczkę, aby się ręce o
szczeble nie zawadzały. Kiedy miano czarownice i czarowników próbować
torturami, kacia, zabobonnicy i guślarze wielcy, golili im najprzód
włosy wszędzie, gdziekolwiek te ozdoby i zasłony ludziom natura
data, powiadając, iż w włosy diabeł się kryje i nie
dopuszcza czarownicy lub czarownikowi wyznania i że ukryty w włosach
za niego lub za nią cierpi, biorąc za przyczynę takowego
mniemania owo ciche i spokojne tortur wytrzymowanie, wyżej wyrażone,
z mdłości i upadku z gruntu na siłach pochodzące, nie z
łaski diabła, któremu się jako zdrajcy i nieprzyjacielowi ani
śniło cierpieć za człowieka. Golili też także i
złodziejów, twardych do przyznania. Żydom zaś, wskazanym o
jakikolwiek eksces na tortury, regularnie tę galantomią czyniono,
choć nieraz ogolony tak Żyd bez mydła wszystkie męki nie
przyznawszy się - albo i chrześcijanin - wytrzymał. Wtenczas
kacia, w rzeczach fizycznych wielcy błaznowie, udawali, że im
jakiś wielki czarownik tortury oczarował, iż swego skutku
wziąć nie mogły. Podobnież spędzali na oczarowanie
placu niesprawność ręki swojej, kiedy kogo pod miecz skazanego
niegładko ścięli. Lecz im ta ekskuza przed mądrymi
magistratami nie uchodziła, od których pospolicie za niesprawną
egzekucją bierali po sto batogów.
Skończywszy pierwsze tortury z sukcesem
pomyślnym lub niepomyślnym względem wybadania prawdy, kat
więźnia spuszczał z tortur i odejmował z nóg boty
hiszpańskie, jeżeli do nich przyszło; posadził go na
stołku tak jak przed torturami; wziąwszy potem ręce
powykręcane, odkręcał nazad z nowym bólem; potem
założywszy je na krzyż przed piersi więźnia - kolanem
między łopatki tłocząc i rozmaicie wiercąc -
nabijał i naprowadzał w stawy, co było mało co mniej
bolesne od samej tortury; ubrał potem więźnia w suknie i
zaprowadził do aresztu, z którego do katuszy byt przyprowadzony.
Takie tortury na twardych więźniach lub
niejednostajnych w wyznaniu winy były powtarzane do trzeciego razu,
odpoczynkiem kilkudniowym dla wzmocnienia sił przeplatanego, za którym
dopiero następowa) dekret śmierci lub uwolnienia-podług
okoliczności.
Tortur nie atentował nigdy żaden sąd
szlachecki; ale jeżeli kogo trybunał, ziemstwo albo gród
wskazały na tortury, odsyłano go z ekspedycją onych do
urzędu miejskiego. Tęż sarnę ceremonią czyniono i z
dekretami kryminalnymi, w których na końcu po sentencji śmierci
dokładano: "pro cuius modi executione reum ad officium scabinale
civitatis praesentis remittit", oprócz sądów marszałkowskich
koronnych i litewskich, z których prosto, nie referując się do
miasta, winowajcę na plac prowadzono. Jurysdykcja albowiem
marszałkowska ma swoich żołnierzy, a inne jurysdykcje nie
mając odsyłają do miast, które miasto żołnierzy
otaczają więźnia ludźmi młodszymi rozmaitych cechów,
halabardami i szablami na ten czas uzbrojonymi. Trybunały zaś,
choć mają asystencją żołnierza komputowego, nie
chcą go szarzać; wszakże widzieliśmy nieraz
więźnia, wychodzącego na plac pod bronią żołnierza
komputowego, kiedy był dystyngwowany urodzeniem, i stąd wynikała
bojaźń odbicia go i uwolnienia gwałtownego.
|