|
Każdy towarzysz tych znaków tytułował
się równym swemu rotmistrzowi; stąd poszło nazwisko towarzysz,
czyli kolega. Nie mówił, że służy pod królem JMcią
albo pod panem hetmanem, lub pod panem wojewodą, lecz z królem JMcią,
z panem hetmanem, z panem wojewodą. Towarzysz miał wyższą
rangę niż którykolwiek oficjer autoramentu cudzoziemskiego, nawet sam
generał. Towarzysz nie mógł pójść pod komendę
generała, a przeciwnie, generał z całym regimentem swoim
mógł pójść pod komendę towarzysza. Lecz to tylko zachowane
było w mniemaniu, ale nie w skutku; albowiem każdy generał,
biorąc regiment, starał się zaraz mieć chorągiew
usarską lub pancerną, żeby tym sposobem stał się
wyższym od towarzysza i nie szedł pod jego komendę. Acz i to
druga prawda, że sami generałowie nigdy swymi regimentami nie
komenderowali, tylko ich pułkownicy, obersztelejtnanci lub majorowie.
Generał każdy był pan wielki, senator albo urzędnik
koronny, który się wojskową służbą nie
zatrudniał, mając dosyć na honorze i pensji.
Ze wszystkich generałów, którycheśmy
widzieli za czasów Augusta III, jeden Skórzewski był generałem
dragonii, nie mający żadnego urzędu obywatelskiego,
zatrudniający się służbą wojskową, swojej randze
należącą. Ten także, jak inni wszyscy, miał chorągiew
pancerną. Jeżeli który regiment cały był komenderowany do
jakiej wyprawy wraz z chorągwiami usarskimi i pancernymi, w takowym razie
na komendanta generalnego dobierano porucznika, pułkownikiem zwanego, od
jakiego znaku pancernego lub usarskiego, aby tym sposobem sztaboficjerowie
regimentowi nie mieli sobie za poniżenie pójść pod jego
komendę.
Polacy przez małe panowanie Augusta III nie mieli
żadnej innej wojny, tylko z hajdamakami, którzy wypadając z Siczy, do
Moskwy należącej, na Ukrainę polską i często
zabiegając aż na Podole, szlachtę, Żydów i chłopów
bogatych tamtejszych rabowali. Przeciw którym rabusiom wyprawiali hetmani
koronni co rok dywizje od różnych regimentów pieszych i konnych,
chorągwie polskie, pancerne i lekkie, to jest przedniej straży. Nad
takim korpusem czynili generalnym komendantem jakiego porucznika pancernego,
dawszy mu tytuł regimentarza; więc już taką
godnością przyodzianemu komendantowi wszyscy oficjerowie obojga
autoramentów, znajdujący się w obozie, posłusznymi byli. Ten
zaś, kiedy z swego korpusu wyprawiał jaką partią na
podjazd, z towarzystwa i regimentowych składaną, nie
komenderował wyższych oficjerów jak kapitanów, a komendę nad
całym podjazdem oddawał namiestnikowi lub towarzyszowi z
chorągwi najstarszej najstarszemu, albo też dzielił władzą,
każdemu nad swojego gatunku żołnierstwem równą, tak iż
jeden drugiemu nie mógł rozkazywać, ale tylko znosić się
jeden z drugim podług potrzeby.
Towarzysz w każdej kompanii publicznej był
konsyderowany jak osoba dystyngwowana, mieścił się między
pierwszymi osobami tak cywilnymi, jako też wojskowymi; nawet oficjerom
swoim, pułkownikom, rotmistrzom (wyjąwszy służbę
żołnierską), miejsca nie ustępował, chyba przez
grzeczność i interes, mając się każdemu
dystyngwowanemu za równego. Na pokoje królewskie, na opery, na bale, kiedy
był zakaz puszczać mniejszej konsyderacji ludzi, towarzysza zawsze
puszczono, skoro za takiego był uznany. A że długi czas sascy
żołnierze, drabantami i karwanierami zwani, trzymali wartę przy
królu na sali i przy operami, którzy - mniej znający się na godnościach
obywatelskich, tym bardziej towarzyskich - wybór do puszczania osób miarkowali
po sukniach: kto się dobrze ustroił i był personat, tego
wpuścili, chociaż był plebejusz, z gminu prostego człowiek;
kto zaś nikczemny na osobie albo nie nadto jasno ubrany, tego zatrzymano
przed pokojami lub cisnącego się gwałtem w nadzieję rangi
swojej tego kolbami odparto. Takowe trafunki, częstokroć towarzystwu,
a czasem i samym oficjerom polskiego autoramentu zdarzone, dały
okazją do przyjęcia mundurów, które dotąd nosić towarzystwo
polskie za sromotę i jakąś nierówność miało.
Skoro hetman litewski Radziwiłł wymyślił mundury,
obaczywszy koronne wojsko, iż ta sukienka żołnierska więcej
ma szacunku u Sasów niż najbogatsza obywatelska, co tchu się
wzięli wszyscy do mundurów, tę różnicę zostawiwszy sobie,
że nie mieli pętelki z guzikiem na ramieniu; litewscy zaś nosili
na lewym ramieniu: usarze złotą pętelkę sznurkową z
guzikiem złotym, petyhorcy srebrną pętelkę z guzikiem
takimże, z czego ich korończykowie przez szyderstwo nazwali
"pętelkami". A tak wstydząc się Litwini tego przydomku
sobie nadanego, podobieństwo do pewnej rzeczy białogłowskiej
mającego, w lat kilka i oni pętelki poodrzucali.
Mundury tedy stały się równe u koronnych i
litewskich i były zaszczytem u obojga narodów, dystyngwującym
żołnierza od obywatela. Tak sobie poradzili towarzystwo, czyli raczej
hetman wielki litewski poradził towarzystwu, żeby cześć
swoją odbierało.
Nie dostawało jeszcze znaku dla oficjerów
autoramentu polskiego, po których byliby poznawani i jako tacy czczeni. Kiedy
albowiem oficjer autoramentu cudzoziemskiego przechodził wedle szyldwacha
stojącego na warcie, szyldwach spojrzawszy na jego szpadę przy boku i
ujrzawszy przy gifesie wiszący temblak jedwabny, srebrem przerabiany, z
kutasem takimże (który znak po francusku nazywał się pour tepe,
po niemiecku feldceich, a ja po polsku chrzcę go namiecznikiem albo
oręźcem), natychmiast poznał przechodzącego być
oficjerem i prezentował przed nim broń, czyli jak wtenczas mówiono,
skwerował, to jest brał z ramienia lub od nogi karabin i trzymał
przed sobą wpół chłopa, poki oficjer nie przeszedł. Gdy
zaś przechodził oficjer, choćby największy, autoramentu
polskiego, nie skwerował przed nim szyldwach, nie widzący przy jego
szabli znaku pomienionego oficjerskiego, prócz którego nie był inny żaden
pewny, bo towarzysz prosty, kiedy był majętny, tak suty od galonów i
innych szamerunków złotych lub srebrnych podług mody krajowej
zawalił na siebie mundur jak jego porucznik albo pułkownik. Za czym
nie chcąc być upośledzeni w tej czci oficjerowie autoramentu
polskiego, przejęli od oficjerów cudzoziemskich feldceichy, czyli
namieczniki, a na ostatku przejęli i szarfy, którymi się
bądź w służbie, bądź nie w służbie,
byle w znacznej kompanii, opasywali, sadząc się na jak bogatsze i
kapiące srebrem, żeby ich, znakami oficjerskimi zewsząd
ozdobionych, lepiej szanowano.
Zdaje mi się, żem już wszystko
opisał, com widział i wiedział o znakach poważnych,
usarskich i pancernych w Koronie; należy mi oddzielić to dla Litwy,
czym się jej znaki usarskie od usarskich koronnych różniły. Ta
zaś różnica na małej zawisła rzeczy: koronni usarze na
plecach nosili skórę lamparta, jako się w swoim miejscu
napisało, litewscy usarze nie nosili lampartów, tylko do lewego boku, siedząc
na koniu, przypasowali wielkie skrzydło z strusich piór robione,
zasłaniające cały bok konia i nogę jeźdźca od
pasa aż do kostek, co dotychczas w herbie litewskim na pieniądzach i
pieczęciach publicznych lepiej niż w opisaniu rozeznać możno.
Sadzili się zaś tak na ozdobę pomienionego skrzydła, jak koronni
na ozdobę lamparta. Petyhorscy litewscy nie mieli żadnej odmiany od
pancernych koronnych. I to także do powagi należy, iż towarzysz
nie mógł być karany żadną karą cielesną, tylko
aresztem i ujmą lafy, a za ciężkie wykroczenie odsądzeniem
od regestru i wytrąbieniem z wojska. Ta ostatnia kara kogo potkała,
wyrażała się tym terminem: stanęła na nim trąba.
Areszt był dwojaki: wolny i niewolny; wolny areszt, kiedy mógł
wychodzić z stancji, ale bez broni; niewolny, kiedy musiał
siedzieć w niej, nie wychodząc za próg i wtenczas był pod
wartą [brak końca zdania]
|